Skopiuj CSS
sobota, 24 czerwca 2017
Dziewięć godzin w pracy, trzy godziny snu, potem trzy jeżdżenia (zawieźć psa, odebrać dziecko) i w końcu dotarliśmy do Zoo w Opolu, po raz trzeci. Ostatnio (pięć lat temu) zostaliśmy tam zaskoczeni przez fakt, że mój brat ma dziewczynę, którą zdecydował się zacząć przedstawiać rodzinie - dziś byli z nami już jako mąż i żona, oraz rodzice dwójki dzieciaków.

Zoo w Opolu to chyba nasz ulubiony obiekt tego typu, a dziś jeszcze na dodatek widzieliśmy tam mrówkojada olbrzymiego i rosomaka.

Nieoczekiwanie (muszę o tym wspomnieć), Młoda dała się namówić na gotowaną kukurydzę. Jestem w szoku, ale szczęśliwa, bo nadal kombinowanie dla niej urozmaiconego menu jest koszmarem nawet dla mojej kreatywności.

Podejrzewam, że padnę na twarz, jak tylko wejdę w strefę przyciągania łóżka, ale warto było.

PS: Ostatnio spotkałam się z kumpelą z facebooka - mieszkałyśmy na jednym osiedlu, jesteśmy z jednego rocznika, okazuje się, że miałyśmy te same zabawy, a nie znałyśmy się zupełnie. Doszłyśmy do wniosku, że po prostu jesteśmy/byłyśmy strasznymi dziwadłami i to dlatego.

W robocie sytuacja taka, że najlepiej opisać to słowami z Ludwika: "Przy tym obrocie zdarzeń, co jeszcze nas czeka - bunt, strajk, siwy dym". Jest strasznie. Cieszę się z tego podwójnego mózgu, choć jest parę osób, którym chętnie oddałabym po kawałku.
21:20, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 czerwca 2017

Czasem ocieram się o chamstwo i głupotę taką, że mnie fizycznie boli. Ludzie nie mają wstydu, brakuje im jakiejkolwiek ogłady. W środę była u mnie kumpela na piwie, już czuję jak będzie po cichu mówione, że mi się wyplakala i dlatego trzymam jej stronę.

Mam zajebiście rozwiniętą intuicję. Wiem, komu ufać, ile razy liczyłam na podpowiedzi rozumu, tyle razy mnie zrobił w ciula. Jest bardzo złośliwy i tyle (zaraz pewnie przeczytam pytanie: który?). Dlatego wiem, komu ufać. 

Po przeczytaniu książki o macierzyństwie w Chinach przyszła pora na historię niewolnictwa na przykładzie pewnej rodziny. Przytłacza mnie rozmiar szczęścia, że jestem biała. Nie jakiejś dumy, ale ulgi.

Konkretnie rozpisze się na urlopie, bo cały ten syf nie daje mi spokoju. Do tego czasu zbiore wszystkie dane.

01:10, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 czerwca 2017
Czasem powstają w mojej głowie dziwne pomysły. Niektóre dają się przełożyć na papier - i te lubię, inne są tak ironicznie życiowe, że się ich boję.
Te najbardziej nieprawdopodobne scenariusze spełniają się najszybciej. Kiedy Jany nie ma w domu, nie umiem spać, bo boję się, że gdy coś dzieje się poza zasięgiem moich rąk, nie mogę reagować.
Gdy nocuje w domu, nie śpię, bo ten drugi pokój oddzielony jest kuchnią od naszego i to jest tak strasznie daleko.

Moje bezpieczniki wrażliwości są przepalone. Poruszam się cały czas po niebezpiecznym świecie bycia matką. Gdyby nie to, że martwa nie mogłabym się opiekować moim dzieckiem, dawno umarłabym ze zmęczenia, albo chciała umrzeć.

Nie wiedziałam, że jest to tak trudne, nie wiedziałam, że będzie to naprawdę trwać całe życie.

Chiny są jednym z niewielu państw, gdzie wskaźnik samobójstw kobiet jest wyższy, niż mężczyzn. Odzierane z macierzyństwa nie mają nic do stracenia. Odzierane z posiadania córek - nienawidzą swojej kobiecości. "Wiadomość od nieznanej chińskiej matki" otworzyła mi oczy na bezmiar szczęścia, jakie mam, żyjąc w naszej kulturze.

Po bezsennej nocy nie mam siły na nic, a muszę do pracy. Po bezsensownej kłótni nie mam ochoty na kontakty z ludźmi. Ludziom nie da się pewnych rzeczy wytłumaczyć. Nie da się im wytłumaczyć, że odgórne zakazywanie i karanie nie zmieni wrażliwości. Chamstwo upychane do kąta będzie cechą elitarną, a o wstęp do klubu chamów ubiegać będą się wszyscy ci, którym kiedyś można było wytłumaczyć, dlaczego nie wypada.

Mam problem z tym moim mózgiem podzielonym na "wiem" i "czuję", na "współczuję" i "śmieję się". Ktoś, kto tego nie ma, nie zrozumie. Może rzeczywiście to nie jest nerwica, tylko rozszczepienie osobowości i powinnam to leczyć. Bo przecież nie jestem zła, niewrażliwa, czy coś.
Jestem podwójna. Może nawet dwulicowa.
I nie musi się to wszystkim podobać. Nawet nie dbam o to, czy wszyscy ci, których akceptuję bez zastrzeżeń, potrafią to zaakceptować i nie chcieć zmieniać.

To rodziłoby kolejne problemy w moim życiu, a życie to nie fejsbuk. Nie da się wyrzucić z pamięci ludzi, jak się wyrzuca ze znajomych. Zwłaszcza z mojego mózgu, który zachowuje się jak wielkie, nieuporządkowane archiwum, z którego wyskakują informacje, jak kartki z przepełnionych schowków.
Wczoraj rozmowa:
- No, ten reżyser "Sprzedawców", on jednocześnie grał tego (oczywiście Samiec powiedział kogo, wymienił też nazwisko drugiego aktora z pary), nie umiem sobie przypomnieć nazwiska...
(chwila tępego patrzenia w ścianę kabiny - najlepsze rozmowy prowadzi się, jak jestem w kąpieli)
- Wydaje mi się, że miał nazwisko na "S"...
Poleciał sprawdzić:
- A, miałaś rację, Smith.
;)
Nawet nie wiedziałam, że wiem, Samiec upycha te karteczki do moich szufladek, nawet o tym nie wiedząc. Faktem jest, że "Sprzedawcy" to jeden z moich ulubionych filmów. W sumie nawet nie wiem, dlaczego, przecież nie był wybitny, ale taki... Sympatyczny.

PS: ten straszny wpis mi ktoś usunął. Czuję się mniej więcej tak, jak wtedy gdy kazano usunąć mi zdjęcie profilowe z karmieniem Jany, że niby nagość promuję.
11:00, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 czerwca 2017
Nie ma drugiej rzeczy, która wkurzałaby mnie tak bardzo, jak flirtujące stare chłopy. Poważnie, jak jest stary i marudny, to znoszę bez bólu - najwyżej mu odpyskuję, ale wtedy to jest jego wina.
Ale taki miły, nadskakujący, kiedy nie rozumie mojego stanowczego "dość". Asertywność można o kant dupy rozbić, kiedy ktoś nie dopuszcza do siebie żadnego przekazu. Aluzje seksualne przy pewnej różnicy wieku są niesmaczne. Specjalnie nie piszę, że to tylko o wiek chodzi, bo mam nadzieję, że nasze półżarty i niedopowiedzenia małżeńskie nadal będą funkcjonować nawet, jak będziemy mieli po osiemdziesiąt lat. Nie czuję również wdzięczności, gdy ktoś chwali mój wygląd. Czuję wtedy niepokój. W sumie nie zależy mi na pochwałach w ogóle - wystarczy, że zwracają się do mnie z pewnymi zagadnieniami, wtedy czuję, że jestem w czymś dobra i to jest dla mnie ważniejsze. Nie lubię wylewnej wdzięczności, chyba że chwali mnie ktoś bliski. Np: Samiec. Wtedy puchnę z dumy.
Jednak w innych wypadkach pomagam bezmyślnie. Jakbym była wytresowana. Nikomu nie chcę imponować, no - chyba że sobie.

Co do tych miłych-niemiłych facetów - nie cierpię ich przylepności (i tu akurat wiek nie ma znaczenia). Nie lubię podszczypywania, nie lubię dotyku, w ogóle niech trzymają się z daleka. Moja przestrzeń osobista jest bardzo wyraźnie zaznaczona.

Kwestia zaufania nadal jest u mnie niepewna. Kiedy o nie zapytałam, utknęła jedna rozmowa. Tak naprawdę nie oczekiwałam deklaracji, bo sama nie wiem, czy można mi ufać, jeszcze nie wiem kim jestem. Ile we mnie jest moje, a ile nerwicy, nie jestem w stanie zdefiniować granicy na tyle precyzyjnie, żebym wiedziała, czy to co czuję i robię jest prawdziwe, czy tylko nakręcane strachem o wszystko.

Najgorszy jest paraliżujący strach, kiedy Jana lub Samiec są daleko, np: w drugim pokoju, bo przecież tam też może się coś stać. Za dużo książek przeczytanych, za dużo napisanych opowiadań, za bardzo pozwalam sobie na wyobrażanie, może powinnam zamiast świadomego snu ćwiczyć kontrolowane marzenia?

Bujam w obłokach, w odtwarzaczu: "Virus of life", you don't even know the danger you're facing...
21:21, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 czerwca 2017

Zazwyczaj jestem nastawiona do wszystkiego bardzo emocjonalnie, ale dziś, gdy popłakałam się na filmie dla dzieci, a właściwie po, wiedziałam, co to znaczy. Okres. Genialna maszyna do robienia wariatki z normalnej kobiety. Zaraz potem, jak już mam, jestem pełna energii, radosna, obolała, ale żywa, chyba w całym swoim cyklu nie mam takiego fajnego czasu, jak okres. Wszyscy czytelnicy mojego bloga wiedzą, że dla mnie trudne dni to owulacja, cała reszta jest do zniesienia, a ten tydzień to coś wspaniałego...

Przepiękne burze na Slasku, wiem, że są groźne, niszczą, ale wszystko jest takie chłodne i czyste. Ciepły deszcz, woda płynie po ulicy, zmieniając ją w rzekę. Aż czuję to, co znam z dzieciństwa, jak tworzy się strumień między palcami w sandałach, czuję jak gorący asfalt paruje. Siedzę w domu, a czuję zapach spragnionej ziemi...

17:57, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 czerwca 2017
Kiedy wspominam to, co robiliśmy za dziecka, włos mi się jeży. Tak naprawdę powinnam była nie żyć już kilka razy, jak zresztą większość tamtej paczki. Spadając ze starego zardzewiałego, carskiego mostu (na torach szerszych o męski chuj), z drzewa (wspinało się na sam czubek), do rzeki, przez którą prowadziły tylko zbutwiałe resztki mostu, przygnieceni płytami, z których robiło się drogi, czy wielkimi rurami. Rozjechani przez pociąg, spadając z Kontroli... Po zjedzeniu dzikich owoców, których nie byliśmy pewni, skacząc ze skałek w BEKI, pogryzieni przez bezpańskie psy i koty. Kleszcze. Po tężcu, bo przecież nikt nie dezynfekował rozciętej nogi, przykładało się babkę i tyle. Na zapalenie płuc, bo kto by tam wracał do domu z powodu jakiegoś bzdurnego deszczu, czy porażeni piorunem.

Coś jeszcze?
Tyle tego było, że kiedy wspomnienia (naprawdę przyjemne) wracają, zaczynam się bać o moją córkę. Jakie będą jej pomysły? Jak będzie potrafiła wykorzystać to, co daje jej nasze miasto?

Drewnianego mostu na Przemszy już wcale nie ma.
Ten zardzewiały, kolejowy chyba jeszcze jest, ale torów już nie ma.
Są trzy mosty kolejowe, nadal używane. Czasem przejeżdżam jednym z nich z Krakowa.

Dzieciństwo jest piękne, takie beztroskie.
11:58, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 czerwca 2017
Bardzo trudno niektóre sprawy wyjaśnić. Np: dlaczego, chociaż lubię chłód, nienawidzę upałów, chętnie chodzę grubo ubrana.
Widzicie, właściwie nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopiero po przeczytaniu pewnej książki dotarło do mnie, że to moja forma równomiernego nacisku. Są takie specjalne, ciężkie kołdry, ja zwykle zasypiam po kilkoma, jeśli śpię sama, musi być odpowiedni ciężar na mnie. Zazwyczaj wystarczą ramiona Samca (czuj się wykorzystany), ale gdy go nie ma, muszę sobie inaczej radzić. Dlatego też nie jest dla mnie problemem maszerowanie przy trzydziestu stopniach ciepła w grubym swetrze, o ile odczuwam taką wewnętrzną potrzebę. Po prostu. Muszę mieć przewidywalny bodziec dotykowy. Wiatr zaburza całą moją percepcję, tracę orientację i wpadam w panikę. Tak samo, kiedy ktoś mnie znienacka dotknie, nienawidzę tego. Samiec się nauczył, że lepiej ostrzec, bo potrafię podskoczyć, jak porażona prądem. Tak samo z Janą - ona nie chodzi, skacze, uwieszona ręki, co na mnie działa bardzo denerwująco i muszę ją uspokajać, co jednocześnie mnie dołuje, bo przecież nie chcę spokojnego, zrównoważonego dziecka, tylko chcę mojej małej wariatki. Kocham ją taką i próbuję sama się hamować, ale nie bardzo wychodzi. Na razie wypracowałyśmy kompromis - albo trzymanie łapki, albo skakanie.

Rozmowy o miłości z koleżanką natchnęły mnie do rozmyślań, jak to naprawdę jest, ile w nas miłość zmienia. Jeśli o mnie chodzi, to bardziej, niż "zmiana" pasuje tu "uświadomienie". Uświadomiłam sobie, że potrafię wiele rzeczy, że zasługuję - ale to nie jest tak, że uważam, że facet stworzył wartościową mnie, tylko że dzięki niemu sobie uświadomiłam, ile znaczę.

Jana wróciła, jak cudownie widzieć łzy szczęścia w oczach dziecka, kiedy wpada w ramiona rodziców. PS: Uważajcie, latając z Wizzairem. Lecą w ciula jak malowanie.
Scena pierwsza, przed odlotem do Londynu:
- Pani bagaż nie zmieści się do schowka, proszę iść za niego zapłacić.
Zapłacony bagaż mieści się w schowku, pieniądze zaginają czasoprzestrzeń.
Scena druga, po powrocie:
- Ten bagaż był opłacony (na bilecie jest wyraźnie zaznaczone, niestety - my nielatający, nie zauważyliśmy tej adnotacji).
Mama chce złożyć reklamację.
- Niestety, nie da się nic zweryfikować na lotnisku, proszę przez stronę.
Tak, że - nie popełniajcie naszego błędu, czytajcie, patrzcie na ręce, bo obsługa na pewno Wam nie wyjaśni, że na bilecie jest napisane, że macie prawo do wniesienia dużego bagażu na pokład.
21:51, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 maja 2017

Nie pomogło w uświadomieniu sobie nieuchronności śmierci. Zupełnie mnie rozbiło, nie byłam w stanie podejść do rodziny, coś mnie wmurowalo w ziemię. Patrzę na Samca i tak bardzo cieszę się, że jest żywy. Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać znaczenie telefonu z poniedziałku, że Grzegorz nie żyje. 

Na pogrzeb przyjechała delegacja w postaci wszystkich tych, którzy mogli. Rozmowy skupiały się na tym, co by powiedział, jakby był wśród nas.

Cholernie duże miał poczucie humoru. Zostawił po sobie pustkę. Teraz muszę się z tym przespać i przyzwyczaić do myśli, że doszła kolejna osoba, która będzie do mnie przychodzić w snach.

Mam nadzieję, że spotkamy się tam wszyscy kiedyś.

20:45, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 maja 2017
Czasami w życiu przychodzą momenty, w których brakuje słów, tak bardzo jesteśmy zaszokowani.
Na przykład, gdy umiera kolega z pracy, właściwie nasz rówieśnik. Wczoraj ciężko było cokolwiek powiedzieć. To nie jest tak, że ból nie pozwalał. Na ból jest jeszcze za wcześnie, jeszcze nikt w to nie wierzy, może po prostu UŻ walnął w poniedziałek, może miał wolne z grafiku, może...
Trudno tak nagle sobie uzmysłowić, że może kogoś zabraknąć już na zawsze, zwłaszcza że w planach mieliśmy wypad na Noc w Skansenie, jak zresztą w zeszłym roku, tyle że ostatnio było spontaniczne spotkanie pod bramą i...
No, właśnie, spontaniczne spotkania wychodzą lepiej.
We wspomnieniach na fb właśnie wyskakują mi zdjęcia stamtąd.

Prawdopodobnie będzie wielka bitwa o to, kto pojedzie na pogrzeb, bo większość ludzi chciałaby, pogrzeb to wyjątkowy moment, właściwie od wszystkich innych uroczystości człowiek się czasem wymiguje, ale nigdy od pogrzebu. Tzn: o cudzy mi chodzi, bo wiadomo, że na swoim raczej nie pojawiamy się z własnej woli. A jednak, pomimo iż ta uroczystość jest tak bardzo smutna (jeśli jakiś katolicki ksiądz Wam powie, że jest radosna, bo wiemy że ta osoba idzie do Boga, to wytłumaczcie mu, że rozstania są zawsze smutne, zwłaszcza, kiedy nie wiemy, za ile spotkamy się z tym kimś, kto odchodzi), to jednak wszyscy chcą. Jakby pożegnanie ciała było obowiązkiem.
Nie jest obowiązkiem, jest potrzebą duszy. Żeby dotarło do nas, że tego kogoś nie ma już fizycznie między nami.

A jeśli chodzi o duszę, to wczoraj o dziewiątej ktoś mnie obudził szarpaniem za ramię, żebym się nie spóźniła do roboty.
09:43, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 maja 2017
Dzisiaj w Drzwiach Zwanymi Koniem, czy Koniu Zwanym Drzwiami grała Dikanda. Wybawiliśmy się od serca, Jana zebrała nawet pochwały od wokalistki i zapoznała się z perkusistą, taka to światowa baba z niej.
A mi gdzieś tam z tyłu głowy kolebie myśl, że dokładnie dziesięć lat temu byłam na ich koncercie ostatni raz.
Byłam wtedy w ciąży.
A teraz byłam z żywym dzieckiem i to jest tak, jakby mi ktoś znowu postawił przed oczy znak: "Do kurwy nędzy, co jeszcze musi się wydarzyć, żebyś zaczęła wierzyć w to, że życie nie musi być ciągłym zagrożeniem, że dookoła ciebie dzieje się tyle dobrego? Otwórz się!".
Takie znaki widuję często, pojawiają się, ale nie docierają do serca, lądują gdzieś w okolicach mózgu, który sarkastycznie i z niedowierzaniem ripostuje, i nawet czasem te riposty są śmieszne.

PS: Jana w końcu padła, wisiała w moich ramionach, a ja wdychałam jej zapach, czułam całe 25kg ciężaru i wiecie co?
Jestem szczęśliwa.
Najbardziej to czuję, gdy jestem zmęczona.
A teraz zmykam wpierdzielać tiramisu w wannie.
22:45, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 maja 2017
Ostatnio tylko to robię, nie chce mi się żyć naprawdę, tylko zniknąć za jakąś firanką i patrzeć na wszystko z daleka. Chociaż pewnie słabo by to wyszło, bo jestem krótkowidzem.
Heh, nawet przenośnię traktuję zbyt dosłownie.
Po raz kolejny czytam "W naszym domu" Picoult, po raz kolejny rozumiem Jacoba i aż mnie to śmieszy, bo przecież gdybym miała zespół Aspergera, to kiedyś tam w przeszłości stwierdzono by go u mnie.

Cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie tylko sprawdza, na ile dojrzeliśmy, na ile jesteśmy silni. Tak naprawdę ból wyczerpuje naszą siłę, nie powoduje, że mamy jej więcej, jak chcieliby fanatycy umartwiania się. Nie da się żyć w stanie ciągłego testu, dlatego mamy te chwile na zaczerpnięcie oddechu, czasem jest to tylko jak wynurzenie się na sekundę spod wody, kiedy już toniemy.

Nie wiem, czy z moją nerwicą nie ponoszę porażki. Czy to właśnie nie jest takie tonięcie, bo ostatnio w pełni dobre dni zdarzają się rzadko. Tzn: kiedy siedzę w domu, jest bardzo dobrze. Kiedy jestem w pracy, jest spoko.
Kiedy jestem w autobusie lub na przystanku, nadal panika. Owszem, nie biorę już nawet ziołowych (ostatnio próbowałam z lekiem Neurexan, ale w zaleceniach jest "co najmniej pół godziny przed posiłkiem", a to nigdy mi się nie udaje, bo u mnie pierwsza rzecz po wstaniu/przyjściu do domu to posiłek, musiałabym je chyba brać w pracy, czy coś?

Jana ząbkuje. Wyszły jej już dolne jedynki, teraz powoli wychodzą górne, a tu nagle, ni z tego, ni z owego - bach, idą szóstki. I tak, jak ząbkowanie w niemowlęctwie przeszła w sumie lekko (poza tym okresem przed pierwszymi zębami, od grudnia do kwietnia, czy maja była marudna...), to nie było jakoś źle, dzielnie znosiła ból, to teraz jest...
O, matko, wczoraj miałam ochotę płakać razem z nią. Niby cały czas nie jest źle, ale potem, podczas gry w "gorący ziemniak" uderzyła się w policzek i coś naruszyła. Samczysko leciał po Nurofen, a myśmy z babcią przykładały lód. Oczywiście, jak przeszło, od razu dostała powera i znowu się uderzyła.

Wiecie, jaki to problem utrzymać siedmiolatka w stanie ruchu powolnego?
Część z Was wie. To prawie niemożliwe.
Noc przeszła lekko, nic nie bolało, apetyt jest.
Żal mi jej. Jeszcze pamiętam zęby mądrości. Jedyna z nich mądrość to taka, że patrzymy na nasze dzieci ze zrozumieniem. Bo pamiętamy.
06:09, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 kwietnia 2017
Dlaczego nie mam depresji? Bo za każdym razem, kiedy zaczynam czuć się smutniejsza, mój organizm rusza do boju. Albo wyciąga mnie na rolki, albo każe sprzątać. Lubię sprzątać, ale nie lubię porządku. Ogarniam chaos, nie ogarniam świata, który jest poukładany.
W efekcie myję garnki (zawsze mam garnki do mycia i to tyle, że normalną gospodynię domową doprowadziłoby to do depresji), myję kuchenkę, szoruję nawet bęben pralki. Wtedy sobie powolutku myślę, pozwalam na odrobinę rozczulania nad sobą i proszę, melancholia odchodzi. Depresja nie lubi ruchu. Nie lubi, kiedy człowiek widzi jakiś cel przed sobą, choćby tym celem był pięciominutowy stan porządku. Depresja lubi ludzi, którzy potrafią wbić wzrok we własne buty i uparcie nie podnosić głowy. Przynajmniej ja to tak odczuwam, biorąc pod uwagę, kiedy przychodzi do mnie.
Właściwie ona nie potrzebuje żadnych powodów. Owszem, czasem złapie się czegoś, jak np: śmierć, choroba. Bardzo trzeba uważać na ten moment, kiedy już jest po żałobie i nie zagapić się. Ja się chyba trochę zagapiłam swego czasu, dlatego czasem mi tak trudno i siadam z rękami spuszczonymi rękami, bo to dla mnie takie wygodne.

(Jana układa menu obiadowe na cały tydzień, mam jeszcze chwilę)

Więc ok. Ze stanami depresyjnymi sobie radzę. Z agresją też w miarę, choć nadal to jest metoda ucieczki, a nie opanowania się.

Brakuje mi czegoś na nerwowość. Na chęć zniknięcia, na prośbę o ratunek, którego nie potrzebuję.
19:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
Mam uczulenie na reklamy. To jeden z powodów, które wyrzuciły z naszego domu telewizor i ograniczyły radio.
Na dodatek coraz bardziej wkurzają mnie w internecie.
Bo pomyślcie sobie: czytacie jakąś zajebistą notkę. Ktoś coś odkrył, jakiś fajny gadżet, program, film, knajpę. Opowiada o niej tak, jakbyście Wy mogli opowiadać o czymś, co Was zachwyciło.

A pod tym wszystkim "artykuł sponsorowany". Właściwie rzadko daję się na to nabrać, bo zwykle śmierdzi to lizodupstwem na odległość, ja takie rzeczy wyczuwam, ale już kilka razy zostałam nieprzyjemnie zaskoczona. Jeszcze bardziej drażni, jeśli kilka fajnych blogów reklamuje to samo w jednym czasie (np: ostatnio na fali jest Netflix, nawiasem mówiąc, oglądałam wczoraj netflixowy film, aż strach lodówkę otworzyć). Powstaje uczucie osaczenia, namawiania, a ja nie cierpię być namawiana. Nie lubię być przytłaczana zachętami, to zawsze daje odwrotny skutek. Czy naprawdę spece od reklamy nie czują tego, że jeśli jest się matką i lubi czytać blogi matek (oraz ojców), to bombardowanie jedną reklamą w tym samym czasie z różnych źródeł jest bez sensu? Nie mogą materiałów promocyjnych rozesłać tym ludziom w jakichś odstępach czasu, żeby nie wyszło do porzygania?

W piątek w autobusie było prawie dobrze, dopóki koleżanki nie zaczęły gadać o wojnie między USA a Rosją. Ja się zawsze denerwuję, aż mi się słabo zrobiło. Nie dlatego, że mam realne powody, by się obawiać, ale dlatego, że każda taka informacja sprawia, że spinam się w środku i nie potrafię poluzować. Tak samo, jak podniesione głosy (nawet w śmiechu, choć najmocniej działają pijane), czy szybka jazda.
Wszystko mi grozi. Ostatnio zaczynam lepiej pojmować te wszystkie mechanizmy i staram się żyć, uspokajając mój nadpobudliwy mózg.
Nie jest lepiej, niż było jakiś czas temu. Nadal mam dni, kiedy po każdej poprawie idę dwa kroki w tył. Tyle, że teraz nie uważam, że muszę cokolwiek sobie udowadniać. Ani nikomu innemu.

W autobusach słucham już spokojniejszej, bardziej kobiecej muzyki. Slipknot mnie przeraża chwilami.
Ale nadal uwielbiam słuchać go w pracy. Zagłuszać wszystko.
02:19, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 kwietnia 2017
Czasem w snach przychodzą do mnie zmarli.
Nie, nie że jakieś zwłoki proszą o odkrycie, czy coś w tym stylu.
Zwyczajni, bliscy mi ludzie.
Śniła mi się babcia Zosia, w taki dziwny sposób, wiedziałam, że gdy położymy się w tym śnie spać, to rano ona już nie będzie żyć. Płakałam (to uczucie, kiedy budzisz się ze snu i gorącą twarz masz zlaną zupełnie zimnymi łzami), nie chciałam żeby umierała, nie chciałam więc iść spać, chciałam jeszcze z nią porozmawiać.
Dzisiaj z kolei śniła mi się ciocia Hela, ale bardziej pozytywnie, po serii snów, kiedy śniła mi się chora, tym razem była w pełni sił, było jakieś święto, prezenty, spotkanie z całą rodziną.

Nigdy nie śni mi się Olaf, ale pamiętam, jak po narodzinach Janki śniło mi się, że lekarze "znaleźli tamto wcześniejsze dziecko, jest żywe i trzeba się nim zająć, bo ma zaległości rozwojowe".

Lenin dziwi się, że śpię po 10 godzin na dobę, a nigdy nie jestem wyspana.

Po takim czymś?
22:23, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 kwietnia 2017
Możliwe, że ktoś uznałby to za poddanie się.
Ale to nie było poddanie się, to był wybór. Pozostawiono mi możliwość powrotu na magazyn, gdybym chciała zrezygnować z fakturowania - skorzystałam z tego, a że po jednym dniu pracy? To już szczegół.
Znacie to uczucie, kiedy siedzicie gdzieś i czujecie się, że nie powinno Was tu być?
Nienawidzę roboty papierkowej. Odkąd jestem mężatką, wszystko jest na głowie Lenina. Poważnie, ja się tylko podpisuję, ewentualnie, jak gdzieś trzeba skonstruować poprawną stylistycznie wypowiedź, wtedy się włączam. Reszta... Cóż, podejrzewam, że teraz nie potrafiłabym wypełnić nawet zeznania podatkowego.
Nienawidzę... Hm, nawet nie bezczynności, bo praca była prawie cały czas, ale ja siedziałam. Nie lubię siedzieć, miałam ochotę zacząć biegać dookoła biura.

Kiedy zadzwoniłam do kierownika z przeprosinami i prośbą o wyznaczenie mi miejsca na magazynie poczułam... Kurde, poczułam ulgę. Taką ulgę, która odarła mnie z wątpliwości: chcę wrócić. Po prostu. Już było mi wszystko jedno, na którą zmianę, na który magazyn, na jakie stanowisko.

Udało się. Jestem w stanie wytrzymać nawet te śmiechy z mojego marcowego: "Ja nie dam rady? Półtora miesiąca, do wypłaty - minimum!"

Jedyne, co mnie zasmuciło, to że Samiec wydaje się nieco... Hm, zawiedziony. Jasne, mogę mu zaimponować w inny sposób. Np: tym, że sama odwiedziłam kuzynkę w szpitalu, nawet wjechałam windą, chociaż nienawidzę chodzenia w słońcu po mieście i boję się szpitali.

I taka wskazówka na przyszłość: ludzie weszli mi na głowę z pieprzeniem o tym, że taka inteligentna, sprytna osoba marnuje się na magazynie, że powinnam mieć pracę umysłową, biurową, bez tego całego szarpania się fizycznego.
No, helloł, jestem matką siedmiolatki, w domu pracuję intelektualnie.
I dopiero jedno pytanie: "To po co się zgodziłaś?" nieco uświadomiło mi, że... No, nie wiem, po co.

Lepsze jest wrogiem dobrego.
Jestem beznadziejnym przypadkiem.

Za to bardzo szczęśliwym, tylko żałuję, że nie podjęłam tej decyzji przed urlopem, mogło być tak fajnie, a mnie to cały czas gniotło.
14:50, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
środa, 29 marca 2017
Na początek - żeby nie było. Jestem przeciwniczką pseudohodowli. Jakichkolwiek, jakiegokolwiek gatunku zwierząt. Tej produkcji szczeniaków dla zysku.

Ale mam pytanie: czym podyktowane są ceny psów rasowych?
Opłatami za użyczenie samca? Naprawdę? Ludziom się płaci, żeby ich pies mógł poruchać?
Wpisami do rejestrów? Naprawdę, kupując szczeniaka płacę urzędnikom?
Ceny są wygórowane. Pochodziłam po wystawie, popytałam i nie dziwię się, że pseudohodowle mają takie powodzenie. Sami zarejestrowani hodowcy nakręcają im interes, podając takie ceny. Bo różnica między 3000zł a 500zł jest ogromna. Nie mówiąc już o rozdawanych za darmo rasowych bez rodowodu "bo będę musiał utopić nadliczbowe".
Jasne, fajnie jest mieć rasowego psa, z którego wiadomo, co wyrośnie, przynajmniej jeśli chodzi o wielkość, bo charakter i tak sami kształtujemy u zwierzęcia. Niestety - dla mnie pozostaje tylko schronisko.
Nawiasem mówiąc, ludzie podrzucają do schronisk psy między innymi dlatego, że jest szansa, że ktoś je do siebie weźmie i tym leczą sumienie. Ten biznes też sam się nakręca.

Pewnie nigdy nie kupię psa z żadnej hodowli, ani normalnej, ani pseudo, bo nawet 500zł to dla mnie ze dużo. Pies to jest żywa istota, kiedy rodzę dziecko też nie wiem, co z niego wyrośnie, czy będzie ładne, czy brzydkie, czy grzeczne, czy mały dioboł.
08:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 marca 2017
Ostatnio znalazłam jakiegoś mema o mniej więcej takiej treści: "Szybko zapominam, szybko wybaczam, jestem idiotą, nie bądź jak ja". I wkurzyłam się. To nie jest idiotyzm. Gdyby ten ktoś szybko zapominał i wybaczał naprawdę, to nie czułby się idiotą, to po pierwsze, skoro czuje gorycz, to znaczy że nie wybacza i tylko próbuje, a skoro próbuje, to jest to dla niego jakimś celem. Czyli jest idiotą dlatego, że nie potrafi zapomnieć, a bardzo chciałby, mało tego - nie potrafi przyznać, że go coś boli, a zwala to na swoją naiwność.
A tak naprawdę takie zapominanie i wybaczanie to prawie, jak czynnik samoregenerujący dla psychiki. Nie zostają nawet blizny. Nie oszukujmy się - nie ma nikogo takiego, kto potrafi wszystko wybaczyć, każdy z nas ma swoje blizny, spowodowane tym, że ktoś kiedyś coś.
Ważne jest, co z tym zrobimy.

A druga rzecz - to wszędzie pojawiające się obrazki o tym, że "nie warto być dobrym, bo inni tego nie doceniają". No, helloł, jeśli jesteś dobrym, to robisz to po to, żeby było dobrze, a nie dla nagród, czy wzajemności. Jeśli jesteś dobry dlatego, żeby inni doceniali, albo traktowali Cię dobrze, jesteś interesowny. Traktujesz dobro, jako wymianę handlową, a to tak nie działa. Dobroć to styl życia, a nie coś, co ma się opłacać. Nie ważne, czy tym, co chcesz uzyskać, jest dobre traktowanie przez innych, czy niebo.
10:59, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 marca 2017
Gdy wieczorne zgasną zorze, Zanim głowę do snu złożę, Modlitwę moją zanoszę Bogu Ojcu i Synowi: "Dopierdolcie sąsiadowi! Dla siebie o nic nie wnoszę, Tylko mu dosrajcie proszę." Kto ja jestem? Polak mały Mały, zawistny i podły. Jaki znak mój? Krwawe gały. Oto wznoszę swoje modły Do Boga, Marii i Syna: "Zniszczcie tego skurwysyna Mego brata, sąsiada, Tego wroga, tego gada." "Żeby mu okradli garaż, Żeby go zdradzała stara, Żeby mu spalili sklep, Żeby dostał cegłą w łeb, Żeby mu się córka z czarnym I w ogóle żeby miał marnie, Żeby miał AIDS-a i raka." Oto modlitwa Polaka.
piątek, 24 marca 2017
Kiedy wróciłam z ważną wiadomością od kierownika, odtwarzacz powiedział mi, że "kruk opuścił stado". Potem Christina, że "dzisiaj odchodzę". Potem "mój żołądek wywijał salta", potem był "Custer", który zawsze poprawia mi humor, tak jeży nieco włos i wzbudza gniew, a nie strach.
Następnie obserwowałam, czy przyjdą czarne kowboje, co "w pistoletach mają ołowiane, chujowe nastroje" (przyszły). No i był Ludwik z "kiedy jedno się kończy, drugie się zaczyna" i na tym chciałabym poprzestać, bo moja mina w lustrze jest niepewna. Tak bardzo się boję, nie tego, że nie dam rady. Boję się głupich rzeczy. Czy np: nerwica nie stanie mi na drodze (bo czasem mdli mnie przy komputerze - i to nie z nerwów, bo nerwy przychodzą później, ale np: ze zmęczenia, czy tak sobie, z niczego)? Czy dam radę dojechać do pracy na 7, czy 8 (wynegocjowałam już, że nie będę chodzić na 6). Czy nie wykończy mnie zmiana na 22? Bo przecież jestem przyzwyczajona do 20?

I tak dochodzimy do sedna. Dam radę, a jeśli dam, to będę potwierdzonym przypadkiem wyleczenia nerwicy.

Mimo wszystko nastawiam się, że nie wrócę na magazyn - nie palę za sobą mostów, nie mówię, że na pewno nie, ale raczej będę próbować się zasymilować. Bardzo lubię pracę fizyczną (dupka sama się nie zrobi, za to chętnie płaszczy się bez żadnego wsparcia), daje mi satysfakcję, jeszcze tydzień temu czułam się jak mistrz świata, kiedy zapierdzielałam i mój mózg współpracował z rękami i nogami jak najlepsza maszyna, a teraz...
Taka trochę pustka.
12:24, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 marca 2017
Jako, że internet traktuję tak, jak kiedyś gazety, czyli wybieram sobie informacje, które mogą mnie interesować, mam z niego tak naprawdę niewiele pożytku intelektualnego, za to niezwykłą rozrywkę emocjonalną.
Zazwyczaj na plus, ale czasami trafiają się artykuły, które jeżyłyby mi włosy pod pachami (dlatego golę).
Np: na stronie typowo kobiecej artykuł o tym, jak poznać, że facet jest odpowiednim. I pierwsza rada - alkohol. Upić go. Poważnie. Tak napisano. Owszem, można wtedy sprawdzić, czy np: nie jest damskim bokserem i nie będzie nas prał tylko po to, żeby inny nas nie zechciał. To jest jedna jedyna rzecz, do której upicie faceta się przydaje.
Samiec jest paskudny po alko, ale już się dotarliśmy w tej kwestii, on uważa, żeby za dużo nie wypić, bo wie, że potem będzie się czepiał, a zamiast kaca (którego nie miewa) będzie miał wyliczone na zimno, co powiedział po pijaku.
I szczerze? Nie biorę tamtych słów na poważnie. Nie uważam, że facet po alkoholu mówi prawdę. Co najwyżej mówi rzeczy, które wcześniej mówił zbyt cicho, byśmy usłyszały. Wiecie, taki zestaw głośnomówiący mu się włącza po wypiciu. Poza tym, znam wiele kobiet, które na co dzień cierpi z powodu oziębłości chłopa, a trzyma się z nim tylko dlatego, że "po alkoholu jest taki kochany". Super, to sobie go upijaj, ja tam wolę, jak mi na trzeźwo chłop komplementy prawi. Znam też takiego pana, który jak jest pijany, pomaga żonie sprzątać po gościach. Ozłocić go, co nie? I jednocześnie jest fanem JKM.

Ten artykuł jest szkodliwy, przynajmniej w tej części. Druga, mówiąca o tym, że człowiek jest sobą w gniewie, bardziej mi odpowiada. Bo ja jestem sobą, kiedy jestem zdenerwowana. Ale np: Samiec - nie. On wtedy jest bardziej sfrustrowany tym, co czuje, niż rzeczywistym powodem gniewu.

A poza tym przegląda blogi pisane przez rodziców - niestety, większość z nich jest reklamowa i głupio zakłada, że każdy rodzic popełnia WSZYSTKIE wychowawcze błędy i nie ma się co wstydzić.
A ja uważam, że powinnam się wstydzić za coś, co zrobiłam źle. Nie to, co zrobiłam źle z niewiedzy, ale to, co zrobiłam źle ze złej woli, z wygodnictwa. Np: kupowanie zabawek interaktywnych (nie kupowałam, poważnie, wkurzyło już mnie stwierdzenie, że "każda z nas ten błąd popełniła"). Nie uważam, że trzeba. Jasne, Młoda takie zabawki posiada, doskonale zbierają kurz. Wczoraj była u nas Emi i najlepszą zabawką okazały się dwie miseczki magnetyczne i garść gwoździ (poważnie myślałam, żeby jej sprezentować, ale ma młodszego brata...), a potem kolorowanki. Ewentualnie klocki - myślałam, że bawią się wypaśnymi zestawami Lego, a okazało się, że dorwały drewniane, które miałyśmy dać już Leonowi...
Dziecko nie potrzebuje zabawek, które do niego mówią. Dziecko potrzebuje wolności.

Inna rzecz, to podejście do grania w gry komputerowe. Gdzieś przeczytałam zdanie, że dziecko powinno grać, a my z nim. Co do drugiej części - zgadzam się w pełni, jeśli dziecko chce grać, to my z nim, obowiązkowo. Ale moja córka jakoś nie pała entuzjazmem. Czy to znaczy, że będzie miała problem z techniką w przyszłości?
Nie sądzę - przymierzamy się do kręcenia vloga, jeśli tylko ustali jeden konkretny temat. Osobiście najpierw wolałabym, żeby zajęła się blogowaniem, ale to tylko ze względu na moje zainteresowania (i troskę o jej ortografię, która jest przerażająca czasem). Ona chce kręcić - dam jej tę szansę, niech ćwiczy dykcję, niech opanuje obsługę konta internetowego. Niech się uczy.

A na koniec, tak w temacie techniki: za dużo też niszczy, ostatnio w kinie pan chciał sprawdzić na telefonie Lenia kod upustowy i próbował na takiej starej, tradycyjnej Nokii wodzić palcem po ekranie. Sam miał minę pt: "Ja pierdolę, ale obciach przy klientach!".
18:22, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 53