Skopiuj CSS
wtorek, 04 października 2016
W końcu wybrałam się do lekarza. Nie to, żeby jakoś wpływały te dziwne przerwy w biciu serca na moją kondycję, ale drażniło, kiedy nagle czułam takie rzeczy w swoim ciele.
Pierwszy szok to pomiar ciśnienia - 139/90. Normalne miałam 90/60, więc coś jest nie tak. Ale wiadomo, słabo przespana noc, nerwy u lekarza (nienawidzę czekać, fakt, kolejki nie było, ale i tak nerwica zaczynała mi się włączać).
Drugi - że na dobrą sprawę ani podczas osłuchiwania, ani na EKG nic nie wyszło. Noż, cholera jasna, jedno małe, dodatkowe uderzenie, ale pani doktor powiedziała, że niegroźne. Dzięki temu, bez problemów dostałam skierowanie na dodatkowe badanie krwi i do kardiologa.

Boję się. W głowie oczywiście miliony złych myśli, a tak starałam się już nie martwić, wychodzić bezboleśnie z domu. A tu znowu. Staram się nie przejmować. Może to rzeczywiście potas, magnez. Może nerwica jeszcze ostatnimi podrygami próbuje zmusić mnie do życiowej pasywności. A może to np: nerki.
15:18, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 października 2016
Dzisiaj dzień wielkiego strajku kobiet. Poszłam do pracy, mimo wszystko, nie wiem, czemu, nie miałam nawet ochoty nie iść.
Ubrałam się na czarno jedynie, ale wątpię, by ktokolwiek zauważył.
Ta sprawa dotyka mnie mocno, jestem przeciwniczką aborcji na żądanie (nawet miałam iść w czarnej koszulce "Shoah" Luxów, tak dla kontrastu), ale jednocześnie wiem już, jak dziwnie mogą się potoczyć ludzkie losy.

Dwie imienniczki, w podobnych sytuacjach, jedna połamana, samotna, zapłakana, zapętlona, druga twarda, choć wrażliwa, tworzy siebie na nowo, nie przekreślając. Można w różne sposoby reagować, można próbować być dalej sobą, niezmiennie, ale życie nas zmienia, dbamy tylko o to, aby zmiany wychodziły nam na dobre.

Pamiętam, jak cztery lata i pięć miesięcy temu wracałam z zoo w Opolu i zajrzałam na facebooka, a potem płakałam, że znowu, że tak nie może być. Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, jak to jest być niezniszczalnym, żeby wiedział, jak bardzo można żyć z popękanym sercem i martwymi wspomnieniami.
20:12, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 września 2016
I wpis na jednej ze stron, że dla komfortu podczas seksu ważniejsza jest pewność, że partner nas nie zostawi, że dziecko nie rozbije związku, niż to, żeby nie zajść w ciążę.
A, ku ku.
Ważne jest, aby czuć się bezpieczną, bo chociaż za Samca jestem pewna, wiem, że dziecko nie zmieniłoby nic na gorsze, to jednak nie zajdę w ciążę, bo boję się o własną dupę. I tyle. Dlatego dzień antykoncepcji świętuję.

Nadal nie wychodzę, jeśli nie muszę i to mnie gryzie. Chciałabym, na przykład, zaskoczyć Janę i przyjść po nią do szkoły.

I nie umiem się na to zdobyć.
19:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 września 2016
Czytam sobie posty w grupie kobiet, które przeszły/mając zamiar rodzić przez cc.
Nazywają to czasem "zabiegiem".
Niektóre opowiadają, jakie to super.
A ja jestem zdziwiona.
Dla mnie to koszmarne przeżycie, nieporównywalne zupełnie z naturalnym porodem.
Wiem, jestem szczęściarą, bo naturalny u mnie trwał te marne dwie godziny. Nawet licząc od skoku temperatury - niecałe cztery, a skurcze przecież wyszły dużo później.
Ale to było działanie. Nawet, jeśli polegało na hamowaniu. Nie przyj. Jeszcze nie przyj, bo się rozerwiesz. Jeszcze wytrzymaj. Oddychaj powoli, oddychaj szybko.
Jeszcze jedna porcja skurczy i będziemy przeć. Spojrzałam na zegarek, było wpół do siódmej. Pomyślałam, że phi, do północy urodzę.
Urodziłam o 18:49, 11 minut przed końcem zmiany. Cała zmiana przeżywała to potem ze mną, nie rozeszli się do domów.

A cesarka? Bezczynność połączona z przeświadczeniem, że nie przeżyję tej operacji, z myśleniem, że wolę umrzeć, niż żeby moje maleństwo umarło...
Nie, cięcie było przeżyciem, które pozbawiło mnie ochoty do rozmnażania.

Dlatego zakładanie, przy pierwszej ciąży, że nie chce się naturalnie rodzić, uważam za przejaw nieświadomości. Bo może być - nie lekko, pojęcie lekkiego porodu wymyślił mężczyzna, żaden poród nie jest lekki, ale bywają krótsze. Może więc być krótko - od dawna ból rozkładam w czasie, nic nie trwa wiecznie, niezależnie od tego, czy jest dobre, czy jest złe.

Cieszę się, że spróbowałam.
20:50, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Oj, jakie ciężkie jest pisanie po jednym kieliszku, ale muszę.
Musze.
Tak dokładniej. Pamiętacie ten tekst Hey?

Wczoraj, po skręcaniu szafy (okazało się, że trzy półki zostały w Interkomisie, dobrze, że Samiec pojechał je odebrać, mam teraz trzy wolne półki, bo pogodzona ze stratą upchałam wszystko na pozostałych) układałam ubrania.
Usłyszałam niskie, wściekłe bzyczenie. Coś, jakby mała kosiarka. Patrzę, a to muszysko. Wielkie, czarne, paskudne.
- A., weź Raida i zabij tę muchę.
Samiec dorwał ją w pokoju. Popryskał, zmieniło się natężenie bzyczenia, paskudztwo dostawało przyspieszenia, jakby próbowało z siebie zrzucić truciznę, hamowało, obijało się o ściany.
Wleciało do przedpokoju, wpadło za koszyk z rzeczami od Żujki.
Zaczailiśmy się, mucha wyleciała prawie wyszła na czołówkę ze mną, potem z Samcem. Kolejna dawka Raidu, znowu ten wściekły taniec.
Cisza.
Delikatne, szybkie pobzykiwanie. Zlokalizowaliśmy ją w kieszeni kurtki Samca. Mój mężczyzna obił tę kieszeń, a kiedy przestał, cholera wyleciała z kieszeni.
Ilość brzydkich słów w powietrzu przekraczała stężenie środka owadobójczego.
Którym Samiec znowu popryskał powietrze. Mucha poleciała pod sufit i kiedy już, już wydawało się, że wreszcie zdechnie, bo brakowało jej sił na wydawanie odgłosów, dostała się do plafonu i tam pobzykiwała, wykorzystując właściwości do polepszenia akustyki.
Z doświadczenia wiem, że mogła tak jeszcze trzy dni koncertować.
Chwała Bogu, Samiec napryskał Raidem do wnętrza lampy i insekt wyzionął ducha.
Chyba.
W każdym razie wczoraj jeszcze nie żyła.
I dzisiaj rano też.
00:14, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 września 2016
Zaliczyłam dzisiaj dwugodzinny spacer tylko dlatego, że nie miałam biletu. Jasne, łapały mnie duszności, ale było mi dobrze. W tym tygodniu w ogóle czułam się inaczej.
Odzyskuję siebie.
Zaczynam się cieszyć życiem, dostrzegać w nim coś zupełnie innego.

Robimy totalne przemeblowanie, oczywiście idzie nam opornie - bo zgodnie z naszym życiowym postanowieniem nie marnujemy urlopu na remonty, tylko odpoczywamy, więc od dwóch tygodni dzień w dzień, po jednym meblu, po kawałeczku i tak do przodu. W końcu będę miała szafy w przedpokoju, w końcu odsłonię ściany w pokojach, w końcu Janka ma swój półpokój, w końcu ja mam swoje miejsce w tych 72 metrach.

Za chwilę zbieram się do skręcania ostatniej szafy, więc jeszcze tylko napiszę:
Ludzie rzucają mi wyzwania, a nie potrafią przegrywać.
I jeszcze to, że jest różnica między tym, że ktoś jest po prostu miły, a tym, że potrafi być miły.
Ja, na przykład, potrafię być miła w sprzyjających warunkach i przy silnej współpracy. Ale potem włącza mi się jędza i nie umiem zatrzymać, jeśli ktoś mnie prowokuje. Tak, jak u niektórych ludzi depresja jest nie do opanowania, tam u mnie gniew, czy wredność.
I choćbym nie wiem, jak się starała, nie da się.

Janka zrezygnowała z zajęć muzycznych, które miała z nią prowadzić nasza sąsiadka. Dziwne, bo Gabi była jedną z pierwszych osób, które potrafiły wydobyć Janę z nieśmiałości...
17:57, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 września 2016
Ostatnio jedna z rzeczy, która nas najbardziej śmieszy, to naiwność władzy.
Jedna to rzecz z zakazem aborcji. Niby to taki ukłon w stronę kościoła, ale czy aby na pewno?
Ile nienawiści powoduje właśnie względem kościoła ta nowa ustawa. Agresję przede wszystkim. Jest totalnie głupia, ktoś chciał to mądrze napisać, ale daje zbyt dużo możliwości interpretacji prawa, abyśmy my, kobiety, nie czuły się zagrożone. I tak samo czują się niektórzy lekarze. Uwierzcie mi, niby w śmierci Olafa nie było mojej winy, ale na upartego - ktoś mógłby się przyczepić, że do tego doprowadziłam, kiedy wyszłam ze szpitala "dla zaczerpnięcia oddechu", choć powinnam była leżeć. Że wyjście na spacer to było za dużo. Że mogłam wcześniej zgłosić się, że znowu brzuch mi się napina. Rozważam to setki razy.
Niepotrzebnie.
I podejrzewam, że część kobiet, które poroniła, też tak myśli. A wyobraźcie sobie, że są suki, które udają przyjaciółki, a potem doniosą, bo wiedziały o złym samopoczuciu kobiety i wiedziały, że o jeden dzień za długo poczekała. Co za problem potem donieść na nią?
Co za problem donieść na lekarza, który mnie wtedy wypisał, bo tak płakałam, że już chcę do domu, choć wiedział, że wiąże się to z ryzykiem?

Druga rzecz to te wolne niedziele.
Owszem, uważam, że każdemu człowiekowi należy się dzień wolnego w tygodniu. Ba, ja nawet uważam, że dwa dni i tego, wobec mojej osoby, skutecznie się trzymam. W miarę skutecznie, bo zrobiłam ze trzy dodatkowe dni w tym roku.
Ale narzucanie jednego, konkretnego dnia, to znowu ukłon w stronę ePiSkopatu. Bo przecież takie samo do wolnego, w wolnym, nieuregulowanym religią kraju, jakim podobno jesteśmy, ma Żyd - w sobotę. Jest jeszcze mniejszość muzułmańska, która ma ten swój Ramadan. Co z nimi zrobić?
Efektem tego (oczywiście mogę się mylić, fajnie byłoby się pozytywnie zaskoczyć na podejściu ludzi do zakupów :)) będą Przejebane Soboty, po których pracownicy sklepu będą nienawidzić idei wolnej niedzieli. Stałam sobie dzisiaj w Biedrze. Niby jest normalna sobota. Wózki wyładowane fchuj, nie da się tego inaczej określić. Nie, nie żarcie grillowym z okazji pogody. Żarciem niedzielnym. Dodałam w myślach tych, których spotkam jutro, z wózkami wyładowanymi żarciem na poniedziałek. Powstał jeden wielki, nieogarniony syf. I to nie jest tak, na moje laickie oko, że przed dniami wolnymi market nadrabia straty spowodowane zamknięciem w święto. To, co wtedy panuje (rzadko bywam, to nie na moją fobię społeczną), to chaos, aż dziw, że jakiś bóg nie stworzy sobie z tego nowego świata. Ludzie zostawiają za sobą pobojowiska. Straty sięgają chyba zenitu, bo kiedy widzę półki z poniszczonymi produktami, to coś mnie trafia.
Do tego dochodzi obsługa sfrustrowanych kolejkami klientów. Pomyłki na kasach...

Dobra, kończę. Właśnie z głowy spadła mi jakaś mikroskopijna gąsienica. Idę pod prysznic, bo już mnie wszystko swędzi.
Byłam na rolkach. Łącznie może pół godziny, ale sama i jestem z siebie zadowolona.

PS: Podsumowanie miało być o tym, że coraz więcej ludzi rzyga tymi dobrymi zmianami, których spełnianie partia rządząca uważa za swój obowiązek.
14:48, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 września 2016
...To ten stan, kiedy wszystko mnie omija. Świat staje się obojętny. Ani bardziej przyjazny, ani wrogi. Za nikim nie tęsknię, niczego nie potrzebuję.
Nie mam marzeń.
Nie mam na nic apetytu.
Nie wierzę w to, co się stało, nie wierzę, że stanie się znowu kiedyś.
Czasem leżę z otwartymi oczami i nawet nie wiem, że nie śpię.
Wszystko wokół jest na swoim miejscu, nawet jeśli jest bałagan.
Nic nie wiem o swoich niedomaganiach, czy tym, czego nie lubię w sobie.
Jestem, a jakby mnie nie było. Nie mam poczucia odpowiedzialności, nie mam potrzeby odpowiadania na pytania. Chcę zachować ten stan nieważkości jak najdłużej.

Jeśli wielka śmierć to pogłębienie tego stanu, to nie boję się umierania.

Śmierci boję się pod jednym względem - jestem matką. Nie chcę rozstawać się z moim dzieckiem. Chcę być tu, przy niej, cały czas bronić i wspierać.
10:04, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 sierpnia 2016
Nic mnie tak nie wkurza, jak traktowanie przez sądy bycia pod wpływem alkoholu lub środków odurzających jako okoliczności łagodzące. Rozumiem, że różne głupoty robi się w "stanie nieważkości", ale jednak większość z nich nie koliduje z prawem.
Jest pewien model wychowania, który zakłada pobłażanie dla zachowań poalkoholowych.
Prosta rzecz: kiedy zrobi się coś głupiego - w domu awantura. Kiedy zrobi się coś podobnego - "cóż, zdarzyło się, nikt nie jest święty". Efekt jest taki, że po alkoholu puszczają nam opory nie tylko dlatego, że % rozluźniają, ale i dlatego, że wiemy, że co byśmy nie narobili, zostanie wybaczone.

Poważnie.
Mam z tym problem w małżeństwie, bo wyszłam za człowieka, który właśnie tak do tego podchodzi. Stąd poalkoholowe kłótnie u nas.
Poradziłam sobie z tym tak, że po każdym cięższym wybryku wyciągam wszystkie brudy, kiedy Samczysko jest trzeźwy.

Nie wyobrażam sobie pokazywać mojej córce tego, że alkohol jest wytłumaczeniem. Zbyt wiele dziewczyn poszło do łóżka z byle kim, bo wypiło. Alkohol nie zwalnia od myślenia. To nie to, że nie powinna pić. Może się napić - ale będzie wiedziała, że to jej nie zwalnia od odpowiedzialności. Ciąża sprokurowana pod wpływem alkoholu jest tak samo ciążą. Gwałt na pijanej dziewczynie jest gwałtem. Gwałt popełniony przez pijanego chłopaka - jest takim samym gwałtem i tak samo jaja powinno mu się upierdolić u samej szyi. HIV nie dezaktywuje się pod wpływem alkoholu.

Nie może być przyzwolenia na traktowanie pijaństwa w kategoriach łagodzących. Jeśli ktoś popełnia przestępstwo pod wpływem alkoholu, to powinien mieć dodatkową karę (za to zniosłabym kary za picie w miejscach publicznych - bo jeśli ktoś siedzi w parku z piwem, jest grzeczny, nie narzuca się nikomu, to co mi do tego?). Prawdopodobnie nic by to nie zmieniło, ale może troszkę dałoby do myślenia...
21:31, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 sierpnia 2016
Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów wyjeżdżałam smutna.
Bo Słoszów jest cudowną wioską. Właściwie nawet nie wiem, jaka jest w całości, bo zwiedziliśmy tylko kawałeczek, ten w drodze do Dusznik.

Duszniki są... Kurde, czyste. Słoszów też. Niby taka wiocha, wolne stada krów (11 sztuk po drugiej stronie ulicy), cieląt ( 7 sztuk po naszej), mieszane (niepoliczalne na polach za oknem), koni (tak z pięć z tymi krowami za oknem), danieli (dwa stada na łące po jednej stronie, jedno po drugiej, nad uroczym stawem), lam (cztery tam, gdzie były dwa stada danieli, trzy - tam gdzie było jedno). Mnóstwo przyjaznych psów i tajemniczych kotów, które patrzyły tylko, jak umknąć naszemu dziecku. Do tego sarny podkradające przez płot z paśników od lam i danieli. Ale to wszystko czyste.

Nocą niebo opadało łagodnie na głowy. Kiedy wychodziłam po zrobieniu prania, to skarpetki wieszałam między gwiazdami. Po raz pierwszy od dawna Mleczną Drogę widziałam tak wyraźnie, jak w Planetarium.

Żałuję, że mam moje demony, bo gdy wracaliśmy z wieczornego pokazu najwyższej fontanny w Polsce (45m), to radość z przeżywania pięknej, wiejskiej nocy psuł mi strach przed tymi stawami, które nawet nie wiem, gdzie były.

Zjedliśmy pstrąga prosto z rzeki i prosto z grilla. Przepyszne. Wypiliśmy piwo - Samiec tak z cztery dziennie, ja - jedno małe (Pod Muflonem, w schronisku dają kuracyjne - 0,2l, ilość idealna dla mnie).
Janka płakała dzień przed odjazdem, że musimy jechać, a przecież teoretycznie nie robiliśmy nic wielkiego - chodzenie po górach, chodzenie do miasta, chodzenie do Parku Zdrojowego, chodzenie, chodzenie, chodzenie, Żujka miała dość.
Ale obydwie chodziły dzielnie.

Strasznie się czuję, obserwując to, jak starzeje się mój pies i jak Jana reaguje na wszelkie wzmianki o tym, że zwierzęta umierają (nie, nie mówimy jej, że Żujka wkrótce umrze, bo to nie do końca prawda, ma dopiero 9 lat, ale np: zwróciłam uwagę, że ma zamykać drzwi, bo Żujka może wybiec na ulicę i auto ją potrąci, co zaowocowało Wielkim Płaczem). Pierwszego swojego psa (ktoś pamięta Nukę) miałam 4 lata. Żuja jest z nami 8,5. Dla Janki całe życie.

Wracając do pobytu na wczasach. Czytałam opinię o obiekcie, że standard nie taki, jak powinien być (malutkie pokoje z meblami z PRLu) - cóż, myśmy chodzili do pokoju spać, więc wystarczyły łóżka, wydaje mi się, że wygodne, skoro po 10 godzinach snu wstawałam bez bólu; że nie ma ciepłej wody (była po 16, jak właściciel odpalił piec, owszem, ciśnienie nie za wysokie, ale dałam radę umyć głowę), że...

W sumie to nie pamiętam wszystkich. Dla nas mankamentem był brak świetlicy, w efekcie czego, po całym dniu w trasie próbowaliśmy zasnąć przy akompaniamencie opowieści pewnego bardzo ekstrawertycznego pana, co to on zwiedził i poleca (jego żona w tym czasie siedziała w pokoju, syna nie widziałam bez tableta), aż w drugi wieczór Samiec wyszedł i poprosił o ciszę - pani z innego pokoju chyba poczuła się uwolniona, sama miała dwójkę dzieci i też dużo zwiedzała.
Jak wyjechał ten pan, to już było ok, zintegrowaliśmy się nieco, zrobiło się sympatyczniej.

To nie to, że był niemiły. Był miły, ale, nie wiem, czy dobrze zacytuję - "Nimium civiles viles". Zbyt grzeczni bywają ordynarni. Nienawidzę skrajnych ekstrawertyków. Tych ludzi, którzy potrzebują innych, aby funkcjonować. Nie lubię być dla nich pożywieniem, czuję się wtedy wykorzystana, a moja strefa intymna - zdeptana. Ja lubię ludzi, ale jakoś bardziej lubię introwertyków, z tą ich ciszą, z pytaniami wtedy tylko, kiedy potrzebują czegoś się dowiedzieć, a nie wtedy, gdy chcą zabić ciszę.

Lubię ciszę. Dlatego Słoszów tak mi się spodobał. Przeżyłam prawie 6 dni bez muzyki. Rano słuchałam kogutów, w nocy świerszczy. Nawet spotkaliśmy samicę pasikonika. Nie sposób inaczej napisać, niż "spotkanie". To stworzenie było wielkie, a że byliśmy świeżo po lekturze artykułu o pasikonikach, więc nawet znaliśmy płeć.

Został tydzień urlopu.
Po raz pierwszy w życiu myślę z przykrością o powrocie do pracy.

Jestem opalona, piegowata i, niestety, coś mi dolega na sercu - tak fizycznie, nie, że emocje.
21:26, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 sierpnia 2016
Dzień przed wyjazdem, w drodze do pracy poczułam, że wpadam w TEN znienawidzony STAN. Żelazna obręcz na żołądku, oczy nie nadążają za uciekającym krajobrazem, oddech spłyca się. Jechałam z kolegą, nie mogłam poddać się panice. Wtedy pojawiła się myśl, że to ta cała sytuacja, że następnego dnia mam jechać do Krakowa i iść na koncert bez Samca, tak na mnie działa. Jest zupełnie obca, nie znam zagrożeń, czyhających na mnie w niej, więc boję się. To zrozumiałe. Poczułam, że pieroństwo cofa się. Rozluźniłam swoje ciało, zajęłam się kontemplacją widoków za oknem (a auto dostawcze, wysokie, więc i pole widzenia szersze) i droga minęła przyjemnie. Już nie wołałam "Boże, zatrzymaj Świat".

O dziwo, rano, po pracy, pomimo bezsenności, nie czułam zdenerwowania. Nawet budzące mnie kosiarki i inne maszynerie pod oknem nie wybiły mnie z tej desperacji, żeby się nie dać.

Na koncert szłam niewyspana. Działała adrenalina, emocje sięgały zenitu. Tłum obcych ludzi zalewał mi pole widzenia i utrudniał poruszanie się. Przestrzeń i sztuczne oświetlenie były prawie namacalne. Agata nie wzięła telefonu (sama jej to doradziłam, bo po co ma brać plecak ze sobą), musiałam mieć ją w zasięgu wzroku. Sztywne glany utrudniały ruchliwość i sprawiały wrażenie, jakby łapały mnie skurcze nóg. Założyłam nawet okulary, co jest w ogóle nietypowe dla mnie, bo używam ich tylko w pomieszczeniach zamkniętych (choć są do dali), nadal nie umiem się przyzwyczaić do tego dziwnego wrażenia, że widzę świat i to obydwojgiem oczu - tak samo (przez 20 lat miałam szkła dopasowane do mocniejszego oka i szczerze mówiąc, tęsknię za tym, teraz wiecznie cierpię na bóle głowy...)

Bawiłam się świetnie. W zanadrzu miałam myśl, że jak mnie pieroństwo zacznie łapać, to powiem sobie, że nie mogę psuć Młodej zabawy i nie zwinę się z imprezy, ale nie musiałam jej używać. Przez godzinę wyłam na całe gardło, więc jeszcze na dodatek powinien mnie chwycić skurcz przepony, kłopoty z oddychaniem i, co za tym idzie - sercem. Nic takiego się nie działo. Wszystko, co robił mój organizm, było zupełnie normalne.

Wygrałam. Nie płakałam z bezsilności, tylko ze wzruszenia, nie upadłam, nie wpadłam w panikę. Tańczyłam, skakałam, nie czując zmęczenia. Czułam radość. Dumę poczułam później.

Nie, nie dumę. Moje zwycięstwa nad pieroństwem traktuję z góry. Jak coś normalnego. Nie da się przeżyć życia, jeśli wpada się w euforię z powodu każdego wyjścia z domu. Nie chcę zwyciężać, bo nie chcę walczyć.

Koncert... Inny, niż wszystkie (dotychczas chodziliśmy tylko na rockowe i folkowe). Minimalizm. Na scenie - z boku, na jakiejś podstawce Sia w białej koszuli nocnej, czarno-białej peruce i białej kokardzie. Sia, której równie dobrze mogło nie być. Która prosi, żeby na nią nie patrzeć. Aktorzy odgrywali sugestywne sceny, lały się głosy w głowie, a ona śpiewała, tak bardzo, że do łez.

Agata zachwycona tym, że przyjechała też Maddie Ziegler, z tego względu żałuję, że nie przepchałyśmy się pod scenę, ale ze wspólna masą 80 kg raczej nie miałyśmy wielkich szans.

To chyba pierwszy koncert, na którym patrzyłam więcej na scenę i telebim, niż na tłum. Nie patrzyłam, jak ludzie się bawią. Nie mogłam, te wszystkie piosenki mówią o tym, co czuję. 

Spisywałam to w notesiku na półgorąco, kiedy jeszcze serce biło mi tak szybko, ale już przyszły właściwe słowa.

Do okna w hotelu Alf zaglądał Księżyc. Jak to w Krakowie, hotel przy ruchliwej ulicy z całodobową obsługą tramwajową. Koło pierwszej nad ranem przejechała biała bryczka, ciągnięta przez dwa skacowane konie (dopisek z rana - koło 11 wracały już w lepszym humorze). Na koncercie Księżyc wisiał po naszej prawej stronie, z lewej błyskały światła samolotów.

Nie lubiłam piosenki "One million bullets", ale było tak:

23:16, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 sierpnia 2016
Już jutro. Jutro o tej porze będę jechała do Krakowa, modlę się o brak korków, ale i tak jestem pełna ekscytacji. Będziemy się bawić we dwie - ja i Agata.

Pamiętam, jak dawno temu jej mama powiedziała komuś, kto dziwił się, że ona nie pracuje, a budują domek na wsi, że to takie niemożliwe, że wiążą koniec z końcem, mając trójkę dzieci. Ciocia, jak każda kobieta z tej rodziny walnęła ripostą:
- Jak już wybudujemy, zrobimy sobie czwarte.
Kilka lat po tym wydarzeniu, chyba dwa lata po przeprowadzce, pojawiła się Pędzelek.
;)

I, nasza najmłodsza ma już 14 lat i można ją bez większego stresu wziąć na koncert ;).

Liczę na wzruszenia. To nie będzie koncert, gdzie wyszaleję się za wszystkie czasy, ale mam zamiar płakać i przeżywać.
17:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 sierpnia 2016
Z rodziną najlepiej wychodzi się na drinka.
Spotkaliśmy się całą paczką w Katowicach na Mariackiej. Oczywiście najpierw nikt nie był w stanie powiedzieć, kto w ogóle rzucił takim obciachowym pomysłem, bo Mariacka dzisiaj to już nie ta ulica, gdzie w bramie obalało się Komandosa, a szpanerski deptak.
W końcu doszliśmy do wniosku, że pomysłodawcą był MB109, nagle zobaczyliśmy go po drugiej stronie przejścia, z daleka, już mieliśmy zbluzgać go kulturalnie za ten pomysł i oburzyć się, że jest bez żony, gdy okazało się, że to nie on, a jakiś koleś podobny do niego.
Łaziliśmy chwilę po tym deptaku, szukając knajpy, która miałaby klimat, aż wreszcie doszliśmy do wniosku, że ważne, żeby było miejsca dla nas wszystkich, a klimat... Cóż, było nas tyle, że wytwarzaliśmy nie tylko własny klimat, ale i grawitację pewnie.

Weszliśmy do knajpki z takim ślicznym spisem shotów, no aż ślinka ciekła. Napaliłam się na kilka, postanowiłam popróbować, okazało się, że ta lista jest nieaktualna, w środku - okrojona o jakieś 70%. Drinki również o tyle okrojone z alkoholu, nawet powstał dowcip, że po to dają dwie słomki do drinków, żeby było czym grzebać w poszukiwaniu cząsteczek alkoholu. Myślę, że zawartość alkoholu była w nich podawana w promilach.

I jestem bardzo dumna z mojej córki, która przesiedziała spokojnie te dwie długi godziny, nie marudząc, kolorując sobie obrazki, a jak ją to znudziło, to poruszając się bez kolizji z innymi użytkownikami knajpy.
23:01, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 sierpnia 2016
Zacznijmy od tego, że lubię czasem pocisnąć jakimś głupim tekstem, godzącym w godność mężczyzn. I jednocześnie wysłuchać wstrętnych, męskich dowcipów o kobietach. Prawdopodobnie dlatego mnie śmieszą, że są dla mnie fikcją i nie biorę ich do siebie.
(Chyba, że jajeczkuję, wtedy nie ręczę za siebie).

Jednak uważam, że kobiety są dyskryminowane pod pewnymi względami (np: płacowymi) i ograniczana jest ich wolność pod pewnymi względami.

Dlatego postanowiłam udzielać się na kilku stronach walczących o równe traktowanie.
I poległam. Raz poległam na tym, że zostałam oskarżona o agresję w stosunku do kobiet, kiedy usiłowałam wytłumaczyć, że w czasach, jakich przyszło nam żyć, wiele ograniczeń nakładają nam same kobiety (np: lansując modę, zachwycając się laskami o BMI mniejszym, niż długość środkowego palca, krytykując urodę innych). Laska wyciągnęła jakieś fakty historyczne i nie dała sobie wytłumaczyć, że pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, jest (według mnie) dostrzeżenie, co było złe w przeszłości i wyeliminowanie, ale szukanie w historii wytłumaczenia. Od tłumaczenia zaczynają się kompromisy, od kompromisów - odpuszczanie.

Drugi raz poległam w miejscu, gdzie jedna z dziewczyn całe zło widzi w przedmiotowym traktowaniu kobiet. Tak, to jest złe. Ale jeśli zachwycę się pięknem fizycznym, to czy jest to grzech? Zwłaszcza, jeśli ktoś dba o swoje ciało i odjebał kawał dobrej roboty, pracując nad nim (pozdrowienia dla 3P). Czy w taki sam sposób ludzie głupi z natury nie powinni się czuć poniżeni, jeśli wychwalam czyjś intelekt? Może też powinni zrobić raban, bo natura im nie dała rozumu albo rodzice nie chcieli nad tym pracować? Albo uznają, że są, jacy są, mają prawo być głupi i żądać oceniania ich na podstawie innej wartości, która u nich się rozwinęła?

Trzeci raz poległam, kiedy niewinnie wspomniałam, że nie kręci mnie oglądanie facetów, za to kobiety - owszem, są piękne. Wizualnie. Dowiedziałam się, że to nie jest postawa kobiety heteroseksualnej, to raczej biseksualizm albo nawet homo.
Spytałam, czy w takim razie nie powinnam też czuć się zoofilką (jezu, jak ja kocham patrzeć na koty, to takie piękne stworzenia, albo wielkie psy...), czy pedofilką, bo odczuwam przyjemność, całując ciałko mojego dziecka.

Nie rozumiem tego. Jako feministka czułam się zobowiązana do poszerzania własnych horyzontów, czerpania z wiedzy wielu ludzi. Żeby dobrze walczyć, nie krzywdząc nikogo, zasięgałam porad mężczyzn (pozdro, Samiec, Casa i Damian), bo widziałam, jak zupełnie inaczej widzą świat, a nie są to typowi, konserwatywni mężczyźni (jeden z nich prawdopodobnie ma macicę, a jeśli nawet nie, to ma ją w głowie), a tacy, którzy mają doskonały dystans do płci.
Bo to nie jest tak, że kobiety i mężczyźni myślą tak samo. Niezależnie, czy wynika to z uwarunkowań genetycznych, czy socjologicznych, myślimy różnie, przeżywamy różnie. Powinniśmy się uzupełniać, a nie równać do jednego schematu.

I tyle. Wracam do garów. To mi najlepiej wychodzi.
20:47, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 sierpnia 2016
Wczoraj długa rozmowa z kumpelą z pracy na temat samotności. Tego, że bardzo się kogoś potrzebuje, ale nie chce się na siłę.
Szukanie na siłę partnera nie ma sensu, to wiemy wszystkie. Nie wiem, jak sama zachowywałabym się, nie mając pod ręką Samca. Z moimi chaotycznym libido czasem jednak zdrowiej jest mieć stałego partnera, bo kiedy ma się po prostu duże, to człowiek chyba umie z tym żyć, a jak się ma tak, jak ja, kiedy po miesiącu posuchy nagle macica mówi: "Helloł, wstałam, ktoś ma coś dla mnie?", ale to już taki niesmaczne odbiegnięcie od tematu.

Jest mi smutno, kiedy nie mogę zaproponować komuś tego, czego ktoś oczekiwałby ode mnie. Bo nie nadaję się na przyjaciółkę. Fajnie wymienia się maile z Lee, fajnie spotyka się z Kat, która ma dystans do mojego chaosu w życiu. Nie umiem spotykać się z ludźmi, chodzić na imprezy. Kiedy mam wybór - wracać po pracy do domu, czy iść na piwo, właściwie nie miałam żadnego wyboru. Raz poszłam z kumpelą, ale tylko dlatego, że poszłyśmy same i wtedy było przyjemne, był czas na babskie rozmowy, na obrabianie dup facetom. Takie coś mogę powtórzyć.
Ale... Cieszę się, że Samcowi minął już czas imprezowania. Teraz zdarza się, że to ja go wyciągam z domu, ale obydwoje lubimy bardziej posiedzieć na łonie przyrody. Chyba dobrze się dobraliśmy pod tym względem.

To nie jest tak, że nie całkiem nie lubię towarzystwa, jednak uważam, że pobyt w pracy zaspokaja moje potrzeby w tej kwestii - lubię tych ludzi, znają mnie, ja ich, dogadujemy się czasem lepiej, czasem gorzej, ale to nie jest tak, że się tam źle czuję.
Ja się czuję źle ze sobą i wtedy zachowuję się, jakby mi wszyscy przeszkadzali.
16:34, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 sierpnia 2016
Raz na pół roku jest taki dzień, że sprzątam.
Mój dom to nie jest popisówka Chujowej Pani Domu.
Ja mam naprawdę syf - taki ze zwałami psich kudłów na podłodze, nieumytymi oknami i garami (pomimo posiadania zmywarki i męża, który dość chętnie zmywa).
Zawsze nie mam czasu, bo zawsze jest coś ciekawszego do zrobienia. Np: kolorowanie, albo czytanie.
Nie lubię porządku, przyznam szczerze. Stan wysprzątanego mieszkania wprawia mnie w jakiś totalny dyskomfort, uciekam od tego stanu. Nic, że normalni ludzie myją się, jak wracają do domu - a ja, gdy wychodzę.
To nie jest ważne. Lubię bajzel. Lubię, jak mam wszystko pod ręką, czego nie da się osiągnąć mając porządek, a pisząc: "wszystko", mam na myśli to, że na nocnym stoliku mam trzy książki, pamiętnik, dwa zaczęte opowiadania, dwie paczki cukierków, chrupki, czekoladę i jeszcze dwa opowiadania, które już wprawdzie skończyłam, ale właśnie przyszedł mi do głowy pomysł na kontynuację, dwa kremy do rąk, jeden do stóp, dwa na odparzenia, spray na chrapanie, spray na gardło, tekturę do rysowania, piórnik z przyborami do pisania i piórnik z przyborami do rysowania, gumy, grzebień, odżywkę do włosów i gumki. Nie da się. Nie da się wszystkiego tego nagle przekopać, dotrzeć do dna i nie zrobić bałaganu. A wena jest ulotna. Tak, żałosne tłumaczenie kogoś, kto jeszcze nic nie wydał i kroki ku temu poczynił mizerne. Ale to nie zmienia faktu, że mój mózg musi mieć ujście w jakiejś twórczości. Gdybym jednak chciała to układać za każdym razem, kiedy po coś sięgam (a wiadomo, że wszystko, co najbardziej potrzebne jest ZAWSZE na dnie), to nigdy nie miałabym czasu zapisać/narysować tego, na co mam ochotę.

Ale...
Lubię sprzątanie. Ostatnio odkrywam przyjemność ze sprzątania pokoju Jany. Poważnie, sprzątam jej pokój, chociaż siedmiolatka powinna to robić sama.
Co z tego, kiedy nie mam serca niszczyć wyniku jej zabawy tak za każdym razem, kiedy wychodzi z domu?
Nie potrafiłabym. Lubię te jej fantazyjne opowieści ("Mam dziś randkę, ale wiesz, mój chłopak jest wampirem." "Twoi rodzice nie żyją? Dobrze, nie będziemy o tym rozmawiać..." i takie tam), a dzisiaj znalazłam jeszcze parę fajnych rzeczy, które zrobiła samodzielnie i bardzo się cieszę, że kiedy poprosiła o nożyczki i taśmę klejącą, dałam jej bez pytania, po co to.

Oglądam sobie budowle z klocków Lego, w tym czasie Samiec przeglądał jej teczkę z pracami ze szkoły i są naprawdę zajebiste. Może wrzucę zdjęcia na fb, jak nie zapomnę i uruchomię skaner.

Rano poszliśmy oglądać wschód słońca. Padał deszcz, były chmury, widzieliśmy tylko siebie, więc też było fajnie.
Dzięki Bogu, mamy właśnie stan stabilizacji.
17:24, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
środa, 03 sierpnia 2016
Żeby wstyd było opowiadać, ale przyjemnie wspominać.
I tak mniej więcej wygląda moje życie od kilku tygodni.

Dlatego unikam kontaktu z ludźmi, bo mogłabym coś opowiedzieć, a nie chcę.
Chcę, żeby to pozostało między nami. Cokolwiek nie wydarzy się potem, teraz jest tak, jak powinno. Nie mówię, że nie patrzę z troską w przyszłość, czy że jestem pewna za Samca.
Ale jestem z niego dumna, że jest taki nietypowy, że tak mądrze to wszystko poukładał.

W telewizji wiadomość o tym, że została brutalnie gwałcona siedemnastolatka, którą uwięziło dwóch facetów - 37 lat i 47.
I nóż mi się w kieszeni otwiera, bo chciałabym, żeby moje dziecko było ufne i patrzyło z nadzieją w przyszłość i ludzi.

Ale wiem, na jakim świecie żyjemy, więc nie mogę nie spytać: a ta laska myślała, że po co idzie do dwóch facetów?
Była naiwna, niestety za to płaci się najwięcej. Tylko w bajkach dobroć i naiwność ZAWSZE zwycięża.
Boli mnie to, bo sama jestem nad wyraz nieufna, nie chciałabym, żeby Jana tak bardzo bała się ludzi.

Ale dla jej dobra muszę krytykować takie dziewczyny.
Oczywiście - ona zrobi, co będzie chciała. I nie wiem, czy zdołam ją obronić.

Tym chujom obcięłabym wymienione części ciała i kazała zjeść. Tak, mam sadystyczne skłonności. Tylko taka kara mogłaby kolejnych przestraszyć.
Chociaż - z drugiej strony, człowiek jest strasznie paskudnym stworzeniem. Raz ukarany niekoniecznie uczy się nie robić źle.
Czasem po prostu robi to tak, żeby go następnym razem nie złapali.

Czemu nic nie jest łatwe na tym świecie?
04:25, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 30 lipca 2016
Po koncercie God's Favorite Drug.
Jak zwykle było miło, mimo iż Olkowi solidnie łamał się głos. Lubię klimat ich koncertów, jest w tym coś szczerego, takiego z tych naszych młodych lat.
Uwielbiam grunge. Nie znoszę Nirvany, słabo znam Pearl Jam, ale te wszystkie inne, szufladkowane pod ten rodzaj muzyki wchodzą mi lekko.

Na widowni członkowie Chico i Sarang. Oczywiście - mi te twarze nic nie mówią, naprawdę to drażni, kiedy maksimum możliwości mojego mózgu to powiedzieć mi, że tego kogoś chyba znam, albo przypomina kogoś, kogo znam.
(Pomijając już jeden, jedyny raz, kiedy poznałam kogoś przy drugim spotkaniu, ale ten ktoś mnie zignorował. I ten ktoś powinien wiedzieć, że o nim piszę ;))

Katowice zmieniły się nie do poznania. Stały się takie beznamiętne, jak Wrocław. Tyle, że Wrocław ma swoje cudowne krasnoludki, a Katowice nie mają nic, a przez to, że tak się zmieniają, zacierają się również wspomnienia.

I to wspomnienia chciałam podać, jako przykład kontrastów w tym mieście.
Sytuacja 1:
Siedzimy na ławce pod dworcem, na przystanku w kierunku Giszowca (pamięta ktoś?), Lenin za moimi plecami, lekko mnie obejmując. Nie robiliśmy nic zdrożnego (a mieliśmy różne przypały w tamtych latach... No, dobra, zawsze mamy...), naprawdę. A tu leci jakiś moher i drze się do nas:
- W domu takie rzeczy! W krzaki idźcie, a nie tak w miejscu publicznym!

Sytuacja 2:
Siedzieliśmy chyba w tej samej pozycji na przystanku na Mysłowice (pamięta ktoś?). Idzie jakiś gościu:
- Dużo szczęścia życzę!

Stary dworzec w Katowicach miał urok. Był brzydki, zasyfiony, śmierdział potem, przedtem, fchuj i inne części fizjologii.
Był paskudny.
Ale miał swój klimat. Ten nie wiem, czy ma. Wchodzę tam czasami, ale nie ma miejsca na to, żeby się zamyślić. Żeby przejść i nie natrafić wzrokiem na punkt usługowy bądź handlowy.

A pamiętacie grillowane kanapki?
To było coś!

Teraz jest może bardziej estetycznie. Może, nie wiem, nie znam się na tym, lubię nosić glany do miniówki, więc pewnie moje estetyka jest dziwna, ale nawet idąc nocą, która to pora w Katowicach była kiedyś magiczna, pełna dziwaków i niebezpiecznych złudzeń, teraz odczuwa się nic.

Ale może po prostu się starzeję i spowszedniały mi silne uczucia względem miejsc...?
23:18, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 24 lipca 2016
Kiedy jest w końcu upalna niedziela i mogę iść na basen, to
mam @.
Jednak zrywam się z rana, byśmy wzięli się i poszli, cóż, najwyżej pogrzeję tyłek na słoneczku, to
rodzina docenia mój gest i śpi do oporu.

Są takie dni, kiedy cieszę się z każdej cechy Samca, która jest przeciwieństwem cech mojego taty.
Są to zazwyczaj weekendy.

Miała być notka długa i pokrętna, ale wstali w końcu.
09:42, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 lipca 2016
Szłam sobie przez miasto, z sześciu przystanków wycięłam trzy i od razu mam czas na przemyślenia.
Naprawdę nienawidzę lata. Dawno temu nie pociłam się ani w połowie tak mocno, a teraz... Może to wiek, może pozostałości po Fenoterolu, nie wiem.

Nienawidzę, kiedy ktoś broni mnie przede mną. Kiedy mówię, że jestem zła, jestem szczera. Owszem, jestem wrażliwa na ludzką krzywdę, ale jednocześnie mocno odczuwam chęć krzywdzenia innych tylko po to, by ich przekonać, jak bardzo mnie kochają.
Tak nie robią dobrzy ludzie.
Tak, próbuję być lepsza.
Czasem nawet wychodzi, ale... Ludzie i tak wiedzą swoje, oceniają mnie tylko przez to, co chcą widzieć.

Nie, ja nie mówię, że jestem całkiem brzydka. Po prostu moja uroda nigdy nie powalała do tego stopnia, żeby ktokolwiek mógł sądzić, że ma wpływ na to, że ludzie mnie oceniają lepiej. Owszem, mam podobno niesamowity uśmiech. Nawet od wroga kiedyś to usłyszałam. Owszem, mam niebieskie oczy, w których widać wszystko. I całkiem niezłą figurę. Podobam się specyficznej grupie odbiorców. W większości kobietom ;)
Ale z tą nieładnością chodziło mi bardziej o to, że czując się szarą myszką i tęskniąc za jakąś oszałamiającą urodą nigdy nie spodziewałam się tego, że za jakiś czas będzie to mój powód satysfakcji - nie mam czego zatrzymywać na siłę. Mam mój zajebisty umysł, mam charakter, dla mojego męża nadal jestem atrakcyjna choćby z tych dwóch powodów. Nie muszę się o niego martwić, że odejdzie do młodszej, ładniejszej. Dla niego nie muszę dźwigać piersi, wygładzać twarzy. Tak patrzyłam dzisiaj na swój brzuch, kiedy kładłam się spać i - cholera, no. Jest kobiecy. Z dodatkiem cellulitu, z wiotką skórą. Niech sobie taki będzie. A co.

Samiec, kiedy mówię, że jestem wredna, nigdy nie mówi, że nie.
On wie najlepiej. Myślę, że to jest jego wyjątkowość. Może widzi mnie taką, jaką jestem naprawdę?
18:33, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53