Skopiuj CSS
sobota, 31 października 2015
Nawet w takiej pracy człowiekowi czasem ręce opadają. Bywa różnie, zwykle w okresie przedświątecznym wykwita nam jakaś afera.
Troszkę się zirytowałam, więc dla oczyszczenia umysłu włączyłam sobie Watsona i pierwsza piosenka, jaka poleciała, to było "Haha, you're dead" Green Day. W sumie wystarczyło, bo tam o tym tonącym statku, o patrzeniu, jak idzie na dno.
Potem jednak włączyła mi się Alanis Morissette i "Hand in pocket". Że jestem zmęczona, ale pracuję, młoda, ale niedopłacana. I też pasowało.
I było Stone Sour "Hate not gone". Że sprawiają, że mam ochotę rozpocząć wojnę. I jeszcze "Hell & consequences". W tych samych klimatach.
Ale słuchałam też Foster the People "Helena beat". Że jest w porządku, przywiązałam ręce do krzesła, żeby nie upaść.
A potem, wybijając się z alfabetycznej kolejki, zanuciłam (hehe) ze Slipknotem.

Bo chociaż tak naprawdę lubię ludzi, to do niektórych nie mam cierpliwości. Szkoda, że do tych, którzy w hierarchii zawodowej stoją nade mną - coraz częściej. I nie podobają mi się ich gierki. I widzę ich gierki. Jestem obserwatorem. Nie chodzi już o to, że moją pasją jest psychologia.
Moją pasją są ludzie.
I bardzo źle się czuję, kiedy ten tytuł do mnie tak mocno przemawia.
...I'M - NOT - LIKE - YOU - I - JUST - FUCK - UP...
05:26, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 października 2015
Nie próbuję się dostosować. Już nie.
Poległam na tej płaszczyźnie i nawet się tym nie martwię. Trudno. Skrajni ekstrawertycy czują się przy mnie chyba dobrze, bo mogą gadać, a ja jestem zainteresowana każdym słowem, jakie pada z ich ust, bo właściwie lubię słuchać ludzi.
Nie potrafię plotkować. To nie to, że mam wyrzuty sumienia wtedy, kiedy sama komuś obrobię dupę, zazwyczaj krótkotrwałe, ubarwione kilkoma przekleństwami wyładowania spowodowane czyimś niedopasowaniem do mnie. Ja czuję się źle, jeśli ktoś przy mnie powie coś złego o kimś, a ja kiwnę głową.
(I to nie tylko dlatego, że wiem, że ten, co obgaduje przy mnie, obrobi i mi dupsko przy okazji. Wolę, żeby o mnie plotkowano, niż przy mnie. Na zasadzie - czego oczy nie widzą...) Nie lubię zgadzać się z tym, co można złego o kimś powiedzieć.

Cieszę się ze swojego własnego sektora, cieszę się z powrotu na stary magazyn. Z kontroli odeszłam z powodu nieżyczliwych ludzi, którzy zamiast sami poprawić swoje osiągnięcia i stosunki z innymi, chodzili skarżyć na mnie. Nie było to warte tej goryczy, ani kasa większa, ani prestiż. Magazyn zmieniłam... Cóż, z nudów, pod wpływem chwili. Po prostu - znudzona ganianiem z kąta w kąt spytałam, czy nie mogę mieć własnego miejsca na stałe. I okazało się, że jest dla mnie.

Rozmawiając ze znajomym na fb dowiedziałam się, że sytuacja, jaka jest w naszym zakładzie, jest chyba nie taka znów rzadka. Lenin dobrze trafił, bo u niego jest inaczej.

Po tygodniu i dwóch dniach pracy nie bolą mnie plecy, czyli co najmniej na tym wygrałam.

Kolorowanki to już nasz mały zakątek, mój i Jany. Siedzimy razem, ona gada ("Bo mnie mówienie relaksuje!"), ja zwijam się ze śmiechu, mnie jej mówienie też relaksuje i nie mogę się nadziwić, że mam takie wygadane i mądre dziecko.

Zmarła sąsiadka z parteru. Młoda, nie wiem, czy miała chociaż dziesięć lat więcej, niż ja. Lubiłam ją, pomimo puszczanej na głos muzyki w różnych, często karkołomnych porach dnia, jednej piosenki przez cały dzień... Kurde, no - zawsze zagadała - mnie, Janę, Lenia, czy Żuję nawet. Nigdy nie bałam się, że zrobi mi krzywdę za moimi plecami, a takich ludzi naprawdę niewielu na świecie jest.

Jutro wybory. A, nie, to już dzisiaj.
Nadal nie wiem, na kogo.
Po szesnastu latach dorosłości uważam, że jest coraz trudniej wybierać.
Nasi rodzice obserwowali, jak rodzi się demokracja w Polsce.
My patrzymy, jak umierają jej założenia.
Bo to nie jest to, czego chce większość.
W Polsce jest to, czego chce mniejszość. Ta z dużymi sumami na kątach.
My się nie liczymy.

Ale - tutaj zacytuję klasyka, Homera S., który wypowiadał się o swoim szefie:
"- Choćby był nie wiem, jak bogaty, jednej rzeczy nie będzie mógł sobie kupić!... Dinozaura!"
00:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 października 2015
Jeżdżę tą trasą, którą setki razy przechodziłam na nogach (oczywiście nie całą z Giszowca do Siemianowic, tylko z Szopienic na Dąbrówkę) i myślę sobie, jaka kiedyś byłam odważna i silna. I jak lubiłam chodzić. Gdybym wtedy miała jeszcze do tego wszystkiego mój obecny odtwarzacz, chyba w ogóle nie korzystałabym z pojazdów, bo w sumie zdarzało mi się nawet chodzić z Wilhelminy pod Real, albo pod kopalnię, a nawet, jak nic nie miało jechać, albo w międzyczasie mi uciekło - do samych Brzęczek

Pytam, co się zmieniło, ale nie chce mi odpowiedzieć. Nadal mam niewidzialnych przyjaciół, nigdy nie jestem sama, a jednak gdy mam przejść z domu na przystanek, to czasem czuję ból brzucha z nerwów. I nogi mam takie słabe, chociaż przecież wiem, że są silne.

Dziwne: kiedy dziewczynie po dwudziestce (wiek, a nie miara alkoholu) zasugerujesz, że jest dziewicą, to reaguje świętym oburzeniem. I takim samym świętym oburzeniem reaguje, kiedy mówi się o wszystkich tych przyjemnych okolicach stosunku dopochwowego.
To co? Seks jest tylko do rozmnażania? A błonę najlepiej usunąć w okolicach osiemnastki, czy jak?
22:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 października 2015
(Ludzie pisali mi często, że jestem przewidywalna. Odpowiadałam im, że to się nazywa "MARKA")
Na złośliwości nie reaguję nie dlatego, że nie umiem.
I nie dlatego, że lubię być wykorzystywana. O, nie. To ja wykorzystuję ludzi i jeśli nigdy w życiu danego człowieka nie wykorzystałam, to znaczy, że jest tylko znajomym, choćbyśmy byli w najlepszych stosunkach i opowiadali sobie tajemnice. Nie reaguję dlatego, że choć moja zła połówka, ta emocjonalna, wścieka się i ma ochotę wyjść ze mnie i trzasnąć drzwiami, to ta rozumowa każe poczekać i cieszy się tym, że kiedy ja nie reaguję, to prowokator płonie żywcem i też zamyka się w klatce pozorów.

Wolni mężczyźni w moim wieku są nudni i przewidywalni. Tak, jakby to, że są wolni miało być jakąś wartością samą w sobie. A według mnie, jeśli są samotni w tym wieku i nie deklarują homoseksualizmu, to są niestety już przeterminowani. Różne znajomości przewijają się przez moją strefę internetową, mogłabym kolekcjonować ludzi, bo każdy jest inny, ale samotni faceci, którzy pędzą do czterdziestki i nie mają założonej rodziny (oczywiście - ci, którzy twierdzą, że to ich wybór), są zazwyczaj tacy sami.
Nie mam o czym z nimi porozmawiać, znajomość z nimi szybko się urywa, chociaż przecież nie rozmawiam z nimi o pieluchach, ale o tym wszystkim, co jest dla mnie ważne. Ostatnim takim facetem był Casanunda, ale... No, tutaj wychodzi to, że jednak wykorzystuję ludzi, bo intensywny kontakt utrzymywałam z nim, dopóki potrzebowałam wyjaśnienia typowo męskich zachowań Lenina (czyli przez pierwsze 10 lat mojego związku)...

Co innego kobiety. Jakoś łatwiejsze są w obsłudze i bardziej fascynujące, niezależnie od stanu cywilnego. Zawsze są niestereotypowe. Mają w sobie coś w dziecka. Jakąś wrażliwość i radość, choćby były nie wiem jak wrednymi sukami.

Czasem zazdroszczę tym wszystkim kobietom, o które ociera się Lee. Zapędziłam się i zapętliłam, wciskając do opowiadania o Balbinie ją na obraz tego, co chciałabym widzieć w niej. To jedna z najbardziej magicznych znajomości. Dziwne kilkanaście lat mieszkania obok siebie, a potem kilka lat przez internet, rozpoczęte przez kolegę tylko dlatego, że uznał, że się dobrze zrozumiemy.

Lee, masz z nim jeszcze kontakt?

W planach tatuaż - tekst Tuwima "Do generałów". Tylko - chciałabym na ramię, więc czas popracować nad mięśniami, bo na razie się nie zmieści.
04:44, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
środa, 14 października 2015
Jedna straszna historia we mnie siedzi. Usłyszana gdzieś tam, półuchem, jak to mam w zwyczaju, bo nie lubię podsłuchiwać, ale mimo wszystko słyszę, niektórzy nie ukrywają swoich problemów.

Że on bił, katował. Że do krwi, że na śmierć, że wie, że był zły.
Ale dla dziecka był dobry.
I to jest powód, żeby to znosić?
Podziwiam ludzi, którzy biorą ciosy na siebie. Ale ciosy od losu, a nie od ukochanej osoby. Słysząc, jak rozmawia z ojcem, wiedziałam, dlaczego. Niby spokojny ton, ale w tonie zniecierpliwienie. Miłość i jednocześnie pogarda.

Jedna z rzeczy, jakich się boję, to to że Jana pokocha kogoś, kto będzie agresywny.
Dlatego Lenin nie może dać jej nawet klapsa.

Chciałabym, żeby wiedziała, że miłość jest bezwarunkowa i nie zadaje bólu z ręki ukochanej osoby.
Trafiłam doskonale, pamiętam, jak dostałam jednocześnie smsa od Kat i 3P, że wiedzą, że jest mi z nim za dobrze.
A ja nie należę do ludzi, którzy mając za dobrze uciekają od tego. Nie boję się nadmiaru szczęścia.

Corey Taylor powiedział, że Slipknot może stać się kolejną legendą. Nadmiar ego? Nieprawda. Został zwyzywany przez fanów Black Sabbath i tym podobnych, że niech sobie za dużo nie wyobraża.
A dla mnie już i tak więcej znaczy, chociaż słucham ich trzy, czy pięć lat. A co bym czuła, gdybym słuchała od początku, czyli (muszę zerknąć do Wikipedii), tak mniej więcej od 1997? W tamtym roku miałam 16 lat. Czyli byłaby to ponad połowa mojego życia. I mają szansę na więcej. Ich powrót należy do lepszych. Przerwa zrobiła im dobrze. Po bardzo słabej płytce "All hope is gone" i przetasowaniach kadrowych, o dziwo, potrafili się podnieść i już nie klnę na czym świat stoi, że mają ciulate teledyski, bo nie muszę ich oglądać, a muzycznie jest... Owszem, to nie to samo, co na początku. Brak im tej energii, ale mimo wszystko - to porządne, metalowe granie. Na dodatek Taylor jako guru sprawdza się doskonale (szkoda, że nie wykorzystuje tego na koncertach, chętnie zobaczyłabym/odczuła, jak potrafi przemielić mózg), ma coś do powiedzenia i okazuje się, że z totalnego dupka wyrósł całkiem rozsądny, dorosły człowiek (ok, pewnie inaczej bym mówiła, gdyby poglądy, które głosi, odbiegały od moich...).

I tutaj świetna postawa fanów. Nie wdają się w pyskówki. Wręcz pobłażliwie patrzą na jazgoczących fanów "dorosłego" metalu. Bo przecież Slipknot to kindermetal.

Tak, chyba jestem ich fanką. Obiecywałam sobie, że po Smashingach i ich powrocie nigdy w życiu nie dam się tak usidlić muzycznie. Ale chyba nie mogę być wolna od wpływów charyzmatycznych liderów kapel.
05:13, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 10 października 2015
Kolejny raz o muzyce - tej w pracy (tym razem nie o jakości, taka niespodzianka).
Zastanawia mnie, jak to jest, że na tych pięć osób z pendrive'ami wszystkie mają zgrane te same 20 piosenek (chyba, tak naprawdę nie wiem, bo ciężko mi czasem wyczuć, gdzie się kończy jedna, a zaczyna druga, chociaż teksty już znam na pamięć). Jak to możliwe, że w dobie takich pojemnych nośników nikt nie dorzuca nic od siebie?

Jestem tolerancyjna, czego dowodem niech będzie fakt, że nie wyśmiewam tej muzyki publicznie, nie krzywię się już, zaakceptowałam to, że fajni ludzie niekoniecznie podzielają moje zainteresowania muzyczne (zazwyczaj obracam się wśród tych, którzy mają podobny stosunek do muzyki, tzn: euforyczny, zakładając, że gust mamy czasem zupełnie inny, po prostu zrozumie mnie ktoś, kto słucha popu, czy hip hopu z zamiłowania, lubi się tym rozkoszować, pieścić, mimo iż ja słucham rocka, a nie zrozumie mnie ktoś, kto słucha rocka tylko po to, żeby nie słuchać czegoś innego, a męczy go cisza).

Nie mówię, że te teksty są głupie (sama sobie podśpiewuję na przykład tak: "cut, cut, cut me up and fuck, fuck, fuck me up" i to też nie jest zbyt mądre) i nie mówię, że mają prymitywną linię melodyczną (wszak nie wszyscy doceniają wirtuozerię np: Jordisona i dla nich to tylko łomot, tartak i takie tam robótki ręczne). Ale jakoś nie umiem pogodzić się z tym, że można pięć dni w tygodniu słuchać po kilka razy tych samych piosenek i się nie znudzić. Nawet mając na swoim Watsonie najukochańsze z ukochanych mam większą różnorodność. Ponad 400 piosenek, a i tak co jakiś czas coś tam wymieniam, żeby mi przypadkiem nie obrzydło.

Kilka minut ręcznego pisania i dłoń omdlewa. Dawno nie pisałam, zawiesiłam sobie Martę/Daniela gdzieś pomiędzy wydarzeniami, jeszcze nie powyjaśniała wszystkiego, dziwnie tak - czuję, że chce mi się wymknąć. Można sobie pisać książkę, ale nie można mieć władzy nad jej bohaterami...
21:36, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 października 2015
Pierwszy raz od tak dawna, kiedy 6. października byłam w pracy.
Pierwszy raz od ośmiu lat, gdy nie przepłakałam całego dnia.
Co zmieniło się w ciągu ostatniego roku?
Napisałabym, że ja, ale nie tylko. Zmienił się cały świat. Jest jakiś bardziej przyjazny. Nie mam czasu na pielęgnowanie tęsknot.

Kocham, pamiętam. Wczoraj byliśmy na cmentarzu. W środku nie czuję już tej rany, tylko jakąś... Nie wiem, bliznę?
Może tak naprawdę czas leczy rany? A może to tylko wydarzenia? A może sami je leczymy, kiedy przestajemy rozdrapywać.

Nie łudzę się. Jeszcze nie raz zapłaczę przy "Tears in heaven", "Tear", "Ember drive", "Requiem dla samej siebie", "Zamiast", "Daphne descends", "44 dni" i nadal będę odczuwać spadek nastroju. I pewnie nie raz będę gryzła poduszkę, gdy w okolicy pojawi się całkiem nowe dziecko. I gdy Janka będzie pytała, czemu nie ma rodzeństwa.

Ale żyję. I choć nadal wokół mnie jest o jednego człowieka za mało, to będzie lepiej. Dopiero teraz to wiem.

Zastanawiam się po raz kolejny - jeszcze nikt mi tego nie wyjaśnił.
Dlaczego rodzice dziecka po śmierci walczą z domniemanymi winnymi o pieniądze? Rozumiem, jeśli dziecko choruje przez kogoś - wiadomo, trzeba na opiekę. I rozumiem, jeśli człowiek chce sobie wynagrodzić to, że na starość nie będzie miał się nim kto opiekować, ale wtedy też suma wyrażona w milionach złotych wydaje mi się przesadzona.
Może ktoś mi to w końcu wyjaśnić, jak się czuje człowiek, który zamiast dochodzić do siebie przez solidnie przeżytą żałobę, decyduje się na piekło walki w sądzie? Czy warto?

Bo ja uważałam, że nie - wtedy. I uważam tak samo teraz. Ale bardzo chciałabym zrozumieć tych ludzi...
21:16, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 października 2015
Sześć lat temu było tak:

Mama i Najlepsza z Cióć wpadły do mnie do szpitala, gdy leżałam na bloku porodowym, sali przedporodowej, gdzie chciał mnie mieć pod stałym nadzorem doktor N., bo widział, jak mi się psychika sypie od 1. października. Zważyły mnie - 55,5kg, a więc przybrałam 13,5kg, co na 34. tydzień ciąży jest niezłym wynikiem.

Kiedy wyszły, napiłam się soku wiśniowego i... ten jeden raz w życiu zdarzyło mi się nie zdążyć do kibla w celu odbycia czata z Posejdonem. Pół sali zalane właściwie nie rzygami, a po prostu sokiem. Pielęgniarka przerażona:
- Mam nadzieję, że pani piła coś czerwonego, a nie...
Wyjaśniłam jej, po czym przypomniałam, że mam kaszel i nie najlepiej się czuję. O 20 przyszedł lekarz od płuc, osłuchał mnie, stwierdził, że to tylko przeziębienie.

Telefon zaczął hałasować. Dzwoniła Iwona, z którą przeleżałyśmy ponad dwa tygodnie na jednej sali patologii ciąży:
- Basia, czy ty dzisiaj idziesz na cesarkę?
- Nie, idę spać. Obejrzał mnie lekarz, powiedział, że to nic groźnego, jestem zmęczona w cholerę.
- A, bo Martyna słyszała, że kogoś na ekspresową cesarkę szykują.
- Nie, to nie ja. Jakaś laska z pośladkowym przyszła.
Pożegnałyśmy się zwykłym dobranocem, wysłałam smsa do Lenia, że idę spać.

Na salę weszła jakaś laska, może z czterdzieści lat, chrupiąca styropian:
- Dzień dobry, jestem X, przychodzę panią poinformować, że dzisiaj adiunkt N. jest na dyżurze i zdecydował o przeprowadzeniu cięcia.
Oczy to miałam chyba jak spodki. Ciśnienie - milion pięćset. Jak to? A bycie na czczo? A przygotowania? A ostatnie namaszczenie?

Przyszła pani anestezjolog, przeprowadziła wywiad. I tyle. Jechałam na salę, zdążyłam tylko powiedzieć Leniowi, że to już.
Potem była najbardziej traumatyczna z godzin mojego życia. Cesarka to leżenie plackiem, nie robi się nic, tylko myśli, czy już nadchodzi śmierć. I, jak w moim przypadku, gada głupoty. Nie zamknęło mnie nic, nawet ten pieprzony tlen. Było mi niedobrze, czułam szarpanie, ale kiedy usłyszałam płacz, zdołałam powiedzieć tylko: "Tamto nie płakało!" i dopiero wtedy byłam szczęśliwa. W tamtym momencie miałam wyjebane na to, czy rzeczywiście umrę.

Na sali poporodowej dowiedzieliśmy się, że nie jest dobrze, że doszło do lekkiego zatrzymania czynności życiowych, ale córka jest duża i silna. Wtedy nikt nie odważył się wspomnieć, że ma zapalenie płuc, mi mówili, że to "tylko infekcja" i przez cholerny tydzień żyłam w strachu, że to znowu sepsa.

I dlatego uważam, że koty mają 9 żyć. A kozy co najmniej 3.

A potem było tak, że Lenin nie mógł dojść do siebie (i do domu, szukaliśmy go po izbach wytrzeźwień, bo Marianek, na zakładowym piwku wspomniał o nowo narodzonej), Kasztanek dzwoniła do mnie, że za żadne skarby świata mam nie nadawać dziecku imienia Janina, a potem wracałam z Ligoty i udało mi się w domu, po dwunastu dniach karmienia butelką przystawić dziecko do piersi i wytrzymać w tym stanie prawie cały czas przez siedem miesięcy...
20:16, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
sobota, 03 października 2015
Żeby tylko!
Mieszkanie odwalone na przyjęcie gości, jutro Jana ma imprezkę urodzinową. Mieliśmy nie robić, wiadomo - brak kasy i chęci do sprzątania (bo przecież babcie trzeba zaprosić), ale potem pomyślałam o tych wszystkich miłych wspomnieniach z imprez rodzinnych i postanowiłam, że nie odbiorę tego dziecku.

Dzisiaj koncert God's Favorite Drug i w związku z tym, wracając, zastanawialiśmy się z Leninem, czy już możemy szpanować, że z Olkiem kiedyś waliliśmy Wściekłe Psy na takiej małej imprezce (zresztą, u niego imprez było kilka, choćby ta, na której byłam w przyciasnych spodniach i ciąży)? Lubię, jak chłopak śpiewa. No, dobra, chłopakiem, to on może był te czternaście lat temu, ale jakoś tak zostało.

Kocham spać z moimi paskudami. To chyba nie zależy od wieku, bo moja mama do dzisiaj uwielbia spać z dzieciakami, nie robi jej nawet problemu, jeśli i ja się wtrynię do łóżka i śpimy w trójkę, gdy np: Jana jest chora.

Mmmm... Pachnie mi mój Oszczędny Mulat i Gruszkowe Ciasto (z jabłkami tym razem). Aż boli, że nie mogę spróbować. Zawsze w sytuacjach kryzysowych okazuje się, że jednak umiej piec i nawet czasem zgodnie z przepisem. No, dobra - zawsze PRAWIE zgodnie z przepisem.

Miłość jest taka, że wystarczy zapach drugiej osoby, żeby czuć się bezpiecznie. Chociaż to niewygodne, wciskam twarz w klatę Lenia i nie śpię po nocach, bo tak mało czasu mamy ostatnio dla siebie.
22:18, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
piątek, 02 października 2015
Kocham spanie z rodziną. Z jednej strony chrapie Lenin, z drugiej kwęka i turla się Jana. Wzięłam ją do nas, zaczęła chrapać. Kiedy już prawie złapali wspólny rytm i udało mi się zasnąć, przyczłapała Żuja. Walnęła się na podłogę, a to taki paradoks, że choć jest gruba i kładzie się na miękkim, zawsze brzmi to, jakby ktoś rzucił worek kości na panele.
Zaczęła chrapać i gdy już myślałam, że nie może być gorzej, puściła bąka, który wykręcił gwoździe z mebli, a okoliczne pająki przyznały jej dziesięć punktów za styl.

Puszka Pandory to każde pudełeczko, które nawinie mi się pod ręce podczas sprzątania. Chociaż dziś nie sprzątam. Dzisiaj jednak śpię, bo umrę z niedospania...

PS: Ja się lubię kłócić, lubię też rozmawiać. Z Kimś. Bo rozmawianie, kłócenie się z Nikim mnie nie bawi. O to mi chodziło.
10:48, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
czwartek, 01 października 2015
Bardzo cieszę się z komentarzy. Fajnie jest, jak ktoś przeczyta, zgodzi się, lub nie zgodzi. Nawet może zbluzgać, bo fajnie mi się potem po nim jeździ.
Jest tylko jeden problem - nie lubię rozmawiać z nikim. Nawet sama w domu, jak mam ochotę się pokłócić, to kłócę się z wyimaginowanymi przyjaciółmi. A potem wchodzę na bloga i patrzę, fajnie - jest komentarz, ale właściciel ma "zablokowane dane", "blog pod hasłem". I nie mogę sobie poczytać, kto mnie zaszczycił swoją uwagą, kto poświęcił te kilka minut na przeczytanie mnie.

Dlatego proszę - jeśli zostawiacie mi komentarz, zostawcie też jakieś namiary, jeśli chcecie, żeby ta znajomość była kontynuowana.
Jeśli nie chcecie publicznie, to proszę - coz607@tlen.pl, w temacie najlepiej nick.

;)
16:36, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
"Ember drive" Walls of Jericho z Coreyem Taylorem znowu doprowadziło mnie do tego, że czuję się nielojalna, że może chcę zbyt wiele, a ja naprawdę zdaję sobie sprawę z tego, że nie dostanę tego, czego najbardziej bym chciała. Mogę sobie tylko popłakać, chlip i udawać, że nie jestem do końca szczęśliwa, bo natura nie lubi błogostanu, tylko dlaczego nie zabrała mi ręki, czy nogi? Jakoś łatwiej uznałabym to za szczyptę nieszczęścia w ogólnym szczęściu.

Zastanawiam się, kiedy tak obserwuję, co skłania ludzi do manipulacji i czy im się to opłaca? Jak są wynagradzani za wymyślanie tych wszystkich podstępów, żeby tylko skłonić do zrobienia tak, jak oni chcą?
Ok, mieszkam z małym-wielkim manipulatorem. Jana potrafi. Próbuje. Cały czas wypróbowuje sztuczki na dorosłych. Wykorzystuje swój urok i urodę do tego, żeby wygrać. Mieszkanie z nią to ciągła walka, ciągłe negocjacje. Ale ja ją kocham, a martwię się tym, że przez to może być kiedyś samotna i nieszczęśliwa...

No, dobrze, uspokoiłam się trochę.
Po dziesięciu godzinach pracy lewa ręka błaga o odpoczynek, a czeka ją sprzątanie mieszkania, z myciem okien włącznie...
06:44, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »