Skopiuj CSS
poniedziałek, 04 lipca 2016
Sen był całkiem miły, kiedy spisywałam plan lekcji od kolegi (po raz pierwszy śniła mi się szkoła i to nie był koszmar). Miłe są też sny piłkarskie, za to gorzej znoszę sny o nieposłusznej Janie, która włazi pod auto.

Boję się, ale staram się trzymać swoje nerwy na uwięzi, nie ją. Ona i tak zrobi to, co chce. To fascynujące patrzeć, jak człowiek, który kiedyś kopał w żebra (i wydawało się, że w życiu nie zada nam większego bólu) teraz kopie w ego. Hej, mamo, jednak nie miałaś racji!

W głowie powstaje kolejna bajka, tym razem o syrenach. Kiedy spytałam Samca, co go we mnie fascynuje, stwierdził, że umysł i jego nieobliczalność.

Samą mnie czasem zaskakuje.

W pracy coś dziwnego. Pracują z nami Ukraińcy. Chyba dwóch facetów i cztery babki. Już kiedyś mieliśmy Ukraińców u nas, pośrednik wyruchał ich zdrowo podobno, nie wiem, to było za czasów moich L4 lub innych wolnych okresów.

A słyszałam (mam nadzieję, że to przesadzona historia), że jedna z naszych pracownic rzucała się, że podobno zakład im opłacił mieszkanie.

Ej, poważnie? Mam im zazdrościć tego, że przyjechali z biednego kraju do nas, gdzie mogą przynajmniej finansowo się odbić? Że zostawili rodziny tam?
Niech sama jedzie na Zachód. Niech zaryzykuje, że z pośredniakiem wyląduje na ulicy. Proszę bardzo. Oni tam też opłacają mieszkania.

Większość z naszych traktuje ich życzliwie (podejrzewam, że tamta pani również, po prostu miała zły dzień), próbują się dogadać, całkiem sympatyczne są te rozmówki dwujęzyczne, lubię ich słuchać.

No, i pracują. Oni pracują naprawdę, a nie tak, jak dzieciaki, które przyszły na wakacje, którym się nie chce, które twierdzą, że nie warto.
15:43, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 lipca 2016
Po wczorajszym meczu mam niedosyt. Ale też przesyt emocji, obudziłam się z takimi mdłościami, że wiedziałam od razu, z czego.

I w sumie smutno mi cholernie, bo mecz był dobry. Nasi rządzili na boisku. Grali z Portugalią, poważnie? Bo wyglądało, jak równy z równym, a gdy spytałam o klasyfikację obydwu zespołów, to Samiec tylko spojrzał na mnie urażonym wzrokiem, jakbym palnęła nie wiadomo, co.
A ja nie jestem głupią idiotką, która ogląda mecze (czasem tylko strony mi się mylą, szczególnie w dogrywce), nawet wiem, co to spalony!

Tak naprawdę nie pamiętam czasów, kiedy mogliśmy być tacy dumni z naszej reprezentacji. Kiedy ich gra była taka... No, zawodowa. Zazwyczaj, w najlepszych momentach, jakie pamiętam, było to pospolite ruszenie. Jupi, udało się wywalczyć piłkę, może uda się strzelić gola. Spalali się na najlepszych drużynach, puszczali szmaciarskie przegrane z drużynami praktycznie amatorskimi.

Tym razem - prowadzili akcje. Odbierali wysokie piłki. Grali tak, że... Ech, ostatni raz patrzyłam z taką czułością na jakąś drużynę narodową podczas mistrzostw świata w USA, a było to wtedy reprezentacja Szwecji.
I nawet znalazłam odpowiednik Brolina - Błaszczykowskiego. No, żal mi go cholernie. Nie wyobrażam sobie, co musi czuć. Po tak odwalonym meczu, kiedy cały czas coś robił, kiedy jego działalność zapierała dech w piersiach ten gol, którego nie strzelił...

Gwiazdą meczu na pewno nie został Ronaldo, hehe. Tak szczerze mówiąc, zmarnował takie sytuacje, że zastanawiam się, za co mu płacą. Cała reprezentacja Portugalii po pierwszej bramce grała nerwowo, bez pomysłu.

Czytam różne komentarze i już sączy się jad. Że Błaszczykowskiego to był bardzo słaby mecz, że powinien być zmieniony w pierwszej połowie (to żałuję, że uważniej nie oglądałam tych lepszych meczy, podejrzewam, że wtedy pojawiały im się końskie uszy i ogony, albo błyski na piłce), że jeśli otrzymał w skali 1-10 4 punkty, to i tak za dużo, bo nie strzelił karnego. Że trzeba było zapierdalać, a nie opierdalać się.

No, kurwa. Musiałam sobie przekląć. Chyba oglądałam inny mecz, gdybym miała włączone na TVP1, mogłabym myśleć, że pokazywali PiSowską propagandę.
09:11, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 czerwca 2016
Coraz bardziej mam ochotę wykrzyczeć na cały świat coś, co jest we mnie. Właściwie sama nie wiem, co.
Ale jakoś się trzymam, nie potrafię zaufać tabletkom, jedni mówią, że nie zmienią osobowości, inni - że za bardzo zmieniają.

Nie chciałabym stracić ani grama ze swojej energii, ze spostrzegawczości, z tego, że potrafię pięć rzeczy na raz. A już najbardziej nie chciałabym stracić libido.

I zdecydowanie wcale nie mam ochoty przechodzić tego okresu, kiedy organizm przyzwyczaja się do chemii, brzmi jak jakaś totalna rozpierducha.

Nie umiałam znieść nawet najlżejszych tabletek antykoncepcyjnych.

Poza tym - to minie. To tylko hormony.
A tak po cichu, to lubię mój wieczny wkurw. Sprawia, że ludzie są wobec mnie delikatni. Stają się emocjonalnymi saperami.
20:42, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 czerwca 2016
Ach, no tak! Kuszczak-Puszczak.
Widzicie? Nawet się tych żartów potem nie pamięta :)
18:21, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Patrząc na stosunek niektórych ludzi do żartów o Miliku, mam mieszane uczucia. Heloł, jak ja coś spieprzę w robocie, to zwykła życiowa uczciwość każe mi się pierwszej z tego śmiać (a jak rozbawiło dyrektora, jak przy nim rozbiłam dwa fiolety w odstępie może półgodzinnym, nie mówiąc już o komentarzach współpracowników na temat sikania tęczą po podłodze). A pamiętacie, jak śmialiśmy się z Fabiańskiego, jak mu bramkarz Kolumbijski wbił gola (dzięki, Samcze, za przypomnienie, rzeczywiście, przednie to było!)?

Normalne jest to, że jak ktoś robi coś śmiesznego, to się z niego śmiejemy. Nie wieszamy psów, nie skazujemy na pracę w kamieniołomach, czy PGFie, tylko się śmiejemy. No, normalne, zawalił, niech teraz ma ambicję, by zmazać tę hańbę.

Przy okazji czytałam wypowiedzi jakiegoś znajomego Samca. Okazało się, że właściwie znam tego gościa, z forum Luxtorpedy. I tak, jak zespół uwielbiam, tak ich fanów... Delikatnie mówiąc, nieco mniej (i wcale nie mówię o tej lasce, co na jakimś koncercie wjebała się z macaniem do Samca. Jak można się tak zachować w stosunku do faceta, który przychodzi z laską na imprezę?). Wiadomo, jak wszędzie, są tam mili i przyjemni ludzi, ale całkiem spora grupa prezentuje postawę zero dystansu-zero tolerancji. Poważnie. Ktoś zjechał Hansa o "szarganie świętego wizerunku obrączki", ktoś inny oburza się o ich stosunek do aborcji (specjalnie i prowokacyjnie jedyną koszulką Luxów, jaką mam, jest ta z płodem na celowniku, a co!). Przy okazji innych tematów jeżdżą po cudownych (według mnie) słowach Spiętego do Boga i o religii.

Chwilami mam wrażenie, że rośnie tam nowe pokolenie moherów. Ja wiem, że wygodnie jest kierować się ideologią tłumu. Ale sumienie ma się własne i nie da się postępować zgodnie z sumieniem, jeśli postępuje się tak, jak tłum.

Nie czułam się tam dobrze - Samiec też czasem mówi o nich z taką goryczą w głosie, bo ma dość tego jadu, na dodatek sączącego się z młodych ludzi. 

Nie, nie będę się leczyć farmakologicznie. To tak, jak z antykoncepcją hormonalną - z powodu 2 dni w miesiącu nie będę się truła przez 30. Nienawidzę tabletek. Ja wiem, dla niektórych są podstawą diety, ale dla mnie są utrudnieniem życia. Przede wszystkim tego, że musiałabym je brać codziennie.

A pytanie "po co się tak męczyć?", zadawane przez osobę, która niedawno powiedziała mi, że ją bardzo bolały podobne pytania z mojej strony, kiedy walczyła o swoje życie uznam za żart, albo skutek uboczny leczenia farmakologicznego :)
17:56, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
Nocą przychodzą do mnie myśli o tym wszystkim, co spierdoliłam w ciągu dnia. Że straciłam panowanie nad sobą, że byłam za mało ciepła, rodzinna, przyjazna. Upał daje się we znaki, nie jest wytłumaczeniem tej wścieklizny, jedynie dodatkowo powoduje bezsenność.

Nawet seks ma zapach krwi.

Nic nie pomaga, może naprawdę powinnam zacząć palić albo leczyć się farmakologicznie.

Zawieruszona legitymacja szkolna Jany (podczas poszukiwań okazało się, że łatwiej mi znaleźć moją z podstawówki) powoduje myśli o bezsensie wszystkiego i dół, że jestem beznadziejną matką (a z tyłu głowy głos, że wystarczy czasem posprzątać i nie nabałaganić, normalni ludzie tak mają w domach, a nie siedzą, kolorują, zostawiają ubrania tam, gdzie się rozbierali, losowo rozrzucając potrzebne przedmioty, składując książki, gdzie się da, nie myjąc naczyń, pisząc opowiadania, których nikt nie przeczyta).

Nie mam już nadziei na normalność. Czasem ręce mi opadają i wracam do tego stanu z przełomu 2007/2008, kiedy tylko i wyłącznie płakałam. Siedziałam i płakałam.

Tyle, że teraz nie płaczę. Siedzę i znajduję się gdzieś poza zasięgiem (are you comming to get me now?), nie myślę, znalazłam swój odpowiednik męskiego Pudełka Nicości w głowie.

Fajnie tam.
03:15, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 czerwca 2016
Luźne rozmowy po pracy dotyczyły, między innymi, numerków w krzaczkach. Że niby teraz jest najlepsza noc na to, bo ciepło, można szybko z majtek wyskoczyć i...

Tak, listopad też jest w porządku.
Byleby ochota była.

Właściwie, jak jest ochota i jest z kim, to nie ma przeszkód. Zastanawiam się czasem, na ile mogę sobie pozwolić na szczerość? Zazwyczaj palnę coś totalnie głupiego, np: wkręcę się w rozmowę o harpunach na foczki, chociaż wcale nie chciałam nic pisać, a potem orientuję się, że popełniłam nietakt, że przecież nikt nie chciał słuchać/czytać o moim (nawet hipotetycznym) życiu seksualnym.

Izoluję się. Im bardziej czuję się niezależna i dzielna, im bardziej staję na nogi, tym mniej chcę kontaktu z ludźmi. A oni pytają, czy wpadnę na grilla. Nie, mam inne plany. Właściwie to nie lubię imprez, ale kiedy to powiedziałam, usłyszałam:
- A tak poważnie, to dlaczego?

Słucham, jak stawać się krzyczącym od serca, uwolnionym ptakiem, jak przestać boksować się z burzą śnieżną, słucham, że żyję.

A najbardziej do serca przemawia mi "Footprints". Może dlatego, że ostatnie problemy, to jak bardzo się miotałam, jednak minęły. I udało mi się nic nie spierdolić.

I "Space between" słucham, na szczęście, tylko dla przyjemności. Nic nie umarło.
04:41, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 czerwca 2016
Łażę po tych internetach, bo upał, bo nie mam ochoty się ruszać.
I tak. Corey Taylor jest po operacji kręgosłupa (haha, odcinek szyjny, kolega nazwał to karkosukcją, takich mam wrażliwców wśród znajomych), a dzisiaj jeszcze poczytałam, że Joey Jordison też ma coś z kręgosłupem, ale mój angielski jest niestety, zbyt słaby, aby zrozumieć dokładnie, co mu dolega.

Z utęsknieniem wracam do pracy - w swoim sektorze mam chłodny nawiew. Przypomniałam sobie, jak bardzo przyjemnie jest u nas latem. Na zewnątrz temperatura 34 stopnie. Ledwie poruszam nogami i zastanawiam się, jakim cudem jeszcze nie wysuszyłam się na wiór.

Janka kończy pierwszą klasę. Jakoś to poszło. Szkołę lubi, chodzi z przyjemnością, zadania odrabia. Na szczęście nie jest perfekcjonistką, traktuje to jeszcze jako zabawę. Czyli chyba w tej kwestii udało się nam odpowiednio ją nastawić.

Patrzę na moje nowe nibyglany pod stołem i tęsknię za dniami, kiedy będę mogła je założyć (są ocieplane). Fajna pogoda to każda, kiedy z przyjemnością biorę gorący prysznic lub kąpiel. Czyli nie taka, jak jest teraz.

W sobotę będę u rodziców, mam ochotę wyjść do Amarantusa na chwilę przynajmniej, napić się prawdziwego soku, zjeść deser (ostatnio byłam tam po szyciu, co poskutkowało tylko zaostrzeniem apetytu).
15:50, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 czerwca 2016
Nie nazywam ich sukcesami. Nie zwiększam znaczenia wszelkich potknięć w autoterapii.
Nerwicę traktuję jak nałóg i w takich kategoriach ją leczę.
Wmawiam sobie, że nie potrzebuję tych wszystkich rzeczy, jakie mi ona dyktuje. Okazuje się, że rzeczywiście mogę żyć bez podporządkowania natręctwom.
Z tyłu głowy pozostaje dyskomfort, ale go ignoruję.
Jeżdżę z innych przystanków, niż zwykle.
Wysiadam też na innych.
Wsiadam do autobusów, którymi jeszcze nie jechałam.
W pracy przestaję być chorobliwie dokładna. Już nie muszę układać towaru idealnie. Wystarczy, że jest równo.
Już nie muszę wszystkiego spinać gumkami.
Nie wpadłam w panikę, kiedy zauważyłam, że ktoś zabrał podajnik do mydła i nie miałam jak nasmarować rąk po wyjściu z ubikacji.
Jeszcze trochę, a zacznę używać kilku różnych kolorów gumek do jednego zamówienia.
Po nockach śpię po pięć godzin i też nie umieram, nie mdleję, nie czuję się odrealniona.
Od poniedziałku nie wzięłam nawet ziołowych tabletek na uspokojenie.
Czasem nawet wychodzę na ulicę bez ciemnych okularów.

Bywam zmęczona. Zmęczona walką, ale nadal chce mi się śpiewać, nadal jestem zakochana i gonię motyle. Nie zmienię się, wierzę w to, że zmniejszając wrażliwość na bodźce, nie zmniejszę wrażliwości na życie. Tłumię, mówię sobie, że dam radę. Czasem pomaga.

Chcę jechać sama pociągiem, z Pędzelkiem, który już jest poważną Agatą, na Się.
I zostać w Krakowie na noc.
16:21, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 czerwca 2016
Mogłabym wrzucić adres bloga do jednej z tych grup, ale czy coś by to pomogło? Ludzie, którzy chcą wyjść, sami wyjdą. Raczej moje przeżycia im nie pomogą, zwłaszcza, jeśli przyznaję się do tego, że nadal jest mi trudno, cholernie.

Przynajmniej już nie płaczę w autobusach z bezsilności.
Nie płaczę też, kiedy widzę starszych ludzi i tęsknię za Babciami i Dziadkami.

Właściwie w ogóle nie płaczę. Skończyły mi się łzy.
(Not crazy, unwell)

Słuchawki na uszach i cisza we mnie. Zastanawiam się, ile widać z tego mojego słuchania, bo że moja twarz pokazuje wszystko, to wiem.

Powrót do pracy zaliczam do udanych. Tylko dwie godziny na plusie, nowi koledzy i koleżanki pracują na tyle wolno, że nie muszę się spinać (ok, zaraz tu wejdzie ktoś z roboty i powie, że i tak napierdalam na trzech sektorach). Czego ja się tak obawiałam?

Nadal tkwię pomiędzy. W tej chwili, wypoczęta (8 godzin skręcona jak chrupek curly, tak bardzo zmęczona, tak bardzo spałam), wydaje mi się, że mam świat u swoich stóp, kocham wszystkich, wszystko, muzykę najbardziej. Ale boję się, że już jutro będę się kłócić sama ze sobą, nie dam nikomu dojść do słowa i to oni będą winni, że tak się czuję.

Czuję się przez to taka beznadziejnie nienormalna. Taka... Nic nie jest na stałe, ciesz się chwilą, ale jednocześnie - boję się tego, że już za zakrętem, już blisko mnie czeka ta cholera, nerwica i będzie mnie szarpać za włosy. Będzie mnie podgryzać, użyje wyrzutów sumienia i wszystkich możliwych pierdół, żeby mnie zdołować.

W barku mam truskawkową soplicę, gdybym miała z kim, to bym się dzisiaj upiła.
16:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 czerwca 2016
Rok temu byłam już po koncercie. Byłam wymęczona i zachwycona.

To było coś zupełnie innego i nie chodzi o to, że był to wyjątkowy koncert/festiwal.
To chodzi o to coś we mnie. Że naprawdę poczułam, jak to jest gdy spełniają się marzenia, jak to jest, gdy nie jest tak, jak sobie wyobrażałam.

(Wczoraj akurat w odtwarzaczu "Custer", więc rozmarzyłam się)

Cztery lata temu był panieński u Iwonki. Tzn: właściwie był dzień po panieńskim.

Dzięki temu, co przeżyłam na Impact Festival, mam siłę, żeby w sierpniu jechać na Się. Uwaga, nie z Samcem, a z czternastoletnią kuzynką, fajnie, co?

(Pamiętam jazdę do Łodzi i pamiętam powrót, doskonale różne przeżycia)

Chciałabym móc z kimś pogadać o muzyce. Posłuchać. Ktoś chętny?

Wczoraj w pracy czułam się najważniejsza na świecie. Tyle radości z mojego powrotu już dawno nie widziałam.

Nie umiem zebrać myśli.
13:47, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 czerwca 2016
Atak paniki, kiedy Jana zasnęła.
Pokonany.
Uczę się jeździć z innych przystanków, niż dotychczas.
Łamię rutynę, która dawała mi oparcie.
Ja nie potrzebuję oparcia ze strony codziennych zajęć. Potrzebuję wolności.

Nie jestem wszechmogąca. Ale muszę zapanować nad swoim ciałem.

Wbrew pozorom mam dobry humor, tylko nie umiem się skupić.
Wyciągnięto mi szwy, znowu ta miła, ładna pani doktor, ciekawe, czy spodobałaby się Lee?

Do pracy wracam z energią. Lubię tam być. Ja w ogóle lubię wszędzie być, ale nie znoszę dojeżdżać. Pozwólcie mi osiąść w jednym miejscu. I żebym mogła siedzieć i pisać, i kolorować, a muzyka niech się leje z głośnika (cut cut cut me up and fuck fuck fuck me up). Jedynym plusem dojazdów jest muzyka i magiczne rozmowy prowadzone we własnej głowie.

Bo tego plusa, że jestem z siebie dumna, w ogóle nie liczę.

Jeszcze trzy tygodnie do końca roku szkolnego. Jana średnio zadowolona, tzn: teraz się cieszy, bo wszystkie dzieci się cieszą, że nadchodzą wakacje, ale jak znam ją, szybko zatęskni za szkołą.

Dzisiejsza wizyta w Poradni Chirurgii Szczękowo-Twarzowo-Stomatologicznej wyglądała tak:
Od 8:16 (czas wydrukowania numerka do systemu. Na numerku napis, chyba ozdobny, bo raczej nie informacyjny: "Planowana godzina przyjęcia 8:15) do 9:45 czekanie na rejestrację. System się wiesza, ludzie się plączą (mają świetną poczekalnię, z wygodnymi siedziskami, w której informacja o kolejnych numerkach podawana jest na wyświetlaczu i głosem męskim, ale nie, wszyscy stoją w drzwiach). Ok, wyciągnęłam kartotekę.
Od 9:50 do 10:05 czekanie pod gabinetem.
W gabinecie - do 10:10. Może nawet krócej, bo na 10:12 zdążyliśmy na parking.

Komputeryzacja poszła w złym kierunku.
23:56, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 czerwca 2016
Czasami we śnie mówię komuś, że za nim tęsknię. I wiem, że ten ktoś nie żyje. Budzę się z płaczem. Dzisiaj na przykład, nie pamiętam, z kim rozmawiałam. Pewnie z Babcią albo Ciocią, one najmocniej, choć za drugą Babcią i Dziadkami też.

Nie płaczę za Olafem. Tzn: w snach. W realu czasem jest mi bardzo, ale to bardzo smutno i nie umiem się z tym pogodzić. Jednak już mi się nigdy nie śni, ostatnie to chyba było wtedy, kiedy urodziła się Jana i miałam sen o tym, że lekarz przyszedł, powiedział, że pierwsze dziecko też się znalazło, ale ma wiele opóźnień i trzeba będzie je leczyć, rehabilitować, a ja cieszyłam się, jak wariatka, że jest, że się znalazł.

Nie przeszkadzają mi rozstania w życiu. Zawsze mam nadzieję, że spotkamy się znowu - bo wiele razy już tak było, że ktoś, kogo nie widziałam długie lata, wracał.
Najlepszym przykładem była koleżanka, którą poznałam w 1986 czy 1987 na wakacjach w Ustroniu. Potem chodziłam z nią do klasy przez 5 lat, a dowiedziałam się o tym dopiero w ósmej klasie, tuż przed opuszczeniem szkoły.
Mało tego - spotkałyśmy się ponownie po skończeniu liceum, kiedy dostałyśmy się na kurs z UP.

I jeszcze jeden świetny przykład - 3P. Po liceum nie miałyśmy kontaktu przez jakiś czas. Kilka lat chyba nawet. Potem zaczął z nami pracować taki koleś, razem dojeżdżaliśmy, bo jeszcze mieszkałam u rodziców, on też z Mysłowic. I mówił o swojej dziewczynie, był taki zakochany, opowiadał o niej, nie wymieniając z imienia, a ja po prostu czułam, że mówi o 3P.
I okazało się, że mam rację. Ona z nim szybko zerwała, znowu przestałyśmy się zagadywać, po czym przeprowadziła się na Brzęczki i od tego czasu kontakt jest.

Tydzień temu byłam w kawiarence prowadzonej przez Erkę. Z nią też traciłam kontakt co jakiś czas. Tyle, że jest inaczej. Nie wiem, czy to dlatego, że mój pysk był taki pokiereszowany, jakoś rozmowa się nie kleiła. Liczę na to, że będzie lepiej, skoro wróciła do rodzinnego miasta.

A zaraz wpadnie Kat. Nawet z nią ostatnio nie umiem gadać. Dziwne. Z nikim nie umiem rozmawiać, raczej warczę, niż mówię.
I to nie jest kwestia ostatnich dni, kiedy jestem już wściekła aresztem domowym pod nazwą L4, ale trzech miesięcy.
21:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 czerwca 2016
Na jednej z grup nerwicowych zadałam pytanie o muzykę. W treści posta napisałam, że nie chodzi mi o słuchanie "czegokolwiek, byleby nie było cicho", tylko o konkrety.
Niektórzy z ludzi, którzy twierdzą, że słuchają muzyki cały czas, nie słuchają muzyki w ogóle. Zagłuszają tylko ciszę.
A cisza jest w porządku. Jest lepsza, niż zła muzyka.
Zresztą, w środku miasta, czy kiedykolwiek panuje tu cisza?
Wczoraj w nocy karetka.
Nad ranem wściekłe kosy.
Uwielbiam głosy zza okna.
Nienawidzę głosów w głowie.

Chodzenie po mieście bywa przyjemne. Oczywiście, przy odpowiednich warunkach pogodowych. Nie jest przyjemne, kiedy mocno świeci słońce, jest ciepło, a nagle spadają z nieba bardzo zimne, pojedyncze krople. I robią szum.

Pojawiły się czereśnie. I to jest coś wspaniałego.

Mam nadzieję, że od wtorku będę już w pełni sprawna. W tej chwili wszystko mi psuje uczucie posiadania kilku żyłek w ustach.
Paskudztwo.
10:37, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 czerwca 2016
Czytam sobie posty na grupie dla ludzi z nerwicą. Nerwica to coś bardzo zbliżonego do autyzmu.
Jesteśmy tak bardzo skupieni na sobie, że widzimy w sobie wszystko, co złe. Jakby przez szkło powiększające, gdzie nie dostrzega się obrazu całości, a jedynie fragment, wyolbrzymiony przez nasze ujadające ego, które mówi, że jesteśmy centrum świata i tak bardzo nie liczy się to, co myślą inni, że wielka egoistka w naszym mózgu wydaje się najmądrzejszą istotą na świecie.
A ona potrafi dołować. Wiem to po sobie i teraz, jak już się nieco oddaliłam, widzę po innych. Po ich zachowaniu. Po fiksacji na jednym problemie, po skupieniu na wszystkich możliwych chorobach, jakich objawy mamy (a mamy w każdej sekundzie życia tyle objawów chorób, że ciężko byłoby z tym żyć, gdyby się zwracało uwagę).
Zapominamy, że żyjemy dla ludzi i wśród ludzi da się zapomnieć o tym nawet mieszkając z kochającym mężem i córką udaną ze wszech stron.

(Właśnie wpadłam w panikę, bo siedzę w domu, Jana na placu zabaw i nagle wyglądam przez okno, a plac pusty. Jak założyłam buty, to zobaczyłam, że dzieciaki wychodzą ze sprężynowej rury. Miałam już milion myśli, teraz muszę uspokoić serce)

Ludzie narzekają, że na grupie same negatywne posty. A jakie mają być wśród osób, których największym problemem jest negatywne myślenie? Czasem śmieszy mnie to. Może już dostatecznie żyję z tą zmorą, żeby wiedzieć, jak to jest. Owszem, rozumiem potęgę pozytywnego myślenia, ale też znam siłę potrzeby negatywnego wyrażania uczuć.
Jaka ja mądra jestem, że to wszystko wiem.
I jaka ja słaba jestem, że nie umiem zmusić się do czucia tego!

I jeszcze jedna rzecz. Ludzie piszą o tych wszystkich objawach chorób. Chciałam im pomóc w bagatelizowaniu, ignorowaniu tych myśli.
Ale tu pojawiła się nowa obsesja: po pierwsze - nie szkodzić. A co, jeśli skłonię kogoś do tego, by olał objawy, a on umrze na raka w pół roku?

Czy będę się czuła winna?
14:20, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 maja 2016
Drugie podejście do notki, bo trafiłam na reset internetu.

Pojechałam po Janę i tak mnie naszło.
Kiedyś jeździłam sobie bez problemów. Ze szkoły w Sosnowcu do Ciotki w Będzinie. Z roboty na Giszowcu do Ciotek lub babci w Jaworznie.
Tak po prostu. Bez odtwarzacza, czasem bez książki, za to z przesiadkami.
I nie miałam żadnych obaw, nie martwiłam się o nic. Zmęczona? Jezu, nawet jak byłam zmęczona, to wiedziałam, że wszędzie czeka mnie jedzonko i picie. I fajna rozmowa. Robiłam to prawie bezmyślnie.
A teraz? Sukcesem jest przejazd do pracy. Czasem mam problem z jechaniem po Janę.

Płakać mi się chce, ale nie mogę tego robić, bo płacz powoduje katar, a ja jeszcze muszę unikać wydzieliny w nosie.

Inna rzecz - matki-polki.
Przeraża mnie poziom nienawiści u niektórych. W sumie cieszę się, że mnie wywalono z forum babskiego za wstrętne żarty o kobietach. Nie chciałabym teraz być, kiedy panuje moda na naturalne rodzenie i karmienie.
To boli. Wydawało mi się, że macierzyństwo rozwija wrażliwość i wyczucie. I w większości wypadków tak jest, ale z doświadczenia wiem, że matki, które są normalne, nie mają czasu na siedzenie przed kompem, bo zajmują się dziećmi, a nawet jeśli już dorwą jakąś wolną chwilę, to zajmują się wszystkim, tylko nie przegadywaniem z tymi wszystkimi nawiedzonymi.

Fakt jest taki, że naturalny poród, przy zdrowej ciąży, zdrowej matce i dziecku, jest najlepszy dla obydwojga, jeśli przebiega bez komplikacji.
I taki, że najlepszy jest pokarm matki. Niepowtarzalny.
Ale do cholery jasnej, kobieta, która nie może karmić, czy rodzić naturalnie, już najczęściej i tak ma wyrzuty sumienia. I jechanie po niej z tego powodu jest po prostu okrutne.

Ale owszem, spuszczajmy się nad wrażliwością grubych ludzi, współczujmy alkoholikom i narkomanom, bo to wszystko są choroby.

A matki? Matka to ma być matka. Co najmniej 170cm wzrostu, 70kg i najlepiej, żeby składała się z wydajnej dupy i cyców.

PS: Wiem, przesadzam. Nadal uważam, że większość kobiet jest dobra. Kocha swoje dzieci i nie przewraca im się w głowach tylko dlatego, że zrobiły coś zupełnie naturalnego. Bo też większość kobiet, oprócz rodzenia dzieci ma również inne sukcesy i hobby na koncie.
Oczywiście - mniejsze, niż dzieciaki. Ale są to jakieś tematy poboczne, które pokazują, że - hej, nie jestem żadnym pieprzonym inkubatorem i instytucją opiekuńczo-wychowawczą, tylko człowiekiem.
Są rzeczy, na których się znamy lepiej i gorzej. Dlatego nie staramy się całemu światu udowodnić, że wiemy wszystko o macierzyństwie.

Zakręciłam się.

Wracając do nerwicy.
Wiem, czuję, że muszę. Nadal boję się kolejek, ale autobusy już mnie nie przerażają tak bardzo.

I to mnie cieszy.
14:16, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 maja 2016
Nie wchodzę na wagę, bo się boję, że schudłam.
Piąty dzień jedzenia zimnych rzeczy, a ja tak lubię wszystko na ciepło, nawet kanapki sobie podgrzewam.
Ale rana się goi, to najważniejsze. Tzn: mam nadzieję, że się goi, ale skoro nic nie boli mnie tam (boli za to głowa i ta piątka, którą mam do zrobienia), to chyba w porządku...?

Wpadłam na nagrania z końcówki lat dziewięćdziesiątych. Mam do Corgana i Johnsa wielki sentyment. Nie mogę pogodzić się z tym, co teraz robią, nie podobają mi się kierunki, w jakich poszła ich twórczość, ale każdy tekst, który przeczytam, powoduje, że pamiętam melodię, pamiętam teledyski. Każdy pojedynczy element.

Za dwadzieścia lat będę tak samo myśleć o Slipknocie, Sii. Tzn: mam nadzieję, że nie zmienią się tak bardzo, żebym musiała pomijać jakieś okresy z ich działalności, ale... Teraz przeżywam tak samo, jak wtedy.

Cholernie cieszę się, że nie mam już kilkunastu lat. Jakie to były chore czasy...

Zabijam głód pisaniem, kolorowaniem, chociaż od pochylania głowy jeszcze wczoraj leciała mi krew z nosa. Próbuję jeść słodycze, ale słodycze najbardziej smakują na pełny żołądek, więc jest mi po prostu smutno.

I piąty dzień bez coca-coli.
Brawo JA.
13:54, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 maja 2016
Od stycznia walczę dentystycznie. Najpierw spuchłam (dokładnie w urodziny Emilki, więc dobrze pamiętam), poszłam na L4, po antybiotyku zeszło, ale w związku z kolejkami, termin u stomatologa dostałam na połowę marca.
Nadmienię, że mój pan dentysta nosi tytuł "doktora stomatologii zachowawczej" i to naprawdę wiele mówi, żebyście widzieli, jakie resztki on chciał mi ratować...

Na pierwszej wizycie - trzy zęby do wyrwania, dwa do poprawki, dwa do zrobienia. W tym jeden - kanałówka, co jest koszmarem mojego życia, wolałabym już protezę. I na tej pierwszej wizycie, w ciągu 15 minut wyrwał mi te trzy zęby, więc byłam wniebowzięta.

Następny termin - 24.05. Zapobiegawczo wzięłam sobie wolne na ten dzień, w ciągu tych dwóch miesięcy połamał mi się jeden z zębów do roboty, liczyłam na szybkie i bezbolesne rwanie.

Doktor nie upierał się. Wyrwał. Naklął się przy tym, namęczył, ale wyrwał. Oczywiście - ja, po nocce, więc kiedy usłyszałam jego "No, w końcu!", już zaczęłam odliczać pół godziny do momentu, kiedy walnę się do łóżka.

Wtedy zatkał mi nos i kazał nim dmuchnąć.
Poczułam powiew w ustach i zaklęłam w duchu. O tym, że niektórym ludziom korzenie sięgają do zatok dowiedziałam się może miesiąc temu, a że u mnie jakoś dotychczas nic takiego się nie trafiło (mam parę usuniętych zębów z górnej szczęki), więc nie sądziłam, że tak będzie.

Skierował nas na chirurgię stomatologiczną, kazał jechać do Sosnowca, bo tam szybciej przyjmują, "A jak pani tego szybko nie załatwi, to potem jedząc spagetti będzie pani wypuszczała makaron nosem." Spoko, wystarczyła mi wizja śpików w jamie ustnej (wszystko znosiłam u dzieci. Rzygi, kupy, wszystko. Tylko nie gile z nosa. To coś, co mnie paraliżuje na równi z głęboką wodą i patrzeniem w dół).

W szpitalu panienka z okienka patrzy na skierowanie:
- Ale ja nie mogę pani przyjąć, bo tu jest "Do poradni chirurgii stomatologicznej", a my mamy tylko szczękowo-twarzową.
- To co ja mam zrobić?
- Przyjechać z dobrym.
Zadzwoniłam do mojego dentysty, pani z recepcji (taka naprawdę wyjątkowa - miła, uczynna, uśmiechnięta, nawet śmiała się z wyrozumiałością, jak nie przyniosłam karty chipowej i wytłumaczyłam się, że jestem po nocce i mam problem z ogarnięciem siebie i wszystkiego) w końcu powiedziała, że wypiszą, tylko niech mnie przyjmą, a ja dowiozę potem.
Udało się. Pytam laski (ale taka autentycznie - niekumata dwudziestka), gdzie mam iść, nie potrafiła mi nawet powiedzieć, gdzie jest oddział, powiedziała tylko piętro i numer pokoju (a piętro zajmowało powierzchnię przerażającą dla kogoś, kto gubi się w pociągu piętrowym, a na Ligocie idąc z oddziału do gabinetu pytał o drogę na każdych rozstajach). Ja z watą w pysku miałam problem z zadawaniem pytań, zwłaszcza jak mi świszczało między nosem a ustami, na szczęście Samiec nie ma jakiegoś urojonego machoizmu i dopytał.
A na drzwiach pokoju zabiegowego: PORADNIA CHIRURGII SZCZĘKOWO-STOMATOLOGICZNEJ.
Z moich ust nie wyrwało się żadne przekleństwo. Ale stałam przed tym i publicznie groziłam, że walnę tę cizię w łeb torebką.

Kolejny kryzys przeżyłam na fotelu, kiedy podano mi opis zabiegu. Że wytną kawałek błony śluzowej, zalepią, poszyją. Jakoś tak na mnie podziałało, a może to to, że byłam naprawdę zmęczona - dwie godziny snu, plus schodzące już znieczulenie, narastający ból... Ale nie uciekłam. Zabieg przeprowadzała taka młodziutka dziewczyna, że myślałam, że tylko jakaś asystentka, a to nie. To pani doktor. Jeszcze nie doktor, ale już lekarz. Jeszcze się nadziwiły z asystującą jej drugą panią doktor, że mam taką małą buzię, że ciężko się pomieścić, ale pomieściły się (i ta starsza pani nie mogła patrzeć, jak mi szczęki wyskakują) i w końcu dotarłam do domu.

Mam dwa tygodnie L4. Wczoraj się cieszyłam, dziś mniej. Jak mam L4, to lubię gotować. Ale nie lubię gotować i nie zjeść. A nie mogę nic na ciepło.
Jestem strasznie nieszczęśliwa.

W związku z tym problemy małżeńskie odchodzą na drugi plan, a ja idę sobie cierpieć.

Śmiałam się ze zbulwersowania opinią Billa Clintona, że "Polska i Węgry, dwa kraje, które nie byłyby wolne, gdyby nie Stany Zjednoczone" i tak dalej, że odrzucamy demokrację, że chcemy dowództwa Putina... Ale pierwsza sprawa - USA wysyłało nam, owszem, posiłki, w obronie naszej niby-wolności, ale cały czas traktują nas jak gorszy sort pracownika na ich rzecz, jakby wtedy liczyli na to, że staniemy się ich kolonią.
My, Polacy, lubimy się buntować. Lubimy powstania, zrywy. Dlatego potrzebujemy kogoś, przeciwko komu się buntujemy. Np: dyktatora. Jak się można logicznie buntować przeciwko demokracji, w której, teoretycznie, każdy pracuje na swoje szczęście?
A my, jak te dzieci, latamy na ich misje w obronie ropy, czy co sobie tam wymyślą.
Pocieszające jest to, że kiedyś w walkach ginęli idealiści. Teraz spora część tych, którzy jadą na amerykańskie wojny, to ludzie, którzy lubią walczyć i brać za to grubą kasę.

Jestem wstrętna.
Ale jak nie śmiać się z gościa, który twierdził, że nie pamięta, jak mu laska opierdalała pytona. Tak to może sobie Samiec nie pamiętać, bo jesteśmy małżeństwem i ilość oraz jakość seksu czasem nam się zaciera we wspomnieniach. A nie, jak się miało kochankę.
Taki tam, wsiowy głupek. A jego baba też jakaś taka... Rozumiem - wybaczyć facetowi zdradę. Ale głupotę?
18:49, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 maja 2016
Jana wyjechała w czwartek. Miała pewne przygody na lotnisku, bo geniusze po prostu (na swoje usprawiedliwienie mogę napisać, że byłam po nocce) nie wypisały upoważnienia do opieki teściom po angielsku, tylko po polsku (ja tylko podpisywałam, a że byłam po 3 godzinach spania, wybudzona z marzeń sennych, więc nie wiem, czy przy okazji nie zrzekłam się nerki). Na szczęście wybuchnęła płaczem, uwiesiła się babci i ją przepuścili.
Z tym, że teraz nie wiem, czy ją stamtąd wypuszczą (i tak oto zaczyna się kolejne 4 dni nerwów).

Przyglądam się Samczyskowi, kiedy śpi, choć rzadko mam okazję to robić - on śpi 6 godzin na dobę, ja 8. Mamy za sobą cholernie trudny okres. I tak naprawdę nie wiem, czy całkiem za sobą. Nie chce mi się walczyć, ale okazuje się, że wcale nie trzeba się spinać, wystarczy przeczekać, włożyć muzykę do uszu i kiedyś się uspokoić.

Spokój to pojęcie całkiem mi obce.
17:30, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 maja 2016
W czwartek Jana leci do Londynu, do wujka i cioci, z babcią i dziadkiem. Oczywiście - ja umieram ze strachu, bo tak daleko, bo beze mnie (co nie znaczy, że dotychczas miała okazję lecieć tam ze mną, póki co - ja i samolot to jednak dwa odległe pojęcia, nie ma nic, co byłoby legalne, ewentualnie nie na receptę, co mogłoby mnie skłonić do lotu, nadal nawet windy szybkobieżne są nie do przeżycia).
Bycie rodzicem oznacza, że choćbym płakała ze strachu, to robię to tak, żeby dziecko nie wiedziało, bo nie chcę mu psuć przyjemności. Jeśli chce jechać, a wiem, że dla niektórych ludzi lot to frajda, np: dla babci, z którą Jana leci, niech podróżuje. Ja pozostaję zwierzęciem typowo lądowym. Maksimum wznoszenia się dla mnie to parki linowe, wspinanie na drzewa i wchodzenie na góry.
Ale też bardziej Beskidy, niż Tatry.
(Śniła mi się Lee. Bardzo chciała pomówić, a ja akurat szłam z kolegą z pracy po schodach do mieszkania w Jaworznie, gdzie był nasz magazyn i nabijaliśmy się z oznaczeń w kiblach i czymś koleżanka z pracy mnie tak wkurzyła, że omal jej nie uderzyłam. Lee miała bezbronne oczy i było bardzo źle.
Sny spełniają się na odwrót?)

Jestem na bieżąco z youtuberami. Wolałam jednak być na bieżąco z zabawkami, ale cóż - dziecko się rozwija.
21:52, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »