Skopiuj CSS
środa, 09 listopada 2016
To tytuł mojego eksperymentalnego ciasta, które upiekłam, kiedy nie mogłam się zdrzemnąć przed pracą (właściwie dopiero wstawiłam do piekarnika).
Nie jestem standardową panią domu - nie potrafię przyrządzić żadnej z tradycyjnych potraw, nawet mając książkę kucharską w ręce i dobrą kucharkę pod telefonem w razie awarii (czyt: od przeczytania pierwszego zdania przepisu po efekt końcowy). Nigdy nie robię nic tak, jak być powinno wykonane - w sumie nawet z tablicy nie umiałam przepisywać dokładnie tak, jak było napisane, stąd moja niechęć do przedmiotów ścisłych, które rozumiałam, ogarniałam, ale nie umiałam nic wykuć na blachę, wszystko musiałam pojąć.

Teraz przychodzi moment, kiedy w moim mieszkaniu czuję się na swoim miejscu. Kupiliśmy nowe meble, poukładaliśmy wszystko na nowy sposób i zaczyna być ładnie, nawet podłogę myję dwa razy w tygodniu, bo tak łatwo mi to przychodzi.
Jednocześnie mam wrażenie, że wszystkie moje ja, które kłębiły się we mnie, tak dobrze czują się w tej przestrzeni, że opuściły moje wnętrze i czuję się taka pusta.
Zadowolona, ale pusta.

Przepis na ciasto, bo zapomnę.
Tak na oko - niecałe pół kilo mąki.
2 jajka
paczka proszku do pieczenia
cukier lub inne substancje słodzące do smaku
przyprawa do piernika
3 owoce (wpadła gruszka do fartuszka, a za gruszka dwa jabłuszka).
200ml mleka
pół kostki margaryny.

Zmieszać wszystko, oprócz owoców. Owoce zetrzeć na grubej tarce.
2/3 ciasta wylać do tortownicy, wyłożyć na środek masy owoce, zalać resztą ciasta. Piec...
No, właśnie, jeszcze się piecze, podejrzewam że z 40 minut.
15:43, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 listopada 2016
To już dziewiąty raz obchodzę Wszystkich Świętych w drugim życiu. W tym roku odczułam to zupełnie inaczej. Spotkaliśmy się rodzinnie, z kuzynami. Po raz pierwszy patrząc na Mikiego i Majkę nie miałam w sobie smutku. Nie zrozumcie mnie źle, nigdy nie zazdrościłam Margolci rodziny, uważam, że jej rodzina jest jej zasłużonym sukcesem, dzieciaki są świetne, inteligentne, dowcipne i dobre, choć oczywiście - po koziemu fisiowate. To nie była nigdy zazdrość, nie potrafię zazdrościć komuś, kogo kocham, zrobiłabym wszystko, żeby oni wszyscy byli szczęśliwi i boli mnie, kiedy ktoś z rodziny nie jest.
Ale było mi smutno, że Jana tego nie ma, że nie ma starszego brata, z którym mogłaby się bawić i tłuc. Który uczyłby ją wszystkiego i zwalał na nią winę, kiedy coś zbroi. Żeby nie była taka samotna.

A dzisiaj... Jejku, no hałas, bieganie... Hallo, nas było jeszcze więcej i dorośli jakoś dawali radę prowadzić życie rodzinne przy stołach.

Wiem, że może mi się oberwać za te wpisy pro-Halloween na fb, więc raz na zawsze wyjaśnię: nienawidzę tego święta, bo zdarzało mi się być wystraszoną podczas niego (z tego samego powodu nie lubiłam Prima Aprilis i Lanego Poniedziałku, choć z tym drugim mam kilka miłych wspomnień). Jako pochód dzieciaków ani mnie ziębi, ani nie grzeje, bo w sumie słodyczy nie mam, a jakby mi ktoś próbował obrzucić drzwi jajami, to... Cóż, nogi mam mocne, dogoniłabym, a ręce jeszcze mocniejsze.

Mam zaproszenie na 5.11 do Karo, bo będzie tam też Lee. I chyba nawet pojadę.

Łapię się na tym, że nie przeszkadza mi pominięcie nawyków wynikających z nerwicy. Że nie muszę doczytać do końca akapitu, że nie muszę gryźć wszystkiego pięć razy, że zauważam, że w pracy poukładałam coś niedokładnie i nadal żyję, nie spędza mi to snu z oczu. Mówię mojej głowie, że teraz już jest lepiej i ma to sobie uświadomić, a nawet upodświadomić, nie robić mi tych wszystkich brzydkich rzeczy. Tylko ten stan, kiedy zwalczam napięcie jest tak męczący, że czasem nie mam siły na nic innego.
19:28, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 31 października 2016
A teraz ogarniam. Co?
Porządki w domu. Wystarczyło wydzielić dziecku pokój (tzn: taki nibypokój, po prostu większe pomieszczenie przedzieliliśmy meblami na pół - ja mam kuchnię, gdzie rządzę i sprzątam, a Jana swoje miejsce, swoje biurko, łóżko, zabawki) i raz posprzątać. Okazało się to całkiem łatwe. No, nie, nie mam jakoś super czysto, z tym chyba zawsze będę do tyłu, gdyż trzech rzeczy nienawidzę: mycia podłóg, mycia okien i wycierania kurzy, ale jest w miarę... No, nie ma tego wszechogarniającego chaosu.

Uspokajam się, ale z drugiej strony tak mi... Nie piszę opowiadań od trzech miesięcy, chyba gdzieś w Dusznikach zagubiłam prąd, który mnie niósł. Nie wiem, mam trzy pomysły, jeden mocno zaawansowany, drugi zaczęty i trzeci tylko rozplanowany.

Jest mi z tym źle, za to z sobą mi dobrze, więc uznaję to za niewielką niedogodność.

Autobusy nie są takie straszne. Uczucia nie przytłaczają. Ale nadal jakoś mi tak...

Nie wiem, może jestem niedopasowana.
21:08, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
A może tak naprawdę zbawienie zależy od tego, jak nas ludzie wspominają, jak bardzo tęsknią, żałują, że odeszliśmy. Jak wiele łez wylaliśmy po ich stracie. Jak wiele z nich pozostaje w naszym życiu, tych miejsc, gdzie brakuje, bo ktoś umarł, miejsc, które mija się ze ściskiem w sercu (wczoraj przejazd przez Osiedle Stałe w Jaworznie i ten smutek...), tych miejsc, gdzie nic już nie będzie takie samo...?

A może Pan Bóg też idzie na łatwiznę i po prostu liczy lampki na grobach i według tego wpuszcza do nieba (mamy taką rodzinną tradycję, że zawsze co najmniej jeden znicz ląduje na pustym, zaniedbanym grobie, gdziekolwiek).

PS: Biorąc pod uwagę to, jakiej muzyki słuchają dzieciaki i jak bardzo jest to disco polo, zastanawiam się, co leciało na Balu Wszystkich Świętych w naszej szkole?
10:21, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 października 2016
Koncertowo dzisiaj - poszliśmy na God's Favorite Drug do knajpki o nazwie Pan Majster. Ogólnie - pub taki sobie, jeszcze daleka droga przed nim, mało miejsc siedzących, brak realizacji pomysłu (ale barmani we flanelowych koszulach to fajny pomysł). Shoty robią fajne, niestety - w piwie czuć wodę.
Spotkaliśmy się z gratkowym Wilkiem (kilkunastoletnia znajomość, a nadal nie mam pojęcia, jak ma na imię...), więc od początku wiadomo było, że trzeba trzymać poziom intelektualny.

Koncert... Hm, znowu zaskakuje mnie siła głosu Olka. On sam raczej do potężnych nie należy, ale ten głos zadziwia. Właściwie cokolwiek bym chciała napisać, to już napisałam przy okazji poprzednich występów, że miło, że przyjemnie, że grają tak, że człowiek głową przenosi się do lat dziewięćdziesiątych, które muzycznie były chyba najlepszymi w historii. Jest prawie tak, jakbym miała znowu naście lat, ale bez tych wszystkich problemów, jakie mnie wtedy osaczały.

Potem poszliśmy sobie przez Katowice - dotarliśmy do knajpki Drzwi Zwane Koniem, czy jakoś tak - i tam czułam się naprawdę dobrze. Są takie miejsca, gdzie od razu czuję się na swoim miejscu.

Tak na temat własnego miejsca - mam je w końcu w swoim domu. Od razu inaczej się czuję. Tak, tym miejscem jest kuchnia i to wcale nie jest śmieszne. Tę kuchnię powolutku urządzam tak, żeby była bardzo moja. Plakat z dzisiejszego koncertu zawiśnie na ściance. A potem powolutku, dojdą do niego inne. Ale nie dziś, nie teraz.
02:28, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 26 października 2016
Oczywiście zapomniałam zrobić zdjęcia na pamiątkę, że taka fajna nam św. Agata wyszła. Ale to nie jest ważne. Wracając ze szkoły, zadzwoniłam do Margolci, chwilę porozmawiałyśmy i przyszła do nas taka myśl, że tak naprawdę dzieciaki kopiują Halloween nie dlatego, że to takie super, tylko dlatego, że wiara katolicka nie daje alternatywy. Z tego punktu widzenia bale Wszystkich Świętych są jak najbardziej w porządku. Dzieci lubią się bawić, a co oferował im dotychczas katolicyzm?
Przemarsz przez cmentarz, z popłakującymi, melancholijnymi rodzicami (zwłaszcza, jeśli w tym roku pochowało się kogoś bardzo bliskiego). Tzn: ja to zawsze lubiłam, ale lubiłam też z innego powodu. Moja rodzina pierwszy dzień listopada świętuje prawie, jak Wigilię. Taki nasz wstęp do świąt Bożego Narodzenia. Spotykamy się u Cioci. Żeby nie skłamać, tak z dwadzieścia osób w jednym mieszkaniu. I naprawdę jest ciepła atmosfera (to mieszkanie jest większe, niż te, w którym byłaś, Lee), jest hałas. Nasze święto Wszystkich Świętych to prawdziwie rodzinna impreza. Dlatego je uwielbiam. Pomijam już klimat cmentarza, zapach zniczy (poza tym rokiem, kiedy modne były zapachowe), szczególnie późnym wieczorem (Kat <3).

Spotkała mnie przykrość, z którą chwilowo nie umiem sobie poradzić. Jana miała w przedszkolu przyjaciółkę, Karolinkę. Teraz Karolinka jest w pierwszej klasie (skorzystała z możliwości powtórki bez wpisu). Jest dzieckiem... Hm, trudnym? Nie, bezstresowo wychowanym. Nie podobało mi się wiele jej zachowań, bywała agresywna (doprowadziła do tego, że moje dziecko, które nigdy się nie biło, popchnęło ją w szkole, bo nie wytrzymało), ale to była Janki przyjaciółka i nie uważałam, że muszę wkraczać w tę sferę. Jednakże Babcia obgadywała Karolinę przy Jance. Że taka głupia, nienormalna i tak dalej. No i dzisiaj Jana, przy Karolinie i jej mamie wypaliła z tekstem: "Mamo, lubisz Karolinę? Bo ja nie!".
W życiu nie czułam się gorzej. Powiedziałam jej tylko, że nie podoba mi się takie zachowanie i porozmawiamy o tym w domu. Tyle, że muszę porozmawiać też z Babcią, bo obecnie non-stop najeżdża na Wiki, kolejną przyjaciółkę Janki. Bo Wiki jest energiczna, hałaśliwa, Janka kopiuje jej zachowania.
W efekcie skończy się tak, że Jana będzie samotna, bo Emi (tak, tak, nawet mądra i wygimnastykowana Emilka z głową pełną pomysłów) też nie podoba się Babci. Nikt się babci nie podoba. Chwilami mam wrażenie, że Janka jest dla niej córką, jakiej nigdy nie miała i chciałaby z niej zrobić kobietę doskonałą. Taką wiecie - spokojną stateczną, dobrą gospodynię domową (tak, ale wszelkich prac kuchennych Jana uczy się u mojej Mamy, ewentualnie w domu, bo Mama Lenia w tej kwestii traktuje Jankę jak dziecko). A Jana taka nie jest, nie będzie, nie ma szans. Ma moje geny, mój charakter. To dziecko, do którego trzeba podchodzić naokoło i jeśli się chce uzyskać jakiś efekt, to też nie bezpośrednio.

A jeszcze boję się tego, że Jana zacznie się wstydzić swoich rodziców/dziadków przed znajomymi i znajomych przed nami. I rozdzieli te dwa światy grubym murem, że w końcu nie będziemy wiedzieli, kim jest poza domem.
16:52, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 października 2016
Ostatnio spotkałam się z krytyką krytyki macierzyństwa. Był jakiś tam wpis na temat tego, jak wygląda macierzyństwo "bez upiększania". Taki widok w krzywym zwierciadle. Mnie po prostu rozbawił, pokiwałam głową, że bywało tak (chodziło konkretnie o macierzyński). Dowcip polegał na tym, że pisała go matka trójki dzieci, więc raczej nie osoba, dla której czas po urodzeniu dziecka był szokiem, tylko zaprawiona w bojach matka.

I posypało się, że przesadza, że co ona pisze. Że każda z osobna to miała taki wspaniały urlop macierzyński, że dlaczego nie pisze się o tym, co dobre...

Zauważyliście, jak trudno pisze się o pozytywnych rzeczach? Z jaką łatwością przychodzi nam narzekanie i obracanie tego w żart?
Pisanie o dobrych stronach czegokolwiek - bycia w związku, bycia matką, zawsze haczy o patos. O taki brzydki, płytki, cukierkowy patos, przez który czytelnicy rzygają tęczą.

To nie jest tak, że nie kocham. To jest tak, że pisanie zmienia proporcje. Jeśli piszę o czymś złym, staje się to bardziej oswojone, mniej złe. Jeśli piszę o czymś dobrym, staje się to mniej dobre, bardziej banalne.

Chrześcijanki wypowiadają się w kwestii Natalii Przybysz, że nie można jej hejtować.
Jasne, nie można. Ale ja jej nie hejtuję, tylko wyśmiewam. Bo jak osoba, która usuwa ciążę z powodu sytuacji życiowej może jednocześnie pokazywać swoją twarz na plakatach promujących ludzkie traktowanie zwierząt. Przecież ludzie, którzy wyrzucają psy z domu, też mają swoje powody, aby to zrobić i też mogą się zawsze tłumaczyć sytuacją życiową. I ludzie, którzy kupują tanie karpie, o których wiedzą, że te karpie cierpią, bo są transportowane w złych warunkach i dlatego są takie tanie, też mają wytłumaczenie. Bo ich np: nie stać na karpia z prawdziwej hodowli.
I tak samo ci, którzy kradną. No, sorki, potrzebne mi jest tak z pół miliona, rąbnę komuś, gdybym miała te pieniądze, to na pewno moja sytuacja byłaby stabilniejsza.

(Gówno prawda, od pieniędzy nie stałaby się stabilniejsza, bo sama jestem niestabilna)
To nie jest hejt. Grzesznych należy upominać. I to właśnie dobrzy chrześcijanie powinni zrobić tak, jak ich wiara nakazuje. Jeśli nie zrobią to oni, zrobią to bezlitosne internety.

A matki-chrześcijanki niech nie mówią za dużo, jakim złem jest aborcja, dopóki nie będą musiały patrzeć na cierpienie swojej córki/wnuczki. Wnuka, który urodzi się chory.
Bo nikt nikogo nie może zmusić do świętości. Nikt nikogo nie może zmusić do bohaterstwa. Męczennikiem nie jest się na siłę, tylko z własnej woli.
18:49, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 24 października 2016
Ostatnio (heh, przed chwilą) przeczytałam artykuł o tym, że ludzie zamożni izolują swoje dzieci od realnego świata, wyznaczając granicę poprzez posiadanie kasy.
Że niby nie zdają sobie sprawy, że 1500zł zarabia nie tylko patologia, ale też np: magazynierzy (bardzo użyteczny zawód, wprawdzie niewymagający jakiegoś większego zaangażowania, czy wiedzy, ale co pokolenie, to ma większe problemy, bo ludzie po maturze nie potrafią czytać i pisać, takie moje spostrzeżenie), pracujący uczciwie.

A ja się tak zastanawiam. Wszyscy wiecznie płaczemy, żeby podnosić stawki, żeby podwyżki, żeby zarabiać więcej. Sami zachowujemy się, jak jakaś pieprzona patologia. Robimy z naszych zarobków jakieś nie wiadomo jak niskie zasiłki, twierdzimy, że na nic nam nie starcza, że żyjemy na skraju nędzy.

Nie, nie żyję na granicy ubóstwa. No, dobra, zarabiam więcej, niż 1500zł. Mój mąż jeszcze więcej (i, jak tak sobie patrzę, to łał, zbliża się do średniej krajowej, gratulacje, Samcze!). To dużo na trzy osoby. I nie chcę tutaj powiedzieć, że nie powinniśmy łazić po podwyżki (sama chodzę, ile razy mi się przypomni jakiś powód, dla którego powinnam być wynagrodzona. Skuteczność mam znikomą, ale próbować warto...), ale róbmy to, do cholery jasnej, z godnością. Nie płaczmy o kolejny grosz, tylko powiedzmy - helloł, panie władzo. Jestem dobrym pracownikiem, mam rodzinę, którą muszę utrzymać, w pracy daję z siebie wszystko, proszę to docenić nie tylko dobrym słowem.

A nie tak, że bo ja nie mam, bo mi nie starcza, bo jestem taki biedny...
13:59, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 października 2016
Pani Natalia Przybysz niestety, popełniła największy błąd, jaki się dało.
Jej tłumaczenie, że dziecko nie mieściło się w mieszkaniu, w życiu, że nie miała już na nie czasu jest dokładnie tym, co spowodowało, że katole próbowali przepchnąć całkowity zakaz aborcji w naszym kraju. Na dodatek jej słowa, że to taki łatwy, prosty zabieg. Że świetna opieka.
Spoko, może tak jest. Ale to jednocześnie próba rozgrzeszenia tych kobiet, które usuwają "bo tak".
Ona miała na to kasę. Kto bogatemu zabroni?
Tyle, że jej wypowiedź nie jest żadną podporą dla naszej sprawy. Mogła trzymać mordę na kłódkę.
Jej wypowiedź to próba zaistnienia. Ma podobno świetnego faceta. Taki on świetny, że nie potrafi gumy użyć?
Że nie potrafi sobie odmówić seksu w dni płodne?
Że nie potrafi 69?
Noż, kurwa, seks to nie tylko wpychanie penisa w pochwę, drodzy panowie.
To mnie właśnie rozwala, że ludzie są tacy nowocześni, antykoncepcja, pigułki przed, po, aborcja na życzenie. A w sprawach seksu tak naprawdę są na etapie jaskiniowców. Walnąć w łeb, poruchać i załatwione.

Tak poważnie - to najlepszą formą antykoncepcji jest fantazja. I bynajmniej nie chodzi o to, że fantazjuję o seksie :).
11:07, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
sobota, 22 października 2016
Chwilami uspokaja się między nami, nic nie uwiera, nic się nie pruje.
Próbuję przyzwyczaić się do tego, że zawsze będzie tak, że może coś się popsuć. Na szczęście - chwilowo.
Potem wszystko wraca do normy. Jesteśmy jak ta para z obrazka, gdzie dwoje sfochowanych ludzi siedzi obok siebie, ale kiedy zaczyna padać deszcz, to jedno wyciąga parasol i osłania drugie.

Właściwie nie mam czego się bać.
I jednocześnie boję się wszystkiego. Zniosłam ten tydzień, bo był trzydniowy. W wyniku słabej komunikacji ze zmianową miałam dwa dni wolnego (i wyszło mi to na dobre).
Umiem jeździć autobusem.

Lubię się przeglądać w jego oczach, lubię kiedy na pytanie: "Co dziś oglądasz?" Odpowiada: "Ciebie".
Lubię, kiedy rozmawiamy przez telefon, wtedy ma taki specjalny głos.

Gdzieś po drodze zgubiłam sens* tej notki. Chyba chciałam o tym, że po piętnastu latach może być dobrze. Może być tak, jak chciałoby się.
Bo wiecie - na początku jest fascynacja nowością.
A potem - jest dokładnie tak, jak sobie na to pracujemy.

Słucham Alanis Morissette - "Supposed former infatuation junkie" - cholera, każdy z wyrazów rozumiem, wydaje mi się, że rozumiem całość, ale nie potrafię przełożyć tego na polski.
Help?
Nadal wsłuchuję się w mowę Ukrainek w pracy, Samiec kiedyś mówił, że ukraiński jest takim twardym językiem, a dla mnie brzmi to jak śpiew, tak miękko i łagodnie.

Im jestem starsza, tym lepiej czuję się w swojej skórze.

*Oczywiście, napisałam "seks"...
22:43, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 15 października 2016
Są też dni, kiedy mój mózg działa jak sprawna maszyna. Może to przez te leki na serce, ale wcześniej też tak miewałam. W te dni, kiedy inny kobiety narzekają głównie na PSM, ja czuję, jak wyrastają mi dodatkowe zwoje. Jak zaczyna działać pamięć krótkotrwała tak, że sama siebie zaskakuję.
O, dziwo - jestem spokojna. Ludzie mówią, że mam zły humor, a ja po prostu nie mam żadnego humoru. Nie mam emocji. Staję się bytem intelektualnym i nie podoba mi się, kiedy ktoś przerywa moje procesy myślowe. Wtedy powstają najlepsze pomysły na historie, wtedy pracuję najwydajniej (ok, w tym tygodniu mniej, bo jednak trochę oszczędzałam siły, żeby się nie forsować).

Można mówić sto razy dziennie, że się kogoś kocha, a tak naprawdę czujemy to najmocniej, kiedy się o tego kogoś martwimy. W piątek nad ranem wracałam do domu autobusem, bo Samiec nie odebrał telefonu. Tysiąc myśli na sekundę, po minięciu granicy Siemianowic - atak paniki.
14:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
wtorek, 11 października 2016
Naprawdę, ciężko mi być przyjaciółką z kilku powodów. Część z nich uzależniona tym, jak się zachowuję wobec ludzi, a część tym, jak ich odbieram.

Mam nerwicę. Wiem, co sądzą normalni ludzie. Że to tylko wymysł, że nie mam większych problemów, posprzątaj trochę, to ci ulży, pobiegaj sobie. Już pominę to, że pracę mam fizycznie naprawdę wykańczającą chwilami i nie mam siły na wysiłek fizyczny, kiedy wracam do domu. I pominę to, że nienawidzę porządku (choć przyznaję, całkiem ładne mieszkanie mam, jak wywaliłam milion worków z różnymi sentymentami, jednak nie pomogło to na nerwy, bo serce dawało mi w dupę właśnie wtedy, kiedy już był porządek). Lubię sprzątać, ale sprzątać tak od stóp do głów, na kolanach, a na to zwykle nie mam siły. Tylko ten porządek mnie jakoś tak przeraża.
Do rzeczy. Jestem w związku z tą nerwicą nieuważna. Ludziom może się wydawać, że nie słucham (fakt, czasem nie słucham, ale słyszę. Nie słyszę słów, tylko emocje, to naprawdę dobija), że olewam. Uwierzcie - nie olewam, zapamiętuję.
Pamiętam, o czym mi się zwierzaliście miesiąc, rok, dziesięć lat temu. Oczywiście, nie myślę o tym cały czas, ale zdarza mi się wtrącić w rozmowę: "Tak, wiem, już mi kiedyś mówiłaś/mówiłeś." Bardzo często przerywam. Zadaję milion pytań i sugeruję drugi milion rozwiązań, kiedy ktoś chce tylko się wyżalić.
Nie mam Aspergera. Ludzie z Aspergerem mają problemy, bo nie doświadczają wyższych uczuć. Ja, niestety - doświadczam. Nawet w nadmiarze, swoje i cudze.

Poza tym lubię czasem palnąć coś głupiego. Rozładować napięcie durnym tekstem. Mieć dziwne skojarzenia. Nie jest to zbyt pomocne, kiedy ktoś opowiada o tym, co go boli. Nie wszyscy mają czarne poczucie humoru. Cóż. Moje poczucie humoru ma żałobę na wieki wieków. Nie poradzę nic na to, dlatego czasem wolę milczeć, dlatego czasem ludziom się wydaje, że jestem idealnym wysłuchiwaczem ich zwierzeń.

Nie jestem. Za bardzo lubię pisać i zbyt wiele elementów tych opowieści umieszczam w moich pisadłach. Na blogu nie opisuję, wiadomo, w tej chwili właściwie cały świat ma do niego dostęp. Nie chcę pójść siedzieć za zdradzenie tajemnic. Nie chcę zawieść czyjegoś zaufania.

Nie lubię się zwierzać. Nie jestem zamknięta w sobie, a przynajmniej nie pozornie. Dużo gadam, nawet gadam o bolączkach, ale ani połowa z tego, co mnie naprawdę trapi nie wychodzi poza ściany mojego domu, bo jedyną osobą, która wysłuchuje wszystkiego, jest Samiec.
Ale zauważyłam jedno. Jak bardzo upokarzające jest stwierdzenie: "Co znowu?", kiedy próbuję z kimś rozmawiać poważnie, na dodatek z kimś, do kogo mam zaufanie. Czuję się wtedy, jak gówniarz, który sobie coś tylko wymyślił. Który robi z igły widły. I owszem, takie zachowania toleruję u Kat. Może ona też podczas moich zwierzeń ziewać, sprawdzać fejsbuka, czy wysyłać smsy.
Tylko, że to jest coś innego.
Spotkałam się z taką wypowiedzią w związku z tym moim sercem (wyniki badań krwi wszelakich, łącznie z tarczycą i elektrolitami - idealne!!!), nigdy wcześniej nie miałam problemów z sercem, zazwyczaj z głową. I to "znowu" mnie ubodło.

Raz na zawsze postanawiam sobie kolejny raz nie wracać do tej znajomości na poważnie. Możemy pogadać, pośmiać się. Nie chcę się narzucać, ma swoje problemy, pewnie większe, niż moje (za to Janki wyniki takie dosyć średnie...). Mieć to w dupie.

Wiem też, że nie będę potrafiła.
Tyle, że w tej chwili nie mam ochoty potrafić.
Takie rzeczy bolą bardziej, niż "Nie mam czasu/ochoty".
17:25, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 października 2016
Żeby nie było: nienawidzę cwaniaków. Taka moja zawiść, że ja nie potrafię, że jeśli coś robię, to na 100%, że nie wykorzystuję ludzi (poza tymi, którzy mnie kochają:*).

Ale spojrzałam na to od innej strony. Większość z nas pracuje uczciwie. Zapierdalamy jak dzikie osły. Owszem, próbujemy sobie ułatwić pracę. Jak to powiedział mój dyrektor: "Nie oszukujmy się, każdy z nas robi tak, żeby jak najmniej się narobić, a jak najwięcej z tego mieć." Nie chciałam mu psuć ideologii, mówiąc, że owszem, tyle, że jeden sobie wymyśli system, który usprawni pracę, a drugi zwali swoją część na innego.

Spojrzałam na to pod kątem inteligencji i jej wykorzystania. Ile czasu marnujemy w pracy, bo nie robimy nic, co by nas rozwijało? Co by w jakiś sposób wpływało na zdobywanie nowych umiejętności lub poprawianie tych, które już posiadamy? Co najmniej osiem godzin dziennie.
A teraz spójrzcie na chłopaków spod budki. Oni mają czas na rozmowy, na refleksje, na nawiązywanie i zacieśnianie kontaktów międzyludzkich. Oni to dopiero mają znajomości. Ich życiowe plecy są takie, że najbardziej ustawiony pociotek prezesa mógłby im pięty lizać.
I na dodatek to, jak zdobywają wszystko to, co może im pomóc w egzystencji też jest rozwojowe. Wyczajanie i załatwianie zasiłków, nie zasiłków, zbiórka surowców wtórnych, obrabianie wagonów z węglem. Myślicie, że to takie hop-siup? Że to jest w jakikolwiek sposób łatwiejsze, niż wydzwanianie do ludzi i sprzedawanie im polis, których nie potrzebują? Różnica jest taka, że im tego źródła dochodu nikt nie zabierze. Jeśli wyrzuci się ich z jednego pustostanu, znajdą inny. To też element ich egzystencji.
I jeszcze jedna rzecz - oni zawsze mają z kim się napić. A my?

Dzisiaj lekkie załamanie. 7 lat temu wjeżdżałam na salę operacyjną. Może już byłam po znieczuleniu, nie pamiętam. Wiecie, ile rzeczy już zapomniałam?
Ale nie zapomniałam, jak bardzo rozpłakałam się, kiedy usłyszałam płacz dziecka. Powiedziałam tylko: "Tamto nie płakało." I, jak spytali, jak dam na imię córce, to że - Janina.
Dzisiaj było nieco lepiej. Rano działał Nebilet, teraz wzięłam Hydroksyzynę.
21:53, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 października 2016
W końcu wybrałam się do lekarza. Nie to, żeby jakoś wpływały te dziwne przerwy w biciu serca na moją kondycję, ale drażniło, kiedy nagle czułam takie rzeczy w swoim ciele.
Pierwszy szok to pomiar ciśnienia - 139/90. Normalne miałam 90/60, więc coś jest nie tak. Ale wiadomo, słabo przespana noc, nerwy u lekarza (nienawidzę czekać, fakt, kolejki nie było, ale i tak nerwica zaczynała mi się włączać).
Drugi - że na dobrą sprawę ani podczas osłuchiwania, ani na EKG nic nie wyszło. Noż, cholera jasna, jedno małe, dodatkowe uderzenie, ale pani doktor powiedziała, że niegroźne. Dzięki temu, bez problemów dostałam skierowanie na dodatkowe badanie krwi i do kardiologa.

Boję się. W głowie oczywiście miliony złych myśli, a tak starałam się już nie martwić, wychodzić bezboleśnie z domu. A tu znowu. Staram się nie przejmować. Może to rzeczywiście potas, magnez. Może nerwica jeszcze ostatnimi podrygami próbuje zmusić mnie do życiowej pasywności. A może to np: nerki.
15:18, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 października 2016
Dzisiaj dzień wielkiego strajku kobiet. Poszłam do pracy, mimo wszystko, nie wiem, czemu, nie miałam nawet ochoty nie iść.
Ubrałam się na czarno jedynie, ale wątpię, by ktokolwiek zauważył.
Ta sprawa dotyka mnie mocno, jestem przeciwniczką aborcji na żądanie (nawet miałam iść w czarnej koszulce "Shoah" Luxów, tak dla kontrastu), ale jednocześnie wiem już, jak dziwnie mogą się potoczyć ludzkie losy.

Dwie imienniczki, w podobnych sytuacjach, jedna połamana, samotna, zapłakana, zapętlona, druga twarda, choć wrażliwa, tworzy siebie na nowo, nie przekreślając. Można w różne sposoby reagować, można próbować być dalej sobą, niezmiennie, ale życie nas zmienia, dbamy tylko o to, aby zmiany wychodziły nam na dobre.

Pamiętam, jak cztery lata i pięć miesięcy temu wracałam z zoo w Opolu i zajrzałam na facebooka, a potem płakałam, że znowu, że tak nie może być. Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, jak to jest być niezniszczalnym, żeby wiedział, jak bardzo można żyć z popękanym sercem i martwymi wspomnieniami.
20:12, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 września 2016
I wpis na jednej ze stron, że dla komfortu podczas seksu ważniejsza jest pewność, że partner nas nie zostawi, że dziecko nie rozbije związku, niż to, żeby nie zajść w ciążę.
A, ku ku.
Ważne jest, aby czuć się bezpieczną, bo chociaż za Samca jestem pewna, wiem, że dziecko nie zmieniłoby nic na gorsze, to jednak nie zajdę w ciążę, bo boję się o własną dupę. I tyle. Dlatego dzień antykoncepcji świętuję.

Nadal nie wychodzę, jeśli nie muszę i to mnie gryzie. Chciałabym, na przykład, zaskoczyć Janę i przyjść po nią do szkoły.

I nie umiem się na to zdobyć.
19:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 września 2016
Czytam sobie posty w grupie kobiet, które przeszły/mając zamiar rodzić przez cc.
Nazywają to czasem "zabiegiem".
Niektóre opowiadają, jakie to super.
A ja jestem zdziwiona.
Dla mnie to koszmarne przeżycie, nieporównywalne zupełnie z naturalnym porodem.
Wiem, jestem szczęściarą, bo naturalny u mnie trwał te marne dwie godziny. Nawet licząc od skoku temperatury - niecałe cztery, a skurcze przecież wyszły dużo później.
Ale to było działanie. Nawet, jeśli polegało na hamowaniu. Nie przyj. Jeszcze nie przyj, bo się rozerwiesz. Jeszcze wytrzymaj. Oddychaj powoli, oddychaj szybko.
Jeszcze jedna porcja skurczy i będziemy przeć. Spojrzałam na zegarek, było wpół do siódmej. Pomyślałam, że phi, do północy urodzę.
Urodziłam o 18:49, 11 minut przed końcem zmiany. Cała zmiana przeżywała to potem ze mną, nie rozeszli się do domów.

A cesarka? Bezczynność połączona z przeświadczeniem, że nie przeżyję tej operacji, z myśleniem, że wolę umrzeć, niż żeby moje maleństwo umarło...
Nie, cięcie było przeżyciem, które pozbawiło mnie ochoty do rozmnażania.

Dlatego zakładanie, przy pierwszej ciąży, że nie chce się naturalnie rodzić, uważam za przejaw nieświadomości. Bo może być - nie lekko, pojęcie lekkiego porodu wymyślił mężczyzna, żaden poród nie jest lekki, ale bywają krótsze. Może więc być krótko - od dawna ból rozkładam w czasie, nic nie trwa wiecznie, niezależnie od tego, czy jest dobre, czy jest złe.

Cieszę się, że spróbowałam.
20:50, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Oj, jakie ciężkie jest pisanie po jednym kieliszku, ale muszę.
Musze.
Tak dokładniej. Pamiętacie ten tekst Hey?

Wczoraj, po skręcaniu szafy (okazało się, że trzy półki zostały w Interkomisie, dobrze, że Samiec pojechał je odebrać, mam teraz trzy wolne półki, bo pogodzona ze stratą upchałam wszystko na pozostałych) układałam ubrania.
Usłyszałam niskie, wściekłe bzyczenie. Coś, jakby mała kosiarka. Patrzę, a to muszysko. Wielkie, czarne, paskudne.
- A., weź Raida i zabij tę muchę.
Samiec dorwał ją w pokoju. Popryskał, zmieniło się natężenie bzyczenia, paskudztwo dostawało przyspieszenia, jakby próbowało z siebie zrzucić truciznę, hamowało, obijało się o ściany.
Wleciało do przedpokoju, wpadło za koszyk z rzeczami od Żujki.
Zaczailiśmy się, mucha wyleciała prawie wyszła na czołówkę ze mną, potem z Samcem. Kolejna dawka Raidu, znowu ten wściekły taniec.
Cisza.
Delikatne, szybkie pobzykiwanie. Zlokalizowaliśmy ją w kieszeni kurtki Samca. Mój mężczyzna obił tę kieszeń, a kiedy przestał, cholera wyleciała z kieszeni.
Ilość brzydkich słów w powietrzu przekraczała stężenie środka owadobójczego.
Którym Samiec znowu popryskał powietrze. Mucha poleciała pod sufit i kiedy już, już wydawało się, że wreszcie zdechnie, bo brakowało jej sił na wydawanie odgłosów, dostała się do plafonu i tam pobzykiwała, wykorzystując właściwości do polepszenia akustyki.
Z doświadczenia wiem, że mogła tak jeszcze trzy dni koncertować.
Chwała Bogu, Samiec napryskał Raidem do wnętrza lampy i insekt wyzionął ducha.
Chyba.
W każdym razie wczoraj jeszcze nie żyła.
I dzisiaj rano też.
00:14, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 września 2016
Zaliczyłam dzisiaj dwugodzinny spacer tylko dlatego, że nie miałam biletu. Jasne, łapały mnie duszności, ale było mi dobrze. W tym tygodniu w ogóle czułam się inaczej.
Odzyskuję siebie.
Zaczynam się cieszyć życiem, dostrzegać w nim coś zupełnie innego.

Robimy totalne przemeblowanie, oczywiście idzie nam opornie - bo zgodnie z naszym życiowym postanowieniem nie marnujemy urlopu na remonty, tylko odpoczywamy, więc od dwóch tygodni dzień w dzień, po jednym meblu, po kawałeczku i tak do przodu. W końcu będę miała szafy w przedpokoju, w końcu odsłonię ściany w pokojach, w końcu Janka ma swój półpokój, w końcu ja mam swoje miejsce w tych 72 metrach.

Za chwilę zbieram się do skręcania ostatniej szafy, więc jeszcze tylko napiszę:
Ludzie rzucają mi wyzwania, a nie potrafią przegrywać.
I jeszcze to, że jest różnica między tym, że ktoś jest po prostu miły, a tym, że potrafi być miły.
Ja, na przykład, potrafię być miła w sprzyjających warunkach i przy silnej współpracy. Ale potem włącza mi się jędza i nie umiem zatrzymać, jeśli ktoś mnie prowokuje. Tak, jak u niektórych ludzi depresja jest nie do opanowania, tam u mnie gniew, czy wredność.
I choćbym nie wiem, jak się starała, nie da się.

Janka zrezygnowała z zajęć muzycznych, które miała z nią prowadzić nasza sąsiadka. Dziwne, bo Gabi była jedną z pierwszych osób, które potrafiły wydobyć Janę z nieśmiałości...
17:57, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 września 2016
Ostatnio jedna z rzeczy, która nas najbardziej śmieszy, to naiwność władzy.
Jedna to rzecz z zakazem aborcji. Niby to taki ukłon w stronę kościoła, ale czy aby na pewno?
Ile nienawiści powoduje właśnie względem kościoła ta nowa ustawa. Agresję przede wszystkim. Jest totalnie głupia, ktoś chciał to mądrze napisać, ale daje zbyt dużo możliwości interpretacji prawa, abyśmy my, kobiety, nie czuły się zagrożone. I tak samo czują się niektórzy lekarze. Uwierzcie mi, niby w śmierci Olafa nie było mojej winy, ale na upartego - ktoś mógłby się przyczepić, że do tego doprowadziłam, kiedy wyszłam ze szpitala "dla zaczerpnięcia oddechu", choć powinnam była leżeć. Że wyjście na spacer to było za dużo. Że mogłam wcześniej zgłosić się, że znowu brzuch mi się napina. Rozważam to setki razy.
Niepotrzebnie.
I podejrzewam, że część kobiet, które poroniła, też tak myśli. A wyobraźcie sobie, że są suki, które udają przyjaciółki, a potem doniosą, bo wiedziały o złym samopoczuciu kobiety i wiedziały, że o jeden dzień za długo poczekała. Co za problem potem donieść na nią?
Co za problem donieść na lekarza, który mnie wtedy wypisał, bo tak płakałam, że już chcę do domu, choć wiedział, że wiąże się to z ryzykiem?

Druga rzecz to te wolne niedziele.
Owszem, uważam, że każdemu człowiekowi należy się dzień wolnego w tygodniu. Ba, ja nawet uważam, że dwa dni i tego, wobec mojej osoby, skutecznie się trzymam. W miarę skutecznie, bo zrobiłam ze trzy dodatkowe dni w tym roku.
Ale narzucanie jednego, konkretnego dnia, to znowu ukłon w stronę ePiSkopatu. Bo przecież takie samo do wolnego, w wolnym, nieuregulowanym religią kraju, jakim podobno jesteśmy, ma Żyd - w sobotę. Jest jeszcze mniejszość muzułmańska, która ma ten swój Ramadan. Co z nimi zrobić?
Efektem tego (oczywiście mogę się mylić, fajnie byłoby się pozytywnie zaskoczyć na podejściu ludzi do zakupów :)) będą Przejebane Soboty, po których pracownicy sklepu będą nienawidzić idei wolnej niedzieli. Stałam sobie dzisiaj w Biedrze. Niby jest normalna sobota. Wózki wyładowane fchuj, nie da się tego inaczej określić. Nie, nie żarcie grillowym z okazji pogody. Żarciem niedzielnym. Dodałam w myślach tych, których spotkam jutro, z wózkami wyładowanymi żarciem na poniedziałek. Powstał jeden wielki, nieogarniony syf. I to nie jest tak, na moje laickie oko, że przed dniami wolnymi market nadrabia straty spowodowane zamknięciem w święto. To, co wtedy panuje (rzadko bywam, to nie na moją fobię społeczną), to chaos, aż dziw, że jakiś bóg nie stworzy sobie z tego nowego świata. Ludzie zostawiają za sobą pobojowiska. Straty sięgają chyba zenitu, bo kiedy widzę półki z poniszczonymi produktami, to coś mnie trafia.
Do tego dochodzi obsługa sfrustrowanych kolejkami klientów. Pomyłki na kasach...

Dobra, kończę. Właśnie z głowy spadła mi jakaś mikroskopijna gąsienica. Idę pod prysznic, bo już mnie wszystko swędzi.
Byłam na rolkach. Łącznie może pół godziny, ale sama i jestem z siebie zadowolona.

PS: Podsumowanie miało być o tym, że coraz więcej ludzi rzyga tymi dobrymi zmianami, których spełnianie partia rządząca uważa za swój obowiązek.
14:48, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53