Skopiuj CSS

pamiętnik

sobota, 12 sierpnia 2017
Na fali informacji pewnego radia z kilku ostatnich miesięcy, kiedy co drugi artykuł ma w tytule "Slipknot", "Corey Taylor (Slipknot/Stone Sour), "Stone Sour" musiałam napisać taką notkę.
Zwykle większą przyjemność, niż czytanie artykułu sprawia mi czytanie komentarzy, tradycyjna gównoburza, znudzenie,któremu się nie dziwię, strach kichnąć, żeby nie dowiedzieć się na drugi dzień, że życzy mi zdrowia (albo żebym leciała po flaszkę), pytania o to, kim jest ten gościu. Trafiła się jednak wypowiedź, która mnie rozśmieszyła, ale i nieco tak... Zniesmaczyła. "On nie jest żadnym muzykiem".
Cokolwiek o tym facecie nie napisać, np: że jest przeciętnym dupkiem (a może raczej: nieprzeciętnym dupkiem), jest zaczepny niczym kogucik i nie wie, kiedy odpuścić, może wkurwiać, za dużo go w mediach, że cała ta jego niby-charyzma to tylko efekciarstwo, (cholera, czuję się, jakbym opisywała prawie siebie :)), a pisanie to bzdury, które wydały się tylko dla nazwiska autora (aczkolwiek z "Siedmiu grzechów głównych" - o ile rzeczywiście nikt mu nie pomagał - wygląda typ faceta, którego polubiłam, coś jak mój mąż - w jednej minucie potrafi wkurwić na maksa, a potem totalnie rozbroić, nawet żartując z moich własnych, babskich słabości), to jedno jest pewne - jest świetnym muzykiem. Na robieniu muzyki zna się doskonale, a oprócz tego posiada jeden z najlepszych głosów, jakie się pojawiły w ciężkiej muzyce kiedykolwiek. Potrafi stworzyć coś, co łamie serce, ale i wtłacza w serce tlen. Niewielu jest takich ludzi w muzyce, u których wszystko ma ręce i nogi. Mogę się zgodzić, że według kogoś nie jest takim geniuszem, jak ja go czasem widzę, ale cholera, no. Muzyka wychodzi mu doskonale. Znalazł świetne połączenie łojenia i melodyjności, sprawdza się w tym. Wiele można mu więc wybaczyć i, co by nie mówić, trzeba to docenić.

Jasne, może w tej chwili ani Slipknot, ani Stone Sour nie są odkrywcze, ale to nie jest ważne. Muzyka nie musi cały czas zdobywać nowych miejsc, muzyka ma być częścią życia.
23:36, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 lipca 2017
Nie będę pisała o zaletach urlopu. Nie napiszę też o plusach wypoczynku właśnie nad Zalewem Sromowickim i Czorsztyńskim.

Napiszę o traumach.
Idąc do Niedzicy mijamy most widokowy. Nie, nie "mijamy", tylko "przechodzimy po nim". Jest drewniany i wydaje DŹWIĘKI. Nienawidzę mostów od dzieciństwa, kiedy chodziliśmy z Zawodzia na Bogucice do ciotki, musieliśmy przejść przez most na Rawie. Ja chodziłam po nim z zamkniętymi oczami i dobrze pamiętam ten dzień, kiedy tata powiedział mi, że mogę otworzyć oczy, bo to już koniec, a okazało się, że taki dowcip zrobił i to było na środku. Do dziś mam problem z zaufaniem.
I nie od dziś jestem naiwna, jak widać.
Przez ten most idzie się dobre pół minuty, jak nie więcej, niestety dzieli nasze miejsce wypoczynku od Kasztela, gdzie dają przepyszne rydze, pomidorową i żurek, więc iść trzeba. Za każdym razem nie tyle z bólem, co...
Hm, znacie to uczucie, kiedy wchodzi się zbyt szybko do zimnej wody? No, właśnie, ja je mam, kiedy patrzę na wodę pode mną. Wpadam w panikę, tracę oddech. Ciężko wytłumaczyć tak silną i absurdalną reakcję na coś, co NIE JEST dla mnie realnym zagrożeniem.
Jana mówi: "Mamo, możesz mnie mocno ściskać na tym moście za rękę. Ale nie za bardzo mocno!"

Druga rzecz to bezsenność. Nie to, że mi się nie chce spać, uwierzcie, padłabym na ryj w poprzek łóżka i oddała się słodkiej nieświadomości (pewnie tak się w końcu stanie), gdyby nie sny.
Noc pierwsza - [*] Grzegorz. Nawet w tym śnie mu mówiłam, że ma mnie zostawić w spokoju, bo wiem, że go nie ma już wśród żywych i jest mi z tego powodu smutno.
Noc druga - uciekanie po mieszkaniu przed gwałcicielem, a było to tak realne, że budząc się, spojrzałam na szafkę przed sobą z myślą, że za nią się wcisnę.
Noc trzecia - poród. Nie, nie naturalny, szykowali mnie do cesarki, więc stres nie z tej Ziemi.
Noc czwarta, która jeszcze trwa, więc mogę powiedzieć, że moja podświadomość dopiero nabiera rozpędu - że obozowałam w namiocie na szczycie góry (a moi rodzice obok, w zabezpieczonym obozowisku), a z dołu szły czarne, burzowe chmury i się błyskało.

Nie sypiam tu dobrze. Może to bliskość wody (okna na Dunajec i Jezioro Sromowickie), może dźwięk turbin (tak, tak, słychać elektrownię).
Może tylko nerwica.

Wczoraj próbowano nas okraść na plaży. To też przykre.

Ale tak naprawdę jest ok - pogoda w kratkę, więc ani za ciepło, ani za zimno, idealnie do chodzenia, jedzenie dobre, widoki przepiękne, poważnie - dawno nie widziałam nic tak zachwycającego, jak te góry dookoła. Nawet Tatry widzieliśmy (i nie o te w płynie mi chodzi, tylko góry).

Sąsiadów mamy ciekawych - jedni z dzieckiem, które darło się do matki: "Jesteś najgorsza! On jest mój i gówno mnie to obchodzi!" Doświadczenie podpowiada, że chodzi o tablet/telefon, aczkolwiek Jana nigdy takich słów nie użyłabym, u niej to jest: "Ale dlaczego?"
Drugą ekipę Lenin złapał, jak marudzili na to, że ktoś tam nie segreguje śmieci, a sami, tacy eko-sreko, zostawili psa w pokoju na cały dzień, bo poprzednio, jak poszli w Tatry, to się tak zmęczył, że spał cały dzień.
No, poważnie? Niestety, tak to w życiu jest, że jak się ma dzieci lub zwierzę, to trzeba się do tego dostosować (dzięki, Iowna, za opiekę nad Milą). Ciekawe, czy córkę też zostawiali w domu, jak była za mała? I gdzie się ma ten pies nauczyć ekonomicznego chodzenia, kiedy siedzi w pokoju?
(Zakładam, że te dwie sytuacje to była jedna rodzina, jedynie Lenin sugeruje, że chyba to nie ci sami, więc się nie kłócę)

My za to w góry nie poszliśmy w ogóle ze względu na Żuję. Nie dlatego, że nie dałaby rady. Wszyscy mamy kondycję do dupy, więc dałaby. Ze względu na przepisy jednak nie możemy wejść w Pieniński Park Narodowy, więc dziś dopiero pójdziemy na Słowacką stronę.
03:35, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 lipca 2017
Załapaliśmy się na końcówkę pierwszego zespołu - ARRM, więc o nim nie mogę nic napisać, ale potem było już znacznie lepiej.
Był Percival Schuttenbach (właśnie mnie Samiec uświadamia, żebym nie popełniła błędu, nazywając ich po prostu Percivalem), połączenie metalu i folku, coś bardzo przyjemnego i dla ucha, i dla oka, naprawdę podoba mi się ich wizerunek (i bardzo podobała mi się bluzka wokalistki, hehe). Mocne granie, darcie mordy, śpiewanie, a to wszystko w klimatach swojskich i sentymentalnych wręcz. Agresywnie, ale miło.
Zeal & Ardor chcieliśmy sobie odpuścić, to co obejrzeliśmy w zwiastunach na Metal Mind Productions, nie zachęcało, było smętne i byle jakie. Ale, jako biedaki, które raz do roku idą na festiwal, daliśmy się ponieść idei "zapłaciłem, więc wykorzystam na maksa" i zaliczyliśmy także ten koncert. I wiecie co? Był świetny! Nawet kawałek "Satan is fine" (zastanawia mnie dwuznaczność tego zdania, wiecie - częściej tłumaczę sobie ostatnio opakowania z szamponów, niż teksty literackie), to było kopyto po prostu. Zupełnie inny klimat. Fajne, rytmiczne granie, porządnie wykonane wokale... Nie żałuję, że jestem sknerą.
Myrkur to inna bajka. Poważnie - bajka. Stoi na scenie topielica, mikrofon ma, jak rozgałęziony konar. Śpiewa, a potem nagle wrzeszczy, jakby z piekła rodem. Coś, co przemawia do uczuć bardzo mocno. Niestety, od strony muzycznej dla mnie to było mało strawne, za dużo łojenia, za mało tego serca. Ale i tak bardzo mi się podobało. Wizualnie.
Paradise Lost właściwie nieco minęło mnie, gdyż chciałam zająć najlepszą miejscówkę na Mansona, w efekcie wylądowaliśmy w pobliżu młyna i zamiast skupić się na muzyce, skupiałam się na utrzymaniu równowagi. Mój błąd. Koncert podobno poprawny, tyle wiem z opinii.
No i kulminacja, czyli Marilyn Manson. Dał radę. Patrzyłam wcześniej na jego zdjęcia i trochę się bałam - ten stary, utyty facet miałby dawać czadu? Ale dał. Było świetnie. Godzina skakania, tłum porwany i poszarpany, w tej jednej pięknej fali, uwielbiam to uczucie, ta masa zdolna do wszystkiego. Muzycy mają władzę. Oni naprawdę mogliby przewrócić świat do góry nogami. Z tym, że nie chcą - dlatego im się ufa.

Całość - kupa fajnych ludzi. Festiwale to popis ludzkiej tolerancji. Muzyka łączy. Widziałam dresów, punków, gotów, metali, niezidentyfikowanych ideologicznie, łyse pały, panienki z tipsami i na szpileczkach w stylu róż-plusz... Wszystkie możliwe subkultury. Nikt nikogo nie obrażał, nikt się nie bił. Nawet pijanych nie było. I to był pierwszy koncert w Spodku, kiedy nie nawąchałam się zielonego, to aż dziwne było, potem stwierdziłam, że miałam takie uczucie braku. Niestety, były e-papierosy. Ale spoko, nie było zwyczajnych, więc coś za coś, mimo wszystko - dymu było mniej.

Sprawa ostatnia i chyba najważniejsza. Tak beznadziejnego nagłośnienia w życiu nie słyszałam. Owszem, bywały koncerty, kiedy wokaliści musieli drzeć mordę, żeby cokolwiek było słychać (np: prawie wszystkie Luxtorpedy, gdzie Hans ma czerwoną z wysiłku twarz, pewnie z tego powodu zapuszcza brodę), ale takich spięć i pisków to jeszcze nie słyszałam, nawet przy koncertach w knajpach, gdzie widownia to pięciu fanów i trzech pijaków... Jeśli już przy pierwszym i drugim zespole były problemy, to zawsze były cztery godziny na ściągnięcie poprawnie działającego sprzętu, czy fachowców. Nie mówcie, że się nie da.
Ale oglądać irytację Mansona... To też ma swój smaczek.
14:56, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 lipca 2017
Stojąc sobie przy zlewozmywaku (moje ulubione miejsce do myślenia), popłynęłam umysłem do pewnego demota, który widziałam kilka dni temu. Pewien bardzo nowocześnie wyglądający pan rozprawiał o ludziach starej i nowej daty. Że ludzie starej daty, to my, wychowani w blokach, z dostępem do szeroko pojętego podwórka, którzy znajomych mieli pod ręką i tak wyrabiali sobie postawy społeczne (jak sobie wyrobili, to nie powiem, bo już nawet introwertycy dziwią się, że nie mam żadnej potrzeby wyjścia na zewnątrz i mogę siedzieć w domu bez szkody dla psychiki). Z jednej strony ma rację - rzeczywiście, trzeba było być fair wobec tych kumpli, trzeba było być tolerancyjnym dla ich wad, trzeba było umieć przepraszać i rozwiązywać konflikty, bo jeśli się z kimś było skłóconym, to niestety, nie można było go wyrzucić ze znajomych.
Ale dalej poszedł głęboko w odbyt, bo stwierdził, że dzieciaki urodzone po 2000 roku w większości mają trociny w głowie. A kto jest temu winien? Dzieci? Czy ci właśnie, zajebiście społecznie przystosowani dorośli, wychowani na podwórkach? No, chyba coś poszło nie tak, bo nagle okazuje się, że nawet własnego domu nie umiemy społecznie ogarnąć, tej podstawowej komórki. I nie przemawia do mnie to, że "ja sobie mogę, a moje dziecko wejdzie potem w złe towarzystwo i..." Sorry, ale mniej więcej tak samo mówili o paleniu papierosów i piciu alkoholu. Nie wpadłam w alkoholizm, nie palę, choć zdecydowana większość moich koleżanek paliła. Mało tego, żaden z moich braci też nie pali. I nie pije.
Czyli się da. Po prostu dziecka nie można tresować. Na czym polega tresura? Na tym, żeby wyrobić u kogoś odruchy nie związane z logiką, czy naturą.
Np: dziecko nie bawi się zapałkami, bo boi się wpierdolu od matki.
Powstaje sytuacja, że zacznie się bawić, gdy będzie miało pewność, że matka nie dowie się o tym, prawda?
Wychowanie polega na tym, żeby nie bawiło się tymi zapałkami, bo zna realne konsekwencje tego postępowania. Wiem, myślę idealistycznie, ale uwierzcie - sprawdza się lepiej. Na tej samej zasadzie wiele rzeczy zadziałało u nas w domu. Np: nie piję alkoholu, bo mi wstyd za pijanych członków rodziny i nie chcę być taka, jak oni.
Bicie nie jest elementem wychowania. Jest elementem tresury. Dziecko, które się boi bicia, wcześniej czy później nauczy się unikać go - niekoniecznie w taki sposób, jakiego oczekujemy. Tamten system wychowania nie był dobry. Człowiek bał się własnych rodziców. Spotkałam się z tym, że w temacie bicia padał temat "wzbudzania szacunku". Nie, jeśli ktoś na mnie wymusza, żebym była posłuszna wobec innych poprzez zadanie mi bólu, to nie jest szacunek. Szacunek jest wtedy, kiedy mi wytłumaczy istotę człowieczeństwa, powody dla których mam traktować drugiego człowieka dobrze, a najlepiej niech mi jeszcze to pokaże.

Dobrze pamiętam, jak to jest dostać pasem po dupie. Nie zdarzało się to często, może dwa - trzy razy. Ale pamiętam. Nie chcę, żeby moje dziecko czuło się tak, jak ja wtedy. I żeby było mi posłuszne dlatego, żeby tak się nie czuć.
18:42, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 lipca 2017
Do Janki wpada czasem Emila, bawią się, a ja podsłuchuję, jako że znam dobrze jej rodziców, łatwo mi sobie wyobrazić ich w jej rozmowach. Jana za to odtwarza to, co widzi we własnym domu. Dzieciaki wszystko słyszą. W sumie jestem zadowolona, nie brzmi to tak źle. Chyba zachowujemy się dość normalnie, przynajmniej z tego, co słyszę.

Wstałam na nogi. W końcu czuję się lepiej, jakby jakiś ciężar spadł mi z serca. Nie wiem nawet, jaki. Może zbyt denerwowałam się tym, że mam wolne. Czy to jest pracoholizm? Czy tylko lojalność wobec koleżanek z pracy? Jest nas teraz mało, zbyt mało. Godziny szczytów były straszne, zamiast od 12 do 15 trwały od 11 do prawie 16. Sukcesem było, jeśli na przerwę szliśmy o 16. Nie wiem, czego oni od nas chcą, wiem, że możliwości ludzkie teoretycznie są nieograniczone, ale tak naprawdę nie da się ich rozciągać w przeciągu tygodnia aż w takim stopniu.

Lubię pracę fizyczną, ale jestem mocno sfrustrowana, gdy nie daję rady. Nie, nie mówię, że to już starość, jestem w najlepszym wieku, ale...
Chwilami mam dość absurdalnych decyzji, wymagań. I nie chodzi o to, że nie jesteśmy doceniani finansowo, ale... No, właśnie, miałam zbierać dane w tym tygodniu, żeby o tym pisać, a ja siedzę w domu. Nie mam z kim pogadać o tym. Jestem w kropce.
14:25, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 lipca 2017
Dwa dni w łóżku, poważnie. W poniedziałek i wtorek delikatnie sprzątałam, bez pośpiechu, bo słaba byłam, jak nie wiem, co, a środa i czwartek już w poziomie. Kurde, jak jakaś staruszka. Jana wstaje rano, nie wiemy o której (chodzi spać, jak w zegarku, o dwudziestej pierwszej), robi sobie śniadanie, ubiera się. Potem pół dnia czyta książki (dzisiaj "Bestiariusz słowiański" i "Sto jeden dalmatyńczyków" - Mamo, ta książka jest super!)
Nie wiem, co mieli na myśli ludzie, którzy mówili, że najlepsze dziecko jest do końca drugiego roku życia, im jest starsza, tym lepsza mi się wydaje.
Ok, nie jestem najlepszym przykładem matki. Lubię z dzieckiem pogadać, pobawić się, uczyć razem z nim. Całe to pielęgnowanie, zmienianie pieluch, karmienie, kremowanie zupełnie nie ma dla mnie uroku. Nie, moja córka nie jest moją przyjaciółką, nie zwierzam się jej z moich trosk, raczej rozmawiamy o jej przeżyciach. Tylko tak właśnie jest mi lepiej. Że jest taka duża.
Włączam głośnik, wkładam do niego tę samą kartę, którą mam w pracy i delektuję się muzyką, śpiewam sobie na głos, przeżywam. Rozmawiam z dźwiękami, są takie piękne i mądre (cut cut cut me up and fuck fuck fuck me up).
Na dodatek mam @, więc to jest ten czas, gdy jestem pełnią łagodności, chociaż osłabioną i bladą, ale jednak bardzo miłą.

Nie umiem nie być zazdrosna. Właściwie nie wiem, jak to jest, czasem, jak np: dzisiaj, czuję się ufna i spokojna, ale za dziewięć dni będzie koszmar. Uwierzcie, jeśli macie zazdrosnego partnera/zazdrosną partnerkę, można jemu/jej tylko współczuć. Wy zawsze możecie od niego/niej odejść.
Zazdrość zostaje, a każde nadużycie zaufania okalecza.

I takie tam, cut right in me, cause I am made of scars.

PS: Nie wiedziałam, że bezczynność bywa taka przyjemna, nawet jeśli wymuszona. Owszem, chętnie wrócę do pracy, ale... Siedzenie z samą sobą nie jest takie złe. Czyżbym się już ze sobą dogadała?
19:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 lipca 2017
W końcu udało mi się przekonać mojego wybrzydzacza do czereśni, więc teraz już obżeramy się obydwie.
To są niezwykłe owoce, mają w sobie wszystko - lekką kwaskowatość, słodycz bez końca, gładką, delikatną skórkę, miękki, elastyczny miąższ, mają w sobie smak wakacyjnej wolności, wspomnienia, przy zamykaniu oczu pojawiają się wszystkie te chwile spędzone na czubkach drzew, zapach traw i liści, śmiech do upadłego (matko, jak ja się cieszę, że nadal potrafię śmiać się do bólu brzucha, a o czym najlepiej wie Lenin, bo zwykle dostaję głupawki podczas naszych wieczornych podsumowań... Uwielbiam to, kiedy gadamy i nagle wplątujemy się w sieć dwuznaczności albo alternatywnych treści, bo dwuznaczność brzmi zbyt jednoznacznie), to wszystko jest w czereśniach, w wieku Jany jeszcze nie chodziłam po drzewach, nie ma co się oszukiwać, to zaczęło się, gdy miałam 10-12 lat mniej więcej, wtedy dopiero zrobiła się ze mnie dzika poszukiwaczka przygód. Podobno byłam strasznie odważna.
Gdzie podziała się moja umiejętność wspinaczki? Skoków? Czasem zachodzę do Doliny BEKI i zastanawiam się, jakim cudem, będąc o te 15 cm niższą wtedy, byłam w stanie tak skakać między skałami?

Czereśnie są erotyczne, niestety zwykle na wieczór nie zostaje nic, a na dodatek od pasa w dół jestem zajęta czym innym, if you know what I mean.

Czekam więc na wolny weekend.

Nie wchodzę na fb, obawiam się gróźb i przekleństw w wiadomościach od współpracowników. Tak, wiem, jestem tchórzem. Poza tym, kurde, jak się ma wolne, to nagle okazuje się, że nie ma czasu na internety.

Jana wchodzi do pokoju. Kręci się niespokojnie.
- Czego szukasz?
- Miejsca na moją niewidzialną kamerę. O, tutaj będzie dobrze.
Chwila zabawy w jutuberkę w sąsiednim pokoju. Krzyk:
- Mamo!
- Co?
- Wyłącz mi kamerę!
Pstryk. Okazało się, że utknęła w bluzce, pomogłam jej.
- Jana, a ta kamera musi tu być? Wiesz, ona mi nie przeszkadza, ale postawiłaś ją pod głośnikiem i moja muzyka może zagłuszać twoje wypowiedzi.
- No, masz rację, tam będzie lepiej.

Wiem, wyobraźnia dzieci powinna być ograniczana. Ja nie umiem. Nawet w pracy rozmawiam sobie w głowie i uwierzcie, te rozmowy mnie czasem tak bawią, że śmieję się prawie na głos. Jestem całkiem interesującym towarzyszem, jeśli się z kimś oswoję.

Lenin dostał do oceny "Lato Złotej Rybki". Generalnie czuję w tym potencjał, ale i niedosyt, jestem beznadziejna w opisach. Zwykle z pisaniem mam, jak z seksem - trochę intrygi, trochę gry wstępnej, a potem szybko, byle do końca.
;)
17:41, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 czerwca 2017
Dziewięć godzin w pracy, trzy godziny snu, potem trzy jeżdżenia (zawieźć psa, odebrać dziecko) i w końcu dotarliśmy do Zoo w Opolu, po raz trzeci. Ostatnio (pięć lat temu) zostaliśmy tam zaskoczeni przez fakt, że mój brat ma dziewczynę, którą zdecydował się zacząć przedstawiać rodzinie - dziś byli z nami już jako mąż i żona, oraz rodzice dwójki dzieciaków.

Zoo w Opolu to chyba nasz ulubiony obiekt tego typu, a dziś jeszcze na dodatek widzieliśmy tam mrówkojada olbrzymiego i rosomaka.

Nieoczekiwanie (muszę o tym wspomnieć), Młoda dała się namówić na gotowaną kukurydzę. Jestem w szoku, ale szczęśliwa, bo nadal kombinowanie dla niej urozmaiconego menu jest koszmarem nawet dla mojej kreatywności.

Podejrzewam, że padnę na twarz, jak tylko wejdę w strefę przyciągania łóżka, ale warto było.

PS: Ostatnio spotkałam się z kumpelą z facebooka - mieszkałyśmy na jednym osiedlu, jesteśmy z jednego rocznika, okazuje się, że miałyśmy te same zabawy, a nie znałyśmy się zupełnie. Doszłyśmy do wniosku, że po prostu jesteśmy/byłyśmy strasznymi dziwadłami i to dlatego.

W robocie sytuacja taka, że najlepiej opisać to słowami z Ludwika: "Przy tym obrocie zdarzeń, co jeszcze nas czeka - bunt, strajk, siwy dym". Jest strasznie. Cieszę się z tego podwójnego mózgu, choć jest parę osób, którym chętnie oddałabym po kawałku.
21:20, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 czerwca 2017
Czasem powstają w mojej głowie dziwne pomysły. Niektóre dają się przełożyć na papier - i te lubię, inne są tak ironicznie życiowe, że się ich boję.
Te najbardziej nieprawdopodobne scenariusze spełniają się najszybciej. Kiedy Jany nie ma w domu, nie umiem spać, bo boję się, że gdy coś dzieje się poza zasięgiem moich rąk, nie mogę reagować.
Gdy nocuje w domu, nie śpię, bo ten drugi pokój oddzielony jest kuchnią od naszego i to jest tak strasznie daleko.

Moje bezpieczniki wrażliwości są przepalone. Poruszam się cały czas po niebezpiecznym świecie bycia matką. Gdyby nie to, że martwa nie mogłabym się opiekować moim dzieckiem, dawno umarłabym ze zmęczenia, albo chciała umrzeć.

Nie wiedziałam, że jest to tak trudne, nie wiedziałam, że będzie to naprawdę trwać całe życie.

Chiny są jednym z niewielu państw, gdzie wskaźnik samobójstw kobiet jest wyższy, niż mężczyzn. Odzierane z macierzyństwa nie mają nic do stracenia. Odzierane z posiadania córek - nienawidzą swojej kobiecości. "Wiadomość od nieznanej chińskiej matki" otworzyła mi oczy na bezmiar szczęścia, jakie mam, żyjąc w naszej kulturze.

Po bezsennej nocy nie mam siły na nic, a muszę do pracy. Po bezsensownej kłótni nie mam ochoty na kontakty z ludźmi. Ludziom nie da się pewnych rzeczy wytłumaczyć. Nie da się im wytłumaczyć, że odgórne zakazywanie i karanie nie zmieni wrażliwości. Chamstwo upychane do kąta będzie cechą elitarną, a o wstęp do klubu chamów ubiegać będą się wszyscy ci, którym kiedyś można było wytłumaczyć, dlaczego nie wypada.

Mam problem z tym moim mózgiem podzielonym na "wiem" i "czuję", na "współczuję" i "śmieję się". Ktoś, kto tego nie ma, nie zrozumie. Może rzeczywiście to nie jest nerwica, tylko rozszczepienie osobowości i powinnam to leczyć. Bo przecież nie jestem zła, niewrażliwa, czy coś.
Jestem podwójna. Może nawet dwulicowa.
I nie musi się to wszystkim podobać. Nawet nie dbam o to, czy wszyscy ci, których akceptuję bez zastrzeżeń, potrafią to zaakceptować i nie chcieć zmieniać.

To rodziłoby kolejne problemy w moim życiu, a życie to nie fejsbuk. Nie da się wyrzucić z pamięci ludzi, jak się wyrzuca ze znajomych. Zwłaszcza z mojego mózgu, który zachowuje się jak wielkie, nieuporządkowane archiwum, z którego wyskakują informacje, jak kartki z przepełnionych schowków.
Wczoraj rozmowa:
- No, ten reżyser "Sprzedawców", on jednocześnie grał tego (oczywiście Samiec powiedział kogo, wymienił też nazwisko drugiego aktora z pary), nie umiem sobie przypomnieć nazwiska...
(chwila tępego patrzenia w ścianę kabiny - najlepsze rozmowy prowadzi się, jak jestem w kąpieli)
- Wydaje mi się, że miał nazwisko na "S"...
Poleciał sprawdzić:
- A, miałaś rację, Smith.
;)
Nawet nie wiedziałam, że wiem, Samiec upycha te karteczki do moich szufladek, nawet o tym nie wiedząc. Faktem jest, że "Sprzedawcy" to jeden z moich ulubionych filmów. W sumie nawet nie wiem, dlaczego, przecież nie był wybitny, ale taki... Sympatyczny.

PS: ten straszny wpis mi ktoś usunął. Czuję się mniej więcej tak, jak wtedy gdy kazano usunąć mi zdjęcie profilowe z karmieniem Jany, że niby nagość promuję.
11:00, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 czerwca 2017
Nie ma drugiej rzeczy, która wkurzałaby mnie tak bardzo, jak flirtujące stare chłopy. Poważnie, jak jest stary i marudny, to znoszę bez bólu - najwyżej mu odpyskuję, ale wtedy to jest jego wina.
Ale taki miły, nadskakujący, kiedy nie rozumie mojego stanowczego "dość". Asertywność można o kant dupy rozbić, kiedy ktoś nie dopuszcza do siebie żadnego przekazu. Aluzje seksualne przy pewnej różnicy wieku są niesmaczne. Specjalnie nie piszę, że to tylko o wiek chodzi, bo mam nadzieję, że nasze półżarty i niedopowiedzenia małżeńskie nadal będą funkcjonować nawet, jak będziemy mieli po osiemdziesiąt lat. Nie czuję również wdzięczności, gdy ktoś chwali mój wygląd. Czuję wtedy niepokój. W sumie nie zależy mi na pochwałach w ogóle - wystarczy, że zwracają się do mnie z pewnymi zagadnieniami, wtedy czuję, że jestem w czymś dobra i to jest dla mnie ważniejsze. Nie lubię wylewnej wdzięczności, chyba że chwali mnie ktoś bliski. Np: Samiec. Wtedy puchnę z dumy.
Jednak w innych wypadkach pomagam bezmyślnie. Jakbym była wytresowana. Nikomu nie chcę imponować, no - chyba że sobie.

Co do tych miłych-niemiłych facetów - nie cierpię ich przylepności (i tu akurat wiek nie ma znaczenia). Nie lubię podszczypywania, nie lubię dotyku, w ogóle niech trzymają się z daleka. Moja przestrzeń osobista jest bardzo wyraźnie zaznaczona.

Kwestia zaufania nadal jest u mnie niepewna. Kiedy o nie zapytałam, utknęła jedna rozmowa. Tak naprawdę nie oczekiwałam deklaracji, bo sama nie wiem, czy można mi ufać, jeszcze nie wiem kim jestem. Ile we mnie jest moje, a ile nerwicy, nie jestem w stanie zdefiniować granicy na tyle precyzyjnie, żebym wiedziała, czy to co czuję i robię jest prawdziwe, czy tylko nakręcane strachem o wszystko.

Najgorszy jest paraliżujący strach, kiedy Jana lub Samiec są daleko, np: w drugim pokoju, bo przecież tam też może się coś stać. Za dużo książek przeczytanych, za dużo napisanych opowiadań, za bardzo pozwalam sobie na wyobrażanie, może powinnam zamiast świadomego snu ćwiczyć kontrolowane marzenia?

Bujam w obłokach, w odtwarzaczu: "Virus of life", you don't even know the danger you're facing...
21:21, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 czerwca 2017
Kiedy wspominam to, co robiliśmy za dziecka, włos mi się jeży. Tak naprawdę powinnam była nie żyć już kilka razy, jak zresztą większość tamtej paczki. Spadając ze starego zardzewiałego, carskiego mostu (na torach szerszych o męski chuj), z drzewa (wspinało się na sam czubek), do rzeki, przez którą prowadziły tylko zbutwiałe resztki mostu, przygnieceni płytami, z których robiło się drogi, czy wielkimi rurami. Rozjechani przez pociąg, spadając z Kontroli... Po zjedzeniu dzikich owoców, których nie byliśmy pewni, skacząc ze skałek w BEKI, pogryzieni przez bezpańskie psy i koty. Kleszcze. Po tężcu, bo przecież nikt nie dezynfekował rozciętej nogi, przykładało się babkę i tyle. Na zapalenie płuc, bo kto by tam wracał do domu z powodu jakiegoś bzdurnego deszczu, czy porażeni piorunem.

Coś jeszcze?
Tyle tego było, że kiedy wspomnienia (naprawdę przyjemne) wracają, zaczynam się bać o moją córkę. Jakie będą jej pomysły? Jak będzie potrafiła wykorzystać to, co daje jej nasze miasto?

Drewnianego mostu na Przemszy już wcale nie ma.
Ten zardzewiały, kolejowy chyba jeszcze jest, ale torów już nie ma.
Są trzy mosty kolejowe, nadal używane. Czasem przejeżdżam jednym z nich z Krakowa.

Dzieciństwo jest piękne, takie beztroskie.
11:58, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 czerwca 2017
Bardzo trudno niektóre sprawy wyjaśnić. Np: dlaczego, chociaż lubię chłód, nienawidzę upałów, chętnie chodzę grubo ubrana.
Widzicie, właściwie nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopiero po przeczytaniu pewnej książki dotarło do mnie, że to moja forma równomiernego nacisku. Są takie specjalne, ciężkie kołdry, ja zwykle zasypiam po kilkoma, jeśli śpię sama, musi być odpowiedni ciężar na mnie. Zazwyczaj wystarczą ramiona Samca (czuj się wykorzystany), ale gdy go nie ma, muszę sobie inaczej radzić. Dlatego też nie jest dla mnie problemem maszerowanie przy trzydziestu stopniach ciepła w grubym swetrze, o ile odczuwam taką wewnętrzną potrzebę. Po prostu. Muszę mieć przewidywalny bodziec dotykowy. Wiatr zaburza całą moją percepcję, tracę orientację i wpadam w panikę. Tak samo, kiedy ktoś mnie znienacka dotknie, nienawidzę tego. Samiec się nauczył, że lepiej ostrzec, bo potrafię podskoczyć, jak porażona prądem. Tak samo z Janą - ona nie chodzi, skacze, uwieszona ręki, co na mnie działa bardzo denerwująco i muszę ją uspokajać, co jednocześnie mnie dołuje, bo przecież nie chcę spokojnego, zrównoważonego dziecka, tylko chcę mojej małej wariatki. Kocham ją taką i próbuję sama się hamować, ale nie bardzo wychodzi. Na razie wypracowałyśmy kompromis - albo trzymanie łapki, albo skakanie.

Rozmowy o miłości z koleżanką natchnęły mnie do rozmyślań, jak to naprawdę jest, ile w nas miłość zmienia. Jeśli o mnie chodzi, to bardziej, niż "zmiana" pasuje tu "uświadomienie". Uświadomiłam sobie, że potrafię wiele rzeczy, że zasługuję - ale to nie jest tak, że uważam, że facet stworzył wartościową mnie, tylko że dzięki niemu sobie uświadomiłam, ile znaczę.

Jana wróciła, jak cudownie widzieć łzy szczęścia w oczach dziecka, kiedy wpada w ramiona rodziców. PS: Uważajcie, latając z Wizzairem. Lecą w ciula jak malowanie.
Scena pierwsza, przed odlotem do Londynu:
- Pani bagaż nie zmieści się do schowka, proszę iść za niego zapłacić.
Zapłacony bagaż mieści się w schowku, pieniądze zaginają czasoprzestrzeń.
Scena druga, po powrocie:
- Ten bagaż był opłacony (na bilecie jest wyraźnie zaznaczone, niestety - my nielatający, nie zauważyliśmy tej adnotacji).
Mama chce złożyć reklamację.
- Niestety, nie da się nic zweryfikować na lotnisku, proszę przez stronę.
Tak, że - nie popełniajcie naszego błędu, czytajcie, patrzcie na ręce, bo obsługa na pewno Wam nie wyjaśni, że na bilecie jest napisane, że macie prawo do wniesienia dużego bagażu na pokład.
21:51, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 maja 2017
Czasami w życiu przychodzą momenty, w których brakuje słów, tak bardzo jesteśmy zaszokowani.
Na przykład, gdy umiera kolega z pracy, właściwie nasz rówieśnik. Wczoraj ciężko było cokolwiek powiedzieć. To nie jest tak, że ból nie pozwalał. Na ból jest jeszcze za wcześnie, jeszcze nikt w to nie wierzy, może po prostu UŻ walnął w poniedziałek, może miał wolne z grafiku, może...
Trudno tak nagle sobie uzmysłowić, że może kogoś zabraknąć już na zawsze, zwłaszcza że w planach mieliśmy wypad na Noc w Skansenie, jak zresztą w zeszłym roku, tyle że ostatnio było spontaniczne spotkanie pod bramą i...
No, właśnie, spontaniczne spotkania wychodzą lepiej.
We wspomnieniach na fb właśnie wyskakują mi zdjęcia stamtąd.

Prawdopodobnie będzie wielka bitwa o to, kto pojedzie na pogrzeb, bo większość ludzi chciałaby, pogrzeb to wyjątkowy moment, właściwie od wszystkich innych uroczystości człowiek się czasem wymiguje, ale nigdy od pogrzebu. Tzn: o cudzy mi chodzi, bo wiadomo, że na swoim raczej nie pojawiamy się z własnej woli. A jednak, pomimo iż ta uroczystość jest tak bardzo smutna (jeśli jakiś katolicki ksiądz Wam powie, że jest radosna, bo wiemy że ta osoba idzie do Boga, to wytłumaczcie mu, że rozstania są zawsze smutne, zwłaszcza, kiedy nie wiemy, za ile spotkamy się z tym kimś, kto odchodzi), to jednak wszyscy chcą. Jakby pożegnanie ciała było obowiązkiem.
Nie jest obowiązkiem, jest potrzebą duszy. Żeby dotarło do nas, że tego kogoś nie ma już fizycznie między nami.

A jeśli chodzi o duszę, to wczoraj o dziewiątej ktoś mnie obudził szarpaniem za ramię, żebym się nie spóźniła do roboty.
09:43, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 maja 2017
Dzisiaj w Drzwiach Zwanymi Koniem, czy Koniu Zwanym Drzwiami grała Dikanda. Wybawiliśmy się od serca, Jana zebrała nawet pochwały od wokalistki i zapoznała się z perkusistą, taka to światowa baba z niej.
A mi gdzieś tam z tyłu głowy kolebie myśl, że dokładnie dziesięć lat temu byłam na ich koncercie ostatni raz.
Byłam wtedy w ciąży.
A teraz byłam z żywym dzieckiem i to jest tak, jakby mi ktoś znowu postawił przed oczy znak: "Do kurwy nędzy, co jeszcze musi się wydarzyć, żebyś zaczęła wierzyć w to, że życie nie musi być ciągłym zagrożeniem, że dookoła ciebie dzieje się tyle dobrego? Otwórz się!".
Takie znaki widuję często, pojawiają się, ale nie docierają do serca, lądują gdzieś w okolicach mózgu, który sarkastycznie i z niedowierzaniem ripostuje, i nawet czasem te riposty są śmieszne.

PS: Jana w końcu padła, wisiała w moich ramionach, a ja wdychałam jej zapach, czułam całe 25kg ciężaru i wiecie co?
Jestem szczęśliwa.
Najbardziej to czuję, gdy jestem zmęczona.
A teraz zmykam wpierdzielać tiramisu w wannie.
22:45, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 maja 2017
Ostatnio tylko to robię, nie chce mi się żyć naprawdę, tylko zniknąć za jakąś firanką i patrzeć na wszystko z daleka. Chociaż pewnie słabo by to wyszło, bo jestem krótkowidzem.
Heh, nawet przenośnię traktuję zbyt dosłownie.
Po raz kolejny czytam "W naszym domu" Picoult, po raz kolejny rozumiem Jacoba i aż mnie to śmieszy, bo przecież gdybym miała zespół Aspergera, to kiedyś tam w przeszłości stwierdzono by go u mnie.

Cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie tylko sprawdza, na ile dojrzeliśmy, na ile jesteśmy silni. Tak naprawdę ból wyczerpuje naszą siłę, nie powoduje, że mamy jej więcej, jak chcieliby fanatycy umartwiania się. Nie da się żyć w stanie ciągłego testu, dlatego mamy te chwile na zaczerpnięcie oddechu, czasem jest to tylko jak wynurzenie się na sekundę spod wody, kiedy już toniemy.

Nie wiem, czy z moją nerwicą nie ponoszę porażki. Czy to właśnie nie jest takie tonięcie, bo ostatnio w pełni dobre dni zdarzają się rzadko. Tzn: kiedy siedzę w domu, jest bardzo dobrze. Kiedy jestem w pracy, jest spoko.
Kiedy jestem w autobusie lub na przystanku, nadal panika. Owszem, nie biorę już nawet ziołowych (ostatnio próbowałam z lekiem Neurexan, ale w zaleceniach jest "co najmniej pół godziny przed posiłkiem", a to nigdy mi się nie udaje, bo u mnie pierwsza rzecz po wstaniu/przyjściu do domu to posiłek, musiałabym je chyba brać w pracy, czy coś?

Jana ząbkuje. Wyszły jej już dolne jedynki, teraz powoli wychodzą górne, a tu nagle, ni z tego, ni z owego - bach, idą szóstki. I tak, jak ząbkowanie w niemowlęctwie przeszła w sumie lekko (poza tym okresem przed pierwszymi zębami, od grudnia do kwietnia, czy maja była marudna...), to nie było jakoś źle, dzielnie znosiła ból, to teraz jest...
O, matko, wczoraj miałam ochotę płakać razem z nią. Niby cały czas nie jest źle, ale potem, podczas gry w "gorący ziemniak" uderzyła się w policzek i coś naruszyła. Samczysko leciał po Nurofen, a myśmy z babcią przykładały lód. Oczywiście, jak przeszło, od razu dostała powera i znowu się uderzyła.

Wiecie, jaki to problem utrzymać siedmiolatka w stanie ruchu powolnego?
Część z Was wie. To prawie niemożliwe.
Noc przeszła lekko, nic nie bolało, apetyt jest.
Żal mi jej. Jeszcze pamiętam zęby mądrości. Jedyna z nich mądrość to taka, że patrzymy na nasze dzieci ze zrozumieniem. Bo pamiętamy.
06:09, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 kwietnia 2017
Dlaczego nie mam depresji? Bo za każdym razem, kiedy zaczynam czuć się smutniejsza, mój organizm rusza do boju. Albo wyciąga mnie na rolki, albo każe sprzątać. Lubię sprzątać, ale nie lubię porządku. Ogarniam chaos, nie ogarniam świata, który jest poukładany.
W efekcie myję garnki (zawsze mam garnki do mycia i to tyle, że normalną gospodynię domową doprowadziłoby to do depresji), myję kuchenkę, szoruję nawet bęben pralki. Wtedy sobie powolutku myślę, pozwalam na odrobinę rozczulania nad sobą i proszę, melancholia odchodzi. Depresja nie lubi ruchu. Nie lubi, kiedy człowiek widzi jakiś cel przed sobą, choćby tym celem był pięciominutowy stan porządku. Depresja lubi ludzi, którzy potrafią wbić wzrok we własne buty i uparcie nie podnosić głowy. Przynajmniej ja to tak odczuwam, biorąc pod uwagę, kiedy przychodzi do mnie.
Właściwie ona nie potrzebuje żadnych powodów. Owszem, czasem złapie się czegoś, jak np: śmierć, choroba. Bardzo trzeba uważać na ten moment, kiedy już jest po żałobie i nie zagapić się. Ja się chyba trochę zagapiłam swego czasu, dlatego czasem mi tak trudno i siadam z rękami spuszczonymi rękami, bo to dla mnie takie wygodne.

(Jana układa menu obiadowe na cały tydzień, mam jeszcze chwilę)

Więc ok. Ze stanami depresyjnymi sobie radzę. Z agresją też w miarę, choć nadal to jest metoda ucieczki, a nie opanowania się.

Brakuje mi czegoś na nerwowość. Na chęć zniknięcia, na prośbę o ratunek, którego nie potrzebuję.
19:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
Mam uczulenie na reklamy. To jeden z powodów, które wyrzuciły z naszego domu telewizor i ograniczyły radio.
Na dodatek coraz bardziej wkurzają mnie w internecie.
Bo pomyślcie sobie: czytacie jakąś zajebistą notkę. Ktoś coś odkrył, jakiś fajny gadżet, program, film, knajpę. Opowiada o niej tak, jakbyście Wy mogli opowiadać o czymś, co Was zachwyciło.

A pod tym wszystkim "artykuł sponsorowany". Właściwie rzadko daję się na to nabrać, bo zwykle śmierdzi to lizodupstwem na odległość, ja takie rzeczy wyczuwam, ale już kilka razy zostałam nieprzyjemnie zaskoczona. Jeszcze bardziej drażni, jeśli kilka fajnych blogów reklamuje to samo w jednym czasie (np: ostatnio na fali jest Netflix, nawiasem mówiąc, oglądałam wczoraj netflixowy film, aż strach lodówkę otworzyć). Powstaje uczucie osaczenia, namawiania, a ja nie cierpię być namawiana. Nie lubię być przytłaczana zachętami, to zawsze daje odwrotny skutek. Czy naprawdę spece od reklamy nie czują tego, że jeśli jest się matką i lubi czytać blogi matek (oraz ojców), to bombardowanie jedną reklamą w tym samym czasie z różnych źródeł jest bez sensu? Nie mogą materiałów promocyjnych rozesłać tym ludziom w jakichś odstępach czasu, żeby nie wyszło do porzygania?

W piątek w autobusie było prawie dobrze, dopóki koleżanki nie zaczęły gadać o wojnie między USA a Rosją. Ja się zawsze denerwuję, aż mi się słabo zrobiło. Nie dlatego, że mam realne powody, by się obawiać, ale dlatego, że każda taka informacja sprawia, że spinam się w środku i nie potrafię poluzować. Tak samo, jak podniesione głosy (nawet w śmiechu, choć najmocniej działają pijane), czy szybka jazda.
Wszystko mi grozi. Ostatnio zaczynam lepiej pojmować te wszystkie mechanizmy i staram się żyć, uspokajając mój nadpobudliwy mózg.
Nie jest lepiej, niż było jakiś czas temu. Nadal mam dni, kiedy po każdej poprawie idę dwa kroki w tył. Tyle, że teraz nie uważam, że muszę cokolwiek sobie udowadniać. Ani nikomu innemu.

W autobusach słucham już spokojniejszej, bardziej kobiecej muzyki. Slipknot mnie przeraża chwilami.
Ale nadal uwielbiam słuchać go w pracy. Zagłuszać wszystko.
02:19, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 kwietnia 2017
Czasem w snach przychodzą do mnie zmarli.
Nie, nie że jakieś zwłoki proszą o odkrycie, czy coś w tym stylu.
Zwyczajni, bliscy mi ludzie.
Śniła mi się babcia Zosia, w taki dziwny sposób, wiedziałam, że gdy położymy się w tym śnie spać, to rano ona już nie będzie żyć. Płakałam (to uczucie, kiedy budzisz się ze snu i gorącą twarz masz zlaną zupełnie zimnymi łzami), nie chciałam żeby umierała, nie chciałam więc iść spać, chciałam jeszcze z nią porozmawiać.
Dzisiaj z kolei śniła mi się ciocia Hela, ale bardziej pozytywnie, po serii snów, kiedy śniła mi się chora, tym razem była w pełni sił, było jakieś święto, prezenty, spotkanie z całą rodziną.

Nigdy nie śni mi się Olaf, ale pamiętam, jak po narodzinach Janki śniło mi się, że lekarze "znaleźli tamto wcześniejsze dziecko, jest żywe i trzeba się nim zająć, bo ma zaległości rozwojowe".

Lenin dziwi się, że śpię po 10 godzin na dobę, a nigdy nie jestem wyspana.

Po takim czymś?
22:23, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 kwietnia 2017
Możliwe, że ktoś uznałby to za poddanie się.
Ale to nie było poddanie się, to był wybór. Pozostawiono mi możliwość powrotu na magazyn, gdybym chciała zrezygnować z fakturowania - skorzystałam z tego, a że po jednym dniu pracy? To już szczegół.
Znacie to uczucie, kiedy siedzicie gdzieś i czujecie się, że nie powinno Was tu być?
Nienawidzę roboty papierkowej. Odkąd jestem mężatką, wszystko jest na głowie Lenina. Poważnie, ja się tylko podpisuję, ewentualnie, jak gdzieś trzeba skonstruować poprawną stylistycznie wypowiedź, wtedy się włączam. Reszta... Cóż, podejrzewam, że teraz nie potrafiłabym wypełnić nawet zeznania podatkowego.
Nienawidzę... Hm, nawet nie bezczynności, bo praca była prawie cały czas, ale ja siedziałam. Nie lubię siedzieć, miałam ochotę zacząć biegać dookoła biura.

Kiedy zadzwoniłam do kierownika z przeprosinami i prośbą o wyznaczenie mi miejsca na magazynie poczułam... Kurde, poczułam ulgę. Taką ulgę, która odarła mnie z wątpliwości: chcę wrócić. Po prostu. Już było mi wszystko jedno, na którą zmianę, na który magazyn, na jakie stanowisko.

Udało się. Jestem w stanie wytrzymać nawet te śmiechy z mojego marcowego: "Ja nie dam rady? Półtora miesiąca, do wypłaty - minimum!"

Jedyne, co mnie zasmuciło, to że Samiec wydaje się nieco... Hm, zawiedziony. Jasne, mogę mu zaimponować w inny sposób. Np: tym, że sama odwiedziłam kuzynkę w szpitalu, nawet wjechałam windą, chociaż nienawidzę chodzenia w słońcu po mieście i boję się szpitali.

I taka wskazówka na przyszłość: ludzie weszli mi na głowę z pieprzeniem o tym, że taka inteligentna, sprytna osoba marnuje się na magazynie, że powinnam mieć pracę umysłową, biurową, bez tego całego szarpania się fizycznego.
No, helloł, jestem matką siedmiolatki, w domu pracuję intelektualnie.
I dopiero jedno pytanie: "To po co się zgodziłaś?" nieco uświadomiło mi, że... No, nie wiem, po co.

Lepsze jest wrogiem dobrego.
Jestem beznadziejnym przypadkiem.

Za to bardzo szczęśliwym, tylko żałuję, że nie podjęłam tej decyzji przed urlopem, mogło być tak fajnie, a mnie to cały czas gniotło.
14:50, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
środa, 29 marca 2017
Na początek - żeby nie było. Jestem przeciwniczką pseudohodowli. Jakichkolwiek, jakiegokolwiek gatunku zwierząt. Tej produkcji szczeniaków dla zysku.

Ale mam pytanie: czym podyktowane są ceny psów rasowych?
Opłatami za użyczenie samca? Naprawdę? Ludziom się płaci, żeby ich pies mógł poruchać?
Wpisami do rejestrów? Naprawdę, kupując szczeniaka płacę urzędnikom?
Ceny są wygórowane. Pochodziłam po wystawie, popytałam i nie dziwię się, że pseudohodowle mają takie powodzenie. Sami zarejestrowani hodowcy nakręcają im interes, podając takie ceny. Bo różnica między 3000zł a 500zł jest ogromna. Nie mówiąc już o rozdawanych za darmo rasowych bez rodowodu "bo będę musiał utopić nadliczbowe".
Jasne, fajnie jest mieć rasowego psa, z którego wiadomo, co wyrośnie, przynajmniej jeśli chodzi o wielkość, bo charakter i tak sami kształtujemy u zwierzęcia. Niestety - dla mnie pozostaje tylko schronisko.
Nawiasem mówiąc, ludzie podrzucają do schronisk psy między innymi dlatego, że jest szansa, że ktoś je do siebie weźmie i tym leczą sumienie. Ten biznes też sam się nakręca.

Pewnie nigdy nie kupię psa z żadnej hodowli, ani normalnej, ani pseudo, bo nawet 500zł to dla mnie ze dużo. Pies to jest żywa istota, kiedy rodzę dziecko też nie wiem, co z niego wyrośnie, czy będzie ładne, czy brzydkie, czy grzeczne, czy mały dioboł.
08:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 46