Skopiuj CSS

pamiętnik

niedziela, 12 listopada 2017
Są takie życiowe kąski, którymi można się zadławić. Po których nie da się do końca żyć.
Ja jeszcze nie wierzę, nie czuję tego. Wrzuciłam sobie zdjęcie Moni na pulpit i patrzę, nie umiem sobie wyobrazić, że życie się kończy. Że kogoś może braknąć. A przecież ja jej nie miałam na co dzień, co z tymi, którzy muszą żyć, co chwila orientując się, że stare przyzwyczajenia już nie pasują do rzeczywistości?

Usłyszeć w pracy wyrazy współczucia, a za jakiś czas od tej samej osoby pytanie o to, czy piszę się na imprezę... Bezcenne. Właściwie nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać. Bardziej chyba jednak płakać, bo pierwsza myśl to o tym, że imprezy lubię tylko w towarzystwie rodziny, a teraz tak pusto.

Było jeszcze jedno zdanie, które ubodło bardziej. Nie pytajcie, jakie, ale klękłam wewnętrznie po prostu...
16:26, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 listopada 2017
Już zapomniałam, jak bardzo płacz wyniszcza. Przynosi ulgę tylko wtedy, gdy po nim można się wyspać, a ja musiałam iść do pracy.

Pisałam już wiele razy o śmierci i wiecie co? Komuś najwyraźniej ten temat się podoba, bo znowu zabrał mi ważną osobę. Na fb jej koleżanki wrzucają zdjęcia, ba - sama kilka dni temu miałam wspomnienie z sabatu czarownic, a teraz...?

Była młodsza ode mnie o dziewięć lat. Miała w cholerę siły i odwagi. Uparta koza. Zawsze spadała na cztery łapy, ale nie tym razem. Od dwóch lat walczyła z chorobą. Nie przegrała, nie poddała się.
Mimo to jej nie ma.
Jeszcze tego nie czuję, ale już chyba nie będę umiała sobie zrobić rodzinnego babskiego zdjęcia, bo na samą myśl coś we mnie się zwija i krzyczy.

Wszyscy mieliśmy nadzieję, że będzie dobrze, że doczeka przeszczepu, że w końcu zajdzie w upragnioną ciążę (ba, nawet miałam taką śmiałą wizję, że ja wpadnę, ona zajdzie, a i Blondynie się zachce trzeciego i razem będziemy sobie leżeć na Ligocie, bo to mamy w zwyczaju). Bo przecież z przeszczepioną nerką da się. Z amputowaną szyjką macicy również.

Nie wiem, boję się jutra, będzie pogrzeb i... Będzie pusto.
To nie tak miało być.

A myśl, że ona mi na temat tej notki nie napisze priva, a zawsze pisała, jak były jakieś wyjątkowe, jest... Nie wiem, bez sensu, nie umiem pozbierać myśli.

Chyba chciałam o tym, żebyście wiedzieli, że nikt nie jest niezniszczalny, nawet jeśli ma się dwadzieścia siedem lat i jeszcze całe życie przed sobą.
18:54, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
środa, 04 października 2017
Jako wielbiciel zwierząt mam na fb pozaznaczane różne organizacje działające na rzecz zwierząt, uświadamiające, grupy wsparcia dla posiadaczy i takie tam.
Ostatnio spiekłam się nieco z jedną z nich, kiedy umieścili w poście zdjęcie dość niesmaczne, obrazujące skutki tego, że nie wysterylizowano suki, ona zaszła w ciążę, w wyniku komplikacji trzeba było ją ratować operacyjnie.

I tak się zastanawiam: czy naprawdę niezbędne jest w tej sytuacji pokazywanie tego typu drastycznych zdjęć bez ostrzeżenia? Wszyscy nabijamy się i wściekamy na katolickie organizacje pro-life, które rozkładają wystawy pod kościołami, na banerach umieszczają abortowane płody, a jaka jest różnica między tym, a właśnie takimi pokazówkami? Jedni i drudzy działają "na swoim terenie i nic nam do tego, możesz nie patrzeć" - takie tłumaczenie, jedni i drudzy robią to, aby "w ostry sposób otworzyć oczy". No, sorry, według mnie, jeśli ktoś ma jakąkolwiek wrażliwość, to wystarczy mu wytłumaczyć, pokazać statystyki, jakoś z nim rozmawiać. Naprawdę znacie choć jedną osobę, która zmieniła swoje postępowanie pod wpływem oglądania krwi i flaków? Według mnie raczej zniechęci się do danej organizacji.
Oczywiście, zostałam jednocześnie upomniana, że posiadanie zwierzęcia to nie tylko róż plusz i kokardki, ale i czasem amputacje, czasem operacje.

No, sorry, ale jeśli ktoś nie widzi różnicy między psem z amputowaną kończyną, a gnijącymi zwłokami, wyciąganymi z brzucha matki, to chyba coś nie tak jest z jego wrażliwością.

Żeby nie było: sama popieram sterylizację zwierząt. Wiadomo, fajnie byłoby, gdybyśmy mogli je rozmnażać, jak pan B. przykazał, ale nie możemy. Zapełniamy bezmyślnie schroniska, tworzymy mutanty z problemami zdrowotnymi, musimy więc kontrolować rozród.
Ale nie uważam, żeby pokazywanie drastycznych fotek z operacji ratującej życie zwierzęcia było potrzebne. Raczej wygląda mi to zagranie z brukowca, ma być kontrowersja, ma być krew, ma być obrzydzenie, ludzie to kupią.
14:52, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 września 2017
Szesnaście i pół roku związku to dużo w naszych czasach. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy to, co jest centrum tego stanu to rzeczywiste potrzeby, czy syndrom sztokholmski i nadal nie potrafię powiedzieć, która odpowiedź jest właściwa.

Jednak od jakiegoś czasu czuję, że się duszę. Druga strona niby chce dobrze, ale wiem, że to "dobrze" polega na tym, że ma być mi dobrze, żebym się dobrze sprawowała, a ja jestem przekorna i ta przekora mnie dusi aż do bólu, poważnie, w tym tygodniu pojawiły się objawy układu kostnego i krążenia, więc jest źle.

Psychika mi siada, kiedy pędzę na spotkanie, zamykam oczy z przerażenia, bo już wiem, że nie odległość jest problemem, a uczucia. Coś mnie zagarnia od szesnastu lat, wsysa moje najlepsze cechy, wypluwa kogoś zupełnie innego. Nie powinnam była szukać przyczyn moich problemów we mnie, oskarżać się, że to ja coś źle robię.

Jestem najlepsza, jaka mogę być, a ktoś nie potrafi tego docenić, dlatego to, co nazywałam po cichu nielojalnością, czy zdradą, teraz wydaje mi się jedyną rozsądną opcją i kwestią czasu.
11:34, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 17 września 2017
Właściwie to wczoraj chciałam zrobić bogatą notkę muzyczną o Marina And The Diamonds, ale zamiar powstał przedwczoraj, a od wczoraj już nie jest tak sielsko, więc...

Większość z nas ma bliskie osoby. Kogoś, kogo kocha, o kogo się troszczy. Ja mam ich bardzo dużo i czasem, kiedy z kimś jest źle, to chciałabym, żeby to mi było źle (ale to tak nie działa, gdybym wyraziła to otwarcie, to pewnie skończyłoby się na tym, że i ja, i ta osoba cierpiałybyśmy, Pan B. lubi to). Plączę się z kąta w kąt, chciałabym pomóc, a nie bardzo wiem, jak.

Wyobraźcie sobie, że ktoś cierpi nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, wiecie o tym, ale ten ktoś próbuje być twardy, chociaż nie śpi po nocach, bojąc się przyszłości. Wiem o tym, a nie mówię ani słowa, bo nie chcę, żeby kochana osoba pękła, chcę żeby była twarda i dalej dążyła do celu, jakikolwiek sobie ustali. Umiem trzymać za rękę, martwić się za kogoś, chociaż to ostatnie nie pomaga.

Wkurwia mnie to, że mówią nam, że Pan B. jest taki miłosierny, że oddał nam swojego syna. Oddał, bo wiedział, że go nie traci. Kiedy my patrzymy na cierpienie naszych bliskich, nie mamy pewności, a każe się nam wierzyć w Niego. W gościa, który zamiast wybaczyć nam to, że postępując zgodnie z daną nam przez Niego wolną wolą zrobiliśmy coś wbrew jego woli, pozwala nam zabić swoje dziecko, żeby pokazać, jak bardzo nas kocha, jednocześnie wiedząc, że za trzy dni je wskrzesi.

Wiem, jestem straszna, pewnie paru osobom się to nie spodoba, ale nie wierzę w to, że cierpienie umacnia. Już kiedyś pisałam - cierpienie testuje, jak bardzo silni jesteśmy. I to wcale nie jest tak, że po teście stajemy się silniejsi. Wręcz przeciwnie - stajemy coraz bliżej naszych granic.
18:40, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Właściwie to wczoraj chciałam zrobić bogatą notkę muzyczną o Marina And The Diamonds, ale zamiar powstał przedwczoraj, a od wczoraj już nie jest tak sielsko, więc...

Większość z nas ma bliskie osoby. Kogoś, kogo kocha, o kogo się troszczy. Ja mam ich bardzo dużo i czasem, kiedy z kimś jest źle, to chciałabym, żeby to mi było źle (ale to tak nie działa, gdybym wyraziła to otwarcie, to pewnie skończyłoby się na tym, że i ja, i ta osoba cierpiałybyśmy, Pan B. lubi to). Plączę się z kąta w kąt, chciałabym pomóc, a nie bardzo wiem, jak.

Wyobraźcie sobie, że ktoś cierpi nie tylko fizycznie, ale i psychicznie, wiecie o tym, ale ten ktoś próbuje być twardy, chociaż nie śpi po nocach, bojąc się przyszłości. Wiem o tym, a nie mówię ani słowa, bo nie chcę, żeby kochana osoba pękła, chcę żeby była twarda i dalej dążyła do celu, jakikolwiek sobie ustali. Umiem trzymać za rękę, martwić się za kogoś, chociaż to ostatnie nie pomaga.

Wkurwia mnie to, że mówią nam, że Pan B. jest taki miłosierny, że oddał nam swojego syna. Oddał, bo wiedział, że go nie traci. Kiedy my patrzymy na cierpienie naszych bliskich, nie mamy pewności, a każe się nam wierzyć w Niego. W gościa, który zamiast wybaczyć nam to, że postępując zgodnie z daną nam przez Niego wolną wolą zrobiliśmy coś wbrew jego woli, pozwala nam zabić swoje dziecko, żeby pokazać, jak bardzo nas kocha, jednocześnie wiedząc, że za trzy dni je wskrzesi.

Wiem, jestem straszna, pewnie paru osobom się to nie spodoba, ale nie wierzę w to, że cierpienie umacnia. Już kiedyś pisałam - cierpienie testuje, jak bardzo silni jesteśmy. I to wcale nie jest tak, że po teście stajemy się silniejsi. Wręcz przeciwnie - stajemy coraz bliżej naszych granic.
18:40, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 września 2017
Wczoraj w końcu dostaliśmy aneksy z nowymi stawkami i, może jestem w tym wypadku za bardzo pewna siebie, ale stawka "pracownik powyżej 5 lat stażu" przy moich 16 latach pracy w jednym miejscu nie bardzo mnie zadowala. Zwłaszcza, że tak naprawdę te podwyżki to taka próba zatrzymania nas na wypadek kuszenia z magazynu konkurencji (stawia się w połowie mojej dotychczasowej drogi z domu do pracy, więc nie czuję się jakoś wybitnie przekonana finansowo, jeśli dla mnie największym stresem jest te czterdzieści minut w autobusie), ale nadal czekam, czy spróbują czegoś lepszego...)
I jednocześnie taki większy luz mam po sobotniej rozmowie z Kasztanem - między innymi o zarobkach, o tym jak ciężko związać koniec z końcem (kochana, ja zawsze mogę sprzedawać książki, z których się śmiejesz, że mam tak dużo :*). Porównałyśmy nieco nasze dochody i... Kurde, da się. Nawet, jak mnie zwolnią, to przecież mam dwie ręce, sprawne, choć dawno nie trenowane, mam zajebisty umysł, tylko czasu nie mam. Rękodzieło nie jest mi straszne, mogę dawać korepetycje z polskiego, mogę w sumie nawet dawać korepetycje z angielskiego, o ile ktoś nie wymaga papierów, mogę pisać pisma do urzędów, mogę wprowadzać poprawki do prac magisterskich, hej, normalnie, na mojej firmie i okolicznych marketach świat się nie kończy!

Zaliczyliśmy Rock Noc - jestem zachwycona zespołem Chico, poprzednio, kiedy poszłam z Lożą Szyderców (było cudnie, Baby, ale mało muzycznie, za to bardzo sarkastycznie), nie miałam okazji tak się wsłuchać, a na płytach wokal wypada dużo gorzej. Wyobraźcie sobie, wyszedł na scenę koleś o wymiarach kwadratu (FIT - fajny i tusty), czy może koła, totalnie niezauważalny na ulicy i zaczął dawać czadu głosem (no i gadką między utworami, strasznie sympatyczną), tak, że moja muzyczna jaźń się zakochała. To było wprost niemożliwe do ogarnięcia, że można w jednej sekundzie przejść od śpiewu do wrzasku i na odwrót.

Był też zespół Illusion, na który szłam tak w sumie dla towarzystwa (musiałam zobaczyć spotkanie kolegów ze szkolnej ławy po piętnastu latach od matury, musiałam. I nie zawiodłam się, za to ja dostałam sprzeczne informacje: "Hej, ona jest dalej taka złośliwa, jak była!" i "Kiedyś byłaś dla mnie milsza!"), a dostałam świetną zabawę, ze skakaniem, z drącymi się nad uchem mordami (zazwyczaj mam jedną, teraz miałam stereo). Ogólnie Illusion to zespół, którego nie słucham, bo jakoś te teksty mnie tak nie przekonują, ale koncertowo... Polecam.

Na tapecie Volbeat, chcę na ich koncert, aż przeglądałam trasy, żeby tak coś blisko. Jednocześnie z tyłu głowy lata mi, że przegapiam trasę Stone Sour, chociaż nowy album jest tak beznadziejny, że jakby poskładać fajne kawałki, to może... Nie, chyba starczyłoby na bonusy do jakiegoś singla, bo są ich całe dwa - "Fabuless" i "Hydrograd". Ale ten Volbeat na koncertach musi być niesamowity, tyle energii...
17:04, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 sierpnia 2017
Czasem tracę cierpliwość. Staram się, jak mogę, by nie nie lubić ludzi (co jest baaardzo trudne, bo cholera jasna, bardzo przeszkadza mi towarzystwo, lubię jednostki, niektóre nawet mocno lubię, ale wychodzę z założenia, że jeśli ktoś nie robi mi krzywdy, to nie mam prawa źle go traktować. W sumie, nawet jeśli robi mi krzywdę, to też traktuję go dobrze, bo zakładam, że robi to z niewiedzy, nie ze złośliwości), ale ostatnio stało się tak, że obserwując czyjeś zachowanie wobec innych zaczęłam rozumieć niepopularność pewnej osoby. Pytanie, dlaczego ją tak źle traktują, dlaczego są takie zawistne teraz traktuję jako retoryczne, bo wygląda na to, że są ludzie, których najwyższym celem życiowym jest pokazanie innym, że są gorsi. Nie, nie gnębiąc ich, co już się też u nas zdarzało, tylko takim księżniczkowaniem.
Owszem, bywam zimną suką, ale... Jednocześnie bywam też ciepłym kłębkiem waty cukrowej. Dziwnie się z tym czuję, zwykle nie obgaduję nikogo na blogu, staram się, aby był społecznie neutralny, ale...

Nie umiem. Nienawidzę ludzi z plecami. Nienawidzę ludzi, którym nie można zwrócić uwagi. Wkurwia mnie bezsilność, a z mojego wewnętrznego wkurwu robią się zwykle trzaskające drzwi.
Te z piosenki Strachów Na Lachów.

Przecudny jest kawałek "Obsessions" Marina And The Diamonds - w pierwszym momencie myślałam, że to o fizycznej miłości, bo pojawia się i papieros rankiem zapalony w łóżku, i płonąca skóra, i słabość, i siła...
A potem doczytałam, że w sklepie patrzą na mnie, muszę uciekać, robię się oschła, zostaw mnie w spokoju, chcę zniszczyć te wszystkie myśli, które mnie nachodzą.

W pracy zebranie w sprawie zmiany warunków, bardzo pozytywne perspektywy, ale czy dojdą do skutku?
Na plus zmiana postawy dyrektora, w końcu nie mówił, że sytuacja w okresie letnim zaskoczyła go niczym zima drogowców, poważnie powiedział, że jest winny tego, że nie zapewnił obstawy na czas urlopów, kurde no, nawet poczułam szacunek, choć sądziłam, że już nie będę nigdy w stanie, zwłaszcza po pewnych nieprzyjemnych sytuacjach w zakładzie...
21:51, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 sierpnia 2017
W czwartek pożegnaliśmy Milę. W sumie nie wiadomo, co ją rozłożyło. Chwyciła jakieś przeziębienie, niestety, leczenie nie przyniosło poprawy, trzeciego dnia już nie miała siły na nic, leżała taka biedna i bezradna, z wypchanymi policzkami (dzień wcześniej próbowała jeszcze zrobić zapasy, ale nie wyszło jej to)...
Zawsze w takiej sytuacji smutno mi, bo wydaje mi się, że zawiodłam te stworzenie przecież całkowicie ode mnie zależne.
Ciężko było patrzeć na nieruchome ciałko, oddychające z trudem, kiedy w pamięci miało się ciekawską istotę, która wychodziła do ręki, jak tylko otwarło się klatkę.

Klatka na razie straszy, ale mamy w domu Kiwi od Emilki, więc trochę łagodzi pustkę - zwłaszcza, że Janka bierze ją na ręce i rozmawia z nią, i czasem jest tak, jakby się nie przejęła, a potem przychodzi do mnie i popłakuje.

Najważniejsze, że dzięki Mili Jana nauczyła się, że oswajanie zwierząt nie jest takie łatwe (a także późniejsze pogodzenie się z tym, że czasem zwierzę nie chce przyjść do człowieka), a dodatkowo przekonała nas, że potrafi się zająć swoim własnym zwierzęciem.
17:22, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 sierpnia 2017
Na fali informacji pewnego radia z kilku ostatnich miesięcy, kiedy co drugi artykuł ma w tytule "Slipknot", "Corey Taylor (Slipknot/Stone Sour), "Stone Sour" musiałam napisać taką notkę.
Zwykle większą przyjemność, niż czytanie artykułu sprawia mi czytanie komentarzy, tradycyjna gównoburza, znudzenie,któremu się nie dziwię, strach kichnąć, żeby nie dowiedzieć się na drugi dzień, że życzy mi zdrowia (albo żebym leciała po flaszkę), pytania o to, kim jest ten gościu. Trafiła się jednak wypowiedź, która mnie rozśmieszyła, ale i nieco tak... Zniesmaczyła. "On nie jest żadnym muzykiem".
Cokolwiek o tym facecie nie napisać, np: że jest przeciętnym dupkiem (a może raczej: nieprzeciętnym dupkiem), jest zaczepny niczym kogucik i nie wie, kiedy odpuścić, może wkurwiać, za dużo go w mediach, że cała ta jego niby-charyzma to tylko efekciarstwo, (cholera, czuję się, jakbym opisywała prawie siebie :)), a pisanie to bzdury, które wydały się tylko dla nazwiska autora (aczkolwiek z "Siedmiu grzechów głównych" - o ile rzeczywiście nikt mu nie pomagał - wygląda typ faceta, którego polubiłam, coś jak mój mąż - w jednej minucie potrafi wkurwić na maksa, a potem totalnie rozbroić, nawet żartując z moich własnych, babskich słabości), to jedno jest pewne - jest świetnym muzykiem. Na robieniu muzyki zna się doskonale, a oprócz tego posiada jeden z najlepszych głosów, jakie się pojawiły w ciężkiej muzyce kiedykolwiek. Potrafi stworzyć coś, co łamie serce, ale i wtłacza w serce tlen. Niewielu jest takich ludzi w muzyce, u których wszystko ma ręce i nogi. Mogę się zgodzić, że według kogoś nie jest takim geniuszem, jak ja go czasem widzę, ale cholera, no. Muzyka wychodzi mu doskonale. Znalazł świetne połączenie łojenia i melodyjności, sprawdza się w tym. Wiele można mu więc wybaczyć i, co by nie mówić, trzeba to docenić.

Jasne, może w tej chwili ani Slipknot, ani Stone Sour nie są odkrywcze, ale to nie jest ważne. Muzyka nie musi cały czas zdobywać nowych miejsc, muzyka ma być częścią życia.
23:36, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 lipca 2017
Nie będę pisała o zaletach urlopu. Nie napiszę też o plusach wypoczynku właśnie nad Zalewem Sromowickim i Czorsztyńskim.

Napiszę o traumach.
Idąc do Niedzicy mijamy most widokowy. Nie, nie "mijamy", tylko "przechodzimy po nim". Jest drewniany i wydaje DŹWIĘKI. Nienawidzę mostów od dzieciństwa, kiedy chodziliśmy z Zawodzia na Bogucice do ciotki, musieliśmy przejść przez most na Rawie. Ja chodziłam po nim z zamkniętymi oczami i dobrze pamiętam ten dzień, kiedy tata powiedział mi, że mogę otworzyć oczy, bo to już koniec, a okazało się, że taki dowcip zrobił i to było na środku. Do dziś mam problem z zaufaniem.
I nie od dziś jestem naiwna, jak widać.
Przez ten most idzie się dobre pół minuty, jak nie więcej, niestety dzieli nasze miejsce wypoczynku od Kasztela, gdzie dają przepyszne rydze, pomidorową i żurek, więc iść trzeba. Za każdym razem nie tyle z bólem, co...
Hm, znacie to uczucie, kiedy wchodzi się zbyt szybko do zimnej wody? No, właśnie, ja je mam, kiedy patrzę na wodę pode mną. Wpadam w panikę, tracę oddech. Ciężko wytłumaczyć tak silną i absurdalną reakcję na coś, co NIE JEST dla mnie realnym zagrożeniem.
Jana mówi: "Mamo, możesz mnie mocno ściskać na tym moście za rękę. Ale nie za bardzo mocno!"

Druga rzecz to bezsenność. Nie to, że mi się nie chce spać, uwierzcie, padłabym na ryj w poprzek łóżka i oddała się słodkiej nieświadomości (pewnie tak się w końcu stanie), gdyby nie sny.
Noc pierwsza - [*] Grzegorz. Nawet w tym śnie mu mówiłam, że ma mnie zostawić w spokoju, bo wiem, że go nie ma już wśród żywych i jest mi z tego powodu smutno.
Noc druga - uciekanie po mieszkaniu przed gwałcicielem, a było to tak realne, że budząc się, spojrzałam na szafkę przed sobą z myślą, że za nią się wcisnę.
Noc trzecia - poród. Nie, nie naturalny, szykowali mnie do cesarki, więc stres nie z tej Ziemi.
Noc czwarta, która jeszcze trwa, więc mogę powiedzieć, że moja podświadomość dopiero nabiera rozpędu - że obozowałam w namiocie na szczycie góry (a moi rodzice obok, w zabezpieczonym obozowisku), a z dołu szły czarne, burzowe chmury i się błyskało.

Nie sypiam tu dobrze. Może to bliskość wody (okna na Dunajec i Jezioro Sromowickie), może dźwięk turbin (tak, tak, słychać elektrownię).
Może tylko nerwica.

Wczoraj próbowano nas okraść na plaży. To też przykre.

Ale tak naprawdę jest ok - pogoda w kratkę, więc ani za ciepło, ani za zimno, idealnie do chodzenia, jedzenie dobre, widoki przepiękne, poważnie - dawno nie widziałam nic tak zachwycającego, jak te góry dookoła. Nawet Tatry widzieliśmy (i nie o te w płynie mi chodzi, tylko góry).

Sąsiadów mamy ciekawych - jedni z dzieckiem, które darło się do matki: "Jesteś najgorsza! On jest mój i gówno mnie to obchodzi!" Doświadczenie podpowiada, że chodzi o tablet/telefon, aczkolwiek Jana nigdy takich słów nie użyłabym, u niej to jest: "Ale dlaczego?"
Drugą ekipę Lenin złapał, jak marudzili na to, że ktoś tam nie segreguje śmieci, a sami, tacy eko-sreko, zostawili psa w pokoju na cały dzień, bo poprzednio, jak poszli w Tatry, to się tak zmęczył, że spał cały dzień.
No, poważnie? Niestety, tak to w życiu jest, że jak się ma dzieci lub zwierzę, to trzeba się do tego dostosować (dzięki, Iowna, za opiekę nad Milą). Ciekawe, czy córkę też zostawiali w domu, jak była za mała? I gdzie się ma ten pies nauczyć ekonomicznego chodzenia, kiedy siedzi w pokoju?
(Zakładam, że te dwie sytuacje to była jedna rodzina, jedynie Lenin sugeruje, że chyba to nie ci sami, więc się nie kłócę)

My za to w góry nie poszliśmy w ogóle ze względu na Żuję. Nie dlatego, że nie dałaby rady. Wszyscy mamy kondycję do dupy, więc dałaby. Ze względu na przepisy jednak nie możemy wejść w Pieniński Park Narodowy, więc dziś dopiero pójdziemy na Słowacką stronę.
03:35, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 lipca 2017
Załapaliśmy się na końcówkę pierwszego zespołu - ARRM, więc o nim nie mogę nic napisać, ale potem było już znacznie lepiej.
Był Percival Schuttenbach (właśnie mnie Samiec uświadamia, żebym nie popełniła błędu, nazywając ich po prostu Percivalem), połączenie metalu i folku, coś bardzo przyjemnego i dla ucha, i dla oka, naprawdę podoba mi się ich wizerunek (i bardzo podobała mi się bluzka wokalistki, hehe). Mocne granie, darcie mordy, śpiewanie, a to wszystko w klimatach swojskich i sentymentalnych wręcz. Agresywnie, ale miło.
Zeal & Ardor chcieliśmy sobie odpuścić, to co obejrzeliśmy w zwiastunach na Metal Mind Productions, nie zachęcało, było smętne i byle jakie. Ale, jako biedaki, które raz do roku idą na festiwal, daliśmy się ponieść idei "zapłaciłem, więc wykorzystam na maksa" i zaliczyliśmy także ten koncert. I wiecie co? Był świetny! Nawet kawałek "Satan is fine" (zastanawia mnie dwuznaczność tego zdania, wiecie - częściej tłumaczę sobie ostatnio opakowania z szamponów, niż teksty literackie), to było kopyto po prostu. Zupełnie inny klimat. Fajne, rytmiczne granie, porządnie wykonane wokale... Nie żałuję, że jestem sknerą.
Myrkur to inna bajka. Poważnie - bajka. Stoi na scenie topielica, mikrofon ma, jak rozgałęziony konar. Śpiewa, a potem nagle wrzeszczy, jakby z piekła rodem. Coś, co przemawia do uczuć bardzo mocno. Niestety, od strony muzycznej dla mnie to było mało strawne, za dużo łojenia, za mało tego serca. Ale i tak bardzo mi się podobało. Wizualnie.
Paradise Lost właściwie nieco minęło mnie, gdyż chciałam zająć najlepszą miejscówkę na Mansona, w efekcie wylądowaliśmy w pobliżu młyna i zamiast skupić się na muzyce, skupiałam się na utrzymaniu równowagi. Mój błąd. Koncert podobno poprawny, tyle wiem z opinii.
No i kulminacja, czyli Marilyn Manson. Dał radę. Patrzyłam wcześniej na jego zdjęcia i trochę się bałam - ten stary, utyty facet miałby dawać czadu? Ale dał. Było świetnie. Godzina skakania, tłum porwany i poszarpany, w tej jednej pięknej fali, uwielbiam to uczucie, ta masa zdolna do wszystkiego. Muzycy mają władzę. Oni naprawdę mogliby przewrócić świat do góry nogami. Z tym, że nie chcą - dlatego im się ufa.

Całość - kupa fajnych ludzi. Festiwale to popis ludzkiej tolerancji. Muzyka łączy. Widziałam dresów, punków, gotów, metali, niezidentyfikowanych ideologicznie, łyse pały, panienki z tipsami i na szpileczkach w stylu róż-plusz... Wszystkie możliwe subkultury. Nikt nikogo nie obrażał, nikt się nie bił. Nawet pijanych nie było. I to był pierwszy koncert w Spodku, kiedy nie nawąchałam się zielonego, to aż dziwne było, potem stwierdziłam, że miałam takie uczucie braku. Niestety, były e-papierosy. Ale spoko, nie było zwyczajnych, więc coś za coś, mimo wszystko - dymu było mniej.

Sprawa ostatnia i chyba najważniejsza. Tak beznadziejnego nagłośnienia w życiu nie słyszałam. Owszem, bywały koncerty, kiedy wokaliści musieli drzeć mordę, żeby cokolwiek było słychać (np: prawie wszystkie Luxtorpedy, gdzie Hans ma czerwoną z wysiłku twarz, pewnie z tego powodu zapuszcza brodę), ale takich spięć i pisków to jeszcze nie słyszałam, nawet przy koncertach w knajpach, gdzie widownia to pięciu fanów i trzech pijaków... Jeśli już przy pierwszym i drugim zespole były problemy, to zawsze były cztery godziny na ściągnięcie poprawnie działającego sprzętu, czy fachowców. Nie mówcie, że się nie da.
Ale oglądać irytację Mansona... To też ma swój smaczek.
14:56, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 lipca 2017
Stojąc sobie przy zlewozmywaku (moje ulubione miejsce do myślenia), popłynęłam umysłem do pewnego demota, który widziałam kilka dni temu. Pewien bardzo nowocześnie wyglądający pan rozprawiał o ludziach starej i nowej daty. Że ludzie starej daty, to my, wychowani w blokach, z dostępem do szeroko pojętego podwórka, którzy znajomych mieli pod ręką i tak wyrabiali sobie postawy społeczne (jak sobie wyrobili, to nie powiem, bo już nawet introwertycy dziwią się, że nie mam żadnej potrzeby wyjścia na zewnątrz i mogę siedzieć w domu bez szkody dla psychiki). Z jednej strony ma rację - rzeczywiście, trzeba było być fair wobec tych kumpli, trzeba było być tolerancyjnym dla ich wad, trzeba było umieć przepraszać i rozwiązywać konflikty, bo jeśli się z kimś było skłóconym, to niestety, nie można było go wyrzucić ze znajomych.
Ale dalej poszedł głęboko w odbyt, bo stwierdził, że dzieciaki urodzone po 2000 roku w większości mają trociny w głowie. A kto jest temu winien? Dzieci? Czy ci właśnie, zajebiście społecznie przystosowani dorośli, wychowani na podwórkach? No, chyba coś poszło nie tak, bo nagle okazuje się, że nawet własnego domu nie umiemy społecznie ogarnąć, tej podstawowej komórki. I nie przemawia do mnie to, że "ja sobie mogę, a moje dziecko wejdzie potem w złe towarzystwo i..." Sorry, ale mniej więcej tak samo mówili o paleniu papierosów i piciu alkoholu. Nie wpadłam w alkoholizm, nie palę, choć zdecydowana większość moich koleżanek paliła. Mało tego, żaden z moich braci też nie pali. I nie pije.
Czyli się da. Po prostu dziecka nie można tresować. Na czym polega tresura? Na tym, żeby wyrobić u kogoś odruchy nie związane z logiką, czy naturą.
Np: dziecko nie bawi się zapałkami, bo boi się wpierdolu od matki.
Powstaje sytuacja, że zacznie się bawić, gdy będzie miało pewność, że matka nie dowie się o tym, prawda?
Wychowanie polega na tym, żeby nie bawiło się tymi zapałkami, bo zna realne konsekwencje tego postępowania. Wiem, myślę idealistycznie, ale uwierzcie - sprawdza się lepiej. Na tej samej zasadzie wiele rzeczy zadziałało u nas w domu. Np: nie piję alkoholu, bo mi wstyd za pijanych członków rodziny i nie chcę być taka, jak oni.
Bicie nie jest elementem wychowania. Jest elementem tresury. Dziecko, które się boi bicia, wcześniej czy później nauczy się unikać go - niekoniecznie w taki sposób, jakiego oczekujemy. Tamten system wychowania nie był dobry. Człowiek bał się własnych rodziców. Spotkałam się z tym, że w temacie bicia padał temat "wzbudzania szacunku". Nie, jeśli ktoś na mnie wymusza, żebym była posłuszna wobec innych poprzez zadanie mi bólu, to nie jest szacunek. Szacunek jest wtedy, kiedy mi wytłumaczy istotę człowieczeństwa, powody dla których mam traktować drugiego człowieka dobrze, a najlepiej niech mi jeszcze to pokaże.

Dobrze pamiętam, jak to jest dostać pasem po dupie. Nie zdarzało się to często, może dwa - trzy razy. Ale pamiętam. Nie chcę, żeby moje dziecko czuło się tak, jak ja wtedy. I żeby było mi posłuszne dlatego, żeby tak się nie czuć.
18:42, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 lipca 2017
Do Janki wpada czasem Emila, bawią się, a ja podsłuchuję, jako że znam dobrze jej rodziców, łatwo mi sobie wyobrazić ich w jej rozmowach. Jana za to odtwarza to, co widzi we własnym domu. Dzieciaki wszystko słyszą. W sumie jestem zadowolona, nie brzmi to tak źle. Chyba zachowujemy się dość normalnie, przynajmniej z tego, co słyszę.

Wstałam na nogi. W końcu czuję się lepiej, jakby jakiś ciężar spadł mi z serca. Nie wiem nawet, jaki. Może zbyt denerwowałam się tym, że mam wolne. Czy to jest pracoholizm? Czy tylko lojalność wobec koleżanek z pracy? Jest nas teraz mało, zbyt mało. Godziny szczytów były straszne, zamiast od 12 do 15 trwały od 11 do prawie 16. Sukcesem było, jeśli na przerwę szliśmy o 16. Nie wiem, czego oni od nas chcą, wiem, że możliwości ludzkie teoretycznie są nieograniczone, ale tak naprawdę nie da się ich rozciągać w przeciągu tygodnia aż w takim stopniu.

Lubię pracę fizyczną, ale jestem mocno sfrustrowana, gdy nie daję rady. Nie, nie mówię, że to już starość, jestem w najlepszym wieku, ale...
Chwilami mam dość absurdalnych decyzji, wymagań. I nie chodzi o to, że nie jesteśmy doceniani finansowo, ale... No, właśnie, miałam zbierać dane w tym tygodniu, żeby o tym pisać, a ja siedzę w domu. Nie mam z kim pogadać o tym. Jestem w kropce.
14:25, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 lipca 2017
Dwa dni w łóżku, poważnie. W poniedziałek i wtorek delikatnie sprzątałam, bez pośpiechu, bo słaba byłam, jak nie wiem, co, a środa i czwartek już w poziomie. Kurde, jak jakaś staruszka. Jana wstaje rano, nie wiemy o której (chodzi spać, jak w zegarku, o dwudziestej pierwszej), robi sobie śniadanie, ubiera się. Potem pół dnia czyta książki (dzisiaj "Bestiariusz słowiański" i "Sto jeden dalmatyńczyków" - Mamo, ta książka jest super!)
Nie wiem, co mieli na myśli ludzie, którzy mówili, że najlepsze dziecko jest do końca drugiego roku życia, im jest starsza, tym lepsza mi się wydaje.
Ok, nie jestem najlepszym przykładem matki. Lubię z dzieckiem pogadać, pobawić się, uczyć razem z nim. Całe to pielęgnowanie, zmienianie pieluch, karmienie, kremowanie zupełnie nie ma dla mnie uroku. Nie, moja córka nie jest moją przyjaciółką, nie zwierzam się jej z moich trosk, raczej rozmawiamy o jej przeżyciach. Tylko tak właśnie jest mi lepiej. Że jest taka duża.
Włączam głośnik, wkładam do niego tę samą kartę, którą mam w pracy i delektuję się muzyką, śpiewam sobie na głos, przeżywam. Rozmawiam z dźwiękami, są takie piękne i mądre (cut cut cut me up and fuck fuck fuck me up).
Na dodatek mam @, więc to jest ten czas, gdy jestem pełnią łagodności, chociaż osłabioną i bladą, ale jednak bardzo miłą.

Nie umiem nie być zazdrosna. Właściwie nie wiem, jak to jest, czasem, jak np: dzisiaj, czuję się ufna i spokojna, ale za dziewięć dni będzie koszmar. Uwierzcie, jeśli macie zazdrosnego partnera/zazdrosną partnerkę, można jemu/jej tylko współczuć. Wy zawsze możecie od niego/niej odejść.
Zazdrość zostaje, a każde nadużycie zaufania okalecza.

I takie tam, cut right in me, cause I am made of scars.

PS: Nie wiedziałam, że bezczynność bywa taka przyjemna, nawet jeśli wymuszona. Owszem, chętnie wrócę do pracy, ale... Siedzenie z samą sobą nie jest takie złe. Czyżbym się już ze sobą dogadała?
19:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 lipca 2017
W końcu udało mi się przekonać mojego wybrzydzacza do czereśni, więc teraz już obżeramy się obydwie.
To są niezwykłe owoce, mają w sobie wszystko - lekką kwaskowatość, słodycz bez końca, gładką, delikatną skórkę, miękki, elastyczny miąższ, mają w sobie smak wakacyjnej wolności, wspomnienia, przy zamykaniu oczu pojawiają się wszystkie te chwile spędzone na czubkach drzew, zapach traw i liści, śmiech do upadłego (matko, jak ja się cieszę, że nadal potrafię śmiać się do bólu brzucha, a o czym najlepiej wie Lenin, bo zwykle dostaję głupawki podczas naszych wieczornych podsumowań... Uwielbiam to, kiedy gadamy i nagle wplątujemy się w sieć dwuznaczności albo alternatywnych treści, bo dwuznaczność brzmi zbyt jednoznacznie), to wszystko jest w czereśniach, w wieku Jany jeszcze nie chodziłam po drzewach, nie ma co się oszukiwać, to zaczęło się, gdy miałam 10-12 lat mniej więcej, wtedy dopiero zrobiła się ze mnie dzika poszukiwaczka przygód. Podobno byłam strasznie odważna.
Gdzie podziała się moja umiejętność wspinaczki? Skoków? Czasem zachodzę do Doliny BEKI i zastanawiam się, jakim cudem, będąc o te 15 cm niższą wtedy, byłam w stanie tak skakać między skałami?

Czereśnie są erotyczne, niestety zwykle na wieczór nie zostaje nic, a na dodatek od pasa w dół jestem zajęta czym innym, if you know what I mean.

Czekam więc na wolny weekend.

Nie wchodzę na fb, obawiam się gróźb i przekleństw w wiadomościach od współpracowników. Tak, wiem, jestem tchórzem. Poza tym, kurde, jak się ma wolne, to nagle okazuje się, że nie ma czasu na internety.

Jana wchodzi do pokoju. Kręci się niespokojnie.
- Czego szukasz?
- Miejsca na moją niewidzialną kamerę. O, tutaj będzie dobrze.
Chwila zabawy w jutuberkę w sąsiednim pokoju. Krzyk:
- Mamo!
- Co?
- Wyłącz mi kamerę!
Pstryk. Okazało się, że utknęła w bluzce, pomogłam jej.
- Jana, a ta kamera musi tu być? Wiesz, ona mi nie przeszkadza, ale postawiłaś ją pod głośnikiem i moja muzyka może zagłuszać twoje wypowiedzi.
- No, masz rację, tam będzie lepiej.

Wiem, wyobraźnia dzieci powinna być ograniczana. Ja nie umiem. Nawet w pracy rozmawiam sobie w głowie i uwierzcie, te rozmowy mnie czasem tak bawią, że śmieję się prawie na głos. Jestem całkiem interesującym towarzyszem, jeśli się z kimś oswoję.

Lenin dostał do oceny "Lato Złotej Rybki". Generalnie czuję w tym potencjał, ale i niedosyt, jestem beznadziejna w opisach. Zwykle z pisaniem mam, jak z seksem - trochę intrygi, trochę gry wstępnej, a potem szybko, byle do końca.
;)
17:41, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 czerwca 2017
Dziewięć godzin w pracy, trzy godziny snu, potem trzy jeżdżenia (zawieźć psa, odebrać dziecko) i w końcu dotarliśmy do Zoo w Opolu, po raz trzeci. Ostatnio (pięć lat temu) zostaliśmy tam zaskoczeni przez fakt, że mój brat ma dziewczynę, którą zdecydował się zacząć przedstawiać rodzinie - dziś byli z nami już jako mąż i żona, oraz rodzice dwójki dzieciaków.

Zoo w Opolu to chyba nasz ulubiony obiekt tego typu, a dziś jeszcze na dodatek widzieliśmy tam mrówkojada olbrzymiego i rosomaka.

Nieoczekiwanie (muszę o tym wspomnieć), Młoda dała się namówić na gotowaną kukurydzę. Jestem w szoku, ale szczęśliwa, bo nadal kombinowanie dla niej urozmaiconego menu jest koszmarem nawet dla mojej kreatywności.

Podejrzewam, że padnę na twarz, jak tylko wejdę w strefę przyciągania łóżka, ale warto było.

PS: Ostatnio spotkałam się z kumpelą z facebooka - mieszkałyśmy na jednym osiedlu, jesteśmy z jednego rocznika, okazuje się, że miałyśmy te same zabawy, a nie znałyśmy się zupełnie. Doszłyśmy do wniosku, że po prostu jesteśmy/byłyśmy strasznymi dziwadłami i to dlatego.

W robocie sytuacja taka, że najlepiej opisać to słowami z Ludwika: "Przy tym obrocie zdarzeń, co jeszcze nas czeka - bunt, strajk, siwy dym". Jest strasznie. Cieszę się z tego podwójnego mózgu, choć jest parę osób, którym chętnie oddałabym po kawałku.
21:20, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 czerwca 2017
Czasem powstają w mojej głowie dziwne pomysły. Niektóre dają się przełożyć na papier - i te lubię, inne są tak ironicznie życiowe, że się ich boję.
Te najbardziej nieprawdopodobne scenariusze spełniają się najszybciej. Kiedy Jany nie ma w domu, nie umiem spać, bo boję się, że gdy coś dzieje się poza zasięgiem moich rąk, nie mogę reagować.
Gdy nocuje w domu, nie śpię, bo ten drugi pokój oddzielony jest kuchnią od naszego i to jest tak strasznie daleko.

Moje bezpieczniki wrażliwości są przepalone. Poruszam się cały czas po niebezpiecznym świecie bycia matką. Gdyby nie to, że martwa nie mogłabym się opiekować moim dzieckiem, dawno umarłabym ze zmęczenia, albo chciała umrzeć.

Nie wiedziałam, że jest to tak trudne, nie wiedziałam, że będzie to naprawdę trwać całe życie.

Chiny są jednym z niewielu państw, gdzie wskaźnik samobójstw kobiet jest wyższy, niż mężczyzn. Odzierane z macierzyństwa nie mają nic do stracenia. Odzierane z posiadania córek - nienawidzą swojej kobiecości. "Wiadomość od nieznanej chińskiej matki" otworzyła mi oczy na bezmiar szczęścia, jakie mam, żyjąc w naszej kulturze.

Po bezsennej nocy nie mam siły na nic, a muszę do pracy. Po bezsensownej kłótni nie mam ochoty na kontakty z ludźmi. Ludziom nie da się pewnych rzeczy wytłumaczyć. Nie da się im wytłumaczyć, że odgórne zakazywanie i karanie nie zmieni wrażliwości. Chamstwo upychane do kąta będzie cechą elitarną, a o wstęp do klubu chamów ubiegać będą się wszyscy ci, którym kiedyś można było wytłumaczyć, dlaczego nie wypada.

Mam problem z tym moim mózgiem podzielonym na "wiem" i "czuję", na "współczuję" i "śmieję się". Ktoś, kto tego nie ma, nie zrozumie. Może rzeczywiście to nie jest nerwica, tylko rozszczepienie osobowości i powinnam to leczyć. Bo przecież nie jestem zła, niewrażliwa, czy coś.
Jestem podwójna. Może nawet dwulicowa.
I nie musi się to wszystkim podobać. Nawet nie dbam o to, czy wszyscy ci, których akceptuję bez zastrzeżeń, potrafią to zaakceptować i nie chcieć zmieniać.

To rodziłoby kolejne problemy w moim życiu, a życie to nie fejsbuk. Nie da się wyrzucić z pamięci ludzi, jak się wyrzuca ze znajomych. Zwłaszcza z mojego mózgu, który zachowuje się jak wielkie, nieuporządkowane archiwum, z którego wyskakują informacje, jak kartki z przepełnionych schowków.
Wczoraj rozmowa:
- No, ten reżyser "Sprzedawców", on jednocześnie grał tego (oczywiście Samiec powiedział kogo, wymienił też nazwisko drugiego aktora z pary), nie umiem sobie przypomnieć nazwiska...
(chwila tępego patrzenia w ścianę kabiny - najlepsze rozmowy prowadzi się, jak jestem w kąpieli)
- Wydaje mi się, że miał nazwisko na "S"...
Poleciał sprawdzić:
- A, miałaś rację, Smith.
;)
Nawet nie wiedziałam, że wiem, Samiec upycha te karteczki do moich szufladek, nawet o tym nie wiedząc. Faktem jest, że "Sprzedawcy" to jeden z moich ulubionych filmów. W sumie nawet nie wiem, dlaczego, przecież nie był wybitny, ale taki... Sympatyczny.

PS: ten straszny wpis mi ktoś usunął. Czuję się mniej więcej tak, jak wtedy gdy kazano usunąć mi zdjęcie profilowe z karmieniem Jany, że niby nagość promuję.
11:00, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 czerwca 2017
Nie ma drugiej rzeczy, która wkurzałaby mnie tak bardzo, jak flirtujące stare chłopy. Poważnie, jak jest stary i marudny, to znoszę bez bólu - najwyżej mu odpyskuję, ale wtedy to jest jego wina.
Ale taki miły, nadskakujący, kiedy nie rozumie mojego stanowczego "dość". Asertywność można o kant dupy rozbić, kiedy ktoś nie dopuszcza do siebie żadnego przekazu. Aluzje seksualne przy pewnej różnicy wieku są niesmaczne. Specjalnie nie piszę, że to tylko o wiek chodzi, bo mam nadzieję, że nasze półżarty i niedopowiedzenia małżeńskie nadal będą funkcjonować nawet, jak będziemy mieli po osiemdziesiąt lat. Nie czuję również wdzięczności, gdy ktoś chwali mój wygląd. Czuję wtedy niepokój. W sumie nie zależy mi na pochwałach w ogóle - wystarczy, że zwracają się do mnie z pewnymi zagadnieniami, wtedy czuję, że jestem w czymś dobra i to jest dla mnie ważniejsze. Nie lubię wylewnej wdzięczności, chyba że chwali mnie ktoś bliski. Np: Samiec. Wtedy puchnę z dumy.
Jednak w innych wypadkach pomagam bezmyślnie. Jakbym była wytresowana. Nikomu nie chcę imponować, no - chyba że sobie.

Co do tych miłych-niemiłych facetów - nie cierpię ich przylepności (i tu akurat wiek nie ma znaczenia). Nie lubię podszczypywania, nie lubię dotyku, w ogóle niech trzymają się z daleka. Moja przestrzeń osobista jest bardzo wyraźnie zaznaczona.

Kwestia zaufania nadal jest u mnie niepewna. Kiedy o nie zapytałam, utknęła jedna rozmowa. Tak naprawdę nie oczekiwałam deklaracji, bo sama nie wiem, czy można mi ufać, jeszcze nie wiem kim jestem. Ile we mnie jest moje, a ile nerwicy, nie jestem w stanie zdefiniować granicy na tyle precyzyjnie, żebym wiedziała, czy to co czuję i robię jest prawdziwe, czy tylko nakręcane strachem o wszystko.

Najgorszy jest paraliżujący strach, kiedy Jana lub Samiec są daleko, np: w drugim pokoju, bo przecież tam też może się coś stać. Za dużo książek przeczytanych, za dużo napisanych opowiadań, za bardzo pozwalam sobie na wyobrażanie, może powinnam zamiast świadomego snu ćwiczyć kontrolowane marzenia?

Bujam w obłokach, w odtwarzaczu: "Virus of life", you don't even know the danger you're facing...
21:21, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 czerwca 2017
Kiedy wspominam to, co robiliśmy za dziecka, włos mi się jeży. Tak naprawdę powinnam była nie żyć już kilka razy, jak zresztą większość tamtej paczki. Spadając ze starego zardzewiałego, carskiego mostu (na torach szerszych o męski chuj), z drzewa (wspinało się na sam czubek), do rzeki, przez którą prowadziły tylko zbutwiałe resztki mostu, przygnieceni płytami, z których robiło się drogi, czy wielkimi rurami. Rozjechani przez pociąg, spadając z Kontroli... Po zjedzeniu dzikich owoców, których nie byliśmy pewni, skacząc ze skałek w BEKI, pogryzieni przez bezpańskie psy i koty. Kleszcze. Po tężcu, bo przecież nikt nie dezynfekował rozciętej nogi, przykładało się babkę i tyle. Na zapalenie płuc, bo kto by tam wracał do domu z powodu jakiegoś bzdurnego deszczu, czy porażeni piorunem.

Coś jeszcze?
Tyle tego było, że kiedy wspomnienia (naprawdę przyjemne) wracają, zaczynam się bać o moją córkę. Jakie będą jej pomysły? Jak będzie potrafiła wykorzystać to, co daje jej nasze miasto?

Drewnianego mostu na Przemszy już wcale nie ma.
Ten zardzewiały, kolejowy chyba jeszcze jest, ale torów już nie ma.
Są trzy mosty kolejowe, nadal używane. Czasem przejeżdżam jednym z nich z Krakowa.

Dzieciństwo jest piękne, takie beztroskie.
11:58, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 47