Skopiuj CSS
środa, 20 lipca 2016
Jak zwykle, gdy miałam sprzątać, pomalowałam paznokcie, czego zwykle nie robię.
Przynajmniej podlałam kwiatki.

Problem z ludźmi, którzy nie lubią się kłócić jest taki, że im się to kumuluje, a nie układa i potem, zamiast uwalniać energię, kłótnia pozostawia wyrzuty sumienia. Gdybyśmy obydwoje byli cholerykami, pewnie jedno z nas już by nie żyło. Szkoda, że Samiec, jak w "Elastic heart", jeśli przeciągam strunę, pęka boleśnie dla mnie. Dla siebie też, bo dla niego każda kłótnia, którą on wywoła jest życiową porażką.

Helloł, kłótnia to nie błąd. Kłótnia to element bycia razem.

Trzymam się znowu na uboczu. Oglądam zdjęcia moich koleżanek i uderza mnie to, że jest kilka takich, które na siłę, w mocno widoczny sposób próbują nie przyjąć do wiadomości tego, że zmienia się nam wiek. Nie jesteśmy już dwudziestkami. Mamy po trzydzieści kilka lat i tony makijażu oraz liftingi nie oszukają czasu.

Przez nie ja czuję się staro, bo może tak naprawdę wyglądam już na tyle, ile mam, a nie zauważam powolnych zmian. Może powinnam nieco odmłodzić swój wygląd? Ale chyba nie, w pracy nadal bliżej mi mentalnie do tych młodych mamuś, niż tych, które powoli szykują się do bycia babciami, chociaż różnica wieku w obu przypadkach jest taka sama, jedynie kierunek różny.

Wchodzę znowu w tryb autystyczny, nie chce mi się podtrzymywać konwersacji, łatwiej pisać, niż mówić, prawda, Lee?

Ok, machnęłam makijaż. Żeby nie było tak, że nie przejmuję się tym, że wiekowo odpowiadające mi koleżanki są głupie. Nie są.

Może jestem naiwna, wierząc, że umysł przyciąga bardziej, niż młode ciało. Samczysko docenia i to, i to. A z dnia na dzień jestem coraz silniejsza.

I w sumie cieszę się, że nigdy nie byłam uderzająco ładna. Przynajmniej teraz nie odczuwam odejścia urody.

Jutro dziewiąta rocznica ślubu.
Wytrzymaliśmy.
To jeszcze z czterdzieści, czy coś, a potem będziemy razem straszyć ludzi.

Czy byty niematerialne uprawiają seks?
18:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
wtorek, 19 lipca 2016
W pracy wylądowałam na stanowisku "idź i zrób to, co trzeba", czyli jestem wolna. Tzn: nieformalnie, po prostu wyjątkowo jest tyle ludzi, że wystarcza na obstawienie sektorów.

Mamy dziwny przepis, który mówi, że nie można podnieść głosu na nowego pracownika, co doprowadza do tego, że za numery, za które stary dostałby zjebę na opamiętanie, im nie możemy zwrócić uwagi, bo bardzo trudno zwraca się uwagę, kiedy jest się megawkurwionym i trzeba działać szybko.
Nie wytrzymujemy nerwowo, bo niektórzy są bezczelni i wykorzystują to, a dyrekcja nie da sobie powiedzieć, że najlepszymi pracownikami są teraz ci, którzy w początkowym okresie przechodzili szkołę życia. Nie obchodzi mnie, że przyszło do nas pokolenie wychowane bezstresowo. Wychowanie takie to mit. Życie jest tak stresogenne, że wychowanie musi do tego przygotować. Nie, nie tym, że będziemy dziecko bić, karać i straszyć. Ale nie można izolować od normalnych emocji i udawać, że nie czujemy złości.

Zresztą - to nie są dzieci. To ludzie, którzy mają dwadzieścia lat i maturę za sobą. Nikt mi nie powie, że szkoła przebiegła im bezstresowo. No, chyba że byli totalnymi imbecylami z powołania i bez ambicji rozwoju.

Z szybkiego seksu wpadam w sen z kontynuacją. Nie rozumiem ludzi, którzy twierdzą, że po kilku latach związku chce się mniej. Chce się inaczej. To nie jest tak, że facet, wchodząc w stały związek uważa, że seks mu się należy.
Kobieta też. Tylko niektóre nie dają sobie do tego prawa.

Po przesiewie znajomych na fb pozostały tylko kobiety i rodzina (i Czesław, chociaż ten stopień zażyłości też wyrzucałam). Efekt - spamu zdecydowanie mniej (mimo iż z trzystu osób wyrzuciłam tylko jedną trzecią), tak gdzieś o połowę i dochodzi do mnie to, co zajmuje kobiety. Dzisiaj ryczę z powodu dwuletniej dziewczynki, która umarła po przeszczepie serca.
Bo dzieci nie powinny umierać. Gdyby nie umierały, wierzyłabym w dobrą wolę Boga. On od nas jej żąda, a sam? Co z Tobą nie tak, panie B.? Czasem wydaje mi się, że lubisz, jak pękamy, jak Ci złorzeczymy.
Bo, nie da się ukryć, wszystko potrafię znieść z uśmiechem, ale kiedy znowu umierają dzieci, to czuję, że nic nie mija i wszystko boli tak samo. I nie potrafię znaleźć pocieszenia dla rodziców.


/Ścięte konary nie wracają do pnia, Panie B. Zapamiętaj to sobie. Nawet jeśli puszczą listki, to dlatego, że chcą żyć, będą samodzielnym drzewem, nie częścią drzewa.../
17:16, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 lipca 2016
Po kilku tygodniach bycia namawianą na wyjście na piwo, zrozumiałam, że choćby nie wiem, jak miły człowiek, jest w stanie mnie tym do siebie zrazić.

Po prostu nie lubię. /You can keep me company, as long as you don't care/
I tak było zawsze - bluzki na wieszakach są ładniejsze, książki przed czytaniem ciekawsze, przyjaciółki nie mogą o mnie zabiegać, lepiej trzymać na dystans (tak jest, Kat, całkiem dobrze rozumiesz tę aluzję). Może dlatego też z Lee jest tak dobrze, że muszę być ostrożna, bo płochliwe strasznie to stworzenie.
Nie dziwię się, że jedyny facet, z jakim poszłam do łóżka to ten, który o to nie zabiegał, za to toczył ze mną boje skeczowo-intelektualne.

Czasem mam dość ludzi. Wszystkich dookoła. Zamykam się wewnątrz ramion Samca i dziwi mnie to, że on nie wierzy, że jest niewymienialny.
Nawet na nowszy model.
21:17, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Tak, czasem sen nie pomaga. Np: jak się śniło, że kolega zabrał mnie na Mazury, tam podjęłam pracę przy zbieraniu czegoś, nie wiem, czego, ale było suche i zielone. Wracać musiałam autobusem, a mówią, że kolegom z dzieciństwa można ufać...

W niedzielę na mojej skórze pojawił się mleczyk. Mleczyki przeżyją wszędzie. Dodatkowo babskie spotkanie wprowadziło do mojego życia nieco poukładania.

A na dodatek wtedy Samiec, jadąc po mnie, zostawił Janę w domu. Cieszę się, że daje jej przynajmniej tyle samodzielności, ile ja nie mogę, z tym, że zamknął na klucz drzwi, co z kolei nie było wyrazem odpowiedzialności.

Ale wszystko jakoś idzie do przodu, za miesiąc będę już podekscytowana wyjazdem do Kotliny Kłodzkiej. Zamierzamy nie brać komputera, ale co wtedy z filmami???
08:39, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
piątek, 08 lipca 2016
Korespondencja z L. sprawia, że codziennie sprawdzam maila. Ostatnio tak miałam w czasach chodzenia z Samcem.

Przeżyłam 40 godzin bez snu i nawet nie było tak źle, tylko świat był jakiś mniej wyraźny, co dostrzegłam dopiero, jak już się wyspałam.

Odliczam godziny do niedzieli. Będzie mleczyk na kostce.
05:17, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lipca 2016
"Ze Skype'a korzysta się lepiej, kiedy doda się do niego znajomych" - taką informacją powitał mnie dziś komputer.

W piątek poszłyśmy z Kat na łąki. Trafiłyśmy na świetliki.
Oczywiście, jak dotarłam do domu, byłam już w takim stanie, że mama najpierw spytała, czy na trzeźwo je widziałyśmy.

Jutro szybki sen po pracy, potem wyjazd do Ustronia, potem szybki sen po powrocie i jazda do pracy. Miałam mieć wolne. W zeszłym tygodniu przyszedł do mnie kierownik, powiedział, że jest taka słaba obsada, że trzeba, żebym przyszła.
Próbowałam mu tłumaczyć, że wakacje, że mam plany, że muszę spytać Lenina, a on - "Ok, to wpisuję, że będziesz."

Zagotowało się we mnie, miałam ochotę iść od razu i powiedzieć zmianowemu, że nie przyjdę, ale wtedy byłabym złośliwa nie wobec kierownika, który robi tylko na rano i nie odczuwa na sobie nadgodzin nocnych, tylko wobec koleżanek (i kolegów) ze zmiany, które musiałyby je wyrobić.

Zdecydowałam, że zaproponuję, że pójdę, na 22, nie na 20, bo muszę się przespać przecież, ale wystarczyłoby, żeby zmianowy przyjmując tę informację, przewrócił oczami, a zmienię zdanie.
I cholera, nie przewrócił.

Dlatego jutro notki nie będzie, fb nie będzie, nie będzie nic. Jak rzekł Kononowicz.

W niedzielę szybka (ok. 2 godziny) u Karoli. Normalnie kobiety chodzą do kosmetyczki, manikiurzystki, my chodzimy zrobić sobie nową dziarkę. Tym razem mleczyk na tę samą nogę, co piwonie - mleczyki wyrosną wszędzie. Jak ja.

No, dobra, z tym rośnięciem przesadziłam. Ale przeżyją wszędzie.
17:14, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 lipca 2016
Przeglądam wpisy tych ludzi, którzy własnoręcznie wyciągają się za włosy z głębiny zwanej nerwicą.
Dwie rzeczy leczą najlepiej - sport i muzyka.
Wysiłek fizyczny pomaga poznać swoje ciało, odzyskać kontrolę nad nim, albo poczucie kontroli, bo tak naprawdę rządzimy nim, tylko nie zawsze dowierzamy temu. I teraz zastanawiam się - całą młodość związałam ze sportem. Grałam w nogę, siatkę, kosza. I to grałam zawsze na 120%, musiałam z siebie tyle dawać, bo jak większość małych i chudych, na starcie musiałam nadrabiać. Czułam się z tym dobrze.
Było to nawet sposobem na bolesne miesiączki. Zaciskałam zęby i wychodziłam na boisko.
(Jana jest typem zupełnie innym - wf to dla niej kara, nie cierpi wysiłku, a już jakiegoś narzuconego z góry, to w ogóle)
Koledzy nie bali się ze mną grać, kiedy inne dziewczyny malowały twarze i paznokcie, zakładały miniówki, ja musiałam maskować sińce i rany, chodziłam w długich, gotyckich (zanim to jeszcze było modne) sukniach, najlepiej z długim rękawem.

Ale miałam dzieciństwo i młodość. Wierzę w przyjaźń, nawet jeśli ona czasem przygasa. Stosuję szybkie, boiskowe rozwiązania konfliktów (na grillu śmiano się z mojego podejścia do Janki płaczącej, bo ją Maja przytapiała: "A nie możesz jej strzelić w pysk?"). Wiem, że jeśli ktoś na mnie wydrze mordę, a zaraz potem jest miły, to nie znaczy, że jest dwulicowy, tylko reaguje w oparciu o sytuację.

Aaaa. Rozpisałam się. Rozmarzyłam się, właściwie z tych dawnych lat jedyna rzecz, jakiej mi brakuje, to stosunki damsko-męskie. Proste. Właściwie bardziej męskie, niż damskie. Strasznie za tym tęsknię. Żeby po prostu pogadać, pośmiać się. Żeby nie musieć myśleć. Jasne, były pary, zakochiwaliśmy się. (Jak miło wspominam te pomeczowe pójścia na fajkę... Może dlatego mam taki sentyment do papierosów, może to, że czasem chce mi się zapalić, jest chęcią powrotu do dzieciństwa? Patrzcie, jak to jest - kiedyś koledzy palili, żeby pokazać dorosłość, teraz ja zastanawiam się nad paleniem, bo to takie dziecinne)

A tak naprawdę sens tej notki jest taki, że nie wiem, czy jest sens po 8 godzinach chodzenia wkładać rolki. Nie narzekam na brak wysiłku fizycznego. Może trochę gimnastyki? Cokolwiek, co nie będzie się wiązało z wytapianiem litrów potu.
Poszłabym do linaparku.

Nie, jednak nie. Wystarczy seks. Jeśli jest, to właściwie i psychika czuje się lepiej, i fizycznie mniej rzeczy mi dolega.

A ciepła, twarda skóra pod palcami to coś, co zdecydowanie potrafi zapętlić się w mózgu i sprawić, że na samo wspomnienie chcę wrócić do domu.
17:37, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Sen był całkiem miły, kiedy spisywałam plan lekcji od kolegi (po raz pierwszy śniła mi się szkoła i to nie był koszmar). Miłe są też sny piłkarskie, za to gorzej znoszę sny o nieposłusznej Janie, która włazi pod auto.

Boję się, ale staram się trzymać swoje nerwy na uwięzi, nie ją. Ona i tak zrobi to, co chce. To fascynujące patrzeć, jak człowiek, który kiedyś kopał w żebra (i wydawało się, że w życiu nie zada nam większego bólu) teraz kopie w ego. Hej, mamo, jednak nie miałaś racji!

W głowie powstaje kolejna bajka, tym razem o syrenach. Kiedy spytałam Samca, co go we mnie fascynuje, stwierdził, że umysł i jego nieobliczalność.

Samą mnie czasem zaskakuje.

W pracy coś dziwnego. Pracują z nami Ukraińcy. Chyba dwóch facetów i cztery babki. Już kiedyś mieliśmy Ukraińców u nas, pośrednik wyruchał ich zdrowo podobno, nie wiem, to było za czasów moich L4 lub innych wolnych okresów.

A słyszałam (mam nadzieję, że to przesadzona historia), że jedna z naszych pracownic rzucała się, że podobno zakład im opłacił mieszkanie.

Ej, poważnie? Mam im zazdrościć tego, że przyjechali z biednego kraju do nas, gdzie mogą przynajmniej finansowo się odbić? Że zostawili rodziny tam?
Niech sama jedzie na Zachód. Niech zaryzykuje, że z pośredniakiem wyląduje na ulicy. Proszę bardzo. Oni tam też opłacają mieszkania.

Większość z naszych traktuje ich życzliwie (podejrzewam, że tamta pani również, po prostu miała zły dzień), próbują się dogadać, całkiem sympatyczne są te rozmówki dwujęzyczne, lubię ich słuchać.

No, i pracują. Oni pracują naprawdę, a nie tak, jak dzieciaki, które przyszły na wakacje, którym się nie chce, które twierdzą, że nie warto.
15:43, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 01 lipca 2016
Po wczorajszym meczu mam niedosyt. Ale też przesyt emocji, obudziłam się z takimi mdłościami, że wiedziałam od razu, z czego.

I w sumie smutno mi cholernie, bo mecz był dobry. Nasi rządzili na boisku. Grali z Portugalią, poważnie? Bo wyglądało, jak równy z równym, a gdy spytałam o klasyfikację obydwu zespołów, to Samiec tylko spojrzał na mnie urażonym wzrokiem, jakbym palnęła nie wiadomo, co.
A ja nie jestem głupią idiotką, która ogląda mecze (czasem tylko strony mi się mylą, szczególnie w dogrywce), nawet wiem, co to spalony!

Tak naprawdę nie pamiętam czasów, kiedy mogliśmy być tacy dumni z naszej reprezentacji. Kiedy ich gra była taka... No, zawodowa. Zazwyczaj, w najlepszych momentach, jakie pamiętam, było to pospolite ruszenie. Jupi, udało się wywalczyć piłkę, może uda się strzelić gola. Spalali się na najlepszych drużynach, puszczali szmaciarskie przegrane z drużynami praktycznie amatorskimi.

Tym razem - prowadzili akcje. Odbierali wysokie piłki. Grali tak, że... Ech, ostatni raz patrzyłam z taką czułością na jakąś drużynę narodową podczas mistrzostw świata w USA, a było to wtedy reprezentacja Szwecji.
I nawet znalazłam odpowiednik Brolina - Błaszczykowskiego. No, żal mi go cholernie. Nie wyobrażam sobie, co musi czuć. Po tak odwalonym meczu, kiedy cały czas coś robił, kiedy jego działalność zapierała dech w piersiach ten gol, którego nie strzelił...

Gwiazdą meczu na pewno nie został Ronaldo, hehe. Tak szczerze mówiąc, zmarnował takie sytuacje, że zastanawiam się, za co mu płacą. Cała reprezentacja Portugalii po pierwszej bramce grała nerwowo, bez pomysłu.

Czytam różne komentarze i już sączy się jad. Że Błaszczykowskiego to był bardzo słaby mecz, że powinien być zmieniony w pierwszej połowie (to żałuję, że uważniej nie oglądałam tych lepszych meczy, podejrzewam, że wtedy pojawiały im się końskie uszy i ogony, albo błyski na piłce), że jeśli otrzymał w skali 1-10 4 punkty, to i tak za dużo, bo nie strzelił karnego. Że trzeba było zapierdalać, a nie opierdalać się.

No, kurwa. Musiałam sobie przekląć. Chyba oglądałam inny mecz, gdybym miała włączone na TVP1, mogłabym myśleć, że pokazywali PiSowską propagandę.
09:11, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 czerwca 2016
Coraz bardziej mam ochotę wykrzyczeć na cały świat coś, co jest we mnie. Właściwie sama nie wiem, co.
Ale jakoś się trzymam, nie potrafię zaufać tabletkom, jedni mówią, że nie zmienią osobowości, inni - że za bardzo zmieniają.

Nie chciałabym stracić ani grama ze swojej energii, ze spostrzegawczości, z tego, że potrafię pięć rzeczy na raz. A już najbardziej nie chciałabym stracić libido.

I zdecydowanie wcale nie mam ochoty przechodzić tego okresu, kiedy organizm przyzwyczaja się do chemii, brzmi jak jakaś totalna rozpierducha.

Nie umiałam znieść nawet najlżejszych tabletek antykoncepcyjnych.

Poza tym - to minie. To tylko hormony.
A tak po cichu, to lubię mój wieczny wkurw. Sprawia, że ludzie są wobec mnie delikatni. Stają się emocjonalnymi saperami.
20:42, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 czerwca 2016
Ach, no tak! Kuszczak-Puszczak.
Widzicie? Nawet się tych żartów potem nie pamięta :)
18:21, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Patrząc na stosunek niektórych ludzi do żartów o Miliku, mam mieszane uczucia. Heloł, jak ja coś spieprzę w robocie, to zwykła życiowa uczciwość każe mi się pierwszej z tego śmiać (a jak rozbawiło dyrektora, jak przy nim rozbiłam dwa fiolety w odstępie może półgodzinnym, nie mówiąc już o komentarzach współpracowników na temat sikania tęczą po podłodze). A pamiętacie, jak śmialiśmy się z Fabiańskiego, jak mu bramkarz Kolumbijski wbił gola (dzięki, Samcze, za przypomnienie, rzeczywiście, przednie to było!)?

Normalne jest to, że jak ktoś robi coś śmiesznego, to się z niego śmiejemy. Nie wieszamy psów, nie skazujemy na pracę w kamieniołomach, czy PGFie, tylko się śmiejemy. No, normalne, zawalił, niech teraz ma ambicję, by zmazać tę hańbę.

Przy okazji czytałam wypowiedzi jakiegoś znajomego Samca. Okazało się, że właściwie znam tego gościa, z forum Luxtorpedy. I tak, jak zespół uwielbiam, tak ich fanów... Delikatnie mówiąc, nieco mniej (i wcale nie mówię o tej lasce, co na jakimś koncercie wjebała się z macaniem do Samca. Jak można się tak zachować w stosunku do faceta, który przychodzi z laską na imprezę?). Wiadomo, jak wszędzie, są tam mili i przyjemni ludzi, ale całkiem spora grupa prezentuje postawę zero dystansu-zero tolerancji. Poważnie. Ktoś zjechał Hansa o "szarganie świętego wizerunku obrączki", ktoś inny oburza się o ich stosunek do aborcji (specjalnie i prowokacyjnie jedyną koszulką Luxów, jaką mam, jest ta z płodem na celowniku, a co!). Przy okazji innych tematów jeżdżą po cudownych (według mnie) słowach Spiętego do Boga i o religii.

Chwilami mam wrażenie, że rośnie tam nowe pokolenie moherów. Ja wiem, że wygodnie jest kierować się ideologią tłumu. Ale sumienie ma się własne i nie da się postępować zgodnie z sumieniem, jeśli postępuje się tak, jak tłum.

Nie czułam się tam dobrze - Samiec też czasem mówi o nich z taką goryczą w głosie, bo ma dość tego jadu, na dodatek sączącego się z młodych ludzi. 

Nie, nie będę się leczyć farmakologicznie. To tak, jak z antykoncepcją hormonalną - z powodu 2 dni w miesiącu nie będę się truła przez 30. Nienawidzę tabletek. Ja wiem, dla niektórych są podstawą diety, ale dla mnie są utrudnieniem życia. Przede wszystkim tego, że musiałabym je brać codziennie.

A pytanie "po co się tak męczyć?", zadawane przez osobę, która niedawno powiedziała mi, że ją bardzo bolały podobne pytania z mojej strony, kiedy walczyła o swoje życie uznam za żart, albo skutek uboczny leczenia farmakologicznego :)
17:56, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
Nocą przychodzą do mnie myśli o tym wszystkim, co spierdoliłam w ciągu dnia. Że straciłam panowanie nad sobą, że byłam za mało ciepła, rodzinna, przyjazna. Upał daje się we znaki, nie jest wytłumaczeniem tej wścieklizny, jedynie dodatkowo powoduje bezsenność.

Nawet seks ma zapach krwi.

Nic nie pomaga, może naprawdę powinnam zacząć palić albo leczyć się farmakologicznie.

Zawieruszona legitymacja szkolna Jany (podczas poszukiwań okazało się, że łatwiej mi znaleźć moją z podstawówki) powoduje myśli o bezsensie wszystkiego i dół, że jestem beznadziejną matką (a z tyłu głowy głos, że wystarczy czasem posprzątać i nie nabałaganić, normalni ludzie tak mają w domach, a nie siedzą, kolorują, zostawiają ubrania tam, gdzie się rozbierali, losowo rozrzucając potrzebne przedmioty, składując książki, gdzie się da, nie myjąc naczyń, pisząc opowiadania, których nikt nie przeczyta).

Nie mam już nadziei na normalność. Czasem ręce mi opadają i wracam do tego stanu z przełomu 2007/2008, kiedy tylko i wyłącznie płakałam. Siedziałam i płakałam.

Tyle, że teraz nie płaczę. Siedzę i znajduję się gdzieś poza zasięgiem (are you comming to get me now?), nie myślę, znalazłam swój odpowiednik męskiego Pudełka Nicości w głowie.

Fajnie tam.
03:15, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 czerwca 2016
Luźne rozmowy po pracy dotyczyły, między innymi, numerków w krzaczkach. Że niby teraz jest najlepsza noc na to, bo ciepło, można szybko z majtek wyskoczyć i...

Tak, listopad też jest w porządku.
Byleby ochota była.

Właściwie, jak jest ochota i jest z kim, to nie ma przeszkód. Zastanawiam się czasem, na ile mogę sobie pozwolić na szczerość? Zazwyczaj palnę coś totalnie głupiego, np: wkręcę się w rozmowę o harpunach na foczki, chociaż wcale nie chciałam nic pisać, a potem orientuję się, że popełniłam nietakt, że przecież nikt nie chciał słuchać/czytać o moim (nawet hipotetycznym) życiu seksualnym.

Izoluję się. Im bardziej czuję się niezależna i dzielna, im bardziej staję na nogi, tym mniej chcę kontaktu z ludźmi. A oni pytają, czy wpadnę na grilla. Nie, mam inne plany. Właściwie to nie lubię imprez, ale kiedy to powiedziałam, usłyszałam:
- A tak poważnie, to dlaczego?

Słucham, jak stawać się krzyczącym od serca, uwolnionym ptakiem, jak przestać boksować się z burzą śnieżną, słucham, że żyję.

A najbardziej do serca przemawia mi "Footprints". Może dlatego, że ostatnie problemy, to jak bardzo się miotałam, jednak minęły. I udało mi się nic nie spierdolić.

I "Space between" słucham, na szczęście, tylko dla przyjemności. Nic nie umarło.
04:41, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 czerwca 2016
Łażę po tych internetach, bo upał, bo nie mam ochoty się ruszać.
I tak. Corey Taylor jest po operacji kręgosłupa (haha, odcinek szyjny, kolega nazwał to karkosukcją, takich mam wrażliwców wśród znajomych), a dzisiaj jeszcze poczytałam, że Joey Jordison też ma coś z kręgosłupem, ale mój angielski jest niestety, zbyt słaby, aby zrozumieć dokładnie, co mu dolega.

Z utęsknieniem wracam do pracy - w swoim sektorze mam chłodny nawiew. Przypomniałam sobie, jak bardzo przyjemnie jest u nas latem. Na zewnątrz temperatura 34 stopnie. Ledwie poruszam nogami i zastanawiam się, jakim cudem jeszcze nie wysuszyłam się na wiór.

Janka kończy pierwszą klasę. Jakoś to poszło. Szkołę lubi, chodzi z przyjemnością, zadania odrabia. Na szczęście nie jest perfekcjonistką, traktuje to jeszcze jako zabawę. Czyli chyba w tej kwestii udało się nam odpowiednio ją nastawić.

Patrzę na moje nowe nibyglany pod stołem i tęsknię za dniami, kiedy będę mogła je założyć (są ocieplane). Fajna pogoda to każda, kiedy z przyjemnością biorę gorący prysznic lub kąpiel. Czyli nie taka, jak jest teraz.

W sobotę będę u rodziców, mam ochotę wyjść do Amarantusa na chwilę przynajmniej, napić się prawdziwego soku, zjeść deser (ostatnio byłam tam po szyciu, co poskutkowało tylko zaostrzeniem apetytu).
15:50, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 czerwca 2016
Nie nazywam ich sukcesami. Nie zwiększam znaczenia wszelkich potknięć w autoterapii.
Nerwicę traktuję jak nałóg i w takich kategoriach ją leczę.
Wmawiam sobie, że nie potrzebuję tych wszystkich rzeczy, jakie mi ona dyktuje. Okazuje się, że rzeczywiście mogę żyć bez podporządkowania natręctwom.
Z tyłu głowy pozostaje dyskomfort, ale go ignoruję.
Jeżdżę z innych przystanków, niż zwykle.
Wysiadam też na innych.
Wsiadam do autobusów, którymi jeszcze nie jechałam.
W pracy przestaję być chorobliwie dokładna. Już nie muszę układać towaru idealnie. Wystarczy, że jest równo.
Już nie muszę wszystkiego spinać gumkami.
Nie wpadłam w panikę, kiedy zauważyłam, że ktoś zabrał podajnik do mydła i nie miałam jak nasmarować rąk po wyjściu z ubikacji.
Jeszcze trochę, a zacznę używać kilku różnych kolorów gumek do jednego zamówienia.
Po nockach śpię po pięć godzin i też nie umieram, nie mdleję, nie czuję się odrealniona.
Od poniedziałku nie wzięłam nawet ziołowych tabletek na uspokojenie.
Czasem nawet wychodzę na ulicę bez ciemnych okularów.

Bywam zmęczona. Zmęczona walką, ale nadal chce mi się śpiewać, nadal jestem zakochana i gonię motyle. Nie zmienię się, wierzę w to, że zmniejszając wrażliwość na bodźce, nie zmniejszę wrażliwości na życie. Tłumię, mówię sobie, że dam radę. Czasem pomaga.

Chcę jechać sama pociągiem, z Pędzelkiem, który już jest poważną Agatą, na Się.
I zostać w Krakowie na noc.
16:21, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 czerwca 2016
Mogłabym wrzucić adres bloga do jednej z tych grup, ale czy coś by to pomogło? Ludzie, którzy chcą wyjść, sami wyjdą. Raczej moje przeżycia im nie pomogą, zwłaszcza, jeśli przyznaję się do tego, że nadal jest mi trudno, cholernie.

Przynajmniej już nie płaczę w autobusach z bezsilności.
Nie płaczę też, kiedy widzę starszych ludzi i tęsknię za Babciami i Dziadkami.

Właściwie w ogóle nie płaczę. Skończyły mi się łzy.
(Not crazy, unwell)

Słuchawki na uszach i cisza we mnie. Zastanawiam się, ile widać z tego mojego słuchania, bo że moja twarz pokazuje wszystko, to wiem.

Powrót do pracy zaliczam do udanych. Tylko dwie godziny na plusie, nowi koledzy i koleżanki pracują na tyle wolno, że nie muszę się spinać (ok, zaraz tu wejdzie ktoś z roboty i powie, że i tak napierdalam na trzech sektorach). Czego ja się tak obawiałam?

Nadal tkwię pomiędzy. W tej chwili, wypoczęta (8 godzin skręcona jak chrupek curly, tak bardzo zmęczona, tak bardzo spałam), wydaje mi się, że mam świat u swoich stóp, kocham wszystkich, wszystko, muzykę najbardziej. Ale boję się, że już jutro będę się kłócić sama ze sobą, nie dam nikomu dojść do słowa i to oni będą winni, że tak się czuję.

Czuję się przez to taka beznadziejnie nienormalna. Taka... Nic nie jest na stałe, ciesz się chwilą, ale jednocześnie - boję się tego, że już za zakrętem, już blisko mnie czeka ta cholera, nerwica i będzie mnie szarpać za włosy. Będzie mnie podgryzać, użyje wyrzutów sumienia i wszystkich możliwych pierdół, żeby mnie zdołować.

W barku mam truskawkową soplicę, gdybym miała z kim, to bym się dzisiaj upiła.
16:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 czerwca 2016
Rok temu byłam już po koncercie. Byłam wymęczona i zachwycona.

To było coś zupełnie innego i nie chodzi o to, że był to wyjątkowy koncert/festiwal.
To chodzi o to coś we mnie. Że naprawdę poczułam, jak to jest gdy spełniają się marzenia, jak to jest, gdy nie jest tak, jak sobie wyobrażałam.

(Wczoraj akurat w odtwarzaczu "Custer", więc rozmarzyłam się)

Cztery lata temu był panieński u Iwonki. Tzn: właściwie był dzień po panieńskim.

Dzięki temu, co przeżyłam na Impact Festival, mam siłę, żeby w sierpniu jechać na Się. Uwaga, nie z Samcem, a z czternastoletnią kuzynką, fajnie, co?

(Pamiętam jazdę do Łodzi i pamiętam powrót, doskonale różne przeżycia)

Chciałabym móc z kimś pogadać o muzyce. Posłuchać. Ktoś chętny?

Wczoraj w pracy czułam się najważniejsza na świecie. Tyle radości z mojego powrotu już dawno nie widziałam.

Nie umiem zebrać myśli.
13:47, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 czerwca 2016
Atak paniki, kiedy Jana zasnęła.
Pokonany.
Uczę się jeździć z innych przystanków, niż dotychczas.
Łamię rutynę, która dawała mi oparcie.
Ja nie potrzebuję oparcia ze strony codziennych zajęć. Potrzebuję wolności.

Nie jestem wszechmogąca. Ale muszę zapanować nad swoim ciałem.

Wbrew pozorom mam dobry humor, tylko nie umiem się skupić.
Wyciągnięto mi szwy, znowu ta miła, ładna pani doktor, ciekawe, czy spodobałaby się Lee?

Do pracy wracam z energią. Lubię tam być. Ja w ogóle lubię wszędzie być, ale nie znoszę dojeżdżać. Pozwólcie mi osiąść w jednym miejscu. I żebym mogła siedzieć i pisać, i kolorować, a muzyka niech się leje z głośnika (cut cut cut me up and fuck fuck fuck me up). Jedynym plusem dojazdów jest muzyka i magiczne rozmowy prowadzone we własnej głowie.

Bo tego plusa, że jestem z siebie dumna, w ogóle nie liczę.

Jeszcze trzy tygodnie do końca roku szkolnego. Jana średnio zadowolona, tzn: teraz się cieszy, bo wszystkie dzieci się cieszą, że nadchodzą wakacje, ale jak znam ją, szybko zatęskni za szkołą.

Dzisiejsza wizyta w Poradni Chirurgii Szczękowo-Twarzowo-Stomatologicznej wyglądała tak:
Od 8:16 (czas wydrukowania numerka do systemu. Na numerku napis, chyba ozdobny, bo raczej nie informacyjny: "Planowana godzina przyjęcia 8:15) do 9:45 czekanie na rejestrację. System się wiesza, ludzie się plączą (mają świetną poczekalnię, z wygodnymi siedziskami, w której informacja o kolejnych numerkach podawana jest na wyświetlaczu i głosem męskim, ale nie, wszyscy stoją w drzwiach). Ok, wyciągnęłam kartotekę.
Od 9:50 do 10:05 czekanie pod gabinetem.
W gabinecie - do 10:10. Może nawet krócej, bo na 10:12 zdążyliśmy na parking.

Komputeryzacja poszła w złym kierunku.
23:56, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 czerwca 2016
Czasami we śnie mówię komuś, że za nim tęsknię. I wiem, że ten ktoś nie żyje. Budzę się z płaczem. Dzisiaj na przykład, nie pamiętam, z kim rozmawiałam. Pewnie z Babcią albo Ciocią, one najmocniej, choć za drugą Babcią i Dziadkami też.

Nie płaczę za Olafem. Tzn: w snach. W realu czasem jest mi bardzo, ale to bardzo smutno i nie umiem się z tym pogodzić. Jednak już mi się nigdy nie śni, ostatnie to chyba było wtedy, kiedy urodziła się Jana i miałam sen o tym, że lekarz przyszedł, powiedział, że pierwsze dziecko też się znalazło, ale ma wiele opóźnień i trzeba będzie je leczyć, rehabilitować, a ja cieszyłam się, jak wariatka, że jest, że się znalazł.

Nie przeszkadzają mi rozstania w życiu. Zawsze mam nadzieję, że spotkamy się znowu - bo wiele razy już tak było, że ktoś, kogo nie widziałam długie lata, wracał.
Najlepszym przykładem była koleżanka, którą poznałam w 1986 czy 1987 na wakacjach w Ustroniu. Potem chodziłam z nią do klasy przez 5 lat, a dowiedziałam się o tym dopiero w ósmej klasie, tuż przed opuszczeniem szkoły.
Mało tego - spotkałyśmy się ponownie po skończeniu liceum, kiedy dostałyśmy się na kurs z UP.

I jeszcze jeden świetny przykład - 3P. Po liceum nie miałyśmy kontaktu przez jakiś czas. Kilka lat chyba nawet. Potem zaczął z nami pracować taki koleś, razem dojeżdżaliśmy, bo jeszcze mieszkałam u rodziców, on też z Mysłowic. I mówił o swojej dziewczynie, był taki zakochany, opowiadał o niej, nie wymieniając z imienia, a ja po prostu czułam, że mówi o 3P.
I okazało się, że mam rację. Ona z nim szybko zerwała, znowu przestałyśmy się zagadywać, po czym przeprowadziła się na Brzęczki i od tego czasu kontakt jest.

Tydzień temu byłam w kawiarence prowadzonej przez Erkę. Z nią też traciłam kontakt co jakiś czas. Tyle, że jest inaczej. Nie wiem, czy to dlatego, że mój pysk był taki pokiereszowany, jakoś rozmowa się nie kleiła. Liczę na to, że będzie lepiej, skoro wróciła do rodzinnego miasta.

A zaraz wpadnie Kat. Nawet z nią ostatnio nie umiem gadać. Dziwne. Z nikim nie umiem rozmawiać, raczej warczę, niż mówię.
I to nie jest kwestia ostatnich dni, kiedy jestem już wściekła aresztem domowym pod nazwą L4, ale trzech miesięcy.
21:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »