Skopiuj CSS
poniedziałek, 26 września 2016
I wpis na jednej ze stron, że dla komfortu podczas seksu ważniejsza jest pewność, że partner nas nie zostawi, że dziecko nie rozbije związku, niż to, żeby nie zajść w ciążę.
A, ku ku.
Ważne jest, aby czuć się bezpieczną, bo chociaż za Samca jestem pewna, wiem, że dziecko nie zmieniłoby nic na gorsze, to jednak nie zajdę w ciążę, bo boję się o własną dupę. I tyle. Dlatego dzień antykoncepcji świętuję.

Nadal nie wychodzę, jeśli nie muszę i to mnie gryzie. Chciałabym, na przykład, zaskoczyć Janę i przyjść po nią do szkoły.

I nie umiem się na to zdobyć.
19:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 września 2016
Czytam sobie posty w grupie kobiet, które przeszły/mając zamiar rodzić przez cc.
Nazywają to czasem "zabiegiem".
Niektóre opowiadają, jakie to super.
A ja jestem zdziwiona.
Dla mnie to koszmarne przeżycie, nieporównywalne zupełnie z naturalnym porodem.
Wiem, jestem szczęściarą, bo naturalny u mnie trwał te marne dwie godziny. Nawet licząc od skoku temperatury - niecałe cztery, a skurcze przecież wyszły dużo później.
Ale to było działanie. Nawet, jeśli polegało na hamowaniu. Nie przyj. Jeszcze nie przyj, bo się rozerwiesz. Jeszcze wytrzymaj. Oddychaj powoli, oddychaj szybko.
Jeszcze jedna porcja skurczy i będziemy przeć. Spojrzałam na zegarek, było wpół do siódmej. Pomyślałam, że phi, do północy urodzę.
Urodziłam o 18:49, 11 minut przed końcem zmiany. Cała zmiana przeżywała to potem ze mną, nie rozeszli się do domów.

A cesarka? Bezczynność połączona z przeświadczeniem, że nie przeżyję tej operacji, z myśleniem, że wolę umrzeć, niż żeby moje maleństwo umarło...
Nie, cięcie było przeżyciem, które pozbawiło mnie ochoty do rozmnażania.

Dlatego zakładanie, przy pierwszej ciąży, że nie chce się naturalnie rodzić, uważam za przejaw nieświadomości. Bo może być - nie lekko, pojęcie lekkiego porodu wymyślił mężczyzna, żaden poród nie jest lekki, ale bywają krótsze. Może więc być krótko - od dawna ból rozkładam w czasie, nic nie trwa wiecznie, niezależnie od tego, czy jest dobre, czy jest złe.

Cieszę się, że spróbowałam.
20:50, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Oj, jakie ciężkie jest pisanie po jednym kieliszku, ale muszę.
Musze.
Tak dokładniej. Pamiętacie ten tekst Hey?

Wczoraj, po skręcaniu szafy (okazało się, że trzy półki zostały w Interkomisie, dobrze, że Samiec pojechał je odebrać, mam teraz trzy wolne półki, bo pogodzona ze stratą upchałam wszystko na pozostałych) układałam ubrania.
Usłyszałam niskie, wściekłe bzyczenie. Coś, jakby mała kosiarka. Patrzę, a to muszysko. Wielkie, czarne, paskudne.
- A., weź Raida i zabij tę muchę.
Samiec dorwał ją w pokoju. Popryskał, zmieniło się natężenie bzyczenia, paskudztwo dostawało przyspieszenia, jakby próbowało z siebie zrzucić truciznę, hamowało, obijało się o ściany.
Wleciało do przedpokoju, wpadło za koszyk z rzeczami od Żujki.
Zaczailiśmy się, mucha wyleciała prawie wyszła na czołówkę ze mną, potem z Samcem. Kolejna dawka Raidu, znowu ten wściekły taniec.
Cisza.
Delikatne, szybkie pobzykiwanie. Zlokalizowaliśmy ją w kieszeni kurtki Samca. Mój mężczyzna obił tę kieszeń, a kiedy przestał, cholera wyleciała z kieszeni.
Ilość brzydkich słów w powietrzu przekraczała stężenie środka owadobójczego.
Którym Samiec znowu popryskał powietrze. Mucha poleciała pod sufit i kiedy już, już wydawało się, że wreszcie zdechnie, bo brakowało jej sił na wydawanie odgłosów, dostała się do plafonu i tam pobzykiwała, wykorzystując właściwości do polepszenia akustyki.
Z doświadczenia wiem, że mogła tak jeszcze trzy dni koncertować.
Chwała Bogu, Samiec napryskał Raidem do wnętrza lampy i insekt wyzionął ducha.
Chyba.
W każdym razie wczoraj jeszcze nie żyła.
I dzisiaj rano też.
00:14, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 września 2016
Zaliczyłam dzisiaj dwugodzinny spacer tylko dlatego, że nie miałam biletu. Jasne, łapały mnie duszności, ale było mi dobrze. W tym tygodniu w ogóle czułam się inaczej.
Odzyskuję siebie.
Zaczynam się cieszyć życiem, dostrzegać w nim coś zupełnie innego.

Robimy totalne przemeblowanie, oczywiście idzie nam opornie - bo zgodnie z naszym życiowym postanowieniem nie marnujemy urlopu na remonty, tylko odpoczywamy, więc od dwóch tygodni dzień w dzień, po jednym meblu, po kawałeczku i tak do przodu. W końcu będę miała szafy w przedpokoju, w końcu odsłonię ściany w pokojach, w końcu Janka ma swój półpokój, w końcu ja mam swoje miejsce w tych 72 metrach.

Za chwilę zbieram się do skręcania ostatniej szafy, więc jeszcze tylko napiszę:
Ludzie rzucają mi wyzwania, a nie potrafią przegrywać.
I jeszcze to, że jest różnica między tym, że ktoś jest po prostu miły, a tym, że potrafi być miły.
Ja, na przykład, potrafię być miła w sprzyjających warunkach i przy silnej współpracy. Ale potem włącza mi się jędza i nie umiem zatrzymać, jeśli ktoś mnie prowokuje. Tak, jak u niektórych ludzi depresja jest nie do opanowania, tam u mnie gniew, czy wredność.
I choćbym nie wiem, jak się starała, nie da się.

Janka zrezygnowała z zajęć muzycznych, które miała z nią prowadzić nasza sąsiadka. Dziwne, bo Gabi była jedną z pierwszych osób, które potrafiły wydobyć Janę z nieśmiałości...
17:57, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 września 2016
Ostatnio jedna z rzeczy, która nas najbardziej śmieszy, to naiwność władzy.
Jedna to rzecz z zakazem aborcji. Niby to taki ukłon w stronę kościoła, ale czy aby na pewno?
Ile nienawiści powoduje właśnie względem kościoła ta nowa ustawa. Agresję przede wszystkim. Jest totalnie głupia, ktoś chciał to mądrze napisać, ale daje zbyt dużo możliwości interpretacji prawa, abyśmy my, kobiety, nie czuły się zagrożone. I tak samo czują się niektórzy lekarze. Uwierzcie mi, niby w śmierci Olafa nie było mojej winy, ale na upartego - ktoś mógłby się przyczepić, że do tego doprowadziłam, kiedy wyszłam ze szpitala "dla zaczerpnięcia oddechu", choć powinnam była leżeć. Że wyjście na spacer to było za dużo. Że mogłam wcześniej zgłosić się, że znowu brzuch mi się napina. Rozważam to setki razy.
Niepotrzebnie.
I podejrzewam, że część kobiet, które poroniła, też tak myśli. A wyobraźcie sobie, że są suki, które udają przyjaciółki, a potem doniosą, bo wiedziały o złym samopoczuciu kobiety i wiedziały, że o jeden dzień za długo poczekała. Co za problem potem donieść na nią?
Co za problem donieść na lekarza, który mnie wtedy wypisał, bo tak płakałam, że już chcę do domu, choć wiedział, że wiąże się to z ryzykiem?

Druga rzecz to te wolne niedziele.
Owszem, uważam, że każdemu człowiekowi należy się dzień wolnego w tygodniu. Ba, ja nawet uważam, że dwa dni i tego, wobec mojej osoby, skutecznie się trzymam. W miarę skutecznie, bo zrobiłam ze trzy dodatkowe dni w tym roku.
Ale narzucanie jednego, konkretnego dnia, to znowu ukłon w stronę ePiSkopatu. Bo przecież takie samo do wolnego, w wolnym, nieuregulowanym religią kraju, jakim podobno jesteśmy, ma Żyd - w sobotę. Jest jeszcze mniejszość muzułmańska, która ma ten swój Ramadan. Co z nimi zrobić?
Efektem tego (oczywiście mogę się mylić, fajnie byłoby się pozytywnie zaskoczyć na podejściu ludzi do zakupów :)) będą Przejebane Soboty, po których pracownicy sklepu będą nienawidzić idei wolnej niedzieli. Stałam sobie dzisiaj w Biedrze. Niby jest normalna sobota. Wózki wyładowane fchuj, nie da się tego inaczej określić. Nie, nie żarcie grillowym z okazji pogody. Żarciem niedzielnym. Dodałam w myślach tych, których spotkam jutro, z wózkami wyładowanymi żarciem na poniedziałek. Powstał jeden wielki, nieogarniony syf. I to nie jest tak, na moje laickie oko, że przed dniami wolnymi market nadrabia straty spowodowane zamknięciem w święto. To, co wtedy panuje (rzadko bywam, to nie na moją fobię społeczną), to chaos, aż dziw, że jakiś bóg nie stworzy sobie z tego nowego świata. Ludzie zostawiają za sobą pobojowiska. Straty sięgają chyba zenitu, bo kiedy widzę półki z poniszczonymi produktami, to coś mnie trafia.
Do tego dochodzi obsługa sfrustrowanych kolejkami klientów. Pomyłki na kasach...

Dobra, kończę. Właśnie z głowy spadła mi jakaś mikroskopijna gąsienica. Idę pod prysznic, bo już mnie wszystko swędzi.
Byłam na rolkach. Łącznie może pół godziny, ale sama i jestem z siebie zadowolona.

PS: Podsumowanie miało być o tym, że coraz więcej ludzi rzyga tymi dobrymi zmianami, których spełnianie partia rządząca uważa za swój obowiązek.
14:48, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 września 2016
...To ten stan, kiedy wszystko mnie omija. Świat staje się obojętny. Ani bardziej przyjazny, ani wrogi. Za nikim nie tęsknię, niczego nie potrzebuję.
Nie mam marzeń.
Nie mam na nic apetytu.
Nie wierzę w to, co się stało, nie wierzę, że stanie się znowu kiedyś.
Czasem leżę z otwartymi oczami i nawet nie wiem, że nie śpię.
Wszystko wokół jest na swoim miejscu, nawet jeśli jest bałagan.
Nic nie wiem o swoich niedomaganiach, czy tym, czego nie lubię w sobie.
Jestem, a jakby mnie nie było. Nie mam poczucia odpowiedzialności, nie mam potrzeby odpowiadania na pytania. Chcę zachować ten stan nieważkości jak najdłużej.

Jeśli wielka śmierć to pogłębienie tego stanu, to nie boję się umierania.

Śmierci boję się pod jednym względem - jestem matką. Nie chcę rozstawać się z moim dzieckiem. Chcę być tu, przy niej, cały czas bronić i wspierać.
10:04, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »