Skopiuj CSS
piątek, 27 sierpnia 2010
Aja ćwiczy. Ja się zastanawiam - pas ściągający mam już zamówiony, ale w sumie przydałoby mi się popracować nad tym brzuchem, bo to już prawie 11 miesięcy, a ja nadal wyglądam, jakbym była w piątym miesiącu ciąży.

Po kilkudniowym bycie bez Samca, obydwie z Dżianą cieszymy się byciem przy nim. Jest...

Znowu odzywa mi się zazdrość, ale nie umiem inaczej. Poza tym...

A, właściwie to sama nie wiem, czego chcę. Spokoju przede wszystkim.

Żaba jest coraz bardziej ruchliwa. Zaliczyła najniższą półkę regału na książki, próbuje wchodzić na krzesła. Jak się zapomni, to stoi sama, bez podpierania, chodzi za jedną rękę, zapierdala na czterech i trzymana za dwie ręce. Klaskanie wychodzi jej coraz lepiej, pokazuje palcem, robi "papa", wstydzi się i chichra, potwór mały. Rozumie, co to znaczy "nie wolno", co nie znaczy, że respektuje zakazy.

Za półtora tygodnia mija nam 11 miesięcy, odkąd ją mamy.

Samca komp nadal w rozsypce.
21:55, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 sierpnia 2010
sobota, 21 sierpnia 2010
Fakt pierwszy: śniła mi się wspinaczka w górę. Że grałam w filmie i z Samcem braliśmy udział w jakiejś kosmicznej wyprawie - widoki zajebiste. Wszystko w kolorach jak z kreskówek, kwiaty, na szczycie góry, niesamowicie stromej, praktycznie w pionie, był zamek. Widać go było nad chmurami i jakby wiszący nad nami. To jeden z tych snów, kiedy człowiek zaczyna wiedzieć, że śni i nie chce się budzić

Fakt drugi: jak tak dobrze pomyślę, to w drugim śnie byłam Sandrą z The Expandables.
Kto obejrzał, ten wie, o co mniej więcej chodziło - ale dokładnie taka była sytuacja w tym śnie...

Fakt trzeci: w trzecim śnie Samca grał Bruce Willis [dobrze napisałam?:/]. Byliśmy małżeństwem nauczycieli, w jednej sali było zebranie nauczycieli, w drugiej rodziców, nawiedzonych katolików. Odgrywali nam jakieś scenki, które miały nam uzmysłowić, że szkodliwe jest, jak dzieci mają dwoje rodziców tej samej płci.

Fakt czwarty: The Expendables byli... Cóż, męskie kino. Dla dużych chłopców. Chyba mam w sobie chłopca.

Fakt piąty: przed wpuszczeniem do kina należy sprawdzić higienę widzów. Kurwa, koleś koło mnie miał markowe buty. Ale skarpetki chyba sprzed miesiąca. Jak zakładał nogę na nogę, to miałam prawdziwie męskie kino.
I jeszcze ktoś miał problem z obsługą napoju colopodobnego. Żakiecik mój idzie do prania.

Fakt szósty: UFO? Zamach? Chuj wie co? Na niebie pojawiły się u nas cztery obiekty, teoretycznie samoloty, jednakże odległość między nimi wynosiła około dwóch minut, a punkt obniżania się za horyzont co najmniej dziwny...
23:03, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 sierpnia 2010
W Mocku. Po lordzie Henry'm z "Portretu Doriana Greya" [Graya? E, chyba pierwsza pisownie jest prawidłowa i Horaciu Oliveirze znalazłam kolejnego bohatera, o którym się zajebiście czyta. Niesamowity realizm tej postaci [naturalizm nawet] zniewala babskiego czytelnika we mnie. Jak to jest, że kobiety w książkach wolę sympatyczne, wrażliwe i ciepłe, a facetów gruboskórnych i mrocznych, skoro w życiu mam zupełnie na odwrót. I już nie chodzi o Samca, który jest po prostu dobry w pełni słowa tego znaczeniu, ale w jakąkolwiek relację wchodzę z facetem, to nie jestem w stanie przywiązać się do takich, którzy prowadzą jakieś gierki, czy mają nieczyste myśli, a kobiety - heh, uwielbiam te jędzowate, sukowate, problemowe i im więcej mają wad, tym więcej jestem im w stanie wybaczyć? Czytam te wrocławskie powieści [nigdy nie byłam fanką powieści kryminalnych, ale wyjątkowo Marek Krajewski plecie fabułę tak, że wciąga...] i pluję sobie w brodę, że zepsułam tak Jona z mojego opowiadania. Był taki fajny, by nie rzec - seksowny. Heh, może dlatego, że teraz seksowność kojarzy mi się głównie z jedną osobą i nie umiem się skupić na przyjemnościach wynikających z tworzenia postaci fikcyjnych? Był taki swój, niezależny od głównej bohaterki. A teraz to dupa blada. I chuj.

Zapach mojej dwójki, kiedy śpią jest cudowny. Gra oddechów pozwala mi nie martwić się bezsennością. Lubię budzić się w środku nocy, jest mi wtedy tak, jak być powinno. Podobno to w nocy budzą się zmory, a ja w nocy odpoczywam od zmór. Martwi krzywdy nie zrobią, żywi mogą. W ciągu dnia jest tyle problemów, które w nocy znikają.

Ostatnio mieliśmy coś w rodzaju trudnych dni. Samiec opisał to po swojemu, ja dodam tylko, że alkohol wyzwala u niego cechy, o które bym go nie podejrzewała. Na przykład zazdrość. Na dodatek zazdrość, która jest zupełnie nieukierunkowana, bo kiedy pytam, o kogo chodzi, on nie potrafi odpowiedzieć... To, że ja sobie nie ufam, to jedno. Ale jego zaufanie zawsze jakoś trzymało mnie w pionie. I teraz już całkiem nie wiem, czy jestem dobra, czy zła?

W Angorze kolejny przebłysk "wyzwolenia kobiet". Że niby prawie każdy facet w życiu został zdradzony przynajmniej raz. Fajną etykietkę daje się związkom. Ja tam mam nadzieję, że jednak tak nie jest. W obydwie strony. Po pierwsze - sama nie byłabym chyba zdolna do zdrady [nawet w zemście, jednak dbam o swoją dupę bardziej, niż o dumę...], a jednocześnie liczę na wyłączność. Wierzę jednorazowość tego związku i nie uważam zdrady za niewiele znaczący moment słabości. Dla mnie to zawsze znak, że jest źle. Albo zbyt dobrze. Tak, tak. Bo bywały już takie pary, które rozpadły się, kiedy "było zbyt dobrze", bo w naszych czasach mało kto daje szansę na trwały związek. Są różni ludzie dookoła nas. Każdego dnia mijam kilkanaście/kilkadziesiąt kobiet, które są bardziej atrakcyjne/przystępne/lepsze w łóżku ode mnie. I z pewnością jest wśród nich sporo o wiele bardziej dopasowanych do Samca. Ale to, do cholery jasnej nie znaczy, że ten zbieg okoliczności, który nas połączył, nie może stać się podstawą czegoś najlepszego, co nas spotkało i nie może być naprawdę trwały...
22:05, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 sierpnia 2010
Wiecie, co to jest rozpacz?
Rozpacz jest wtedy, kiedy kobieta wciśnie się w sukienkę z poprzedniego sezonu, z bólem oraz mocnym postanowieniem niejedzenia na imprezie, gdyż sukienka jest o rozmiar, czy dwa za mała i prawie wcale nie elastyczna, po czym ujrzy między, z takim trudem upchniętymi pod obcisłą tkaniną cyckami metkę. Czyli znak, że sukienka została założona tył do przodu. Jeszcze ktoś nie wierzy w złośliwość rzeczy martwych?

A co to jest panika?
Panika jest wtedy, kiedy wyżej wymieniona sukienka utkwi w okolicach ramion podczas ściągania. Jako, że kobieta kobietą jest od dupy strony, przewlekanie dołem ciasnych ciuchów nie wchodzi w grę. I jeśli w tej sytuacji kobieta zorientuje się, iż jedyną osobą oprócz niej znajdującą się w domu, jest jej dziesięciomiesięczna córka, która zaczyna się budzić i wydawać dźwięki próbne przed koncertem wrzasków, to wtedy można mówić o Panice pisanej dużą literą.

Urodziny taty Samca na działce, miło było nawet, lubię imprezki, bo na nich Dżiana jest rozchwytywana. A ostatnio marszczy nosek i za cholerę nie wiemy, kto jej tego nauczył...

Yoshko zniknął gdzieś w pizdu, niby mam jakiś numer telefonu, który mógłby być jego, ale jakoś nie wyobrażam sobie, że miałabym z nim tak pisać luźno. Na przykład napisać mu, że jest ciućmokiem. Albo że jest głupi. Albo że go pojebało. Albo "wypierdalaj". Nie mam komu naubliżaj. Wprawdzie Asiia próbuje się podstawiać, ale nie umiem tak z kobietami.

Czytam "Koniec świata w Breslau". Po ostatnich książkach - oprócz "Dziennika Bridget Jones" były również "Wyznania zakupocholiczki", czyli loty mniej więcej co najwyżej bażancie [aczkolwiek, bażanta kiedyś moja mama widziała, jak wypierdzielił w szybę autobusu i przeżył, co mnie zastanawia], to sprawia, że czuję się taka... No, traktowana na poziomie. Tamte lektury były takie płytkie [aczkolwiek opisy zakupoholizmu były całkiem niezłe, idealnie oddawały ten stan], a to... No, dobra. To jest taka męska literatura. Bohater - antybohater, ale seksowny, cham i skurwiel, o takich panach chce się czytać. Jeszcze jakiś opis zarośniętej klaty i jestem w książkowym niebie... Trupy, krew, siniaki oraz wieczny kac... Dla mnie bomba. Lubię brudne książki.

Tak na temat tych samców - rozbroił mnie felieton w zaległym Magazynie Kobieta na temat Daniela Olbrychskiego. Pienia faceta o tym, że kiedyś to był kult prawdziwego samca, nie jakichś metrosiów. Że on jest wzorcem samca z "pogardzanej epoki prefeminizmu". Kurde, no ja nie rozumiem jednego - pan autor, Zygmunt Miłoszewski twierdzi, że coś się niby zmieniło. A ja sądzę, że nie. Że zawsze kobiety na mężów chciały łagodnych, dobrych facetów, a w fantazjach pojawiali się bydlacy o inteligencji neandertalczyków, pozbawieni jakichkolwiek manier. Tacy, co to za włosy i do jaskini. My, baby zawsze takie byłyśmy. Nie wierzę, że kobiety w tamtych czasach marzyły o brutalnych mężach. Może łatwiej się na to godziły, owszem, że facet czasem "weźmie, co mu się należy" bez pytania. Sytuacja się nie zmieniła. My, baby, nie zmieniłyśmy swoich marzeń, jedynie zmieniły się oczekiwania. Wiemy już, że jak mąż gwałci żonę, to nie jest to jego prawo, ale przestępstwo. Oczywiście - z karaniem za te przestępstwa nadal krucho... Nieważne. Nie umiem się dziś skupić, tęsknię za Mad. I tyle. A kasy na komórce nie mam. I mieć nie będę. Oszczędzam na buty za 170zł.

Piosenki na dziś - "Pętla", Kasia Kowalska
"Parapet", Coma

Heh, dzisiaj gadałam z Asiią smsami, ona jest wpizdu gdzieś, nie wiem, gdzie, na jakimś zlocie. Nie mam jej starego numeru zapisanego na komórce, więc wyświetlał mi się numerkiem. W pewnym momencie otrzymałam smsa o treści: "Jesteś w domu?", więc wywaliłam takiego "sukoburego" smsa, że "A co mam kurwa, robić? Deszcz napierdlala, więc na spacer nie idzie wyjść, hipermarkety zamknięte, bo jakieś fchuj święto"... I w tym momencie dzwoni telefon, znowu numerek, ale widziałam, że to nie Asii, więc myślałam, że czyjś pożyczyła. Już miałam palnąć mówkę, kiedy słyszę: "To my wpadniemy do Ciebie"
Eeee? Zgłupiałam. Patrzę, a to Monis, moja kuzynka...

:)
19:44, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
czwartek, 12 sierpnia 2010
Czytam "Dziennik Bridget Jones". Mam wrażenie, że po raz drugi co najmniej, bo ta książka jest tak wtórna i banalna, że boli. Nie ma żadnej wartości literackiej. Gdyby nie to, że główna bohaterka jest fchuj sympatyczna i zrozumiała, byłoby to pierwsze gówno literatury nowoczesnej. "W pogoni za rozumiem" jest praktycznie tym samym [nawet pewne sceny się powtarzają... Żałosne], tylko troszkę grubsze, bo urozmaicone tym wypadem gdzieś daleko. Ale sieczka prawie taka sama. Nie wyobrażacie sobie, jak mi wstyd w tym momencie, że mojego bloga czytają obcy ludzie i mają z pewnością takie same odczucia, jak ja czytając zapiski Bridget. Nuuuuda.

Uwielbiam sprzątać po Żabie. Wtedy odzyskuję wrażenie kontroli nad moim światem. Często puszczam ją samopas w pokoju. Właściwie staram się jej nie ograniczać niczym. Efekty są - ona uczy się chodzić, a ja uczę się ją chronić tam, gdzie jest to niezbędne. Na przykład wczoraj dowiedziałam się, że szuflady z komódki Samca [metalowe!], da się bez problemu wyciągnąć i spuścić na maleńką, pulchną stópkę. Albo, że psie żarcie smakuje dziesięciomiesięcznemu dziecku, tylko ciężko je wymamlać, więc zdążyłam wyciągnąć jej z buzi. Albo że da się włożyć łapkę między pręty psiej klatki, ale wyciągnięcie wymaga już trochę pomyślenia. Poza tym zaliczamy mnóstwo upadków. I wchodzenie na regał. Na razie na najniższą półkę.

W pewnym momencie zatraciłam umiejętność komponowania wierszy. Znajduję w sobie te wszystkie porównania i spostrzeżenie, poukładane i czekające na zapis, nawet słowa odpowiednie są, ale wszystko razem wygląda jak garść śmieci, pozbierana w bezkształt.

W pewnym momencie pomyślałam, że Mad ma się dobrze - chce jechać na Majorkę i jedzie sobie. Ale potem złapałam się na tym, że ja właściwie mam wszystko, co było moim marzeniem.

Trochę mi brak wyjazdów, ale cierpliwości. Już niedługo. Właściwie w weekend Kraków był o krok, powstrzymało mnie tylko to, że tam chcę jechać już z Żabą, a ona była wtedy akurat u Blondie.

Trzymajcie się, znowu upały idą.
13:58, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (3) »
środa, 11 sierpnia 2010
Potrzebne:
- rosół [ja robiłam taki bez przypraw, z gołębi, marchewki, pietruszki, selera, cebuli i kapusty włoskiej]
- trzy żółte papryki
- jedna czerwona
- a tak naprawdę to po prostu ze cztery papryki
- ze dwa duże pomidory
- cebula
- dwa ząbki czosnku
- natka pietruszki i selera
- lubczyk
- pieprz cytrynowy
- papryka słodka mielona
- przecier pomidorowy
- sól
- i ktoś, kto mi Żabę zajmie na ten czas


Papryki i cebulę drobno kroimy, czosnek, nać i lubczyk siekamy drobno. Pomidory parzymy i kroimy na osiem części każdy. Zalewamy to rosołem. Gotujemy to z pół godziny, dodajemy przyprawy i przecier pomidorowy, gotujemy jeszcze trzy minuty.

I w sumie to na tyle. Gdyby nie to, że mam w zwyczaju rosół gotować minimum półtorej godziny, to byłaby to ekspresowa potrawa.

Dobre z makaronem :).
15:43, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 sierpnia 2010
Heh, jak dobrze mieć Żabę w domu...
Nie potrafię bez niej funkcjonować, wszystko wydaje się takie... Przeszkadzające. Jakbym nagle straciła wzrok - niby nic się nie zmieniło w pokoju, a człowiek potyka się o wszystko.

Chwilami czuję, jakby Mad była moją siostrą - to nie jest sympatia, tylko jakieś pieprzone wspólne geny. W pewnych miejscach mam wrażenie idealnego dopasowania. Wczoraj kilka wymienionych smsów sprawiło, że poczułam się jakoś tak lżej. I bardziej kobieco. A może po prostu - zwyczajnie?

I wczoraj robiłam sobie salon fryzjersko-kosmetyczny w domu. Nakładałam farbę na włosy - Aromatyczny Cynamon, miał wyjść soczysty brąz, wyszło - zgadnijcie co? Tak, bordo. Po nałożeniu sprayu nabłyszczającego kolor błyszczał prawie tak, jak na kobiecie z opakowania. Malowałam paznokcie - kolor Red Wine, w rzeczywistości to tylko we flaszeczce jest wino, a na paznokciach wyszła zajebista, intensywna krwistaczerwień. Piękna po prostu. Po czym weszłam sobie do wanny, zmyłam farbę z głowy i... Z prysznica leciała letnia woda. Co się stało? Zaaferowana wymianą wiadomości, zamiast kabla od pralki wyciągnęłam wcześniej kabel z bojlera.
Na tym skończyło się moje SPA.

A dzisiaj - Silesia. Blondie oddała Żabę dopiero po szóstej, więc mieliśmy czas. Jest tyle rzeczy, które chciałabym kupić małej, a kasy nie przybywa. Jakoś to będzie.

I nie ma nic lepszego, jak ta mała małpka. Mistrz Świata w Radości...
21:07, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
czwartek, 05 sierpnia 2010
Alexander, Myslovitz
Arahja, Kult [to chyba piosenka na każdy dzień :)]
Are you still mad, Alanis Morissette [baby, poczytajcie se, normalnie tekst jest taki babskobabski]
Bathwater, No doubt
Boys wanna fight, Garbage [robimy teledysk?]
Can't hold us down, Christina Aguilera
Cherry lips, Garbage
Dikanda, Dikanda
Anhedonia, Kasia Kowalska
Dygoty, Strachy na Lachy
Gołębi puch, Lombard
Head over feet, Alanis Morissette [Samczysko moje]
I love my computer, Bad Religion [aczkolwiek nie umiem znaleźć tego luzu do komputera w tej chwili]
In your room, K'S Choice
Keskese, Nosowska
Killing birds, Chris Cornell
Last kiss, Pearl Jam
Lightning is my girl, Auf Der Maur
Lollipop, Mika
Lump, Presidents of the USA
Mayonnaise, Smashing Pumpkins
Metal heart, Garbage [I wish I was half as good, as you think I am]
My interpretation, Mika
Nancy boy, Placebo
Nobody's wife, Anouk
New, No doubt
Not the doctor, Alanis Morissette
Objection, Shakira
Only happy when it rains, Garbage [jak se zrobię tatuaż, to ten tekst pojedzie mi przez całe plecy]
She'll never be your man, Chris Cornell
Sleep together, Garbage
Stitches, Orgy
Stumbleine, Smashing Pumpkins
Stop, Matchbox 20
O jeden dreszcz, Lombard
So sad so lonely, Matchbox 20
Things will never be the same, Roxette
Touch, peel & stand, Days of the new
33, Smashing Pumpkins
Vanity fair, Mr Bungle
Violet, Hole
Wait and bleed, Slipknot
When I grow up, Garbage
Wicked ways, Garbage
Temptation waits, Garbage
Word up, Korn
XYU, Smashing Pumpkins
You know my name, Chris Cornell
You oughta know, Alanis Morissette
Your soul today, Chris Cornell

Brakuje mi jednak jakiegoś dobrego kumpla. Wczoraj siedziałam na ht czacie i czułam się nie na miejscu. Oni sobie o czymś gadali, a ja mogłam tylko milczeć, albo czepiać się literówek. Z Yoshkiem też się inaczej rozmawia, niż powinno. Ok, przyznaję, że chodzi tu konkretnie o Casę, bo jakoś on tak był najbliższy ideału dobrego kumpla, z odpowiednim podejściem, tylko nagle się coś spierdoliło i nie wiem, w którym momencie. A już za chuja nie wiem, jak to naprawić i czy warto się szarpać. Ostatnio robię się jakaś nadwrażliwa [haha, jakbym wcześniej nie była].

Nie, w sumie nie widziałam, jak te babcie szaleją dookoła krzyża, cała sytuacja przerosła moje pojęcie.

PS: Chyba nie będzie tak źle, mam nadzieję, po prostu czaruję, czaruję, ale coraz więcej we mnie wściekłości i boję się, że kiedyś w końcu powiem coś złego.
22:57, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 sierpnia 2010
wtorek, 03 sierpnia 2010
Jedna to ten krzyż sprzed pałacu prezydenckiego. Chwilami pogłębia się u mnie uczucie życia w filmie Barei. Niby wszystko jest śmieszne, ale i strasznie się robi, jak do człowieka dociera, że garstka religijnych fanatyków ma większe prawa, niż ci, którzy tenże krzyż postawili. Przypomina mi to nieco sytuację świętych krów [a może, z szacunku dla innych religii: "Świętych Krów"?]. Totalna parodia religijności. Naprawdę, ja doceniam wagę symboli. Każdy ma jakieś amulety, ale tak naprawdę to tylko nic nie znaczące przedmioty, którym to my nadajemy jakiś sens. Chrześcijaństwo nie opiera się na drewnianych krzyżach, choć oczywiście od takiego wszystko się zaczęło. Ono uczy nas akceptować te krzyże, które każdy nosi w sobie. Ja zamiast krzyża mam pewien grób. I to, że na nim stoi drewniany, czy metalowy, symboliczny, to tylko symbol. Taki znaczek nad Olafem.

Swoją drogą, ja nadal nie rozumiem Pana Boga. Kiedy widziałam taki demot - jak go znajdę, to puszczę linka, w prosty sposób przedstawiający Boga jako co najmniej schizofrenika.

Druga rzecz, to artykuł w bodajże w Newsweeku o rodzinie Romów, którzy twierdzą, że ludzie we wsi się na nich uwzięli, bo im zazdroszczą. Oczywiście, powyrokowi i takie tam. I czytam, że facet opowiada, jaki on to zapobiegliwy i obrotny jest, bo z opieki społecznej dostaje w sumie ok 3000zł...

I chyba się udam do MOPSu. I chuj, nikt mnie w życiu nie nauczył żebrać, bo tam się nie prosi, tylko żebrze właśnie, ale nauczę się. Nie mówię, że chcę tyle, ile on, ale tak z 1000zł załatwiłoby mi spokojny sen.
20:31, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
Kiedy już zaczęliśmy powoli wychodzić z małżeńskiego kryzysu wywołanego zmęczeniem i udało nam się odpocząć, po raz kolejny dostajemy po głowie od urzędników.

Okazuje się, że to nie jest tak,że my dostaliśmy zezwolenie na budowę łazienki. My dostaliśmy dopiero zezwolenie na zgłoszenie to do Nadzoru Budowlanego. Od razu mówię, że chodzi o postawienie ścianki gipsowej i pociągnięcie kanalizacji przez ścianę z cegieł. Ręce mi opadają. Na koncie jakieś marne resztki kasy, jak jeszcze okaże się, że musimy za to płacić, to zrobię rozpierduchę, naprawdę już nie wytrzymuję nerwowo, jestem gotowa zaatakować każdego, kto tylko krzywo na mnie spojrzy.

Pociesza to, że Żaba robi się coraz kochańsza, kokietuje, zaczepia, śpi jak aniołek całą noc prawie, jedynie czasem się budzi i jest tak zdenerwowana, że muszę ją brać do siebie.

Zaliczyliśmy już dwie czy trzy kupy na nocnik, w jej wieku to sukces bardziej mojego refleksu, niż jej inteligencji, ale zawsze coś.

Z 3P nadal wymieniamy się doświadczeniami i jestem szczęśliwa, że mam pod ręką kogoś, komu też czasem puszczają nerwy, a z drugiej strony wie, że najprostsze rzeczy mogą przynosić nieogarnioną radość. Np: sen dłuższy niż trzy godziny.

Doceniam Samca, który robi wszystko, żebym nie stała się jak moja, czy jego mama, które nawet ledwie żywe sprzątają, gotują, piorą. Muszę przyznać, że wyręcza mnie, chociaż czasem tego nie zauważam i marudzę, bo chcę więcej. Jestem jędzą.

Damy radę razem. Właściwie chyba trafiłam na swoją drugą połówkę.

19:40, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »