Skopiuj CSS
niedziela, 06 października 2013
Jak wytłumaczyć komuś, kto namawia nas na rasowego psa, że my bierzemy psy tylko ze schroniska?

Owszem, podobają mi się rasowe psy. Ale dawanie kupy kasy za psa to dla mnie głupota. Choć może nie "dawanie", a branie kasy za psa. Pies nie jest czymś, co ma "nie sprawiać problemów i pasować do mnie". To jest żywa istota. Jakbym nie chciała mieć problemów z psem, to bym się na niego nie decydowała. Pies to nie dziecko. W ciążę można zajść przypadkowo. Przygarniać psa jednak powinno się z namysłem. Jeśli rodzisz dziecko, to też tak naprawdę nie wiesz, kogo rodzisz, nie wybierasz koloru oczu, włosów, czy charakteru. Nie wybierasz sobie nawet tego, czy będzie zdrowe, choć pewnie każdy chciałby.

Kiedy biorę kundelka, to wiem, że nie wiem o nim nic. Zazwyczaj nie wiem, jaki urośnie, jak będzie się zachowywał i czy z uroczej, puchatej kulki nie wyrośnie małe szkaradzieństwo. Pies to pies - i tyle, biorąc go pod swój dach godzisz się na to, że będziesz musiał go wychować i poznać.

Oczywiście podobają mi się psy rasowe, niektóre. Ten akurat, na którego byłam namawiana, to wilczak czechosłowacki, jestem zachwycona także kangalami, której to rasy przedstawiciel mieszka gdzieś w naszej okolicy i jak go pierwszy raz zobaczyłam, to myślałam, że mam ze zmęczenia majaki, a uwierzyłam dopiero, jak podszedł do nas i żeby powąchać Jajkę, musiał się schylić. Ale podziwiać psy będę u innych. To tak, jak z cyckami. Też bardzie podobają mi się duże. U innych.

20:22, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
sobota, 05 października 2013
Rok minął. Jajeczka skończyła dziś 4 lata. Właśnie mija czwarta rocznica od tego, jak myślałam, że właściwie moje życie dobiega końca i tak w sumie, niczego nie żałuję, tylko żeby te dziecko, które mi będą wyciągać z brzucha, żyło.
No i przeżyło. Mówi jak dziecko, które zaczyna szkołę, myśli o tylu rzeczach, że ciężko za nią nadążyć. Jest kilka mówionych rewelacji, np:
"wyżka i łidelec"
"-Puchwa
-Pchła
-Puchwa
-To powiedz "pchełka", będzie łatwiej!
-Puchwełka!"
Ale poza tym nawet "rrrr" wychodzi jej, chyba, że mówi szybko i się zapomni, ale nie narzekam, ja też mam problem z tą głoską.

W międzyczasie mieliśmy pogrzeb cioci Heli. Pogrzeb był spokojny, ale ten czas przed nim, ostatnie dwa miesiące... Nie wyobrażalne dla mnie było to, że ktoś, kogo pamiętam, jaki był silny i wolny, jak potrafił cieszyć się życiem, nagle staje się... Nie wiem, jak to nazwać. Naprawdę ciężko chorym, przykutym do łóżka człowiekiem. Ciocia nie dawała się chorobie do końca. Pracowała, dojeżdżała do pracy autem, wyjeżdżała w góry, naprawdę, czerpała pełnymi garściami. I nagle, bęc. Ból nie pozwala na egzystencję, leki zamykają ścieżki komunikacji z drugim człowiekiem i cierpienie staje się udziałem wszystkich dookoła.

To był luty.

W lipcu Moni brała ślub. Babcia Zosia była wtedy w szpitalu, z chorym sercem, bardzo słabym i nie wiadomo było, co dalej.

W sierpniu babcia zmarła. W sobotę była w dobrym stanie, choć znowu w szpitalu, w niedzielę ciocia prosiła, żebym nie jechała oglądać babci w takim stanie.
Żałuję, może wtedy jakoś bardziej by to do mnie dotarło. Do dziś łapię się na tym, że jej coś opowiem, coś, co mnie rozbawiło. Babcia była w stu procentach babciowata, choć młoda, bo została babcią w wieku 42 lat. I ciągle była ciekawa świata, zawsze jakoś tak prześwitywała z niej ta młoda dziewczyna. Jeśli chciałabym coś jeszcze jej powiedzieć, to podziękowałabym jej, że jak Olaf zmarł, to powiedziała ciotkom, że mają do mnie jechać, bo nie można nas zostawić samych wtedy. A poza tym mam po niej cholerną pustkę, szczególnie że teraz mam w domu jej paprotkę i ta paprotka nie padła mi, a ładnie puszcza nowe liście, i o tym też bym jej opowiadała...

Miesiąc po pogrzebie (w ogóle nie wyobrażałam sobie, że jeszcze kiedyś będę tak płakać na pogrzebie, odkąd pochowaliśmy Olafa, na pogrzebach płaczę tylko trochę, a wtedy... Nie mogłam patrzeć bez łez na dziadka, to niesprawiedliwe, że rozdziela się ludzi po tylu latach zgodnego małżeństwa, to było takie dobijające) Kryzys brał ślub i miał najbardziej czaderskie na świecie wesele. DJ dał czadu, rockowa muzyka leciała na życzenie... Wybawiłam się tak, że choć wesele było w czwartek, to w poniedziałek wzięłam urlop na żądanie, bo mnie tak nogi jeszcze bolały.

To tak w skrócie mój rok. Reszta niezmienna. Jedynie bardziej odważnie przyznaję się do tego, że nie zależy mi na następnej ciąży. Jajcówa jest doskonała.
22:36, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »