Skopiuj CSS

pamiętnik

sobota, 24 lutego 2018
Dwa tygodnie temu byliśmy w Majstrze po lampkę dla Jany.
Niestety, w Majstrze mają też dział zoologiczny. Wielkie woliery z różnymi papugami przyciągnęły nasz wzrok i...
W jednej z klatek zobaczyliśmy wiewiórczaka trójbarwnego, a obok kartkę z napisem: "burunduk".
Okazało się, że ten drugi akurat zimuje, wyglądał na umarłego, więc został przeniesiony na zaplecze. Mimo wszystko, kazaliśmy go zarezerwować do wieczora.
Do tego czasu zdążył się obudzić, nawet nie wyglądał jakoś bardzo zamulony, nie trząsł się, ani nic. Zdecydowaliśmy, że będzie nasz (bo wolierę mamy już chyba od miesiąca).
Przez pierwszy tydzień był prawie jak duch, zobaczyliśmy go dopiero w sobotę, wracając z lodowiska. Machnął nam tylko ogonem przed nosami i zakopał się w transporterze, który jest jego tymczasowym legowiskiem.
Drugi tydzień... Zaczął się nieco mniej czaić po kątach, kiedy siedziałam w kuchni już nie zamierał w bezruchu, tylko chrupał sobie to, co udało mu się zachomikować (albo zawiewiórkować) dopóki nie wstałam.
Z tym, że nauczyłam się budzić przed ósmą i podglądać go przez otwarte drzwi. W czwartek nawet udało mi się podejść do klatki na tyle, by zrobić mu zdjęcie.
A dzisiaj... Obudziło mnie chrupanie i szuranie (syndrom matki, są pewne ciche dźwięki, które otwierają oczy). Jako, że nie miałam okularów, pytam Lenina, czy Cookie siedzi na widoku. Tak, siedział, więc poprosiłam, aby wysłał smsa do Jany, żeby po cichu zaszła z drugiej strony...
Okazało się, że moja córka już stoi przy klatce. Miała go na wyciągnięcie ręki i dopiero, gdy odwróciła do nas głowę, smyrgnął do transportera.

Wiem już, jakie to uczucie, gdy spełniają się marzenia. Burunduka planowaliśmy od 12 lat. Mogą się na mnie posypać gromy, że z zoologa, ale...
Nie wiem, masz mieszane uczucia, co do informacji u miłośników wiewiórek. W hodowli podano informację, że nie wolno ich rozmnażać na terenie Polski, a oni rozmnażają, więc sama nie wiem, czy kupując z domowej hodowli też nie łamałabym prawa...

PS: wyleczyłam się z grup gryzoniowych. Naprawdę, nie chcę mieć do czynienia z takim hejtem...
18:47, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 02 lutego 2018
Dzisiaj rano Jana wyjechała na zimowisko z zuchami. Nieco zepsuł jej humor fakt, że jechała też koleżanka Emi, więc na starcie zaczęły się obawy, czy nie będzie musiała się dzielić kuzynką z kimś innym, ale mimo to myślę, że wszystko się ułoży.

Kiedy szliśmy do domu, powiedziałam coś w rodzaju: "Teraz ty pójdziesz do pracy, a ja będę sobie leżeć i płakać", na co Lenin zareagował nieco nadopiekuńczo, co z kolei mnie rozśmieszyło.

Bo tak naprawdę - jesteśmy razem 16 czy 17 lat, znamy się dobrze, znamy swoje reakcje, a on nadal nie przyjął do wiadomości, że płacz jest jak kąpiel (oczyszcza wnętrze, co podobno nawet naukowo udowodniono, podobno łzy wypłukują hormony stresowe z organizmu), ewentualnie jak męski pobyt w kiblu (wtedy przychodzą do głowy najlepsze rozwiązania). Płacz nie jest tragedią, nie jest jakimś mega bolesnym przeżyciem, wręcz przeciwnie. Pomaga się pozbierać, pomaga poukładać wszystko w głowie. To najlepszy sposób na to, żeby się znieczulić. Nic tak nie działa, jak płacz. Nawet płacz, który polega na użalaniu się nad sobą. O ile się człowiek nie zapętli (mimo wszystko - mam chyba za pozytywne podejście do życia, żeby móc to długo uprawiać), to sam w końcu dochodzi do miejsca, z którego śmieje się ze swoich negatywnych myśli.

Nie płakałam. Zrobiłam sobie śróddniową drzemkę, co postawiło mnie na nogi, posprzątałam, przesunęłam kilka mebli, napaliłam w piecu i zrobiłam gulasz z tuńczykiem. I naprawdę robiłam to wszystko z przyjemnością.
21:40, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 24 stycznia 2018
Ostatnio ciężka rozmowa o tym, co czujemy po śmierci Moni. Że mamy wyrzuty sumienia, że nikt jej nie chwycił za kudły i nie potrząsnął. Że nie marudził jej, że nie zmusił.

Tyle, że to nie miałoby sensu. Była przekorna i uparta (a która baba w tej rodzinie nie jest?), wyszłoby na jeszcze gorsze. Niestety, na sprytnych i przekornych nie ma rady (piszę tu jako Żona Lenina, który zawsze zrobi po swojemu, nawet gdy z niewinnym spojrzeniem przyznaje rację). Nie można było nic zrobić, jeśli chciało się poszanować jej prawo wyboru. Zrobiła, jak chciała.

Tak, czasem nadal się na nią wściekam, ale jednocześnie wiem, jak się bała. I wiem, że wydawało jej się, że wszystko będzie dobrze, że przechytrzy los.

Wyrzuty sumienia to normalna część żałoby, mnie obezwładniały długo, chyba dopiero kilka lat po urodzeniu Jany przestałam się zamartwiać, tłukąc sobie do głowy, że byłoby to nie fair względem niej, bo wtedy moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Trzeba ruszyć do przodu.

Ale kiedyś, nie teraz. Jeszcze nie.
18:47, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 stycznia 2018
Jak łatwo mnie zastraszyć, zamknąć w klatce obaw.
Wczoraj wizyta w sklepie zoologicznym - musieliśmy kupić siano dla gryzaków, przy okazji rzut oka do sprzedawanych zwierząt, jak tam warunki.
Jeden chomik roborowskiego wyraźnie chory. Jedno oko półotwarte, drugiego chyba wcale nie miał. Ruchliwy, biegał po klatce, ale jakiś taki nastroszony, no coś z nim nie tak.
Jakiś czas temu po prostu bym go wzięła (można tak zrobić, jeśli zauważy się zwierzę chore lub okaleczone), na jedną noc do klatki i rano do weta.
Tyle, że włączyły mi się te wszystkie agresywne posty ludzi, że z gryzoniami do weta trzeba od razu (powodzenia, jechałam na nockę), że klatka nie spełnia standardów (55x30, przy minimum 60x40) i uciekłam ze sklepu.
Jest mi cholernie głupio, bo mogłam wziąć tego chomika, nawet ryzykując, że poszedłby do uśpienia. Ale wewnętrznie byłam zablokowana. Tak łatwo jest mnie zniechęcić do czynienia dobra.

Spotkała mnie ostatnio przykrość, wynikająca z tego, że komuś chciałam zrobić przyjemność. Całe moje życie tak wygląda, dobrze że Lenin pod tym względem jest stuprocentowym facetem i w sumie łatwo znaleźć coś miłego dla niego, a i odwdzięczyć potrafi się solidnie.

Jestem jednak skrajnym introwertykiem, bardzo lubię kontakt przez internet. To nie tak, że nie lubię ludzi - bardzo ich lubię, kiedy nie muszę patrzeć na twarze, odgadywać emocji. Kiedy nie muszę zastanawiać się, czy śmieję się w odpowiednim momencie (powaga, zwykle rżę albo nie wtedy, kiedy trzeba, albo dopiero, jak wszyscy się śmieją). Kiedy nie muszę zastanawiać się, czy to że się na kogoś intensywnie patrzę, nie zostanie odebrane jako zaczepka, czy aluzja. Albo, że kiedy na kogoś nie patrzę, nie posądzi się mnie o znudzenie. Albo że rozmawiam z kimś, mając słuchawki na uszach.
I czy mówię za głośno lub za cicho, a może zbyt niewyraźnie.

Plusem zaś facebooka jest to, że można odnaleźć po latach znajomych. Koleżanka, z którą nie widziałam się 26 czy 27 lat odezwała się ode mnie. I od razu przypomniało mi się, jak razem z moimi braćmi, jej bratem - Dawidem, a także Marcinem i Adamem pykaliśmy na commodore.
Takie to miłe...
17:53, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 stycznia 2018
Jak zwykle po nockach, tyle że tym razem mam 4 dni na dojście do siebie.
To znaczy: już dwa i pół.
Jak bardzo muzyka pomaga mi w pracy, dowiedziałam się, gdy pewnego dnia zapomniałam odtwarzacza i na dodatek ładowarki, więc nie mogłam użyć telefonu.
To było straszne. Nigdy więcej.

Dostałam zdjęcie Moni, włożyłam sobie do koszyka z owocami i czasem z nią rozmawiam, a czasem tylko mam ochotę złościć się, że tak sobie odeszła. Jest bardzo ciężko, nie tylko z tego powodu, ale czuję się taka, nie wiem, chyba bardzo boję się kolejnego roku, ale liczę na to, że tylko co dziesięć lat będzie czysta masakra i mamy teraz dziewięć lat spokoju.

Odwiedziłam ostatnio Anię, która po wielu ciężkich przeżyciach, przy których moje to pikuś, urodziła zdrowego łobuza. To był jeden z tych cudów, których potrzebowałam. Cud zapracowany przez nią, wymodlony, ale jednak prawdziwy, tak właśnie powinno być.

Wiem, że cuda nie są nagrodą, cuda są taką samą nauką, jak tragedie, ale jednak czasem spotykamy ludzi, którzy na nie zasłużyli.

Tak naprawdę lubię poranne przesiadywanie na kompie, choć nie wyobrażam sobie pobudki o tej porze (w zeszłym tygodniu było zagrożenie pójścia na szóstą do pracy i byłam mocno zestresowana tym faktem). Jednak, gdy zarwana noc ma się już ku końcowi... Jest magicznie. Wszyscy śpią, wszyscy są zdrowi. Są spokojni, nawet pies nie biega i nie szczeka przez sen. Sama otulam się ich nastrojem i jest odrobinę lepiej. Nie, jest naprawdę dobrze, rzadko mam te stany, kiedy nie mam ochoty na nic, ja jednak jestem typem, który w stresie, nawet przytłoczony, będzie się miotał i szukał zajęcia.

Męczy mnie tylko strach, każde kolejne złe wydarzenie przynosi blizny na mózgu, następne rzeczy, których będę się bać.
06:04, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 24 grudnia 2017
Jestem podjarana Wigilią, zawsze tak mam. Brakuje mi tylko śniegu za oknem. Nie mogę się doczekać zebrania nad stołem, nie mogę doczekać się tego specyficznego podenerwowania, choć przecież widujemy się co najmniej co tydzień wszyscy, a jednak tego dnia jesteśmy nieco skrępowani, jak przy kimś, kogo się długo nie widuje.

Zawsze tak było. Kiedy jeszcze Wigilie były raz w Jaworznie, raz na Dąbrówie, też w zasadzie widywaliśmy się całą rodziną, z kuzynostwem co tydzień (niedzielne popołudnia, czy obiady u jednej babci i czwartkowe spotkania u drugiej), a jednak tego dnia byliśmy tacy inni, odświętni. Choć nigdy nie opuszczało nas czarne poczucie humoru i skłonność do złośliwości (gena nie wyskrobiesz), to było bardzo, ale to bardzo dobrze.
I ja nadal jestem tak podekscytowana, że chyba nawet Jana nie czuje się taka. No, właśnie - Jana ona już zasnęła, ja nie umiem, czekam na ranek.

Jest mi dziwnie. Dziesięć lat temu to właśnie Monia pierwsza życzyła mi, żebym miała nowego dzidziusia. Nie bała się, choć wiedziała, że doprowadzi mnie tym do łez. Nie miałam nigdy siostry, dlatego tak trochę te kuzynki są dla mnie siostrami, zwłaszcza, że prawie wszystkie są młodsze. I takie to dziwne uczucie, kiedy wszystko w środku mówi, że, do kurwy nędzy, to ona miała mnie z sentymentem wspominać - i nie teraz, a za pięćdziesiąt lat na przykład.

Matematyka poziom ja: kupiłam trzy wina, bo jedno miałam. Potem zorientowałam się, że przecież nie ma Moni, więc będzie za dużo. Jak zaczęłam dzielić, to nagle mi jednego zabrakło.

Ech, ten rok był zły, niespodziewanie zły. Najpierw przecież był GB, do niego na pewno Samiec dzwoniłby w Wigilię z życzeniami. Facet, który zawsze pomagał, nawet jak wysłałam mu smsa, że mi się czad ulatnia, to też wyjaśnił, co mam zrobić. I zawsze jakoś tak smutno mi pod kościołem na Dąbrówce w drodze do pracy, bo stamtąd mnie zabierał.

Mimo wszystko, Święta są okazją do tego, żeby zobaczyć, jak powinno być na co dzień. Żebyśmy się spotkali z bliskimi, żebyśmy mieli czas - choćby to były tylko dwie godziny. Tak powinno być częściej. Żebyśmy wierzyli w to, co sobie życzymy. Żeby było tak, jak to wygląda. Nie łudzę się, że wszędzie ludzie kochają się pełnią serc, wiem że są rodziny z którymi dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu, ale w Święta stwarzamy pozory i wtedy wszystko jest takie piękne. Przyjrzyjmy się temu i bądźmy dla siebie tacy zawsze. Wtedy nie tylko będzie wyglądać, ale i nasze serca będą lżejsze.
Życzę też, żebyśmy wszyscy umieli chłonąć każdy przejaw dobrej woli, doświadczać, odbierać i posyłać dalej. Doceniać...
(Tak sobie piszę, zbieram się na to, żeby te życzenia były najlepsze, ale właśnie mam przerwę, bo Żuja spierdziała się sakramencko i nastrój z podniosłego stał się śmierdzący)
Doceniać to, że jesteśmy razem. Odpuszczać, kiedy mamy ochotę wrzeszczeć, albo drażnić się tylko po to, żeby ktoś wybuchnął. Żebyśmy wiedzieli, kiedy złość i złośliwość jest usprawiedliwiona.
Przede wszystkim zaś - patrzmy tak na innych, jakbyśmy chcieli być sami postrzegani. Życzliwie i pomimo pozorów.
I bądźmy sobą, bo wszyscy jesteśmy potrzebni - i wszyscy są nam potrzebni. I żeby to docierało do nas, zanim jeszcze jest za późno.

Wesołych Świąt!
01:00, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 grudnia 2017
Tak, chyba w snach, kaszel dalej trzyma i pewnie nie puści do marca.
Ale palę w piecu, ogień huczy, choinka pachnie, za oknem lampa świeci na biało tak, że czuję się, jak w akwarium i choć nienawidzę takiego światła, to mam sentyment do świetlówek w starych kuchniach i gabinetach.

Wczoraj padał śnieg, patrzyłam na płatki, które wsiąkały w ciepłą ziemię i cieszyłam tym oczy. Dzisiaj Samczysko zalicza ostatnią dniówkę przed świętami i potem już odpoczywamy.

Kiedy robiłam porządki w szafie, znalazłam żółty płaszcz od Moni, nie wiem, czemu doprowadził mnie do łez, przecież tyle ubrań mam po niej, a jednak jego radosny kolor wydał mi się tak absurdalnie drażniący tego dnia. Nie, nie wyrzuciłam, płaszczyk jest za ładny, na wiosnę znowu go założę do zielonych spodni i będę udawała krzak forsycji.

Tylko, że teraz jest bura zima, czas spokoju i zadumy, a ja nie chcę myśleć, wyjątkowo nie chcę wspominać, bo to jeszcze za bardzo boli.
17:55, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 grudnia 2017
Korzystając z chwili, trzeba by było napisać coś o tegorocznej muzyce.
Zaczęło się spokojnie - nadal Sia i Stone Sour, dosłuchiwałam, czekałam na to, co nowe.
Nowy album SS to coś takiego, jak "AHIG" w karierze Slipknota - powinno się pominąć milczeniem. Coś tak słabego, że nudne jest nawet gdy je przetkać muzyką czterech stron Świata. Dosłownie cztery kawałki, których da się słuchać bez bólu - "Hydrograd", "Fabuless", a także "Thaipei person" (tu brawa za energię, taki mały przebłysk na albumie, który wykonany jest nawet tak, jakby się Taylor sam sobą nudził. I podniecał. Nie wiem, co gorsze...) i... hehe, to. Chwyta za serce i udowadnia, że ten facet sprawdziłby się nawet jako członek boysbandu (i nie wrzucam tu żadnych żartów na temat jego wyglądu).

Za to pojawił się wyjątkowo energetyczny Volbeat. Tzn: nie, że w ogóle się pojawił, tylko ja, słuchając Antyradia trafiłam na "Black rose" i mnie to zaintrygowało. Teraz napalam się na koncert, ale ciężko o coś w pobliżu, dlatego wzdycham, oglądam nagrania i tęsknię za dobrą zabawą. Co takiego jest wyjątkowego w tym zespole? Taki zdrowy, oldschoolowy rock'n'roll z mocnym "dudududu" w tle. Ciężkie gitary, a na to nałożona linia wokalna z zupełnie innej bajki i świetnie się to wszystko komponuje. Kiedy ich słucham, mam wrażenie, że dokładnie wiedzieli, co chcą grać. 

I była też w tym roku Marina And The Diamonds. Słuchałam, sama zaskoczona, bo to chwilami takie disco-electro z lat osiemdziesiątych, a chwilami pop, ale jednocześnie jest przyjemne i dopracowane. Niewiele piosenek wyrzuciłam po przesłuchaniu.

Próbowałam słuchać Ghosta, ale może jedna, czy dwie piosenki w efekcie nie odpadły, całość brzmi jak The Beatles w gorszym wydaniu, więc nawet nie będę reklamować.

Jeśli chodzi o The Beatles, to dorwałam "Live at the BBC", album, który słuchałam dawno temu, ale fajnie się odświeża.

Aaaaa! Wiem, nie napisałam o tym, jak mnie Scar The Martyr odtruli po Hydrogradzie. Właściwie - słuchając ich słyszę Stone Sour z mniej może wyrazistym wokalem, ale całkiem przyjemne i całkiem niewyróżniające się spomiędzy dobrych albumów SS.
22:22, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Orgazm to spuszczenie tego całego napięcia, jakie siedzi we mnie. Każdy kolejny skurcz wyrzuca powody do przejmowania się czymkolwiek.

Nie jestem człowiekiem, który zwala winę na to, jaki jest, na rodziców. To teraz nie ma znaczenia, ale nie pozwalam im popełniać błędów, jeśli już wiem, co było między nami nie tak. Stawiam stabilne granice, nie do przekroczenia, są rzeczy, których nie pozwolę sobie zrobić, nie pozwolę zrobić też mojej córce.
Bo ja chcę, żeby chciała ze mną rozmawiać, bez obawy, że ją skrytykuję. Żeby wiedziała, że jestem po jej stronie i nie będę wzbudzać w niej poczucia winy. Czasem nie wychodzi, owszem, ale mimo to staram się. Wczoraj jednak nerwy mi puściły, bo wieszała nowe bombki na choince i kiedy widziałam, jak macha na wszystkie strony bałwankiem, poprosiłam, żeby tego nie robiła, bo bombki się tłuką (tłumaczenie tego ośmiolatce uważam za obrazę dla jej inteligencji, ale miałam do wyboru to, albo związać jej ręce). Bałwanka powiesiła, przyszła kolej na aniołka, który tej karuzeli nie wytrzymał... Czasem wychowywanie dziecka mnie przerasta.

Sytuacja z niedzieli - jakiś totalny tajfun, kiedy kłóciłam się z bratową, w sumie bardziej na żarty i powierzchownie, musiała się wtrącić w to moja mama ze swoim odwiecznym "bo ona ma zły dzień".
Ludzie dziwią się, że jestem nerwowa i drę mordę o byle co, ale w moim domu było tak, że kiedy byłam nie w humorze, mama łaziła i wtykała mi szpile. "Bo ty masz zły dzień" to jej popisówa. Efektem było to, że darłam mordę, ona waliła focha, a ja miałam święty spokój.
Ludziska, jak ktoś ma złamaną nogę, to się go wyciąga na rower? Jak ma ranę, to się mu wbija w nią palce?
Dlaczego więc, jeśli wyraźnie ktoś wie, że mam zły dzień, wkurwia mnie jeszcze bardziej? Dlaczego ja, choleryk i egoista, potrafię, widząc, że ktoś nie ma humoru, po prostu przejść obok i zostawić go w spokoju? Dać mu chwilę na poprawę nastroju?
Czasem zastanawiam się - w teście wyszło mi, że jestem w spektrum Aspergera, a jednak empatię najwyraźniej mam fchuj wysoką? A może tylko robię tak, jak chcę, żeby się mnie traktowało?
Czy potem jest dziwne, że z problemami wolę przyjść do Lenina, który po prostu mnie przytuli bez tych wszystkich słów?

Ostatnio bzdurny demot: jakaś babka napisała post o tym, dlaczego nie lubi być dotykana przez męża. Bo jest zmęczona, bo dzieci jej włażą na głowę, bo nie wyrabia z pracą zawodową, bo sprząta, gotuje, sra kwiatkami i pierdzi perfumami, o ile ma na to czas.
Pierwsza rzecz: jak można nie chcieć, żeby dotykał mnie ktoś, kogo kocham? Nie ma takiego zmęczenia, które sprawiłoby, żebym się przed tym broniła.
Druga rzecz: niepokojące jest to, że najwyraźniej w jej domu dotyk = nieodrzucalna prośba o seks, bo na to akurat rozumiem, że można nie mieć ochoty, kiedy jest się zmęczonym.
O trzeciej napisałam na fejsie: nie wyobrażam sobie, żebyśmy obydwoje pracując nie dzielili się domowymi obowiązkami i opieką nad dzieckiem.
19:04, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 listopada 2017
Są takie życiowe kąski, którymi można się zadławić. Po których nie da się do końca żyć.
Ja jeszcze nie wierzę, nie czuję tego. Wrzuciłam sobie zdjęcie Moni na pulpit i patrzę, nie umiem sobie wyobrazić, że życie się kończy. Że kogoś może braknąć. A przecież ja jej nie miałam na co dzień, co z tymi, którzy muszą żyć, co chwila orientując się, że stare przyzwyczajenia już nie pasują do rzeczywistości?

Usłyszeć w pracy wyrazy współczucia, a za jakiś czas od tej samej osoby pytanie o to, czy piszę się na imprezę... Bezcenne. Właściwie nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Bardziej chyba jednak płakać, bo pierwsza myśl to o tym, że imprezy lubię tylko w towarzystwie rodziny, a teraz tak pusto.

Było jeszcze jedno zdanie, które ubodło bardziej. Nie pytajcie, jakie, ale klękłam wewnętrznie po prostu...
16:26, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 listopada 2017
Już zapomniałam, jak bardzo płacz wyniszcza. Przynosi ulgę tylko wtedy, gdy po nim można się wyspać, a ja musiałam iść do pracy.

Pisałam już wiele razy o śmierci i wiecie co? Komuś najwyraźniej ten temat się podoba, bo znowu zabrał mi ważną osobę. Na fb jej koleżanki wrzucają zdjęcia, ba - sama kilka dni temu miałam wspomnienie z sabatu czarownic, a teraz...?

Była młodsza ode mnie o dziewięć lat. Miała w cholerę siły i odwagi. Uparta koza. Zawsze spadała na cztery łapy, ale nie tym razem. Od dwóch lat walczyła z chorobą. Nie przegrała, nie poddała się.
Mimo to jej nie ma.
Jeszcze tego nie czuję, ale już chyba nie będę umiała sobie zrobić rodzinnego babskiego zdjęcia, bo na samą myśl coś we mnie się zwija i krzyczy.

Wszyscy mieliśmy nadzieję, że będzie dobrze, że doczeka przeszczepu, że w końcu zajdzie w upragnioną ciążę (ba, nawet miałam taką śmiałą wizję, że ja wpadnę, ona zajdzie, a i Blondynie się zachce trzeciego i razem będziemy sobie leżeć na Ligocie, bo to mamy w zwyczaju). Bo przecież z przeszczepioną nerką da się. Z amputowaną szyjką macicy również.

Nie wiem, boję się jutra, będzie pogrzeb i... Będzie pusto.
To nie tak miało być.

A myśl, że ona mi na temat tej notki nie napisze priva, a zawsze pisała, jak były jakieś wyjątkowe, jest... Nie wiem, bez sensu, nie umiem pozbierać myśli.

Chyba chciałam o tym, żebyście wiedzieli, że nikt nie jest niezniszczalny, nawet jeśli ma się dwadzieścia siedem lat i jeszcze całe życie przed sobą.
18:54, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
środa, 04 października 2017
Jako wielbiciel zwierząt mam na fb pozaznaczane różne organizacje działające na rzecz zwierząt, uświadamiające, grupy wsparcia dla posiadaczy i takie tam.
Ostatnio spiekłam się nieco z jedną z nich, kiedy umieścili w poście zdjęcie dość niesmaczne, obrazujące skutki tego, że nie wysterylizowano suki, ona zaszła w ciążę, w wyniku komplikacji trzeba było ją ratować operacyjnie.

I tak się zastanawiam: czy naprawdę niezbędne jest w tej sytuacji pokazywanie tego typu drastycznych zdjęć bez ostrzeżenia? Wszyscy nabijamy się i wściekamy na katolickie organizacje pro-life, które rozkładają wystawy pod kościołami, na banerach umieszczają abortowane płody, a jaka jest różnica między tym, a właśnie takimi pokazówkami? Jedni i drudzy działają "na swoim terenie i nic nam do tego, możesz nie patrzeć" - takie tłumaczenie, jedni i drudzy robią to, aby "w ostry sposób otworzyć oczy". No, sorry, według mnie, jeśli ktoś ma jakąkolwiek wrażliwość, to wystarczy mu wytłumaczyć, pokazać statystyki, jakoś z nim rozmawiać. Naprawdę znacie choć jedną osobę, która zmieniła swoje postępowanie pod wpływem oglądania krwi i flaków? Według mnie raczej zniechęci się do danej organizacji.
Oczywiście, zostałam jednocześnie upomniana, że posiadanie zwierzęcia to nie tylko róż plusz i kokardki, ale i czasem amputacje, czasem operacje.

No, sorry, ale jeśli ktoś nie widzi różnicy między psem z amputowaną kończyną, a gnijącymi zwłokami, wyciąganymi z brzucha matki, to chyba coś nie tak jest z jego wrażliwością.

Żeby nie było: sama popieram sterylizację zwierząt. Wiadomo, fajnie byłoby, gdybyśmy mogli je rozmnażać, jak pan B. przykazał, ale nie możemy. Zapełniamy bezmyślnie schroniska, tworzymy mutanty z problemami zdrowotnymi, musimy więc kontrolować rozród.
Ale nie uważam, żeby pokazywanie drastycznych fotek z operacji ratującej życie zwierzęcia było potrzebne. Raczej wygląda mi to zagranie z brukowca, ma być kontrowersja, ma być krew, ma być obrzydzenie, ludzie to kupią.
14:52, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 września 2017
Szesnaście i pół roku związku to dużo w naszych czasach. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy to, co jest centrum tego stanu to rzeczywiste potrzeby, czy syndrom sztokholmski i nadal nie potrafię powiedzieć, która odpowiedź jest właściwa.

Jednak od jakiegoś czasu czuję, że się duszę. Druga strona niby chce dobrze, ale wiem, że to "dobrze" polega na tym, że ma być mi dobrze, żebym się dobrze sprawowała, a ja jestem przekorna i ta przekora mnie dusi aż do bólu, poważnie, w tym tygodniu pojawiły się objawy układu kostnego i krążenia, więc jest źle.

Psychika mi siada, kiedy pędzę na spotkanie, zamykam oczy z przerażenia, bo już wiem, że nie odległość jest problemem, a uczucia. Coś mnie zagarnia od szesnastu lat, wsysa moje najlepsze cechy, wypluwa kogoś zupełnie innego. Nie powinnam była szukać przyczyn moich problemów we mnie, oskarżać się, że to ja coś źle robię.

Jestem najlepsza, jaka mogę być, a ktoś nie potrafi tego docenić, dlatego to, co nazywałam po cichu nielojalnością, czy zdradą, teraz wydaje mi się jedyną rozsądną opcją i kwestią czasu.
11:34, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 września 2017
Właściwie to wczoraj chciałam zrobić bogatą notkę muzyczną o Marina And The Diamonds, ale zamiar powstał przedwczoraj, a od wczoraj już nie jest tak sielsko, więc...

Większość z nas ma bliskie osoby. Kogoś, kogo kocha, o kogo się troszczy. Ja mam ich bardzo dużo i czasem, kiedy z kimś jest źle, to chciałabym, żeby to mi było źle (ale to tak nie działa, gdybym wyraziła to otwarcie, to pewnie skończyłoby się na tym, że i ja, i ta osoba cierpiałybyśmy, Pan B. lubi to). Plączę się z kąta w kąt, chciałabym pomóc, a nie bardzo wiem, jak.

Wyobraźcie sobie, że ktoś cierpi nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, wiecie o tym, ale ten ktoś próbuje być twardy, chociaż nie śpi po nocach, bojąc się przyszłości. Wiem o tym, a nie mówię ani słowa, bo nie chcę, żeby kochana osoba pękła, chcę żeby była twarda i dalej dążyła do celu, jakikolwiek sobie ustali. Umiem trzymać za rękę, martwić się za kogoś, chociaż to ostatnie nie pomaga.

Wkurwia mnie to, że mówią nam, że Pan B. jest taki miłosierny, że oddał nam swojego syna. Oddał, bo wiedział, że go nie traci. Kiedy my patrzymy na cierpienie naszych bliskich, nie mamy pewności, a każe się nam wierzyć w Niego. W gościa, który zamiast wybaczyć nam to, że postępując zgodnie z daną nam przez Niego wolną wolą zrobiliśmy coś wbrew jego woli, pozwala nam zabić swoje dziecko, żeby pokazać, jak bardzo nas kocha, jednocześnie wiedząc, że za trzy dni je wskrzesi.

Wiem, jestem straszna, pewnie paru osobom się to nie spodoba, ale nie wierzę w to, że cierpienie umacnia. Już kiedyś pisałam - cierpienie testuje, jak bardzo silni jesteśmy. I to wcale nie jest tak, że po teście stajemy się silniejsi. Wręcz przeciwnie - stajemy coraz bliżej naszych granic.
18:40, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Właściwie to wczoraj chciałam zrobić bogatą notkę muzyczną o Marina And The Diamonds, ale zamiar powstał przedwczoraj, a od wczoraj już nie jest tak sielsko, więc...

Większość z nas ma bliskie osoby. Kogoś, kogo kocha, o kogo się troszczy. Ja mam ich bardzo dużo i czasem, kiedy z kimś jest źle, to chciałabym, żeby to mi było źle (ale to tak nie działa, gdybym wyraziła to otwarcie, to pewnie skończyłoby się na tym, że i ja, i ta osoba cierpiałybyśmy, Pan B. lubi to). Plączę się z kąta w kąt, chciałabym pomóc, a nie bardzo wiem, jak.

Wyobraźcie sobie, że ktoś cierpi nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, wiecie o tym, ale ten ktoś próbuje być twardy, chociaż nie śpi po nocach, bojąc się przyszłości. Wiem o tym, a nie mówię ani słowa, bo nie chcę, żeby kochana osoba pękła, chcę żeby była twarda i dalej dążyła do celu, jakikolwiek sobie ustali. Umiem trzymać za rękę, martwić się za kogoś, chociaż to ostatnie nie pomaga.

Wkurwia mnie to, że mówią nam, że Pan B. jest taki miłosierny, że oddał nam swojego syna. Oddał, bo wiedział, że go nie traci. Kiedy my patrzymy na cierpienie naszych bliskich, nie mamy pewności, a każe się nam wierzyć w Niego. W gościa, który zamiast wybaczyć nam to, że postępując zgodnie z daną nam przez Niego wolną wolą zrobiliśmy coś wbrew jego woli, pozwala nam zabić swoje dziecko, żeby pokazać, jak bardzo nas kocha, jednocześnie wiedząc, że za trzy dni je wskrzesi.

Wiem, jestem straszna, pewnie paru osobom się to nie spodoba, ale nie wierzę w to, że cierpienie umacnia. Już kiedyś pisałam - cierpienie testuje, jak bardzo silni jesteśmy. I to wcale nie jest tak, że po teście stajemy się silniejsi. Wręcz przeciwnie - stajemy coraz bliżej naszych granic.
18:40, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 września 2017
Wczoraj w końcu dostaliśmy aneksy z nowymi stawkami i, może jestem w tym wypadku za bardzo pewna siebie, ale stawka "pracownik powyżej 5 lat stażu" przy moich 16 latach pracy w jednym miejscu nie bardzo mnie zadowala. Zwłaszcza, że tak naprawdę te podwyżki to taka próba zatrzymania nas na wypadek kuszenia z magazynu konkurencji (stawia się w połowie mojej dotychczasowej drogi z domu do pracy, więc nie czuję się jakoś wybitnie przekonana finansowo, jeśli dla mnie największym stresem jest te czterdzieści minut w autobusie), ale nadal czekam, czy spróbują czegoś lepszego...)
I jednocześnie taki większy luz mam po sobotniej rozmowie z Kasztanem - między innymi o zarobkach, o tym jak ciężko związać koniec z końcem (kochana, ja zawsze mogę sprzedawać książki, z których się śmiejesz, że mam tak dużo :*). Porównałyśmy nieco nasze dochody i... Kurde, da się. Nawet, jak mnie zwolnią, to przecież mam dwie ręce, sprawne, choć dawno nie trenowane, mam zajebisty umysł, tylko czasu nie mam. Rękodzieło nie jest mi straszne, mogę dawać korepetycje z polskiego, mogę w sumie nawet dawać korepetycje z angielskiego, o ile ktoś nie wymaga papierów, mogę pisać pisma do urzędów, mogę wprowadzać poprawki do prac magisterskich, hej, normalnie, na mojej firmie i okolicznych marketach świat się nie kończy!

Zaliczyliśmy Rock Noc - jestem zachwycona zespołem Chico, poprzednio, kiedy poszłam z Lożą Szyderców (było cudnie, Baby, ale mało muzycznie, za to bardzo sarkastycznie), nie miałam okazji tak się wsłuchać, a na płytach wokal wypada dużo gorzej. Wyobraźcie sobie, wyszedł na scenę koleś o wymiarach kwadratu (FIT - fajny i tusty), czy może koła, totalnie niezauważalny na ulicy i zaczął dawać czadu głosem (no i gadką między utworami, strasznie sympatyczną), tak, że moja muzyczna jaźń się zakochała. To było wprost niemożliwe do ogarnięcia, że można w jednej sekundzie przejść od śpiewu do wrzasku i na odwrót.

Był też zespół Illusion, na który szłam tak w sumie dla towarzystwa (musiałam zobaczyć spotkanie kolegów ze szkolnej ławy po piętnastu latach od matury, musiałam. I nie zawiodłam się, za to ja dostałam sprzeczne informacje: "Hej, ona jest dalej taka złośliwa, jak była!" i "Kiedyś byłaś dla mnie milsza!"), a dostałam świetną zabawę, ze skakaniem, z drącymi się nad uchem mordami (zazwyczaj mam jedną, teraz miałam stereo). Ogólnie Illusion to zespół, którego nie słucham, bo jakoś te teksty mnie tak nie przekonują, ale koncertowo... Polecam.

Na tapecie Volbeat, chcę na ich koncert, aż przeglądałam trasy, żeby tak coś blisko. Jednocześnie z tyłu głowy lata mi, że przegapiam trasę Stone Sour, chociaż nowy album jest tak beznadziejny, że jakby poskładać fajne kawałki, to może... Nie, chyba starczyłoby na bonusy do jakiegoś singla, bo są ich całe dwa - "Fabuless" i "Hydrograd". Ale ten Volbeat na koncertach musi być niesamowity, tyle energii...
17:04, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 sierpnia 2017
Czasem tracę cierpliwość. Staram się, jak mogę, by nie nie lubić ludzi (co jest baaardzo trudne, bo cholera jasna, bardzo przeszkadza mi towarzystwo, lubię jednostki, niektóre nawet mocno lubię, ale wychodzę z założenia, że jeśli ktoś nie robi mi krzywdy, to nie mam prawa źle go traktować. W sumie, nawet jeśli robi mi krzywdę, to też traktuję go dobrze, bo zakładam, że robi to z niewiedzy, nie ze złośliwości), ale ostatnio stało się tak, że obserwując czyjeś zachowanie wobec innych zaczęłam rozumieć niepopularność pewnej osoby. Pytanie, dlaczego ją tak źle traktują, dlaczego są takie zawistne teraz traktuję jako retoryczne, bo wygląda na to, że są ludzie, których najwyższym celem życiowym jest pokazanie innym, że są gorsi. Nie, nie gnębiąc ich, co już się też u nas zdarzało, tylko takim księżniczkowaniem.
Owszem, bywam zimną suką, ale... Jednocześnie bywam też ciepłym kłębkiem waty cukrowej. Dziwnie się z tym czuję, zwykle nie obgaduję nikogo na blogu, staram się, aby był społecznie neutralny, ale...

Nie umiem. Nienawidzę ludzi z plecami. Nienawidzę ludzi, którym nie można zwrócić uwagi. Wkurwia mnie bezsilność, a z mojego wewnętrznego wkurwu robią się zwykle trzaskające drzwi.
Te z piosenki Strachów Na Lachów.

Przecudny jest kawałek "Obsessions" Marina And The Diamonds - w pierwszym momencie myślałam, że to o fizycznej miłości, bo pojawia się i papieros rankiem zapalony w łóżku, i płonąca skóra, i słabość, i siła...
A potem doczytałam, że w sklepie patrzą na mnie, muszę uciekać, robię się oschła, zostaw mnie w spokoju, chcę zniszczyć te wszystkie myśli, które mnie nachodzą.

W pracy zebranie w sprawie zmiany warunków, bardzo pozytywne perspektywy, ale czy dojdą do skutku?
Na plus zmiana postawy dyrektora, w końcu nie mówił, że sytuacja w okresie letnim zaskoczyła go niczym zima drogowców, poważnie powiedział, że jest winny tego, że nie zapewnił obstawy na czas urlopów, kurde no, nawet poczułam szacunek, choć sądziłam, że już nie będę nigdy w stanie, zwłaszcza po pewnych nieprzyjemnych sytuacjach w zakładzie...
21:51, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 sierpnia 2017
W czwartek pożegnaliśmy Milę. W sumie nie wiadomo, co ją rozłożyło. Chwyciła jakieś przeziębienie, niestety, leczenie nie przyniosło poprawy, trzeciego dnia już nie miała siły na nic, leżała taka biedna i bezradna, z wypchanymi policzkami (dzień wcześniej próbowała jeszcze zrobić zapasy, ale nie wyszło jej to)...
Zawsze w takiej sytuacji smutno mi, bo wydaje mi się, że zawiodłam te stworzenie przecież całkowicie ode mnie zależne.
Ciężko było patrzeć na nieruchome ciałko, oddychające z trudem, kiedy w pamięci miało się ciekawską istotę, która wychodziła do ręki, jak tylko otwarło się klatkę.

Klatka na razie straszy, ale mamy w domu Kiwi od Emilki, więc trochę łagodzi pustkę - zwłaszcza, że Janka bierze ją na ręce i rozmawia z nią, i czasem jest tak, jakby się nie przejęła, a potem przychodzi do mnie i popłakuje.

Najważniejsze, że dzięki Mili Jana nauczyła się, że oswajanie zwierząt nie jest takie łatwe (a także późniejsze pogodzenie się z tym, że czasem zwierzę nie chce przyjść do człowieka), a dodatkowo przekonała nas, że potrafi się zająć swoim własnym zwierzęciem.
17:22, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 sierpnia 2017
Na fali informacji pewnego radia z kilku ostatnich miesięcy, kiedy co drugi artykuł ma w tytule "Slipknot", "Corey Taylor (Slipknot/Stone Sour), "Stone Sour" musiałam napisać taką notkę.
Zwykle większą przyjemność, niż czytanie artykułu sprawia mi czytanie komentarzy, tradycyjna gównoburza, znudzenie,któremu się nie dziwię, strach kichnąć, żeby nie dowiedzieć się na drugi dzień, że życzy mi zdrowia (albo żebym leciała po flaszkę), pytania o to, kim jest ten gościu. Trafiła się jednak wypowiedź, która mnie rozśmieszyła, ale i nieco tak... Zniesmaczyła. "On nie jest żadnym muzykiem".
Cokolwiek o tym facecie nie napisać, np: że jest przeciętnym dupkiem (a może raczej: nieprzeciętnym dupkiem), jest zaczepny niczym kogucik i nie wie, kiedy odpuścić, może wkurwiać, za dużo go w mediach, że cała ta jego niby-charyzma to tylko efekciarstwo, (cholera, czuję się, jakbym opisywała prawie siebie :)), a pisanie to bzdury, które wydały się tylko dla nazwiska autora (aczkolwiek z "Siedmiu grzechów głównych" - o ile rzeczywiście nikt mu nie pomagał - wygląda typ faceta, którego polubiłam, coś jak mój mąż - w jednej minucie potrafi wkurwić na maksa, a potem totalnie rozbroić, nawet żartując z moich własnych, babskich słabości), to jedno jest pewne - jest świetnym muzykiem. Na robieniu muzyki zna się doskonale, a oprócz tego posiada jeden z najlepszych głosów, jakie się pojawiły w ciężkiej muzyce kiedykolwiek. Potrafi stworzyć coś, co łamie serce, ale i wtłacza w serce tlen. Niewielu jest takich ludzi w muzyce, u których wszystko ma ręce i nogi. Mogę się zgodzić, że według kogoś nie jest takim geniuszem, jak ja go czasem widzę, ale cholera, no. Muzyka wychodzi mu doskonale. Znalazł świetne połączenie łojenia i melodyjności, sprawdza się w tym. Wiele można mu więc wybaczyć i, co by nie mówić, trzeba to docenić.

Jasne, może w tej chwili ani Slipknot, ani Stone Sour nie są odkrywcze, ale to nie jest ważne. Muzyka nie musi cały czas zdobywać nowych miejsc, muzyka ma być częścią życia.
23:36, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 lipca 2017
Nie będę pisała o zaletach urlopu. Nie napiszę też o plusach wypoczynku właśnie nad Zalewem Sromowickim i Czorsztyńskim.

Napiszę o traumach.
Idąc do Niedzicy mijamy most widokowy. Nie, nie "mijamy", tylko "przechodzimy po nim". Jest drewniany i wydaje DŹWIĘKI. Nienawidzę mostów od dzieciństwa, kiedy chodziliśmy z Zawodzia na Bogucice do ciotki, musieliśmy przejść przez most na Rawie. Ja chodziłam po nim z zamkniętymi oczami i dobrze pamiętam ten dzień, kiedy tata powiedział mi, że mogę otworzyć oczy, bo to już koniec, a okazało się, że taki dowcip zrobił i to było na środku. Do dziś mam problem z zaufaniem.
I nie od dziś jestem naiwna, jak widać.
Przez ten most idzie się dobre pół minuty, jak nie więcej, niestety dzieli nasze miejsce wypoczynku od Kasztela, gdzie dają przepyszne rydze, pomidorową i żurek, więc iść trzeba. Za każdym razem nie tyle z bólem, co...
Hm, znacie to uczucie, kiedy wchodzi się zbyt szybko do zimnej wody? No, właśnie, ja je mam, kiedy patrzę na wodę pode mną. Wpadam w panikę, tracę oddech. Ciężko wytłumaczyć tak silną i absurdalną reakcję na coś, co NIE JEST dla mnie realnym zagrożeniem.
Jana mówi: "Mamo, możesz mnie mocno ściskać na tym moście za rękę. Ale nie za bardzo mocno!"

Druga rzecz to bezsenność. Nie to, że mi się nie chce spać, uwierzcie, padłabym na ryj w poprzek łóżka i oddała się słodkiej nieświadomości (pewnie tak się w końcu stanie), gdyby nie sny.
Noc pierwsza - [*] Grzegorz. Nawet w tym śnie mu mówiłam, że ma mnie zostawić w spokoju, bo wiem, że go nie ma już wśród żywych i jest mi z tego powodu smutno.
Noc druga - uciekanie po mieszkaniu przed gwałcicielem, a było to tak realne, że budząc się, spojrzałam na szafkę przed sobą z myślą, że za nią się wcisnę.
Noc trzecia - poród. Nie, nie naturalny, szykowali mnie do cesarki, więc stres nie z tej Ziemi.
Noc czwarta, która jeszcze trwa, więc mogę powiedzieć, że moja podświadomość dopiero nabiera rozpędu - że obozowałam w namiocie na szczycie góry (a moi rodzice obok, w zabezpieczonym obozowisku), a z dołu szły czarne, burzowe chmury i się błyskało.

Nie sypiam tu dobrze. Może to bliskość wody (okna na Dunajec i Jezioro Sromowickie), może dźwięk turbin (tak, tak, słychać elektrownię).
Może tylko nerwica.

Wczoraj próbowano nas okraść na plaży. To też przykre.

Ale tak naprawdę jest ok - pogoda w kratkę, więc ani za ciepło, ani za zimno, idealnie do chodzenia, jedzenie dobre, widoki przepiękne, poważnie - dawno nie widziałam nic tak zachwycającego, jak te góry dookoła. Nawet Tatry widzieliśmy (i nie o te w płynie mi chodzi, tylko góry).

Sąsiadów mamy ciekawych - jedni z dzieckiem, które darło się do matki: "Jesteś najgorsza! On jest mój i gówno mnie to obchodzi!" Doświadczenie podpowiada, że chodzi o tablet/telefon, aczkolwiek Jana nigdy takich słów nie użyłabym, u niej to jest: "Ale dlaczego?"
Drugą ekipę Lenin złapał, jak marudzili na to, że ktoś tam nie segreguje śmieci, a sami, tacy eko-sreko, zostawili psa w pokoju na cały dzień, bo poprzednio, jak poszli w Tatry, to się tak zmęczył, że spał cały dzień.
No, poważnie? Niestety, tak to w życiu jest, że jak się ma dzieci lub zwierzę, to trzeba się do tego dostosować (dzięki, Iowna, za opiekę nad Milą). Ciekawe, czy córkę też zostawiali w domu, jak była za mała? I gdzie się ma ten pies nauczyć ekonomicznego chodzenia, kiedy siedzi w pokoju?
(Zakładam, że te dwie sytuacje to była jedna rodzina, jedynie Lenin sugeruje, że chyba to nie ci sami, więc się nie kłócę)

My za to w góry nie poszliśmy w ogóle ze względu na Żuję. Nie dlatego, że nie dałaby rady. Wszyscy mamy kondycję do dupy, więc dałaby. Ze względu na przepisy jednak nie możemy wejść w Pieniński Park Narodowy, więc dziś dopiero pójdziemy na Słowacką stronę.
03:35, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47