Skopiuj CSS
wtorek, 30 sierpnia 2016
Nic mnie tak nie wkurza, jak traktowanie przez sądy bycia pod wpływem alkoholu lub środków odurzających jako okoliczności łagodzące. Rozumiem, że różne głupoty robi się w "stanie nieważkości", ale jednak większość z nich nie koliduje z prawem.
Jest pewien model wychowania, który zakłada pobłażanie dla zachowań poalkoholowych.
Prosta rzecz: kiedy zrobi się coś głupiego - w domu awantura. Kiedy zrobi się coś podobnego - "cóż, zdarzyło się, nikt nie jest święty". Efekt jest taki, że po alkoholu puszczają nam opory nie tylko dlatego, że % rozluźniają, ale i dlatego, że wiemy, że co byśmy nie narobili, zostanie wybaczone.

Poważnie.
Mam z tym problem w małżeństwie, bo wyszłam za człowieka, który właśnie tak do tego podchodzi. Stąd poalkoholowe kłótnie u nas.
Poradziłam sobie z tym tak, że po każdym cięższym wybryku wyciągam wszystkie brudy, kiedy Samczysko jest trzeźwy.

Nie wyobrażam sobie pokazywać mojej córce tego, że alkohol jest wytłumaczeniem. Zbyt wiele dziewczyn poszło do łóżka z byle kim, bo wypiło. Alkohol nie zwalnia od myślenia. To nie to, że nie powinna pić. Może się napić - ale będzie wiedziała, że to jej nie zwalnia od odpowiedzialności. Ciąża sprokurowana pod wpływem alkoholu jest tak samo ciążą. Gwałt na pijanej dziewczynie jest gwałtem. Gwałt popełniony przez pijanego chłopaka - jest takim samym gwałtem i tak samo jaja powinno mu się upierdolić u samej szyi. HIV nie dezaktywuje się pod wpływem alkoholu.

Nie może być przyzwolenia na traktowanie pijaństwa w kategoriach łagodzących. Jeśli ktoś popełnia przestępstwo pod wpływem alkoholu, to powinien mieć dodatkową karę (za to zniosłabym kary za picie w miejscach publicznych - bo jeśli ktoś siedzi w parku z piwem, jest grzeczny, nie narzuca się nikomu, to co mi do tego?). Prawdopodobnie nic by to nie zmieniło, ale może troszkę dałoby do myślenia...
21:31, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 28 sierpnia 2016
Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów wyjeżdżałam smutna.
Bo Słoszów jest cudowną wioską. Właściwie nawet nie wiem, jaka jest w całości, bo zwiedziliśmy tylko kawałeczek, ten w drodze do Dusznik.

Duszniki są... Kurde, czyste. Słoszów też. Niby taka wiocha, wolne stada krów (11 sztuk po drugiej stronie ulicy), cieląt ( 7 sztuk po naszej), mieszane (niepoliczalne na polach za oknem), koni (tak z pięć z tymi krowami za oknem), danieli (dwa stada na łące po jednej stronie, jedno po drugiej, nad uroczym stawem), lam (cztery tam, gdzie były dwa stada danieli, trzy - tam gdzie było jedno). Mnóstwo przyjaznych psów i tajemniczych kotów, które patrzyły tylko, jak umknąć naszemu dziecku. Do tego sarny podkradające przez płot z paśników od lam i danieli. Ale to wszystko czyste.

Nocą niebo opadało łagodnie na głowy. Kiedy wychodziłam po zrobieniu prania, to skarpetki wieszałam między gwiazdami. Po raz pierwszy od dawna Mleczną Drogę widziałam tak wyraźnie, jak w Planetarium.

Żałuję, że mam moje demony, bo gdy wracaliśmy z wieczornego pokazu najwyższej fontanny w Polsce (45m), to radość z przeżywania pięknej, wiejskiej nocy psuł mi strach przed tymi stawami, które nawet nie wiem, gdzie były.

Zjedliśmy pstrąga prosto z rzeki i prosto z grilla. Przepyszne. Wypiliśmy piwo - Samiec tak z cztery dziennie, ja - jedno małe (Pod Muflonem, w schronisku dają kuracyjne - 0,2l, ilość idealna dla mnie).
Janka płakała dzień przed odjazdem, że musimy jechać, a przecież teoretycznie nie robiliśmy nic wielkiego - chodzenie po górach, chodzenie do miasta, chodzenie do Parku Zdrojowego, chodzenie, chodzenie, chodzenie, Żujka miała dość.
Ale obydwie chodziły dzielnie.

Strasznie się czuję, obserwując to, jak starzeje się mój pies i jak Jana reaguje na wszelkie wzmianki o tym, że zwierzęta umierają (nie, nie mówimy jej, że Żujka wkrótce umrze, bo to nie do końca prawda, ma dopiero 9 lat, ale np: zwróciłam uwagę, że ma zamykać drzwi, bo Żujka może wybiec na ulicę i auto ją potrąci, co zaowocowało Wielkim Płaczem). Pierwszego swojego psa (ktoś pamięta Nukę) miałam 4 lata. Żuja jest z nami 8,5. Dla Janki całe życie.

Wracając do pobytu na wczasach. Czytałam opinię o obiekcie, że standard nie taki, jak powinien być (malutkie pokoje z meblami z PRLu) - cóż, myśmy chodzili do pokoju spać, więc wystarczyły łóżka, wydaje mi się, że wygodne, skoro po 10 godzinach snu wstawałam bez bólu; że nie ma ciepłej wody (była po 16, jak właściciel odpalił piec, owszem, ciśnienie nie za wysokie, ale dałam radę umyć głowę), że...

W sumie to nie pamiętam wszystkich. Dla nas mankamentem był brak świetlicy, w efekcie czego, po całym dniu w trasie próbowaliśmy zasnąć przy akompaniamencie opowieści pewnego bardzo ekstrawertycznego pana, co to on zwiedził i poleca (jego żona w tym czasie siedziała w pokoju, syna nie widziałam bez tableta), aż w drugi wieczór Samiec wyszedł i poprosił o ciszę - pani z innego pokoju chyba poczuła się uwolniona, sama miała dwójkę dzieci i też dużo zwiedzała.
Jak wyjechał ten pan, to już było ok, zintegrowaliśmy się nieco, zrobiło się sympatyczniej.

To nie to, że był niemiły. Był miły, ale, nie wiem, czy dobrze zacytuję - "Nimium civiles viles". Zbyt grzeczni bywają ordynarni. Nienawidzę skrajnych ekstrawertyków. Tych ludzi, którzy potrzebują innych, aby funkcjonować. Nie lubię być dla nich pożywieniem, czuję się wtedy wykorzystana, a moja strefa intymna - zdeptana. Ja lubię ludzi, ale jakoś bardziej lubię introwertyków, z tą ich ciszą, z pytaniami wtedy tylko, kiedy potrzebują czegoś się dowiedzieć, a nie wtedy, gdy chcą zabić ciszę.

Lubię ciszę. Dlatego Słoszów tak mi się spodobał. Przeżyłam prawie 6 dni bez muzyki. Rano słuchałam kogutów, w nocy świerszczy. Nawet spotkaliśmy samicę pasikonika. Nie sposób inaczej napisać, niż "spotkanie". To stworzenie było wielkie, a że byliśmy świeżo po lekturze artykułu o pasikonikach, więc nawet znaliśmy płeć.

Został tydzień urlopu.
Po raz pierwszy w życiu myślę z przykrością o powrocie do pracy.

Jestem opalona, piegowata i, niestety, coś mi dolega na sercu - tak fizycznie, nie, że emocje.
21:26, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 20 sierpnia 2016
Dzień przed wyjazdem, w drodze do pracy poczułam, że wpadam w TEN znienawidzony STAN. Żelazna obręcz na żołądku, oczy nie nadążają za uciekającym krajobrazem, oddech spłyca się. Jechałam z kolegą, nie mogłam poddać się panice. Wtedy pojawiła się myśl, że to ta cała sytuacja, że następnego dnia mam jechać do Krakowa i iść na koncert bez Samca, tak na mnie działa. Jest zupełnie obca, nie znam zagrożeń, czyhających na mnie w niej, więc boję się. To zrozumiałe. Poczułam, że pieroństwo cofa się. Rozluźniłam swoje ciało, zajęłam się kontemplacją widoków za oknem (a auto dostawcze, wysokie, więc i pole widzenia szersze) i droga minęła przyjemnie. Już nie wołałam "Boże, zatrzymaj Świat".

O dziwo, rano, po pracy, pomimo bezsenności, nie czułam zdenerwowania. Nawet budzące mnie kosiarki i inne maszynerie pod oknem nie wybiły mnie z tej desperacji, żeby się nie dać.

Na koncert szłam niewyspana. Działała adrenalina, emocje sięgały zenitu. Tłum obcych ludzi zalewał mi pole widzenia i utrudniał poruszanie się. Przestrzeń i sztuczne oświetlenie były prawie namacalne. Agata nie wzięła telefonu (sama jej to doradziłam, bo po co ma brać plecak ze sobą), musiałam mieć ją w zasięgu wzroku. Sztywne glany utrudniały ruchliwość i sprawiały wrażenie, jakby łapały mnie skurcze nóg. Założyłam nawet okulary, co jest w ogóle nietypowe dla mnie, bo używam ich tylko w pomieszczeniach zamkniętych (choć są do dali), nadal nie umiem się przyzwyczaić do tego dziwnego wrażenia, że widzę świat i to obydwojgiem oczu - tak samo (przez 20 lat miałam szkła dopasowane do mocniejszego oka i szczerze mówiąc, tęsknię za tym, teraz wiecznie cierpię na bóle głowy...)

Bawiłam się świetnie. W zanadrzu miałam myśl, że jak mnie pieroństwo zacznie łapać, to powiem sobie, że nie mogę psuć Młodej zabawy i nie zwinę się z imprezy, ale nie musiałam jej używać. Przez godzinę wyłam na całe gardło, więc jeszcze na dodatek powinien mnie chwycić skurcz przepony, kłopoty z oddychaniem i, co za tym idzie - sercem. Nic takiego się nie działo. Wszystko, co robił mój organizm, było zupełnie normalne.

Wygrałam. Nie płakałam z bezsilności, tylko ze wzruszenia, nie upadłam, nie wpadłam w panikę. Tańczyłam, skakałam, nie czując zmęczenia. Czułam radość. Dumę poczułam później.

Nie, nie dumę. Moje zwycięstwa nad pieroństwem traktuję z góry. Jak coś normalnego. Nie da się przeżyć życia, jeśli wpada się w euforię z powodu każdego wyjścia z domu. Nie chcę zwyciężać, bo nie chcę walczyć.

Koncert... Inny, niż wszystkie (dotychczas chodziliśmy tylko na rockowe i folkowe). Minimalizm. Na scenie - z boku, na jakiejś podstawce Sia w białej koszuli nocnej, czarno-białej peruce i białej kokardzie. Sia, której równie dobrze mogło nie być. Która prosi, żeby na nią nie patrzeć. Aktorzy odgrywali sugestywne sceny, lały się głosy w głowie, a ona śpiewała, tak bardzo, że do łez.

Agata zachwycona tym, że przyjechała też Maddie Ziegler, z tego względu żałuję, że nie przepchałyśmy się pod scenę, ale ze wspólna masą 80 kg raczej nie miałyśmy wielkich szans.

To chyba pierwszy koncert, na którym patrzyłam więcej na scenę i telebim, niż na tłum. Nie patrzyłam, jak ludzie się bawią. Nie mogłam, te wszystkie piosenki mówią o tym, co czuję. 

Spisywałam to w notesiku na półgorąco, kiedy jeszcze serce biło mi tak szybko, ale już przyszły właściwe słowa.

Do okna w hotelu Alf zaglądał Księżyc. Jak to w Krakowie, hotel przy ruchliwej ulicy z całodobową obsługą tramwajową. Koło pierwszej nad ranem przejechała biała bryczka, ciągnięta przez dwa skacowane konie (dopisek z rana - koło 11 wracały już w lepszym humorze). Na koncercie Księżyc wisiał po naszej prawej stronie, z lewej błyskały światła samolotów.

Nie lubiłam piosenki "One million bullets", ale było tak:

23:16, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 sierpnia 2016
Już jutro. Jutro o tej porze będę jechała do Krakowa, modlę się o brak korków, ale i tak jestem pełna ekscytacji. Będziemy się bawić we dwie - ja i Agata.

Pamiętam, jak dawno temu jej mama powiedziała komuś, kto dziwił się, że ona nie pracuje, a budują domek na wsi, że to takie niemożliwe, że wiążą koniec z końcem, mając trójkę dzieci. Ciocia, jak każda kobieta z tej rodziny walnęła ripostą:
- Jak już wybudujemy, zrobimy sobie czwarte.
Kilka lat po tym wydarzeniu, chyba dwa lata po przeprowadzce, pojawiła się Pędzelek.
;)

I, nasza najmłodsza ma już 14 lat i można ją bez większego stresu wziąć na koncert ;).

Liczę na wzruszenia. To nie będzie koncert, gdzie wyszaleję się za wszystkie czasy, ale mam zamiar płakać i przeżywać.
17:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 sierpnia 2016
Z rodziną najlepiej wychodzi się na drinka.
Spotkaliśmy się całą paczką w Katowicach na Mariackiej. Oczywiście najpierw nikt nie był w stanie powiedzieć, kto w ogóle rzucił takim obciachowym pomysłem, bo Mariacka dzisiaj to już nie ta ulica, gdzie w bramie obalało się Komandosa, a szpanerski deptak.
W końcu doszliśmy do wniosku, że pomysłodawcą był MB109, nagle zobaczyliśmy go po drugiej stronie przejścia, z daleka, już mieliśmy zbluzgać go kulturalnie za ten pomysł i oburzyć się, że jest bez żony, gdy okazało się, że to nie on, a jakiś koleś podobny do niego.
Łaziliśmy chwilę po tym deptaku, szukając knajpy, która miałaby klimat, aż wreszcie doszliśmy do wniosku, że ważne, żeby było miejsca dla nas wszystkich, a klimat... Cóż, było nas tyle, że wytwarzaliśmy nie tylko własny klimat, ale i grawitację pewnie.

Weszliśmy do knajpki z takim ślicznym spisem shotów, no aż ślinka ciekła. Napaliłam się na kilka, postanowiłam popróbować, okazało się, że ta lista jest nieaktualna, w środku - okrojona o jakieś 70%. Drinki również o tyle okrojone z alkoholu, nawet powstał dowcip, że po to dają dwie słomki do drinków, żeby było czym grzebać w poszukiwaniu cząsteczek alkoholu. Myślę, że zawartość alkoholu była w nich podawana w promilach.

I jestem bardzo dumna z mojej córki, która przesiedziała spokojnie te dwie długi godziny, nie marudząc, kolorując sobie obrazki, a jak ją to znudziło, to poruszając się bez kolizji z innymi użytkownikami knajpy.
23:01, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 sierpnia 2016
Zacznijmy od tego, że lubię czasem pocisnąć jakimś głupim tekstem, godzącym w godność mężczyzn. I jednocześnie wysłuchać wstrętnych, męskich dowcipów o kobietach. Prawdopodobnie dlatego mnie śmieszą, że są dla mnie fikcją i nie biorę ich do siebie.
(Chyba, że jajeczkuję, wtedy nie ręczę za siebie).

Jednak uważam, że kobiety są dyskryminowane pod pewnymi względami (np: płacowymi) i ograniczana jest ich wolność pod pewnymi względami.

Dlatego postanowiłam udzielać się na kilku stronach walczących o równe traktowanie.
I poległam. Raz poległam na tym, że zostałam oskarżona o agresję w stosunku do kobiet, kiedy usiłowałam wytłumaczyć, że w czasach, jakich przyszło nam żyć, wiele ograniczeń nakładają nam same kobiety (np: lansując modę, zachwycając się laskami o BMI mniejszym, niż długość środkowego palca, krytykując urodę innych). Laska wyciągnęła jakieś fakty historyczne i nie dała sobie wytłumaczyć, że pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, jest (według mnie) dostrzeżenie, co było złe w przeszłości i wyeliminowanie, ale szukanie w historii wytłumaczenia. Od tłumaczenia zaczynają się kompromisy, od kompromisów - odpuszczanie.

Drugi raz poległam w miejscu, gdzie jedna z dziewczyn całe zło widzi w przedmiotowym traktowaniu kobiet. Tak, to jest złe. Ale jeśli zachwycę się pięknem fizycznym, to czy jest to grzech? Zwłaszcza, jeśli ktoś dba o swoje ciało i odjebał kawał dobrej roboty, pracując nad nim (pozdrowienia dla 3P). Czy w taki sam sposób ludzie głupi z natury nie powinni się czuć poniżeni, jeśli wychwalam czyjś intelekt? Może też powinni zrobić raban, bo natura im nie dała rozumu albo rodzice nie chcieli nad tym pracować? Albo uznają, że są, jacy są, mają prawo być głupi i żądać oceniania ich na podstawie innej wartości, która u nich się rozwinęła?

Trzeci raz poległam, kiedy niewinnie wspomniałam, że nie kręci mnie oglądanie facetów, za to kobiety - owszem, są piękne. Wizualnie. Dowiedziałam się, że to nie jest postawa kobiety heteroseksualnej, to raczej biseksualizm albo nawet homo.
Spytałam, czy w takim razie nie powinnam też czuć się zoofilką (jezu, jak ja kocham patrzeć na koty, to takie piękne stworzenia, albo wielkie psy...), czy pedofilką, bo odczuwam przyjemność, całując ciałko mojego dziecka.

Nie rozumiem tego. Jako feministka czułam się zobowiązana do poszerzania własnych horyzontów, czerpania z wiedzy wielu ludzi. Żeby dobrze walczyć, nie krzywdząc nikogo, zasięgałam porad mężczyzn (pozdro, Samiec, Casa i Damian), bo widziałam, jak zupełnie inaczej widzą świat, a nie są to typowi, konserwatywni mężczyźni (jeden z nich prawdopodobnie ma macicę, a jeśli nawet nie, to ma ją w głowie), a tacy, którzy mają doskonały dystans do płci.
Bo to nie jest tak, że kobiety i mężczyźni myślą tak samo. Niezależnie, czy wynika to z uwarunkowań genetycznych, czy socjologicznych, myślimy różnie, przeżywamy różnie. Powinniśmy się uzupełniać, a nie równać do jednego schematu.

I tyle. Wracam do garów. To mi najlepiej wychodzi.
20:47, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 sierpnia 2016
Wczoraj długa rozmowa z kumpelą z pracy na temat samotności. Tego, że bardzo się kogoś potrzebuje, ale nie chce się na siłę.
Szukanie na siłę partnera nie ma sensu, to wiemy wszystkie. Nie wiem, jak sama zachowywałabym się, nie mając pod ręką Samca. Z moimi chaotycznym libido czasem jednak zdrowiej jest mieć stałego partnera, bo kiedy ma się po prostu duże, to człowiek chyba umie z tym żyć, a jak się ma tak, jak ja, kiedy po miesiącu posuchy nagle macica mówi: "Helloł, wstałam, ktoś ma coś dla mnie?", ale to już taki niesmaczne odbiegnięcie od tematu.

Jest mi smutno, kiedy nie mogę zaproponować komuś tego, czego ktoś oczekiwałby ode mnie. Bo nie nadaję się na przyjaciółkę. Fajnie wymienia się maile z Lee, fajnie spotyka się z Kat, która ma dystans do mojego chaosu w życiu. Nie umiem spotykać się z ludźmi, chodzić na imprezy. Kiedy mam wybór - wracać po pracy do domu, czy iść na piwo, właściwie nie miałam żadnego wyboru. Raz poszłam z kumpelą, ale tylko dlatego, że poszłyśmy same i wtedy było przyjemne, był czas na babskie rozmowy, na obrabianie dup facetom. Takie coś mogę powtórzyć.
Ale... Cieszę się, że Samcowi minął już czas imprezowania. Teraz zdarza się, że to ja go wyciągam z domu, ale obydwoje lubimy bardziej posiedzieć na łonie przyrody. Chyba dobrze się dobraliśmy pod tym względem.

To nie jest tak, że nie całkiem nie lubię towarzystwa, jednak uważam, że pobyt w pracy zaspokaja moje potrzeby w tej kwestii - lubię tych ludzi, znają mnie, ja ich, dogadujemy się czasem lepiej, czasem gorzej, ale to nie jest tak, że się tam źle czuję.
Ja się czuję źle ze sobą i wtedy zachowuję się, jakby mi wszyscy przeszkadzali.
16:34, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 sierpnia 2016
Raz na pół roku jest taki dzień, że sprzątam.
Mój dom to nie jest popisówka Chujowej Pani Domu.
Ja mam naprawdę syf - taki ze zwałami psich kudłów na podłodze, nieumytymi oknami i garami (pomimo posiadania zmywarki i męża, który dość chętnie zmywa).
Zawsze nie mam czasu, bo zawsze jest coś ciekawszego do zrobienia. Np: kolorowanie, albo czytanie.
Nie lubię porządku, przyznam szczerze. Stan wysprzątanego mieszkania wprawia mnie w jakiś totalny dyskomfort, uciekam od tego stanu. Nic, że normalni ludzie myją się, jak wracają do domu - a ja, gdy wychodzę.
To nie jest ważne. Lubię bajzel. Lubię, jak mam wszystko pod ręką, czego nie da się osiągnąć mając porządek, a pisząc: "wszystko", mam na myśli to, że na nocnym stoliku mam trzy książki, pamiętnik, dwa zaczęte opowiadania, dwie paczki cukierków, chrupki, czekoladę i jeszcze dwa opowiadania, które już wprawdzie skończyłam, ale właśnie przyszedł mi do głowy pomysł na kontynuację, dwa kremy do rąk, jeden do stóp, dwa na odparzenia, spray na chrapanie, spray na gardło, tekturę do rysowania, piórnik z przyborami do pisania i piórnik z przyborami do rysowania, gumy, grzebień, odżywkę do włosów i gumki. Nie da się. Nie da się wszystkiego tego nagle przekopać, dotrzeć do dna i nie zrobić bałaganu. A wena jest ulotna. Tak, żałosne tłumaczenie kogoś, kto jeszcze nic nie wydał i kroki ku temu poczynił mizerne. Ale to nie zmienia faktu, że mój mózg musi mieć ujście w jakiejś twórczości. Gdybym jednak chciała to układać za każdym razem, kiedy po coś sięgam (a wiadomo, że wszystko, co najbardziej potrzebne jest ZAWSZE na dnie), to nigdy nie miałabym czasu zapisać/narysować tego, na co mam ochotę.

Ale...
Lubię sprzątanie. Ostatnio odkrywam przyjemność ze sprzątania pokoju Jany. Poważnie, sprzątam jej pokój, chociaż siedmiolatka powinna to robić sama.
Co z tego, kiedy nie mam serca niszczyć wyniku jej zabawy tak za każdym razem, kiedy wychodzi z domu?
Nie potrafiłabym. Lubię te jej fantazyjne opowieści ("Mam dziś randkę, ale wiesz, mój chłopak jest wampirem." "Twoi rodzice nie żyją? Dobrze, nie będziemy o tym rozmawiać..." i takie tam), a dzisiaj znalazłam jeszcze parę fajnych rzeczy, które zrobiła samodzielnie i bardzo się cieszę, że kiedy poprosiła o nożyczki i taśmę klejącą, dałam jej bez pytania, po co to.

Oglądam sobie budowle z klocków Lego, w tym czasie Samiec przeglądał jej teczkę z pracami ze szkoły i są naprawdę zajebiste. Może wrzucę zdjęcia na fb, jak nie zapomnę i uruchomię skaner.

Rano poszliśmy oglądać wschód słońca. Padał deszcz, były chmury, widzieliśmy tylko siebie, więc też było fajnie.
Dzięki Bogu, mamy właśnie stan stabilizacji.
17:24, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
środa, 03 sierpnia 2016
Żeby wstyd było opowiadać, ale przyjemnie wspominać.
I tak mniej więcej wygląda moje życie od kilku tygodni.

Dlatego unikam kontaktu z ludźmi, bo mogłabym coś opowiedzieć, a nie chcę.
Chcę, żeby to pozostało między nami. Cokolwiek nie wydarzy się potem, teraz jest tak, jak powinno. Nie mówię, że nie patrzę z troską w przyszłość, czy że jestem pewna za Samca.
Ale jestem z niego dumna, że jest taki nietypowy, że tak mądrze to wszystko poukładał.

W telewizji wiadomość o tym, że została brutalnie gwałcona siedemnastolatka, którą uwięziło dwóch facetów - 37 lat i 47.
I nóż mi się w kieszeni otwiera, bo chciałabym, żeby moje dziecko było ufne i patrzyło z nadzieją w przyszłość i ludzi.

Ale wiem, na jakim świecie żyjemy, więc nie mogę nie spytać: a ta laska myślała, że po co idzie do dwóch facetów?
Była naiwna, niestety za to płaci się najwięcej. Tylko w bajkach dobroć i naiwność ZAWSZE zwycięża.
Boli mnie to, bo sama jestem nad wyraz nieufna, nie chciałabym, żeby Jana tak bardzo bała się ludzi.

Ale dla jej dobra muszę krytykować takie dziewczyny.
Oczywiście - ona zrobi, co będzie chciała. I nie wiem, czy zdołam ją obronić.

Tym chujom obcięłabym wymienione części ciała i kazała zjeść. Tak, mam sadystyczne skłonności. Tylko taka kara mogłaby kolejnych przestraszyć.
Chociaż - z drugiej strony, człowiek jest strasznie paskudnym stworzeniem. Raz ukarany niekoniecznie uczy się nie robić źle.
Czasem po prostu robi to tak, żeby go następnym razem nie złapali.

Czemu nic nie jest łatwe na tym świecie?
04:25, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »