Skopiuj CSS
poniedziałek, 22 września 2014
Zazwyczaj jest tak, że widzę kogoś specjalnego i układa mi się w głowie historia o nim. No, dobra, o niej zazwyczaj, nie próbuję wymyślać przygód facetów, bo są oni dla mnie gatunkiem zupełnie obcym. Nadal, po tylu latach intensywnego bycia z Leninem.

Ale tym razem było na odwrót.
Opowiadanie, które piszę tak, na odczepne, miało oczywiście od początku główną bohaterkę, która nadal nie wiem, jak wygląda, oprócz tego, że ma chłopięcą sylwetkę, bo taka mi była potrzebna. Ale pojawia się też tam inna dziewczyna. Opowiadanie te piszę już chyba od pół roku.
A od dwóch tygodni pracuje u nas dziewczyna taka sama. Nawet imię ma takie, jakie pierwotnie nosiła ta wymyślona przeze mnie (potem je spolszczyłam), nawet wiek pasuje. Jedynie chyba kolor oczu ma inny, nie wiem, dostatecznie dużo się na nią gapię i nie chcę przeginać.

Tak, ludzie wymyśleni są wśród nas. 

Zmęczona straszliwie. Bez auta ginie nam kilka godzin w ciągu doby.
A mimo to mamy jeszcze czas dla siebie...
Hihihi.
23:36, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 września 2014
Udało mi się w końcu zasłoikować w tym roku ogórki. Siedziałyśmy wczoraj z mamą kilka godzin i kisiłyśmy, i marynowałyśmy.
Jednego nie zrobiłam - sałatki na ostro od Babci Zosi.
Smak kiszonych ogórków ciągnie się w moich wspomnieniach. Nie przepadam za latem, ale jedna z tych kilku rzeczy, jakie w nim lubię, to właśnie robienie przetworów. W moim rodzinnym domu robiło się tylko ogórki, raczej nigdy nie było kasy i czasu na to, żeby robić jakieś dżemy, czy soki.
Ale ogórki musiały zawsze być. A Babcia Zosia przebijała wszystkich, kiedy na imprezie wyciągała słoiczek i mówiła, że te, to chyba pięć lat mają. I zawsze były dobre, babciowe. Doskonałe, z elektrycznością...
Próbowałam dzisiaj te, które w piątek wrzuciłam do beczki. Są ostre, dużo chrzanu czuć. Przepyszne na teraz. Reszta siedzi w szafie.

Mieszkając z mężem nauczyłam się też marynować grzyby, bo u mnie raczej się w domu grzybów (poza pieczarkami i boczniakami) nie jadło w ogóle, bo nikt na grzybach się nie znał. Ja też nie zbieram, tylko kupuję.

I powiem Wam, że wczoraj ogarnął mnie błogostan, kiedy stałam tak nad siedemnastoma słoikami, patrzyłam na nie i śmiałam się do siebie. Niewiele mi trzeba do szczęścia. Tylko końca lata.
23:41, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Odkąd Jana chodzi do przedszkola, nie opuszcza nas katar. Znowu się pogorszyło, więc piszę. Na dodatek Lenin również był chory. A ja nie. Od kilku lat jest tak, że oni chorują razem, a ja muszę się nimi opiekować. Przy moim wrodzonym egoizmie naprawdę jest mi czasem ciężko.
Na szczęście, jak są obydwoje zdrowi, to oddają z nawiązką, bo potrafią się cudownie razem zająć.

Auto znowu nie działa, więc czeka nas kolejny tydzień spędzony w komunikacji miejskiej. Nienawidzę jeździć autobusami. Źle się czuję w tłumie ludzi, chociaż - paradoksalnie - czuję się bezpieczniej, kiedy ktoś, nawet obcy, koło mnie siedzi. Ale jeśli stoję, jest tłok, te wszystkie ciała na mnie napierają, mam ochotę iść na nogach.

W tym tygodniu mamy pierwsze spotkanie w sprawie Komunii Janki. Na razie jeszcze nie wiem, czy w ogóle Janka będzie mogła - kończy dopiero pięć lat, ale chciałabym, żeby odbyło się to właśnie teraz, kiedy jej ciekawość Boga jest świeża, a jednocześnie mamy szansę zrobić z tego uroczystość pozbawioną przepychu i z dala od gonitwy szczurów. Po prostu, jako typowy niepraktykujący katolik, jestem przerażona po obserwacji dzieciaków dziewięcioletnich. Najlepsze określenie do tego, to - że nie ma dla nich żadnych świętości.

Oczywiście mogą się na mnie posypać gromy, właśnie czytam komentarze, większość negatywnych, w klimatach "to może od razu przy chrzcie?" "księża pragną dzieci jak najmłodsze".
Ej, ale co ma do rzeczy kontakt z księdzem. Przecież, przystępując do Komunii (z tego, co pamiętam), nie wchodzi się księdzu pod sutannę. To po pierwsze. Rozumiem, że są ludzie, którzy z księżmi utrzymują tylko kontakty seksualne i dlatego traktują ich jako nieopanowanych ruchaczy, łasych na wdzięki dziecięce.
Zaskoczę Was. Przez 20 lat chodziłam do kościoła i ani razu nie dostałam seksualnej propozycji od księdza. Poważnie. Może po prostu za brzydka jestem, bo nie mogę tego zwalić na stary wygląd.

Według mnie - właśnie trudniej upilnować dziecko, kiedy idzie z całym stadem. Po pierwsze - trudniej utrzymać klimat wyjątkowości tego wydarzenia. Sama byłam do wczesnej komunii, mój brat był ze mną (miał wtedy pięć i pół roku, dwa miesiące mniej, niż będzie miała Jana w maju), nie pamiętam prezentów. Pamiętam, że cieszyłam się, że w końcu mogę. I poważnie - potem prawie dwadzieścia lat chodziłam do komunii co niedzielę.
Po drugie - trudniej utrzymać dziecko z dala od księdza, w tym sensie właśnie pedofilii, jeśli już traktujemy patologię jako normę. Po prostu bałabym się, gdybym wiedziała, że moje dziecko może być tylko częścią grupy.

Póki co jednak - nie ma się co stresować. Janka dopiero za dwa tygodnie kończy pięć lat i jeszcze nic nie wiadomo. Księży w Antoniku mamy bardzo na luzie, a jednocześnie podchodzących bardzo poważnie do wiary (jeden z przykładów to to, że - owszem, podczas chrztu Jany nie byliśmy "państwem J.", tylko rodzicami Jany J., bo jeszcze nie mieliśmy ślubu kościelnego, ale z kolei nie wymagali od ojca chrzestnego papierków z parafii, których nie mógł dostać, bo tamten proboszcz, jak się dowiedział, że Mały mieszka ze swoją narzeczoną, to powiedział, że grzeszą). Jestem dobrej myśli. A jak Jana wyskoczy ze swoimi twierdzeniami na temat Boga i głębokimi pytaniami, to będzie wiadomo, że - chociaż rzadko w kościele, to jednak ma pojęcie...
23:30, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 września 2014
Jeśli prymityw przyciąga prymityw, to nie jest źle, bo moi najbliżsi znajomi są inteligentni, opanowani i twórczy.
Naprawdę takie to złe, jak ktoś ma ochotę okazać w chamski sposób złość na chamstwo? Zresztą - jakby widział wzrok tej laski - i znał mnie chociaż trochę - to wiedziałby, co mnie najbardziej zdenerwowało. Nienawidzę tego cwaniactwa u kobiet, zwłaszcza tych, które dopiero zaczynają dorosłe życie.
To mój blog. Jeśli komuś nie podoba się moje chamstwo, to zrezygnuje (chyba, że lubi czytać rzeczy, które go irytują, ale to już mnie nie interesuje). Ci, którzy trafili tu wcześniej, po reaktywacji, wiedzą, że niestety - bluzgów będzie wiele, bo ten blog jest formą odreagowania właśnie po pracy.
Tak, widzę, że to jest ohydne (chociaż mnie bardziej drażnią ortografy, niż brzydkie słowa). Tak, dokładnie tak mówią teraz kobiety. Zwłaszcza te, które pracują ze stadem panów, którzy nie mają tego grama szacunku, który kazałby im nie przeklinać przy nich. Takie czasy mamy.
A co do tego, kto co przyciąga - cóż - jak pisałam na początku, patrząc na to, jakie mam życie i kogo przyciągam, to chyba jednak nie jestem prymitywem. A to, że czasem zaklnę, albo wyrażę chęć chwycenia kogoś za kudły i przywalenia jego łbem o biurko... Trudno. Na szczęście myślenie jeszcze nie jest zbrodnią, chociaż przyznaję, mało popularne wydaje się być.
14:03, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
Wracamy autobusem, bo Niebieski Kołpak znowu na warsztacie.
Właściwie marznę już trochę w spódnicy i czuć smak jesieni, wdycham ją i cieszę się wyobrażeniem żółtych liści.
W torebce mam tak mniej więcej pół kilograma kasztanów i to też przypomina, że pora roku się zmienia.
Na wystawach modnych sklepów (z obowiązkowym Fashion w nazwie) pojawiają się już grube żakiety i puchowe kurtki. Dobrze, że w szmaciakach nadal mogę szukać wymarzonych bluzek z gołymi plecami.
Jest tak łagodnie i spokojnie, że zapominam, że czasem mam ochotę niektórym ludziom dać w ryj. Kiedy zwracam uwagę młodszej koleżance, a ona patrzy na mnie i przewraca wzrokiem, jakby chciała powiedzieć "pierdolisz, nie przesadzaj", to mam wrażenie, że kiedyś któraś wysłucha odpowiedniej wokalizy.
Ludzie się boją krzyku. Ja z reguły nie krzyczę na kobiety w pracy. Wierzę w to, że mogą mieć trudne dni (kiedy ich IQ spada >80 i właściwie to za te dni powinnyśmy otrzymywać rentę). Może to niesprawiedliwe wobec facetów, ale na nich jakoś łatwiej się krzyczy.
Jednym z plusów jeżdżenia autobusem jest słuchanie muzyki.
Dziś skończyłam na Alanis Morissette.
Jest słodka.
04:47, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 15 września 2014
Mój mały Okruszek, który jeszcze niedawno chował się za moją nogę, jak jakaś sąsiadka, lub ciocia zagadywała ją, teraz rwie się na scenę.

Artystka. Od pierwszego września chodzi do przedszkola, a w zeszły wtorek zastrzeliła nas wiadomością, że pani pozwoliła jej wystąpić na scenie w sobotę. Nieco nam to pomieszało plany, bo mieliśmy jechać na ślub, ale państwo młodzi nam wybaczyli, bylebyśmy na wesele dotarli.

Jestem z niej dumna. Naprawdę, wystąpiła z dzieciakami, które już mają za sobą podobne doświadczenia i dała sobie radę. Jest cudowna. Od początku było wiadomo, że muzyka to jej ulubiona sfera sztuki. Tańczy, śpiewa, wymyśla teksty, melodie...
Niestety, niepotrzebnie ktoś powiedział przy niej, że drugi taniec, który tańczyły dziewczynki z jej przedszkola, jest trudny. Janka boi się tego słowa - ja wiem, że ona by to opanowała w te trzy dni. Tylko niestety, moje dziecko, słysząc trudny, od razu zakłada, że to znaczy zbyt trudny. Muszę na to zwrócić uwagę paniom w przedszkolu.

Może nie jest najlepsza w malowaniu, czy budowlach z klocków, ale tak naprawdę nigdy nie nalegaliśmy na to, żeby próbowała wszystkich dziedzin. To znaczy maluje ładnie - ale bardzo, hm fantazyjnie. Cały czas twierdzi, że wszystko zależy od jej wyobraźni. Budowanie z klocków to u niej zupełny minimalizm. I tak ze wszystkim jest. Ale jeśli chodzi o śpiew i taniec, przerasta swój wiek.

A wczoraj wieczorem scena:
"Mamo, boli mnie brzuch!"
Ja - panika, ale rozmawiam w miarę spokojnie. Czy czegoś nie zjadła, potem, czy czymś się nie denerwuje. W końcu doszłyśmy do przedszkola (wiem, że jest tam Michał, który ją popycha i ona go nie lubi, nawet dziś w nocy coś przez sen o nim mówiła) i wtedy wykrztusiła z płaczem:
"Bo ja się boję, że będzie matma!"
Zdębiałam. Janka liczy do dwudziestu płynnie, dodaje i odejmuje w tych granicach, o co chodzi?
Ona nawet nie wiedziała, co to jest matma, a najwyraźniej dzieci coś tam gadały, więc się zestresowała. Wytłumaczyłam jej, więc znów się rozpłakała - z ulgi.
Ręce czasem mi opadają. Jest taka wrażliwa, że boję się cokolwiek jej mówić.
12:03, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
Nigdy nie mam ochoty jechać na wesele. Akurat tym razem jechałam chętnie - i było super.
Miałam oczywiście już napisaną notkę wczoraj, ale w międzyczasie pochorowało mi się dziecko, internet się zrestartował i teraz nie umiem już oddać tych wszystkich wrażeń.
Popełniłam zasadniczy błąd, pijąc za szybko. Właściwie to nienawidzę alkoholu i nie wiem, czemu piję.
Nieważne.
Oprócz panny młodej (Edytka powinna występować w filmach w roli panny młodej, jakoś idealnie do tego pasuje) królową balu była Gosia. Siódmy bodajże miesiąc ciąży, a ona dawała czadu, jakby nic jej z przodu nie zawadzało.

Patrzę na nią i widzę, jak powinna wyglądać ciąża. Ja to pamiętam, jak przez mgłę, że bierze się rano, zwleka ten balonik z łóżka, a potem wsiada w autobus, idzie na zakupy, idzie na spacer z psem, robi się, co się tylko chce.

W sumie to cieszę się, że doświadczyłam czegoś takiego.

Wracając do wesela, mam nowe przemyślenia względem muzyki. Zawsze wydawało mi się, że disco polo powinno lecieć, jak już wszyscy są znieczuleni. Teraz wiem, że najpierw być puszczone wcześniej - jak wszystkim dopiero zaczyna szumieć w głowach. Potem, w miarę, jak człowiek robi się bardziej nerwowy, trzeba bardziej dostosowywać do ogółu.
Podobno jakaś panna dorwała się do DJ i serwowała nam wszelkiego rodzaju: "O, Ela, Ela", "Ale ale ale Aleksandra" (w teledysku występuje bardzo ładna pani, to tak już poza wszystkim, żeby nie było, żem ja ciemna i nieświatowa)... A pan młody zamówił wtedy akurat rockowy set. I słuchaliśmy tego, zamiast ukochanego przez wszystkich "Autystycznego".
Ale poza tym - DJ był świetny. Nienawidzę takich zabaw wymuszających nawiązanie kontaktów. Wiecie, w stylu: "Teraz każdy pan całuje panią, która stoi za plecami jego partnerki", albo "Pani bierze pierwszego pana z lewej i siada mu na kolanie". Nie, on był bezbłędny. Para, to para, jak ktoś chciał, to tańczył z kimś innym, ale on się w pary nie wtrącał. (Zawsze współczułam ludziom, którzy trafią z tańcem na mnie, bo ja nie umiem tańczyć we dwoje...)
Wróciliśmy wymęczeni (ja na dodatek już trzeźwa) i teraz czekamy na następne wesele za trzy tygodnie.

PS: Miałam najwygodniejszą sukienkę ever. Tylko muszę jeszcze zeszyć ją sobie między cyckami, bo mi wystawał stanik.
11:40, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
piątek, 05 września 2014
Z góry przepraszam za ortografy. Jak widać po poprzedniej notce, o tej porze nie jestem w stanie ich uniknąć, z czym mi bardzo głupio, ale żeby komentarz mojej drogiej Kat nie był bez sensu, tamtego nie usunę.
wtorek, 02 września 2014
Czytam wiadomości o dziesiątej rocznicy ataku terrorystycznego na szkołę w Biesłanie. Pamiętam to, jak wtedy siedzieliśmy w Mękarzowicach. Owszem, mam problem z datami, ale właśnie dzięki wiadomością łatwiej mi umieścić wszystko w czasie.
Dziwny wtedy wydawał się świat - my żyliśmy w jakimś małym raju - we dwoje, ze stadem ptactwa, dwoma kotami, pięcioma psami, dwiema kozami i kozłem (pozdrowienia, gdziekolwiek jesteś, gdziekolwiek idą zwierzaki po śmierci, bo pewnie już nie żyjesz), nie widując ludzi - poza tymi na ekranie telewizora, sami, dopasowani i spokojni.
A tam działo się piekło. Nie wyobrażam sobie tego. Wczoraj odprowadzałam Janę do przedszkola i bardziej, niż tego, czy się tam będzie czuła, bałam się ataku terrorystów. Dobra, żyjemy w innym kraju. Ale nikt mi nie wmówi, że u nas nie dzieją się tragedie, których nikt nie jest w stanie ani przewidzieć, ani pojąć (no, dobra, poza mną, ale ja mam zbyt bujną wyobraźnię i naprawdę - nie chcielibyście być w mojej głowie)
Pamiętam przecież, jak zawaliła się hala Targów Katowickich. I jak wydzwaniała do mnie 3P, zagrzewana przez Mad (swoją drogą, poczułam się wtedy tak bezpiecznie, wiem, że jeśli będę w niebezpieczeństwie i dam znać komukolwiek z mojej listy znajomych, to będzie próbował mi pomóc, ludzie są wspaniali!), która bała się, że tam jestem, a nie miała mojego numeru. I mogliśmy tam być. Mógł tam też być tata Samca, bo przecież jest hodowcą gołębi.

Nie byliśmy. Żyjemy. A te dzieciaki zginęły w swojej własnej szkole. Dzisiaj część z nich byłaby dorosła, albo prawie dorosła. I zmarnowano tyle żyć... Zawsze będę żałowała każdego dziecka, które umiera. Zawsze będzie mi się to wydawało marnotrawstwem. Nigdy nie potrafiłam spojrzeć na to, że "może tak miało być, może wyrósłby kolejny Hitler"
Za dużo mam nadziei.
14:15, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »