Skopiuj CSS
środa, 30 września 2015
Przesypuje mi się to wszystko przez uszy i wtedy jest dobrze. Staram się nie myśleć, że teraz Daniel Johns śpiewa, jak Justin Timberlake, bo dawniej śpiewał jak ktoś specjalny, bo naprawdę ma nieporównywalny do nikogo głos. Billy'ego Corgana wyciągnęłam ze śmietnika i teraz rozprostowuję go, wygładza i uśmiecham się do lat 1995-2000. Corey Taylor ma taki umięśniony głos, może to przez ten kark, w każdym razie, porównanie wielkości i siły jego głosu z posturą sprawia, że znowu myślę, że Pan B. ma poczucie humoru. I jest jeszcze tylu innych, a ostatnio dołączył do nich Olek Kopka z takim perfekcyjnym, wyrazistym głosem, ubrany w grunge'owe piosenki. Od kogoś kiedyś słyszałam, że ten rodzaj muzyki nie ma dobrych wokalistów, ale coraz bardziej przekonuję się, że to nie był nikt ważny, bo było ich trochę, na przykład Travis Meeks. Chrisa Cornella celowo nie wpisuję, bo podobno złości go wrzucanie Soundgarden do grunge'u.

Osiem godzin słuchania muzyki. Ludzie pukają się w czoło, kiedy mówię, że uwielbiam moją pracę. Nie znają tego drugiego dna.
A muzyka jest zawsze u podstaw.
11:38, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 września 2015
Od rana dziś taki ponury nastrój. Janka w aucie zaczęła tak z niczego chlipać, a potem spytała, czy życzenia się czasem spełniają. Powiedziałam, że owszem, ale nie wszystkie. I o czym ona marzy? Żeby Patryk przyjechał. Patryk to jej miłość z przedszkola, wyjechał w czerwcu do Holandii. Skąd jej tak nagle przyszedł do głowy? Bo Emilka coś wspomniała o swoim kuzynie, Olku, który jest w Holandii.

Potem był spokój, a potem, po zabawie z Leosiem i Radziem, płakała, bo ona chciałabym mieć młodszego brata. Albo, jeszcze lepiej - siostrę. Żeby mogła wziąć dla niej te białe sandałki z kwiatkami, które widziała u babci.

Też najchętniej bym sobie popłakała, jak ona tak smutnieje. Bo też bym czasem chciała. Nie chciałabym, żeby była sama. Owszem, umie bawić się bez udziału innych dzieci, ale wiem, że to nie to samo.

Wierzę w zaklinanie rzeczywistości słowami, ale muszę te słowa czuć. Nienawidzę słów "będzie dobrze", chociaż sama je czasem popełniam. Nigdy nie jest dobrze, dopóki się człowiek nie odbije od dna.

Czytam Lee, to jakby powrót do domu, taki kawałek mnie gdzieś w kosmosie. Czasem nie wiem, jak wyglądałyby nasze spotkania, czasem się ich boję, bo sama siebie boję się, kiedy spotykam człowieka. Dlatego moim ulubionym miejscem jest internet.

Po raz kolejny oglądamy "Frozen". Mistrzostwo.
Patrzę na mojego małego Okruszka, patrzę na dwóch małych okruszków z tej perspektywy i wydaje mi się tym bardziej, że dziecko to cudem, że to wszystko jest takie poukładane na świecie, że wszystko jest zaprogramowane...

Co do muzyki, to myśmy całe nasze 14 lat spędziliśmy z naszą własną ścieżką dźwiękową. Są piosenki, które przez to kocham, są takie, które bałam się, że znienawidzę, jeśli się w danym momencie rozlecimy. Nie wiem, boję się myśleć, jak bardzo zgorzkniałaby mi muzyka, gdybyśmy już nie byli razem.
18:37, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
Kiedyś myślałam, że najgorszy sen już mam za sobą. Że to noszenie trumny pod pachą to było maksimum makabry, na jaką stać mój mózg.
Do wczoraj, kiedy obudziłam się ze snu, w którym Janka zachorowała, a ja patrzyłam na leki przygotowane przed pierwszą chemioterapią.
Zdecydowanie mniej bolesny jest sen o tym, że chce się wyciągnąć z grobu dziecko, które już nie żyje. On jest tylko wynikiem tęsknoty.
Gorzej, jeśli śni się, że choruje dziecko, które jest przy mnie.

Wczoraj koncert Lao Che. Właściwie szłam z obawami, po tej dziwnej chorobie byłam tak słaba, że w piątek miałam problem z dotarciem do szkoły po Janę. Ale delikatnie, bez szaleństw, na szczęście Lao Che to energetycznie inna klasa, niż Luxtorpeda, za to o kilka poziomów lepsze teksty (no i wokal). W każdym razie, co do koncertu - wszystko fajnie i zrozumiale, że za dużo piosenek z nowej płyty (których nie zdążyliśmy się nauczyć), za mało starych (gdzie moje "Czarne kowboje", bo o "Klucznika" nie pytam...?). Ale atmosfera świetna, bez zbędnego gadania, po prostu grali i grali, tak jak powinien koncert wyglądać. Jednego tylko żal: nie zrobili sobie tradycyjnego zdjęcia z publicznością...

Muzyka jest narkotykiem. Wracam chwilami do starych kawałków, nie "bardzo starych", ale takich trochę, tak starych, jak moja pamięć. Na fejsie fala dwudziestoleci i dwudziestopięcioleci różnych singli, które pamiętam, jak wyszły i zrobiły furorę. Nie sprawia to, że czuję się stara. To tylko cyferki, a ja nigdy nie przywiązywałam wagi do matematyki (przed chwilą moment grozy, kiedy zniknęła mi cała notka...), po prostu dziwi, że aż tyle wspomnień może pomieścić jedno życie.

Idę się odurzać. I kolorować. Janka będzie chodziła na zajęcia taneczne. Jest zachwycona, może w końcu spożytkuje energię... Podobno w szkole nie ma z nią problemów, a doszły mnie głosy, że są. To dlaczego nauczycielki nie powiedzą mi nic o tym, tylko zwierzają się między sobą?
09:42, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 września 2015
Janie było bardzo smutno z tego powodu, że nie mogłam iść z nią na pasowanie, ale cóż - mam L4, a ja nie należę do tych ludzi, którzy szlajają się, udając, że są chorzy. Rzadko biorę wolne (właściwie, gdybym mogła dojeżdżać samochodem, to nie wzięłabym w ogóle, to raczej nic zaraźliwego, nie kicham, nie kaszlę, po prostu od trzech dni mam gorączkę, chciałoby się napisać, że z dupy wziętą, ale nie, jelitówka to też nie jest ;)), ale tym razem jestem tak osłabiona, że nawet te dziesięć minut zawożenia Jany do szkoły mnie męczy.

I przykro mi. Chciałam być we wszystkich ważnych dla niej momentach, zrywałam się po nockach na przedstawienia, występy, konkursy, kiedy była w przedszkolu, a teraz, w taki ważny dzień...

Właściwie trzyma mnie przy zdrowych zmysłach. Przy niej przynajmniej udaję dorosłą, chociaż nie powiem - ostatnio naszą wspólną rozrywką jest oglądanie Słodkiej Belli na youtube, "Pocahontas", powtarzanie ścieżki dźwiękowej z "Krainy Lodu" i kolorowanki. Poważnie, kupiłam sobie dwie kolorowanki: "Doodles Invasion" i "Tajemny ogród". Uspokajam się. Nie wiem, czy to na dłuższą metę będzie działało na mnie, ale na razie jest tak, że...
"Mamo, przez cały wieczór ANI RAZ się nie ZDENERWOWAŁAŚ!"

Ale mimo to - marzę o weekendzie sam na sam z Samcem. Nie, żeby zaraz tiruriru, chociaż, znając nas, wcześniej czy później do tego by doszło, ale po prostu brakuje mi nas w nas. Choćby tego wspólnego czytania - on przy wstawaniu o czwartej potrafi wytrzymać do dziesiątej wieczorem, ja wstaję o szóstej, a kiedy jest czternasta, to marzę już o tym, żeby był i żebym mogła się walnąć chociaż na chwilę.

Tak, mam już skierowanie na badanie krwi i tak dalej. Muszę sprawdzić, czym się żywią te komórki, które próbują ujarzmić mój stres.
18:34, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
Serdecznie wkurza mnie gadanie, że dziecko kocha się bezwarunkowo. Ludzie nie pojmują tego, że gdyby miłość macierzyńska była bezwarunkowa, to dzieci nie lądowałyby na śmietnikach, matki by ich nie dusiły. Jest jeden warunek - chęć miłości. I nie ma znaczenia, czy chodzi o dziecko, o faceta, o mamę, o tatę, psa, czy szczura. Miłość jest, do kurwy nędzy ZAWSZE BEZWARUNKOWA, ze strony warunków stawianych osobie kochanej, ale też ZAWSZE POD WARUNKIEM, że mamy potrzebę kochać. Czy wyobrażacie sobie bowiem sytuację, kiedy normalny, dorosły człowiek mówi "jeśli zrobisz to jeszcze raz/nie zrobisz tego/będziesz się tak zachowywać, to przestanę cię kochać"? Owszem, może odejść. Z czasem ta miłość wygaśnie i nikt do końca nie wiem, czy wina jest rzeczywiście po stronie tego, kto nie spełnia wymagań, czy tego, kto nie zauważył, że obiekt wymagań spełnić nie może.
Zirytowałam się. Ludzie są tępi, idealizują świat, idealizują pojęcia, zamiast wziąć się za pracę nad sobą, rozejrzeć.

W czasach, gdy jesteśmy wszędzie śledzeni, reklamy dobierane są pod względem naszych preferencji. Dlaczego więc, skoro kupuję buty w cenie <50zł, rzuca mi się po oczach parą, uroczych, owszem, ale w cenie 499zł (po przecenie)?
Przyjęłam do wiadomości, że Allegro nie ogarnia, że nie interesują mnie reklamy ubrań damskich w rozmiarze >M. Spoko, no algorytm zawiódł. Ale przynajmniej mogłoby zwrócić uwagę na to, że ja ZAWSZE, czegokolwiek bym nie kupowała, pierwsze, co zaznaczam, to cenę.
Ok, raz kupiliśmy kabinę z brodzikiem, chyba z 1000zł kosztowała, ale to był raz, na Boga!
Wbrew pozorom, nie jestem już zła. Tylko tak... Cóż, uśmiecham się z politowaniem nad informatykami, którzy pracują na Allegro.
Chociaż znałam takiego jednego, który twierdził, że wszystko jest proste do zrobienia, ale jak zrobią w jeden dzień, to zapłacą im za jeden dzień pracy, a jak naściemniają, że było ciężko, to się ich bardziej cenić...
13:01, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Poważnie żal mi tych wszystkich zagonionych ludzi. Tych, którzy przepychają się w przejściach, drepczą w autobusach. Współczuję tym, którzy nie zatrzymują się na pasach (głównie kobiety, faceci w wielkich, wypasionych furach i garniturach oraz zestresowani staruszkowie). Ostatnio jakiś mistrz kierownicy zaliczył lekki lot z telemarkiem na zwalniaczu przed pasami przy szkole. Dobrze, że z daleka widziałam wysoko zawieszone auto, przy których mam prawie stuprocentową pewność, że nie stanie, choćby mu pod koła wejść.
Wszystkie wyjścia na miasto kończą się frustracją głównie z tego powodu. Z jednej strony obserwuję głupotę pieszych, bo naprawdę - na te pasy, o których pisałam wczoraj wybiegły dwie dziewczynki bez patrzenia. Auto ostro hamowało, ale matki jakoś się nie przejęły. 
Chociaż nie powiem, żeby u nas jakoś wybitnie nauka przechodzenia przez jezdnię szła (dlatego też Jana nie została zwolniona z nakazu łapania za rękę i przechodzenia tylko po pasach), np: idziemy przez osiedle, Jana miała pamiętać drogę.
Dochodzimy do przejścia. Ona ciągnie (nie to, żeby zawsze tak leciała, ale wtedy była podekscytowana tym, że ona prowadzi - i właśnie dlatego, że pod wpływem emocji zapomina o zasadach, uważam, że daleka droga przed nami). Ja
- Janka, w lewo... (żeby się rozejrzała)
- Nie, prosto!
- Nie, Janka...
- Tak!
- Ale co masz zrobić: w lewo...?
- Aha...!
Ale nie tylko dzieci są takie. Mam odruch ściągania słuchawek, kiedy przechodzę przez jezdnię. Rozglądam się milion razy, wchodzę na ulicę dopiero, gdy widzę, że mi się z dwóch stron zatrzymali, albo nic nie jedzie. Szkoda mi mojego życia po prostu. I ciężko wypracowanego zdrowia.

Ale ludzie jeżdżą jak porąbani. Kiedyś wejdę takiemu pod koła. Nie dlatego, że brak mi instynktu samozachowawczego, czy że mam skłonności samobójcze. I chociaż żal mi mojego życia, to ogólnie śmierci jakoś wybitnie się nie boję - na to zawsze jest czas, na pewno mnie nie ominie, więc nie muszę się spieszyć. Jest tyle rzeczy, na które braknie mi czasu. Po prostu bywam sfrustrowana, a uczucie sfrustrowania czasem niewiele różni się od poczucia niezniszczalności. Kto przeżył skrajnie stresujące sytuacje, ten wie. Z tym, że u mnie teraz każdy stres ma natężenie "ekstra + gratisy". No, może nie każdy, ale z tymi zwykłymi radzę sobie już minimalnym kosztem.

Tak naprawdę nie pomaga myśl o rodzinie nawet, jeśli myślę o swojej śmierci. Spoko, nie stresujcie się. Myślenie o śmierci jest jednym ze sposobów na zmniejszanie napięcia. Absurdalna myśl, że "Spokojnie, przecież co ci się może stać? Umrzesz?" i cały ciąg myślowy, najczęściej odwraca moją uwagę od problemu aktualnego i nieporównywalnie wręcz małego.

Rodzinę mam świetną. A wiecie co w niej jest najlepsze? Że kiedy kogoś zabraknie, to tęsknimy jak cholera. Do łez, do bólu. A jednocześnie zalepiamy te dziury i nic nie jest w stanie nas rozerwać. Dlatego uważam, że cokolwiek się nie stanie, moja rodzina da sobie beze mnie radę.

A z innej beczki: rozmowa w temacie koronkowych, nieusztywnianych biustonoszy. Spora część kobiet twierdzi, że są dla pań bez biustu, jednocześnie zarzucając, że takie biustonosze są bez sensu. W życiu nie sądziłam, że laski z dużymi cyckami są takie... Nie wiem, jak to nazwać... Ok, nadużyję słowa "sfrustrowane". Ale idealnie pasuje. Widać, w życiu nie widziały takiego biustonosza na kobiecie z miseczką A lub 0. Ja widziałam, na przykład w lustrze. Nie wyglądają dobrze. Najlepiej wyglądają na jędrnym B lub C. Tylko że dla takich pań B lub C to "mały biust", chociaż według mnie - to idealny środek skali. A całkiem spory kawałek tej skali zaliczyłam w swoim życiu, bo od AA do DD/E, więc wiem, co mówię, a podpowiada mi to mój kręgosłup.

Szukam porad dotyczących protetyki. Pamiętam, jak wiele lat temu dziwiłam się laskom, że robią sobie tatuaże, a nie zrobią zębów, chociaż np: dwójki miały już czarne.
A teraz zastanawiam się, czy sama tak nie skończę. Wstawienie jednej koronki - około 3000zł. Jeden tatuaż - około 500zł. (Wtedy oczywiście ceny były inne, za kanałówkę płaciłam 100-200zł, teraz to jest 500zł, a ceny tatuaży nie zmieniły się zbytnio) Czyli wychodzi, że w cenie jednego pieprzonego zęba mogę mieć całe plecy zrobione.

Poczekam, aż będzie mi się należała proteza. Ze wszystkich zabiegów dentystycznych wyrywanie znoszę najlepiej...
08:48, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 września 2015
Nikt mi nie powie, że orgazm kobiecy ma źródło gdzieś indziej, niż w głowie.
Nie potrzebuję nawet dotyku. Ani, tym bardziej - specjalnego dotyku. Czasem wystarczy mi, że skupię się w odpowiedni sposób na tym, że blisko mnie jest Samiec i jestem o krok. Kiedy dotyka mnie, otaczam cała ten kawałek skóry, gdzie się stykamy. Jeśli nie jestem w stanie tego zrobić, wiem, że nic z orgazmu nie wyjdzie.

Zdarza mi się to w snach i ma zawsze związek z kompleksami. Bo w snach czasem w lustrze widzę nie swoją twarz, nie swoje ciało. W snach jestem piękna.

Chociaż podobno nie można zobaczyć swojej twarzy w lustrze we śnie, to ja widzę z każdym szczegółem.

Na jawie zdarza mi się zaś nie poznawać siebie w lustrze.

Lustra kłamią. Pokazują to, co chcemy widzieć, nawet jeśli to chcenie ma cechy masochizmu. Bo przecież nie jest aż tak źle...

W łóżku najczęściej się śmiejemy. Za dużo poczucia humoru, za małą wagę przywiązujemy do seksu.

Ale i tak... Nie zamieniłabym tej miłości na żaden gorący romans. Bo przecież ona wyrosła z gorącego romansu i jeśli ktoś mi powie, że mąż-kochanek jest lepszy, niż mąż-przyjaciel, to będę wiedziała, że nigdy nie przyjaźniła się z mężem...
06:53, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
wtorek, 15 września 2015
Ostatnio usłyszałam słowa: "Czy ty kiedykolwiek narzekałaś?" i uważam to za największy, choć niezasłużony, komplement. Narzekanie jest modne, ale ja boję się je uprawiać.
Bo z doświadczenia wiem, że jeśli nie docenię tego, co jest, to życie pokaże mi, że może być gorzej. Dlatego teraz zaciskam się cała w sobie i zawsze twierdzę, że jestem szczęśliwa.

Chociaż w głębi serca nie jestem. W mojej naturze zapisane są skrajności. Ja nie bywam smutna. Ja po prostu nagle siadam i zalewam się łzami, staczając w otchłań rozpaczy. Nie bywam poirytowana, staję się w momencie jedną wielką klęską żywiołową. I nie bywam też wesoła. Wpadam w niepohamowaną euforię.

Ludzi też zazwyczaj albo bardzo lubię, albo nie trawię. Niewielu jest tych drugich, naprawdę trzeba się bardzo postarać (na przykład: starając się przekonać mnie do siebie, nienawidzę tego. Jeśli człowiek jest pogodzony z tym, że go nie lubię - a to zazwyczaj widać - to do tego nielubienia dochodzi szacunek). W całym moim życiu było może trzech. Zabawne, że byli to faceci. No, dobra, plus może dwie kobiety, do nielubienia których zmusiły mnie okoliczności (bo jak okoliczności się zmieniły, to okazało się, że możemy się lubić).

Samczysko bywa zazdrosny o moich kolegów. To znaczy - był raz, dlatego jestem ostrożna. Problem w tym, że byłam zawsze typem kumpeli, która jest czymś jakby pomiędzy facetem a kobietą. Że niby pograć w nogę można, ale też, jak trzeba coś wyjaśnić z babskiego punktu widzenia, to wyjaśnię. I ciągle to mam, dlatego wiecznie mam jakichś kolegów.

A tak naprawdę wychodzi na to, że powinnam być jakąś terapeutką. Ludzie potrzebują rozmowy. Nie potrzebują rad. Jeśli da się im głośno powiedzieć o lękach, pozwoli się napisać o wszystkim, to sami znajdują rozwiązania. Słowo wypowiedziane lub napisane jest o wiele bardziej poukładane, niż myśl. Wiadomo, że szczególną opieką otaczam osierocone matki. To tak kruche istoty, że czasem oddech może wywołać u nich częściową śmierć. Wszystko w nich jest nietrwałe, poza chęcią życia, która gdzieś się tli. I wszystko w nich jest smutne, nawet śmiech. I nawet po wielu latach tak jest, o czym przekonałam się w sobotę. To nie boli. To myśl, że życie jest niesprawiedliwe, a śmierć nie powinna dotykać dzieci sprawia, że się płacze.

Wydawało mi się, że... Nie, nie pogodziłam się z tym. Po prostu zaczęłam to ignorować, jak ignoruję wiele bolesnych rzeczy.
08:48, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 14 września 2015
Dokładnie to jest tak, że wszystkie twarze w mojej głowie zapisane są sympatycznym atramentem. Owszem, da się go wywołać, ale trzeba na to dobrej chwili. Jestem tym zmęczona, dlatego nawet podejrzewając, że ktoś jest mi znany, wolę czekać, aż sam się odezwie, nie podchodzę pierwsza. Poznaję ludzi po głosie, po ruchach, czasem po czymś charakterystycznym, np: tatuaż. Ale wiedząc, że to po prostu choroba, nie czuję się, jak skończona idiotka.
Ale czasem mózg płata mi figle i np: wczoraj na koncercie spotkaliśmy takiego kolesia, którego byłam pewna, że znam, jeszcze gadał z Leniem, więc byłam pewna, że z Luxforum. Potem Lenin powiedział, że tak, kolega jest z forum Luxtorpedy, ale widzimy go pierwszy raz w życiu.

Myślę, że mój mózg czuje, jak bardzo go nienawidzę, dlatego traktuje mnie jak swojego osobistego wroga....


09:11, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 września 2015
Pierwszy koncert - Seven on Seven rozgrzał nas do zabawy. Szybkie, rytmiczne granie i miły głos. Jeszcze trochę chichotałyśmy, ale w sumie wrażenie pozostawili bardzo dobre (nie licząc Luxtorpedy - to mój faworyt).

Potem był zespół XpresivE - zupełnie inna bajka. Przystopowali nieco atmosferę, nawet mogę powiedzieć, że znudzili. Nie wiem, czy jestem w stanie cokolwiek na ten temat napisać - wokalista ma niezłe możliwości, ale szczerze mówiąc - nie mój klimat.

Ludwik - i tutaj mam dylemat. Bo grali mocno. Do skakania, do bujania się, nie oszczędzali. Niestety - mój mózg już dawno zdecydował, że albo głośna muzyka, albo migające światełka. Nienawidzę stroboskopów. Zepsuły mi cały koncert.

Chico - początek słaby. Takie bujanie, wycie, smęcenia. A potem weszło kopyto. I już było świetnie. Napięcie zaczęło rosnąć, łapałyśmy rytm.

O Luxtorpedzie niewiele napiszę. Może tylko to, że w końcu puścili "Serotoninę". I zdanie "nie jesteś sam" mogę dedykować Ewelinie. Żeby wiedziała, że nie tylko ona tak ma.

A hitem była Kat czytająca książkę podczas koncertu. Poważnie. Za to ją kocham.
18:44, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 września 2015
Dzisiaj wieczorem idziemy na koncert.
Poważnie, da się. Mam 34 lata, męża i dziecko, a mam możliwość wyrwania się z domu. Fakt, nie sama, tylko z mężem i właściwie całą paczką.
Poważnie, mamy paczkę.
Nie są to zawsze te same osoby, ale zawsze ktoś się znajdzie. Lubię się bawić, nie wyobrażam sobie życia w korporacyjnym boksie, zapierdzielania do upadłego po kilkanaście godzin dziennie i jeszcze przynoszenia pracy do domu. Wiem, że pieniądze są ważne. Fajnie jest mieć kasę. Czasem też zgrzytam zębami, oglądając ciuszki, szczególnie na http://www.emp-shop.pl/, który ma odzież w moim ulubionym, mroczno-kiczowatym stylu i żałuję, że nie mam lepiej płatnej pracy.

A potem dostaję smsa, czy mam czas - i jestem szczęśliwa, jeśli mam i mogę z kimś wyjść, pogadać, napić się %.
A nawet nie muszę - siedzę sobie po prostu z Samczyskiem w domu i rozmawiamy znad książek, wymieniamy poglądy i komputer.

I czuję wtedy całą sobą, że prawdziwe jest stwierdzenie, że najważniejszych rzeczy nie można kupić za pieniądze. Za to wiele rzeczy można kupić za czas, jaki się na nie poświęca.

W środku czuję euforię i ten zwyczajny, podskórny strach, czy na pewno znowu uda się impreza. I, jak zwykle, waham się. Czy warto oczekiwać, skoro tyle rzeczy może się zepsuć...?
14:19, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
piątek, 11 września 2015
W pracy znowu chwila chaosu, kiedy kierownictwo próbuje jakoś dźwignąć zakład, chociaż nikt z nas nie wierzy, że to ma sens.
A nie wierzymy, mimo iż już kilka razy się im udało.

Ograniczenia: na halę nie można brać jedzenia i picia. Ma to sens, zwłaszcza, że są łajzy, np: ja, które resztką coli potrafiły zalać wózek i kilka sąsiednich regałów, a potem przykleić się do półki. Od razu mówię: jakoś zawsze udawało mi się nie uszkodzić towaru.
Teraz doszedł zakaz palenia i tu zaczyna się bunt. Że to jest łamanie praw człowieka.
I jestem rozdwojona: z jednej strony - w przestrzeni publicznej nie powinno się palić. I tak naprawdę nie powinno mnie obchodzić to, że ktoś ma problem, bo pali, bo mu się chce. Jak to kiedyś powiedział Lenin - jemu nie pozwolą wypić piwa w pracy, to dlaczego on ma się pochylać ze współczuciem nad kurzokami.
Ale z drugiej strony - teraz papierosy, jutro muzyka. Bo można powiedzieć, że muzyka rozprasza.
Mnie nie rozprasza, mnie utrzymuje przy zdrowiu psychicznym i dlatego rozumiem uzależnionych od papierosów.

I zrozumiałabym ograniczenia, gdybyśmy zarabiali jakąś grubą kasę. Ale tak naprawdę dla większości z nas plusem tej pracy był luz, a teraz, przy stawkach w okolicach najniższej krajowej, jeśli ten luz znika, to zaczyna nam mniej zależeć na zatrudnieniu w tym zakładzie.

A co do Jany, to zrobiła coś, co jej się nie zdarzyło od wielu lat. Scenę w sklepie. I uwierzcie - po dziesięciu godzinach w pracy nie jestem tak zmęczona, jak wtedy.
Poszło o soczek. Bo chciała taki z niespodzianką, ale że dzisiaj nie jest dzień "gadżetowy", to miała wybrać zwykły. Zażyczyła sobie pomarańczowy (bo pomarańczowych nie było na półce, moje dziecko jest mistrzem manipulacji) albo ten z gadżetem.
I potem było wszystko książkowo: wrzask, rzut na podłogę, gryzienie mnie po rękach (potem oczywiście mnie wycałowała i przepraszała, chyba wystraszyła się tego, że mam siny palec - a dowcip polega na tym, że miałam po prostu brudny od gumek pod pierścionkiem, w który Jana mnie ugryzła). Generalnie - skończyło się nieprawidłowo, bo podniosłam głos, chociaż nie musiałam. Ale gdybym nie podniosła, to sama rzuciłabym się na podłogę, wrzeszcząc, bo trzymanie nerwów na wodzy to w moim przypadku problem.

Potem rozmowa, zakończona tym, że "ona nie może nam obiecać, że więcej takich scen nie będzie."

Koniec.
Idę odpocząć do pracy.
18:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 września 2015
Właściwie zgodnie z zasadami bezpieczeństwa dziecko nie powinno bawić się lustrem, zwłaszcza, jeśli lustro ma 130cm wysokości, a dziecko 115cm. Ale w radio "Where the wild roses grow", więc Jana "tańczy balet", a ja sobie podśpiewuję. Zrobiłam jej z tego lustra scenę. Czasem naprawdę niewiele wysiłku trzeba, żeby dziecku sprawić radość.

Wczoraj zebranie. Na tablicy korkowej przywieszone obrazki z pierwszych dni w szkole.
Dołujące jest to, że nie poznaję rysunku własnego dziecka. Nie poznaję też jej głosu na placu zabaw - odruchowo reaguję na każdy krzyk.
Macierzyństwo, nie sprawiło, że stałam się supermenką z mocą reagowania na swoje dziecko. Pozostałam taka sama - wiecznie rozkojarzona, z podzielną uwagą. Może dlatego cierpię na nadpoczucie obowiązku w połączeniu z ciągłym jego niedopełnianiem. Nic mi serce nie podpowiadało, gdy patrzyłam na te obrazki, wszystkie tak samo anonimowe.

Przesłuchuję płytę "Tribute to Smashing Pumpkins". Tak z przekory. Jeszcze nie wiem, co o tym myśleć.
To znaczy: wiem. Ale nie wiem, jak napisać.

Zauważyłam jedną prawidłowość: z moich znajomych na fb często wylatują faceci nadużywający zdjęć pięknych kobiet. Tak, nadal mam kompleksy.
15:25, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 września 2015
Ostatnio zawojowałam internety stwierdzeniem, że czasy szkolne wcale nie były najlepsze w życiu, że dużo lepiej jest teraz.
Pozwolę sobie rozwinąć ten temat.
Argumenty za szkołą są proste:
- nie miałam żadnej odpowiedzialności, jedyne, co mi groziło, to złe oceny (czysto teoretyczne, mam na szczęście dobrą pamięć, zwłaszcza wzrokową)
- większa wolność, czy iść do szkoły, czy nie. W sumie balansowałam zawsze gdzieś w 60-70% frekwencji (mówię o czasach LM, od drugiej klasy - w pierwszej miałam prawie 100%, nie byłam tylko w Dzień Wagarowicza, a nagrodę za frekwencję dostał ktoś inny, nie pamiętam, kto - ale była do osoba, która miała więcej nieobecności - i jakoś tak mój mózg doszedł do wniosku, że nie warto się nudzić w szkole)
- podczas lekcji mogłam sobie pisać opowiadania (nawet nauczyciele byli zadowoleni, że tak pilnie notuję)
Argumenty za pracą:
- pracuję 8-10 godzin. W porywach do 60 tygodniowo, ale to był jeden sezon, kilka lat temu. Dużo? Owszem, ale odbijając kartę na wyjście wiem, że na dzisiaj już koniec pracy. Żadnego zadania domowego.
- w pracy mogę słuchać muzyki
- uczę się tylko tego, co mnie interesuje, w takim tempie, jakie mi odpowiada, a nie dostosowując się do poziomu klasy (nie jest to bezpodstawna próżność, z niektórych przedmiotów, tych, które pokrywały się z moimi zainteresowaniami, byłam sporo do przodu, przez co się cholernie nudziłam)

Niektórzy wspominają czar znajomości z tego okresu. Otóż, surprise - nie byłam takim totalnym outsiderem. Miałam swoich kilka dobrych koleżanek, które po latach mogę nazwać przyjaciółkami. Na dodatek - lepszy kontakt z ludźmi mam właśnie teraz. Może dlatego, że nauczyłam się nie poddawać wyścigowi szczurów, bo tego jednego nauczyło mnie życie, że własny kręgosłup moralny powinien być jasno zaznaczony, a nie naginany do potrzeb współzawodnictwa.

Niektórzy tęsknią za młodością, urodą. Cóż, ok. Byłam brzydulą (nadal nie grzeszę urodą, ale za to grzeszę z przyjemnością), ale z wiekiem przyszła akceptacja. Z wiekiem przyszło też coś cudownego - miłość i macierzyństwo, które przebiły wszystkie argumenty. Może dlatego nie tęsknię za szkołą. Wtedy tylko o tym marzyłam, teraz spełniłam te marzenia. Dowiedziałam się, że faceci tak naprawdę nie są tacy źli, ani głupi, jacy mi się wydawali. Ani, co dziwne, tak bezmyślnie okrutni.

Może to kwestia tego, że nie byłam studentką. Owszem, ominęło mnie to, głównie z powodu miłości (przez to pieprzone grzeszenie nie zdążyłam nawet symulować chęci pójścia na studia, hehehe).

A ludzie płaczą, że muszą teraz pracować, bać się o każdy kolejny dzień. Ok, zaskoczę Was. Też się martwię, czy starczy do dziesiątego (zwłaszcza, że koło dwudziestego po wypłacie zostaje tylko mętne wspomnienie w postaci kilku książek, czy płyt i pełen mięsa zamrażalnik). Też boję się, że stracę pracę i będę musiała na szybko chwytać coś nowego. Ale w szkole oswoiłam strach przez to, że byłam panikarą. Teraz, choćby nie wiem, co się działo, w końcu pojawia się myśl: "Jakoś to będzie."

Wiem, że dam radę.

Gdy czytam komentarze, że "Zacznie Ci się praca, nadgodziny, to zatęsknisz", śmieję się, że zaczęłam pracę prawie 15 lat temu. Kiedy zatęsknię? Na emeryturze? A kiedy mówią: "Jak będziesz na miejscu Twoich rodziców", odpowiadam, że sama jestem matką. I między innymi z tego powodu nie chcę wrócić do szkolnej ławy.

Ludzie nie potrafią wybierać. Wybierają pogoń za kasą, dążą do polepszenia statusu materialnego, a potem skarżą się, że jest im źle, bo muszą zarabiać. Nie zarabiam wiele, w sumie razem mamy trochę mniej, niż średnia pensja netto. Nie byliśmy na dwutygodniowych wczasach w Chorwacji, tylko spędziliśmy cztery dni w Wiśle. Nie mam własnego mieszkania. Spłacamy kredyt. Nie zawsze mamy nowe ubrania.
Ale mam co jeść, mam na książki. W nocy mogę się przytulić do męża. Nie obdarowuje mnie drogimi prezentami, ale JEST. Pomógł mi wyjść z zalążków depresji i czegoś, czego nawet nie umiem sklasyfikować, ale co nie pozwalało mi wyjść z domu.

Mamy problemy. Ale w życiu dzieje się zbyt wiele, żeby marnować czas na wracanie do szkolnej ławki. Z wczoraj też mam fajne wspomnienia, a koleżanki w pracy też są w porządku. Kiedy czytam pamiętnik, śmieję się - bo spisywałam głównie te zabawne teksty, którymi sypałyśmy na prawo i lewo (chociaż obecnie też mam wśród koleżanek mistrzynię ciętej riposty :)), ale gdzieś tam we wszystkim czai się też dużo łez. Nie tych łez, które powodowali ludzie, ale tych krzywd, które sama sobie robiłam.

Cieszę się, że z czasem stałam się takim człowiekiem, jakim (mniej więcej) chciałam być. Życie to szkoła, uczę się dalej, ale do edukacji narzuconej przez prawo nie chcę wracać.
18:38, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
wtorek, 01 września 2015
No i oczywiście captcha i trzeba reanimować notatkę.
Janka poszła do pierwszej klasy.
Oczywiście wprost zza moich nóg poleciała do koleżanek (obcych, nawiasem mówiąc).

Taka rozdzielona od niej na tej akademii poczułam, że wzrasta we mnie pierwotny lęk, ten o którym mówiłam ze znajomym mi ojcem. Że obserwujemy życie i, niestety, życie pobudza wyobraźnię, boimy się każdej sekundy niewidzenia dziecka i to od pierwszych chwil, gdy mamy już pewność, że w środku ciała kobiety pojawił się nowy byt.
Nienawidzę spuszczania jej z oka w tłumie. Na placu zabaw. Gdziekolwiek. Nawet, kiedy schowa mi się na drzewo, w mózgu przelatuje mi hollywoodzka superprodukcja katastroficzno-dramatyczna. Żyję od ośmiu lat z bolesną świadomością kruchości życia. A mimo to śmieję się, mimo to podobno nie widać po mnie tego roztrzęsienia.

Czytam po raz drugi "Bez mojej zgody" Jodi Picoult. Jeśli pominąć to, że to jedna z tych maksymalnie bolesnych książek, rozrywających całą moralność i przenoszących granice możliwej miłości, powiedziałabym, że się delektuję.
Przy drugim czytaniu schodzi na dalszy plan Anna i to, że nie chce oddać kolejnego kawałka siebie siostrze.
Na pierwszym planie pojawia się Sara z wręcz absurdalną potrzebą zniszczenia choroby córki. Walcząca, dopóki ma po swojej stronie nadzieję i tą nadzieją oślepiona.
I wychodzi też Kate. To, jak bardzo w chwilach, gdy nie cierpi, próbuje być normalnym dzieckiem. Jak próbuje oswoić chorobę i śmierć:
"- Dlaczego? Przecież ja umieram. A ty, to co? - Zmarszczyłam brwi, a Kate dokończyła: - Ty też umierasz. - Wyszczerzyła zęby. - Ja po prostu mam do tego większy talent, niż ty."

Zostawię tyle. Notka była dłuższa, ale wracam do czytania. Nigdy drugi raz nie robię niczego tak dobrze, jak za pierwszym razem, jestem stuprocentowym Baranem. Raz, a dobrze, potem to tylko słabsze duble. Tak było ze wszystkim.

No, oprócz rodzenia dzieci ;).
22:34, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »