Skopiuj CSS
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Niby już mam ten urlop, wyczekany, wymarzony. Niestety, Samiec jeszcze pracuje, na dodatek na magiczną godzinę 4 nad ranem, więc w sumie widzimy się przez kilka godzin po południu i jest to bieganina, bo jeszcze tyle rzeczy dla Młodej do kupienia.

W związku z czym przedawkowuję internety, co oczywiście doprowadza mnie do szału czasami, bo gdyby nie internet, nie wiedziałabym, że tyle jest zła na świecie (jednak postęp i dostęp do informacji nie jest dobrem, a prawdę powiedział ten, co stwierdził, że niewiedza jest błogosławieństwem).

Między innymi trafiłam po raz kolejny na list żony do kochanki męża. Tym listem zachwyca się pół świata, że taka odważna kobieta, że napisała do laski, która zabrała jej męża, że jest on nieudacznikiem, że nie dość, że będzie musiała utrzymywać go, to jeszcze będzie musiała płacić jej alimenty, bo przecież dla niego ona zrezygnowała z pracy i zajęła się domem.
(To jej się wcześnie odezwało poczucie honoru. Wcześniej nie czuła, że jest wykorzystywana?)
I takie tam, że skoro jest facetem, który olał rodzinę dla jakiejś dupy, to oleje też tą dupę (surprise, pani uciśniona, jędze łatwiej utrzymują przy sobie facetów, niż cierpiętnice!), jak zacznie brzydnąć. Generalnie tonacja listu taka, że zgagę mam po nim, tyle kwasu.

I przeraża mnie to, że baba przez taki długi czas ten kwas hodowała. Bo nie wierzę w to, że kobieta, która naprawdę kochała i szanowała faceta, potrafi tak nagle zmienić front i obrzucić go bluzgami. Cały ten list tchnie tym, jak bardzo ona żyła z poczuciem poświęcenia.

Ja nie twierdzę, że życie kury domowej musi mieć znamiona poświęcania się. Bardzo lubię być kurą domową, siedzieć w domu, gotować obiadki. I nawet w końcu zawsze przychodzi czas na sprzątanie - i wcale nie czuję się wtedy wykorzystywana, wręcz przeciwnie, wtedy się spełniam.
Niestety, z moją fobią społeczną skończyłoby się to na tym, że nie opuszczałabym sama domu, więc pracować muszę dla zdrowia psychicznego.

Myślę o tym, że jeśli traci się dziecko, to chwila, w której się dowiadujesz, to też chwila w której umierasz. Mówią, że serce przestało bić - i serce matki na chwilę też przestaje. Potem zaczyna znowu bić, ale już i tak wiesz, jak to jest - umrzeć.

Najpierw były koszmary o szpitalu, wenflonach, efektach ubocznych leków. Potem nosiłam trumnę i rozrywałam ją, bo byłam taka stęskniona.

A potem przyszły sny o tym, że kiedy Jana się urodziła, to znaleźli też żyjącego Olafa. Że jest opóźniony w rozwoju i będzie potrzebował leczenia i cierpliwości.

I tak cholernie bolało, kiedy się budziłam.

Ludzie stawiają przed sądem tych, którym zdarzyło się (umyślnie lub nie) podmienić dzieci.
A wiecie, ile bym dała, żeby się teraz dowiedzieć, że ktoś podmienił moje i ono tak naprawdę żyje z jakąś inną rodziną?
Nie życzę im źle.
Ale nie wiedzą, co to piekło bezsilności, kiedy trzeba się po prostu pogodzić.
21:33, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 sierpnia 2015
Powiedzcie mi, co rządzi dzisiejszymi młodymi ludźmi?
Czy naprawdę istota miłości opiera się na tym, żeby mieć "mokro między udami"?
Patrzę na swoje życie z punktu widzenia popędu (nie piszę teraz o Leniu, bo to zbyt oczywiste...). Podniecona jestem, gdy:
- staję na starcie górskiego szlaku
- słyszę fajną muzykę
- mam w zanadrzu świetną książkę do przeczytania
- ewentualnie świetny pomysł, żeby książkę napisać
Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to jest coś w rodzaju "mokro w gaciach"
A jednocześnie pełnię miłości czuję, gdy:
- patrzę na Janę
- stajemy ramię w ramię w obliczu problemu z mężem
- siedzę z rodziną przy stole i sobie gadamy
- rozmawiam z Kat do późna i śmiejemy się, jak nienormalne z pierdół.
I wtedy właściwie to, co w gaciach, nie ma żadnego prawa odzewu.

Powiem więcej - seks w naszym związku jest gdzieś całkiem z tyłu, coraz rzadszy i jakoś pomijany, a mimo to śpimy przytuleni do siebie, tęsknimy...
I nigdy nie miałam większej pewności, że to jest miłość. Właśnie teraz, kiedy jestem pewna, że seksualność nie przesłania nam świata.
Przyjaźnimy się, a przyjaźń to wyższa forma miłości. To, jak na siebie działaliśmy na początku, było tylko wstępem. Dobry seks bez miłości przetrwa tylko wtedy, kiedy jest na niego potrzeba.
A dobra miłość bez seksu utrzyma się sama i nawet, jeśli się rozejdziemy kiedyś, to i tak będziemy się kochać. Choćbyśmy mieli mokro w majtach z powodu innej osoby...
11:31, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 sierpnia 2015
Czytam sobie "Przemianę" Jodi Picoult - jednej z moich ulubionych autorek.

I tam dużo jest o tym, jak na Jezusa reagowali Żydzi, kim jest dla Chrześcijan, kim był z historycznego punktu widzenia.

I tak sobie myślę, że według Żydów Mesjasz miał połączyć Żydów, sprawić państwo izraelskie pępkiem świata i takie tam.

A może tak naprawdę zrobiłby to wszystko, gdyby nie to, że go po prostu zabili, a Bóg uszanował ich wolę?

Tak mi się nasunęło, kiedy czytałam wywody rabina Blooma, gdy przekonywał ojca Michaela, dlaczego Jezus nie jest Zbawicielem.
16:03, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 sierpnia 2015
Czasem wydaje mi się, że już nie pamiętam. Że potrafię podnieść głowę do góry i powiedzieć: "Ha, dałam radę! Nie boli!" i naprawdę nie umieć przypomnieć sobie, jak bardzo człowiek potrafi być obolały i smutny.

A potem z czyichś ust słyszysz, że jest w szoku, kiedy budzi się z pustym brzuchem. Że nie umie odpowiedzieć na pytanie: "dlaczego ja?". Że czuje się bezwartościowy i pusty, i nie ma siły na nic.

Że musi trzymać fason przed obcymi, że ludzie chcą pomóc, a on nie chce tej pomocy, chce tylko obudzić się ze złego snu.

Że nie tak miało być, że wszystko było poukładane.

I wtedy czuję, że mnie to nadal boli. Próbuję mówić te wszystkie słowa, jakie chciałam wtedy usłyszeć, ale ja to ja, ktoś inny potrzebuje może innego pocieszenia. Rozpaczliwie nie chcę, żeby ktoś tak się czuł. Nie to, że chcę być wyjątkowa, ale uważam, że tak się nie powinno dziać.

I jeśli jest jakikolwiek plus z tego, co przeżyłam, to tylko to, że stałam się bardziej wrażliwa na to, że ktoś cierpi.
12:12, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 sierpnia 2015
Już od lat mi się to nie zdarzyło (no, chyba z dziesięć), żeby ktoś mnie zaczepiał w celu odbycia stosunku. Kiedy zaczynałam z internetem, była to plaga, normalnie do porzygania, gdzie nie weszłam, tam frustraci, którzy nie mają w co włożyć. I oczywiście wszyscy z długimi, wielkimi, aż chciałoby się powiedzieć, że jak takiego długiego ma, to niech se go w dupę włoży.

Potem był czas spokoju, myślałam, że to wygasło... Aż do wczoraj. Z niewinnego wpisu zrodziło się jakieś chore zainteresowanie moją osobą. Myślałam, że rozmowa przerodzi się w zwykłe przegadywanki, jak np: z Casą, ale - niestety, nie ten intelektualny kaliber. Nie ma nic gorszego, niż rozmowa z kimś, kto rozpaczliwie pragnie seksu, zwłaszcza w momencie, gdy jest się... Hm, jak by nie było - zaspokojonym (fascynuje mnie to, że ze wszystkich czynników, niejednokrotnie bardzo absurdalnych i pokrętnych, które mogą zniechęcić do seksu, upał ma wyjątkowo niską pozycję... A także, że wśród wysiłków, na które upał ma wpływ odbierający ochotę, nie ma seksu...)

Generalnie nie lubię walić z buta. Zawsze potrafiłam delikatnie odwrócić rozmowę w tym kierunku, żeby facet zrozumiał. A tu - nie. Facet tak potrzebuje kobiety, że - skoro ja nie jestem chętna - to prosi o namiary do koleżanek. Wszystko jedno, czy wolne, czy zajęte. Czuję, jak mi intelekt omdlewa, bo naprawdę, upał jest i nie chce mi się myśleć.

Ale... Dobra, przejdę do podsumowania, póki jeszcze szare komórki pracują:
Jak bardzo okalecza nas internet?
Kiedy miałam -naście lat, byłam chorobliwie zakompleksiona i nieśmiała. Nikt nie był w stanie wmówić mi, że jestem piękna, atrakcyjna. Z tego powodu byłam też mniej elokwentna, a bardziej pyskata, na każdą próbę komplementowania reagowałam agresją. A mimo to, na dobrą sprawę potrafiłam faceta poderwać, jak mi zależało. Owszem, było to tylko trzy razy, ale nie zasłaniałam się tym, że nie umiem. Że się nie da. Że "przecież jestem za brzydka, za chuda, za mała i mam wielki pysk". Bo nie miałam wyjścia, musiałam iść do ludzi, jeśli chciałam przeżyć chociażby zauroczenie. Musiałam pomaślić oczami, burknąć dwa słowa, minąć kogoś w drzwiach. Nie miałam alternatywy w postaci świata wirtualnego, gdzie grałabym kogoś innego. Jeśli chciałam istnieć, musiałam wyjść z domu, a nie liczyć na to, że trafię na bratnią duszę wśród fotoszopowanych bytów i fotek.
13:25, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 sierpnia 2015
Żyjemy w czasach, gdzie pornografia wyszła na ulicę, to już uznany fakt, nikogo nie dziwią reklamy bielizny, nagie piosenkarki, striptiz na scenie. Kobieca nagość stała się zupełnie naturalna i przez tą wszechobecność pozbawiona erotyki, doprawdy - zaczynam rozumieć, dlaczego tak lekko się teraz traktuje problem męskiej impotencji i to, że nawet trzydziestolatkowie reklamują środki zwiększające libido. Nie tłumaczcie tego stresem, jak się facet naogląda tych ciał, to mu po prostu powszednieją.

Jest jednak jeden element życia, który poraża nagością. Jest to moment karmienia piersią. Piersi pokazujące się na zdjęciach zmuszają uczciwych użytkowników internetu do zgłaszania naruszenia regulaminu. Karmić piersią nie można publicznie, bo to grzech. Generalnie nie należę do użytkowników, którym ktoś ma coś do zarzucenia, wręcz przeciwnie - spotykam się zazwyczaj ze zrozumieniem, z pobłażliwym wyśmianiem spamu, czy wręcz z ciepłymi słowami w realu. Oczywiście czuję się wtedy uskrzydlona, bo kocham pisać, lubię, kiedy ludzie mi mówią miłe rzeczy na temat tego, co mam do przekazania (gorzej wychodzi mi przyjmowanie komplementów na temat wyglądu, na szczęście rzadziej je dostaję).

A tu nagle - bęc. Facebook chce usunąć moje zdjęcie ze względu na nagość. Bo mam zdjęcie, które cyknął mi ktoś w okresie przespanym z powodu karmienia piersią prawie całą dobę. Zdjęcie wyjątkowo mi się podoba, bo widać na nim wszystko, czego mi wtedy brakowało - spokój, odpoczynek, spełnienie.

Zdjęcia nie usunę. Niech to zrobi facebook. Ale swoje wykrzyczałam.


21:26, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
"Będę szczery: ta piosenka to odzwierciedlenie mojego związku z muzyką. Ta >>ona<< to właśnie muzyka. Zresztą nie tylko, to cały przemysł muzyczny. To związek oparty zarówno na nienawiści, jak i miłości". CT
19:26, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Mam tego mojego Małego Potwora. Istotę upartą i przekorną do kwadratu. Czułą, pełną ciepła i wrażliwą. A jednocześnie czasem tak złośliwą, że ma się jej ochotę strzelić tradycyjnego w naszym kraju klapsa, kiedy patrzy na mnie i widzę po niej, że mnie próbuje. Przeciągamy linę, na szczęście mam wsparcie, tak naprawdę cały proces wychowania jest przez nas przemyślany i, pomimo iż nie jesteśmy raczej rodziną pokojową (nasze awantury trzęsą domem wprawdzie coraz rzadziej, ale głosy mamy wytrenowane - Potworzyna też), to uwierzcie na słowo, to nie jest tak, że nasze dziecko jest bezmyślnie zakrzykiwane (nie, ono potrafi całkiem inteligentnie odpyskować).
Wszystko to wpływa na to, że Jana sprawia wrażenie dziecka strasznie chaotycznego - zagaduje obcych, ale w następnej sekundzie chowa się za moją nogę. Tańczy na środku marketu, ale płacze, gdy zagada ją sąsiadka. W niej widzę całą siebie. Nie wiem, jak rozwinąć w niej te cechy, które we mnie się przydusiły z biegiem lat.
Odwagę przede wszystkim. Z tym, że właściwie chciałam o czym innym.
Zawsze dla mnie najważniejsza była miłość. Uwielbiam kochać. Kocham moją rodzinę, kocham Samca, Janę ponad wszystko. Kocham także zjawiska i muzykę. I wiem, że ona też będzie wszędzie szukać miłości, tego co wzrusza, co powoduje, że serce pęcznieje. Boję się, czy trafi w życiu na człowieka, który to doceni. Który będzie wiedział, że ona potrafi naprawdę kochać i będzie potrafił to docenić, odpowiedzieć tym samym.
Mi się udało. Jesteśmy strasznym małżeństwem, czasem mam ochotę trzasnąć drzwiami, najlepiej w Samca twarz. Ale nie robię tego. Dlaczego? Bo choćby nie wiem, co się między nami działo, nie warto rzucać nożami słów. Nie warto palić mostów. Słowa bolą. Nie wiem, czy Jana będzie miała szczęście trafić na kogoś, kto pokocha moją Małą Zołzę. Bo ona też jest zołzowata, będzie mówić trudne prawdy prosto w twarz (chociaż, czasem przejawia samczyskowy pęd do bezsensownych kłamstw). Nie każdy facet to zniesie. Mój znosi.
Chciałabym, żeby umiała się kłócić bez wyzywania, bez ranienia. Uwierzcie mi, głośne krzyki i przeklinanie mniej rani, niż jad sączony po cichu. Krzyk nie boli, wbrew temu, co się mówi. A na pewno boli mniej, niż obelgi wygłaszane spokojnym tonem.
Umiemy się nie ranić. Umiemy wytrzymać ze sobą do końca kłótni i pogodzić się. Nie godzimy się w łóżku, bo wiadomo, po każdej kłótni trzeba się uspokoić. Przynajmniej my musimy. No, dobra, ja.
Chciałabym, żeby wiedziała, że nie wychodzi się z domu w trakcie starcia. To mogłoby powodować strach - ok, Samiec raz wyszedł. Z moim kumplem, o ironio! - wtedy akurat się nie bałam, bo mnie to tak sakramencko rozśmieszyło, cała ta sytuacja, że spłakałam się prawie ze śmiechu, zwłaszcza jak wszyscy imprezowicze mnie pocieszali...
Chciałabym, żeby wiedziała, że jeśli coś dzieje się źle, to ma porozmawiać ze swoim facetem (lub dziewczyną, w sumie dla mnie to mała różnica), a nie wyżalać się przyjaciółce, nawet najlepszej.

I jeśli kiedykolwiek facet, z którym sypia, nazwie ją kurwą, to powinna mu wystawić rachunek za usługi. I zostawić razem z jego torbami za drzwiami.

Ludzie nazywają nas idealnym małżeństwem. Możliwe. Zasłużyliśmy sobie na to ciężką pracą. Uczyliśmy się siebie, dopasowywaliśmy. Wiadomo, zawsze mieliśmy wspólne hobby - książki (nie wyobrażam sobie związku z kimś, kto nie czyta. Poważnie, jedną z cudownych chwil mojego małżeństwa było to, jak mi kupił "McDusię" za ostatnie pieniądze na cztery, czy pięć dni przed wypłatą, bo "akurat przechodziłem i była w księgarni"), muzyka (nie sądzę, że umiałabym poważnie traktować kogoś, kto słuchałby disco polo, albo, co gorsza, miał do muzyki stosunek taki, który pozwalałby mu słuchać RMF FM, bo akurat tam by mu pasowała muzyka), wycieczki górskie (ok, to akurat ja w nim zasiałam) i teraz, dzięki nim nadal spędzamy miło czas, kiedy namiętność właściwie zeszła na drugi, a może i trzeci plan. Nadal jest moim najlepszym przyjacielem. Podobno to widać.

I chciałabym, kiedyś w przyszłości widzieć, że moja córka tak samo dobrze trafiła. Owszem, ma już solidne podstawy, wie, że zasługuje na 100% miłości faceta - na razie najważniejszym jest jej tatuś. Zobaczymy, co będzie potem. Ale liczę też na to, że będzie wiedziała, jak wygląda rozsądna walka o związek. Bo my walczymy nadal o to, żeby było nam dobrze.

PS: dziś znalazłam obrazek w zeszycie, datowany na wrzesień 2007. Ciarki mnie przeszły.
17:29, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 sierpnia 2015
Nie jestem dobrą przyjaciółką. Nie umiem słuchać, moje rady są chujowe i niepotrzebne, czasem za dużo mówię.

A potem przychodzi taki dzień, że nadrabiam. Wysłuchuję ludzi (tzn: wysłuchuję zwierzeń na co dzień, z tym że zwykle zwierzają mi się ludzie obcy, przy których łatwiej mi zachować milczenie), pozwalam im się wygadać, wyżalić, lub wręcz przeciwnie - eksplodować radością.

Dzisiaj wpadły do mnie kumpele. Nie dość, że powspominałyśmy stare dobre czasy (między innymi kwestia tego, jak się poznaliśmy ja i Samiec) - ale też i te mniej dobre. Nie, no nie płakałyśmy. My nie płaczemy razem, za mało czasu mamy, żeby marnować go na łzy. Ale potrafimy już z biegiem czasu spojrzeć w tył i powiedzieć, że czasy młodości nie były różowe.

Bo młodość była taka... Wiecie, fajne jest to, że ma się wtedy tyle siły i tak mało rozsądku. Owszem, ja nadal nie cierpię na nadmiar tego drugiego. Szkoda, że energii mi czasem brakuje. I fajnie jest, że nadal ci ludzie, którzy byli ze mną, są. Kurde, nie mówcie mi, że przyjaźń wygasa. Ona dojrzewa. Zdaję sobie sprawę, że część ludzi, z którymi się kumplowałam, zmieniła się na tyle, że nie miałabym z nimi jak gadać o tym, co jest teraz. Ale wiem, że szybko zaczęlibyśmy wspominać.

Miło jest mieć taką świadomość. Bo wiecie, kiedyś ktoś mi zarzucił, że jestem chamska, a jak ktoś jest chamski, to przyciąga chamów. A okazuje się, że gdzieś dookoła mnie ZAWSZE byli dobrzy ludzie. Przynajmniej przez ostatnie 25 lat.

01:49, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2015
Hahaha, Frotko, właśnie zorientowałam się, że moim wyjaśnieniem w niczym Ci nie pomogłam :). Spróbuję znaleźć te strony, albo dowiem się, gdzie można w realu zrobić test i wtedy będę mogła udzielić fachowej porady :P.

Dużo czasu spędzam na facebooku. Tam jest tak, jak lubię - oglądam sobie cudze rozmowy, przeglądam to, co kogoś zaciekawiło, czasem pogadam.

Chciałam napisać o dwóch grupach, które wzbudzają we mnie uczucia ambiwalentne.
"Kobieta po 30" - dołączyłam do niej, bo myślałam, że to jakaś grupa fajnych kobietek, dojrzałych, a młodych jeszcze, z perspektywami.
Otóż nie. Dowiedziałam się z tej grupy, że kobieta po trzydziestce to singielka (i głównie wokół takich kobiet ta grupa się obraca), sfrustrowana tym, że nie może znaleźć faceta (bo wszyscy mają jakieś niedociągnięcia), zahukana przez rodzinę, odczuwająca niezmiennie wciskanie dziecka do dupy. Wiem, że być samotną kobietą po trzydziestce jest trudno. Zdaję sobie z tego sprawę, że chciałoby się mieć stałe wsparcie. Ale robienie z tego sztandaru? Że te kobiety są takie biedne, bo świat ich nie rozumie? Wiecie co? Ja tak miałam, jak miałam -naście lat. Owszem, nie do końca dojrzałam, ale zrozumiałam, że nikt nie może od szeroko pojętego świata oczekiwać, że mnie zaakceptuje. Nie zaakceptuje. Pomimo wielkich haseł i dobrych chęci ludzkość ma problem z akceptacją czegokolwiek, co nie jest schematyczne. Jednostki potrafią, społeczeństwa nie i zawsze tak będzie. I kiedy na takiej stronie pojawia się krytyka "kobiet-bluszczów" (yyyy, bluszczy???), to mnie rozśmiesza. Owszem, ja jestem kobietą bluszczem. Owszem, trafiłam na odpowiedni słup, wokół którego się owinęłam. Bo charakter Samca jest słupowaty nieco. Dzięki temu trwamy. I nie wiem, czy nie lepiej być kobietą bluszczem, krytykowaną przez te kobiety, które chcą być partnerkami, czy samotną kobietą, która chce równowagi w związku. Ja wiem, że gdyby nie Samiec, byłabym sama. Bo nie wierzę w to, że potrafiłabym tak omotać każdego faceta, on jest wyjątkowy. Ale nie wiem, czy z punktu widzenia swoich trzydziestu czterech lat nie miałabym mimo to na tyle rozsądku, żeby nie powiedzieć, że zazdroszczę tym "bluszczom", którym udało się kogoś zdobyć. Choćby na chwilę.

Druga to "Jestem za akceptacją tatuaży w miejscu pracy". Idea - super. Ale po zajrzeniu w rozmowy tych ludzi po prostu zrobiło mi się przykro. Grupa, gdzie ludzie głoszą ideę akceptacji odmienności, patrzenia na ludzi nie przez pryzmat wyglądu, a tego, jakimi są osobami zieje pogardą do takich zjawisk, jak dresiarstwo, otyłość, czy nietolerowanie tatuaży. A jak już wycedzili z tekstem, że "dress code" to pozytywna rzecz, to mnie zemdliło. Właśnie o to chodzi, że nie powinniśmy patrzeć na panie/panów w biurach, czy za ladą przez pryzmat profesjonalnego wyglądu, tylko tego, czy są dobrymi fachowcami. No, ale żeby o tym się przekonać, trzeba do człowieka podejść i zaryzykować. Osobiście wolałabym być obsługiwana przez kogoś, kto się nosi w moim stylu. Nie mówię, że ubieranie się elegancko do pracy jest złe - jeśli ktoś lubi tak wyglądać, proszę bardzo! Ale niekoniecznie nakazywałabym to jako szef. Rozumiem, że np: w sklepie ubieranie pracowników w barwy firmowe ułatwia klientom poszukiwania obsługi, ale w banku? No, chyba każdy widzi, kto jest kto. Wystarczy, żeby był czysto i schludnie ubrany.

A na zakończenie: W grupie "W górach jest wszystko, co kocham" pozostawiłam post z pytaniem o to, gdzie można nocować z psem.
Dostałam kilka lajków i żadnej odpowiedzi. Jak widać, rozumu nie ma w górach, rozum w góry zabieramy własny.
20:33, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 02 sierpnia 2015
Tak mnie ostatnio naszło (oczywiście w pracy, kocham ją za to, że nie muszę używać tej znaczącej części mózgu, tylko lecę na odruchach), że oprócz tych bab, które kocham w życiu realnym, uwielbiam, zastępują mi siostry, której nigdy dzięki temu nie chciałam mieć, są jeszcze trzy inne, które podziwiam. Oczywiście - nigdy nie poszłabym tym samym torem, który one wybrały w życiu, nie, nie, ja jestem małą, cichą myszką, która najlepiej czuje się w domu, z książką, dzieckiem, mężem i psem.

Jakieś dwadzieścia parę lat temu pojawiła się Alanis Morissette. Tzn: pojawiła się w moim życiu, bo na świecie to... O, właśnie sprawdziłam - czterdzieści lat temu. Dzięki niej (między innymi) poczułam potrzebę poznawania języka angielskiego. Nie w szkole, szkoła na pewno nie nauczy odbioru poezji, szkoła nie potrafi nawet zachęcić do czytania polskiej poezji, a co dopiero angielskiej. Znalazłam w niej jakieś oparcie. Zwłaszcza w utworze "So unsexy". A już do końca życia jedną z piosenek, jaka mi w duszy gra z myślą o Samcu będzie "Head over feet".
Potem, niewiele później pojawił się ktoś zupełnie inny - Shirley Manson. I nagle świat zrobił się bardziej erotyczny, bardziej świadomy. Mniej chwiejny. Tak, jakby ktoś powiedział: "Jesteś kobietą, tak bywa". I jest też "Only happy when it rains". Przewrotna piosenka, ale każde zdanie, od początku, do końca - to jakby moja własna deklaracja, nawet to niebezpieczne "You can keep me company, as long as you don't care".
I teraz, niedawno - Sia. Boże, jak ja do niej przyrosłam, że tak piszę w jednym ciągu o niej i o tych dwóch najważniejszych. Ale Sia pomogła mi w czymś, co myślałam, że już pokonałam, a jednak dalej boli. Pomogła mi w myśleniu o stracie. Jakoś mniej boję się nagle rozpłakać publicznie, jak sobie słucham właśnie jej. Ona śpiewa o tym, że straciła ukochanego. Ja myślę o tym, że straciłam syna. I wszystko gra.

Wszystkie trzy nie zdobyły sławy za pomocą urody. Nie są też jakoś wybitnie brzydkie, żeby można było je nazwać "fascynująco brzydkimi". Taka średnia. Nie mają też pięknych głosów. Ale za to potrafią pięknie zaśpiewać. Słucham i cieszę się, że skoro już muszę mieć coś nie tak, to jest to krótkowzroczność, a słuch mam w porządku. 

A właściwie, to miałam napisać o tym, że dziś mija dziewięć lat od wydania "Come what (ever) may" Stone Sour. I kiedy na stronce padło pytanie o ulubioną piosenkę, wahałam się pomiędzy "30/30-150" a "Zzyzx Rd." (Matko, tytuły jak z techniawy!). Ale dochodząc do Sii, doszłam też do tej piosenki z tego albumu, od której zaczęłam. "Through glass".

Spoko, wczoraj miałam właśnie taki trudnomacierzyński wieczór. Znaczy nagle dopadła mnie myśl, że już nigdy nie będę w ciąży i było to cholernie smutne. Nie to, że nie będę miała następnych dzieci. Z tym jestem pogodzona, nie jestem typem dzieciolubnym. Jasne, Jajeczkę kocham nad życie i każde następne też bym kochała, to wiem. Ale nie ciągnie mnie do przeżywania na nowo pierwszego roku życia potomstwa. Za to ciąża... Cudownie było, nawet jak rzygałam, to się cieszyłam, nawet jak mnie wszystko bolało, i nawet pomiędzy skurczami porodowymi cieszyłam się, że mimo wszystko mogę to przeżywać.

Pomogło mi to, że nawet jeśli dałabym się teraz zagadać macicy, to i tak, nawet jeśli jakimś cudem i ja, i dziecko byśmy przeżyli, za jakiś czas znowu włączyły by mi się takie zachcianki.
17:29, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 sierpnia 2015
Różne przemyślenia mnie nachodzą ostatnio - jakieś podsumowania, jakbym doszła do konkretnego etapu w życiu.
A najdziwniejszą myślą ze wszystkiego było to, że doszłam do wniosku, że gdybym szesnaście lat temu miała ten rozum, co teraz, to rzuciłabym szkołę.
Poważnie. Mózg nie potrzebuje ukierunkowania. Jest niesamowitą maszyną, która sama z siebie dąży do rozwoju. Szkoła marnowała mój czas. Nie należę do osób, które lubią po prostu przebywanie wśród ludzi, więc nawet towarzysko mi nie pomagała. A już wiedza, jaką tam zdobyłam przydała mi się na niewiele. Mówię głównie o LM, gdzie dowiedziałam się tylko tego, że muszę się kierować intuicją, bo podręczniki zmieniają się z roku na rok, a z nimi zalecenia. No i że nigdy, przenigdy nie będę chciała pracować z dziećmi. Lubiłam język polski, ale też się na nim nudziłam, o ile nie musiałam pisać wypracowań. Lubiłam język angielski, ale poziom miałyśmy tak zawrotny, że przez 4 lata przerabiałyśmy jeden czas.

A mogłam w tym czasie się rozwijać. Pisać. I jeszcze więcej pisać. Ćwiczyć. Może nawet ćwiczyć śpiewanie. A może nawet nauczyć się grać na jakimś instrumencie. Ok, są ludzie, którzy doskonale radzą sobie będąc jednocześnie świetnymi uczniami, jak i rozwijając pasje. Ja do nich nie należę. Frustracja związana z przymusem chodzenia do szkoły pochłaniała moją energię.

Oczywiście - moje życie potoczyło się w takim kierunku, że nie żałuję, bo mam wszystko, co ważne (-1), ale czuję, jak bolą mnie niewykorzystane elementy mojego twórczego ADHD. Nie dla sławy, ale dla samej siebie. Lubię czuć, jak mój mózg się rozszerza.

A po córce widzę, że umysł dziecka/młodego człowieka jest jeszcze bardziej rozciągliwy. Nie chcę, żeby szkoła przydusiła ją mentalnie.
Nawet, jeśli ludzie dziwnie patrzą, kiedy pyta kamienie, czy są skałami osadowymi (i twierdzi, że kamienie jej odpowiadają).

PS: Frotko, brałam udział w kilku testach. Jeden taki profesjonalny (kiedy jeszcze w internetach za testy się nie płaciło w ogóle, wtedy wyszło 136), a potem już w płatnych (ale w czasach, kiedy kosztowały 2zł, a nie 30).
22:03, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »