Skopiuj CSS
piątek, 28 lipca 2017
Nie będę pisała o zaletach urlopu. Nie napiszę też o plusach wypoczynku właśnie nad Zalewem Sromowickim i Czorsztyńskim.

Napiszę o traumach.
Idąc do Niedzicy mijamy most widokowy. Nie, nie "mijamy", tylko "przechodzimy po nim". Jest drewniany i wydaje DŹWIĘKI. Nienawidzę mostów od dzieciństwa, kiedy chodziliśmy z Zawodzia na Bogucice do ciotki, musieliśmy przejść przez most na Rawie. Ja chodziłam po nim z zamkniętymi oczami i dobrze pamiętam ten dzień, kiedy tata powiedział mi, że mogę otworzyć oczy, bo to już koniec, a okazało się, że taki dowcip zrobił i to było na środku. Do dziś mam problem z zaufaniem.
I nie od dziś jestem naiwna, jak widać.
Przez ten most idzie się dobre pół minuty, jak nie więcej, niestety dzieli nasze miejsce wypoczynku od Kasztela, gdzie dają przepyszne rydze, pomidorową i żurek, więc iść trzeba. Za każdym razem nie tyle z bólem, co...
Hm, znacie to uczucie, kiedy wchodzi się zbyt szybko do zimnej wody? No, właśnie, ja je mam, kiedy patrzę na wodę pode mną. Wpadam w panikę, tracę oddech. Ciężko wytłumaczyć tak silną i absurdalną reakcję na coś, co NIE JEST dla mnie realnym zagrożeniem.
Jana mówi: "Mamo, możesz mnie mocno ściskać na tym moście za rękę. Ale nie za bardzo mocno!"

Druga rzecz to bezsenność. Nie to, że mi się nie chce spać, uwierzcie, padłabym na ryj w poprzek łóżka i oddała się słodkiej nieświadomości (pewnie tak się w końcu stanie), gdyby nie sny.
Noc pierwsza - [*] Grzegorz. Nawet w tym śnie mu mówiłam, że ma mnie zostawić w spokoju, bo wiem, że go nie ma już wśród żywych i jest mi z tego powodu smutno.
Noc druga - uciekanie po mieszkaniu przed gwałcicielem, a było to tak realne, że budząc się, spojrzałam na szafkę przed sobą z myślą, że za nią się wcisnę.
Noc trzecia - poród. Nie, nie naturalny, szykowali mnie do cesarki, więc stres nie z tej Ziemi.
Noc czwarta, która jeszcze trwa, więc mogę powiedzieć, że moja podświadomość dopiero nabiera rozpędu - że obozowałam w namiocie na szczycie góry (a moi rodzice obok, w zabezpieczonym obozowisku), a z dołu szły czarne, burzowe chmury i się błyskało.

Nie sypiam tu dobrze. Może to bliskość wody (okna na Dunajec i Jezioro Sromowickie), może dźwięk turbin (tak, tak, słychać elektrownię).
Może tylko nerwica.

Wczoraj próbowano nas okraść na plaży. To też przykre.

Ale tak naprawdę jest ok - pogoda w kratkę, więc ani za ciepło, ani za zimno, idealnie do chodzenia, jedzenie dobre, widoki przepiękne, poważnie - dawno nie widziałam nic tak zachwycającego, jak te góry dookoła. Nawet Tatry widzieliśmy (i nie o te w płynie mi chodzi, tylko góry).

Sąsiadów mamy ciekawych - jedni z dzieckiem, które darło się do matki: "Jesteś najgorsza! On jest mój i gówno mnie to obchodzi!" Doświadczenie podpowiada, że chodzi o tablet/telefon, aczkolwiek Jana nigdy takich słów nie użyłabym, u niej to jest: "Ale dlaczego?"
Drugą ekipę Lenin złapał, jak marudzili na to, że ktoś tam nie segreguje śmieci, a sami, tacy eko-sreko, zostawili psa w pokoju na cały dzień, bo poprzednio, jak poszli w Tatry, to się tak zmęczył, że spał cały dzień.
No, poważnie? Niestety, tak to w życiu jest, że jak się ma dzieci lub zwierzę, to trzeba się do tego dostosować (dzięki, Iowna, za opiekę nad Milą). Ciekawe, czy córkę też zostawiali w domu, jak była za mała? I gdzie się ma ten pies nauczyć ekonomicznego chodzenia, kiedy siedzi w pokoju?
(Zakładam, że te dwie sytuacje to była jedna rodzina, jedynie Lenin sugeruje, że chyba to nie ci sami, więc się nie kłócę)

My za to w góry nie poszliśmy w ogóle ze względu na Żuję. Nie dlatego, że nie dałaby rady. Wszyscy mamy kondycję do dupy, więc dałaby. Ze względu na przepisy jednak nie możemy wejść w Pieniński Park Narodowy, więc dziś dopiero pójdziemy na Słowacką stronę.
03:35, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 22 lipca 2017
Załapaliśmy się na końcówkę pierwszego zespołu - ARRM, więc o nim nie mogę nic napisać, ale potem było już znacznie lepiej.
Był Percival Schuttenbach (właśnie mnie Samiec uświadamia, żebym nie popełniła błędu, nazywając ich po prostu Percivalem), połączenie metalu i folku, coś bardzo przyjemnego i dla ucha, i dla oka, naprawdę podoba mi się ich wizerunek (i bardzo podobała mi się bluzka wokalistki, hehe). Mocne granie, darcie mordy, śpiewanie, a to wszystko w klimatach swojskich i sentymentalnych wręcz. Agresywnie, ale miło.
Zeal & Ardor chcieliśmy sobie odpuścić, to co obejrzeliśmy w zwiastunach na Metal Mind Productions, nie zachęcało, było smętne i byle jakie. Ale, jako biedaki, które raz do roku idą na festiwal, daliśmy się ponieść idei "zapłaciłem, więc wykorzystam na maksa" i zaliczyliśmy także ten koncert. I wiecie co? Był świetny! Nawet kawałek "Satan is fine" (zastanawia mnie dwuznaczność tego zdania, wiecie - częściej tłumaczę sobie ostatnio opakowania z szamponów, niż teksty literackie), to było kopyto po prostu. Zupełnie inny klimat. Fajne, rytmiczne granie, porządnie wykonane wokale... Nie żałuję, że jestem sknerą.
Myrkur to inna bajka. Poważnie - bajka. Stoi na scenie topielica, mikrofon ma, jak rozgałęziony konar. Śpiewa, a potem nagle wrzeszczy, jakby z piekła rodem. Coś, co przemawia do uczuć bardzo mocno. Niestety, od strony muzycznej dla mnie to było mało strawne, za dużo łojenia, za mało tego serca. Ale i tak bardzo mi się podobało. Wizualnie.
Paradise Lost właściwie nieco minęło mnie, gdyż chciałam zająć najlepszą miejscówkę na Mansona, w efekcie wylądowaliśmy w pobliżu młyna i zamiast skupić się na muzyce, skupiałam się na utrzymaniu równowagi. Mój błąd. Koncert podobno poprawny, tyle wiem z opinii.
No i kulminacja, czyli Marilyn Manson. Dał radę. Patrzyłam wcześniej na jego zdjęcia i trochę się bałam - ten stary, utyty facet miałby dawać czadu? Ale dał. Było świetnie. Godzina skakania, tłum porwany i poszarpany, w tej jednej pięknej fali, uwielbiam to uczucie, ta masa zdolna do wszystkiego. Muzycy mają władzę. Oni naprawdę mogliby przewrócić świat do góry nogami. Z tym, że nie chcą - dlatego im się ufa.

Całość - kupa fajnych ludzi. Festiwale to popis ludzkiej tolerancji. Muzyka łączy. Widziałam dresów, punków, gotów, metali, niezidentyfikowanych ideologicznie, łyse pały, panienki z tipsami i na szpileczkach w stylu róż-plusz... Wszystkie możliwe subkultury. Nikt nikogo nie obrażał, nikt się nie bił. Nawet pijanych nie było. I to był pierwszy koncert w Spodku, kiedy nie nawąchałam się zielonego, to aż dziwne było, potem stwierdziłam, że miałam takie uczucie braku. Niestety, były e-papierosy. Ale spoko, nie było zwyczajnych, więc coś za coś, mimo wszystko - dymu było mniej.

Sprawa ostatnia i chyba najważniejsza. Tak beznadziejnego nagłośnienia w życiu nie słyszałam. Owszem, bywały koncerty, kiedy wokaliści musieli drzeć mordę, żeby cokolwiek było słychać (np: prawie wszystkie Luxtorpedy, gdzie Hans ma czerwoną z wysiłku twarz, pewnie z tego powodu zapuszcza brodę), ale takich spięć i pisków to jeszcze nie słyszałam, nawet przy koncertach w knajpach, gdzie widownia to pięciu fanów i trzech pijaków... Jeśli już przy pierwszym i drugim zespole były problemy, to zawsze były cztery godziny na ściągnięcie poprawnie działającego sprzętu, czy fachowców. Nie mówcie, że się nie da.
Ale oglądać irytację Mansona... To też ma swój smaczek.
14:56, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 lipca 2017
Stojąc sobie przy zlewozmywaku (moje ulubione miejsce do myślenia), popłynęłam umysłem do pewnego demota, który widziałam kilka dni temu. Pewien bardzo nowocześnie wyglądający pan rozprawiał o ludziach starej i nowej daty. Że ludzie starej daty, to my, wychowani w blokach, z dostępem do szeroko pojętego podwórka, którzy znajomych mieli pod ręką i tak wyrabiali sobie postawy społeczne (jak sobie wyrobili, to nie powiem, bo już nawet introwertycy dziwią się, że nie mam żadnej potrzeby wyjścia na zewnątrz i mogę siedzieć w domu bez szkody dla psychiki). Z jednej strony ma rację - rzeczywiście, trzeba było być fair wobec tych kumpli, trzeba było być tolerancyjnym dla ich wad, trzeba było umieć przepraszać i rozwiązywać konflikty, bo jeśli się z kimś było skłóconym, to niestety, nie można było go wyrzucić ze znajomych.
Ale dalej poszedł głęboko w odbyt, bo stwierdził, że dzieciaki urodzone po 2000 roku w większości mają trociny w głowie. A kto jest temu winien? Dzieci? Czy ci właśnie, zajebiście społecznie przystosowani dorośli, wychowani na podwórkach? No, chyba coś poszło nie tak, bo nagle okazuje się, że nawet własnego domu nie umiemy społecznie ogarnąć, tej podstawowej komórki. I nie przemawia do mnie to, że "ja sobie mogę, a moje dziecko wejdzie potem w złe towarzystwo i..." Sorry, ale mniej więcej tak samo mówili o paleniu papierosów i piciu alkoholu. Nie wpadłam w alkoholizm, nie palę, choć zdecydowana większość moich koleżanek paliła. Mało tego, żaden z moich braci też nie pali. I nie pije.
Czyli się da. Po prostu dziecka nie można tresować. Na czym polega tresura? Na tym, żeby wyrobić u kogoś odruchy nie związane z logiką, czy naturą.
Np: dziecko nie bawi się zapałkami, bo boi się wpierdolu od matki.
Powstaje sytuacja, że zacznie się bawić, gdy będzie miało pewność, że matka nie dowie się o tym, prawda?
Wychowanie polega na tym, żeby nie bawiło się tymi zapałkami, bo zna realne konsekwencje tego postępowania. Wiem, myślę idealistycznie, ale uwierzcie - sprawdza się lepiej. Na tej samej zasadzie wiele rzeczy zadziałało u nas w domu. Np: nie piję alkoholu, bo mi wstyd za pijanych członków rodziny i nie chcę być taka, jak oni.
Bicie nie jest elementem wychowania. Jest elementem tresury. Dziecko, które się boi bicia, wcześniej czy później nauczy się unikać go - niekoniecznie w taki sposób, jakiego oczekujemy. Tamten system wychowania nie był dobry. Człowiek bał się własnych rodziców. Spotkałam się z tym, że w temacie bicia padał temat "wzbudzania szacunku". Nie, jeśli ktoś na mnie wymusza, żebym była posłuszna wobec innych poprzez zadanie mi bólu, to nie jest szacunek. Szacunek jest wtedy, kiedy mi wytłumaczy istotę człowieczeństwa, powody dla których mam traktować drugiego człowieka dobrze, a najlepiej niech mi jeszcze to pokaże.

Dobrze pamiętam, jak to jest dostać pasem po dupie. Nie zdarzało się to często, może dwa - trzy razy. Ale pamiętam. Nie chcę, żeby moje dziecko czuło się tak, jak ja wtedy. I żeby było mi posłuszne dlatego, żeby tak się nie czuć.
18:42, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 lipca 2017
Do Janki wpada czasem Emila, bawią się, a ja podsłuchuję, jako że znam dobrze jej rodziców, łatwo mi sobie wyobrazić ich w jej rozmowach. Jana za to odtwarza to, co widzi we własnym domu. Dzieciaki wszystko słyszą. W sumie jestem zadowolona, nie brzmi to tak źle. Chyba zachowujemy się dość normalnie, przynajmniej z tego, co słyszę.

Wstałam na nogi. W końcu czuję się lepiej, jakby jakiś ciężar spadł mi z serca. Nie wiem nawet, jaki. Może zbyt denerwowałam się tym, że mam wolne. Czy to jest pracoholizm? Czy tylko lojalność wobec koleżanek z pracy? Jest nas teraz mało, zbyt mało. Godziny szczytów były straszne, zamiast od 12 do 15 trwały od 11 do prawie 16. Sukcesem było, jeśli na przerwę szliśmy o 16. Nie wiem, czego oni od nas chcą, wiem, że możliwości ludzkie teoretycznie są nieograniczone, ale tak naprawdę nie da się ich rozciągać w przeciągu tygodnia aż w takim stopniu.

Lubię pracę fizyczną, ale jestem mocno sfrustrowana, gdy nie daję rady. Nie, nie mówię, że to już starość, jestem w najlepszym wieku, ale...
Chwilami mam dość absurdalnych decyzji, wymagań. I nie chodzi o to, że nie jesteśmy doceniani finansowo, ale... No, właśnie, miałam zbierać dane w tym tygodniu, żeby o tym pisać, a ja siedzę w domu. Nie mam z kim pogadać o tym. Jestem w kropce.
14:25, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 lipca 2017
Dwa dni w łóżku, poważnie. W poniedziałek i wtorek delikatnie sprzątałam, bez pośpiechu, bo słaba byłam, jak nie wiem, co, a środa i czwartek już w poziomie. Kurde, jak jakaś staruszka. Jana wstaje rano, nie wiemy o której (chodzi spać, jak w zegarku, o dwudziestej pierwszej), robi sobie śniadanie, ubiera się. Potem pół dnia czyta książki (dzisiaj "Bestiariusz słowiański" i "Sto jeden dalmatyńczyków" - Mamo, ta książka jest super!)
Nie wiem, co mieli na myśli ludzie, którzy mówili, że najlepsze dziecko jest do końca drugiego roku życia, im jest starsza, tym lepsza mi się wydaje.
Ok, nie jestem najlepszym przykładem matki. Lubię z dzieckiem pogadać, pobawić się, uczyć razem z nim. Całe to pielęgnowanie, zmienianie pieluch, karmienie, kremowanie zupełnie nie ma dla mnie uroku. Nie, moja córka nie jest moją przyjaciółką, nie zwierzam się jej z moich trosk, raczej rozmawiamy o jej przeżyciach. Tylko tak właśnie jest mi lepiej. Że jest taka duża.
Włączam głośnik, wkładam do niego tę samą kartę, którą mam w pracy i delektuję się muzyką, śpiewam sobie na głos, przeżywam. Rozmawiam z dźwiękami, są takie piękne i mądre (cut cut cut me up and fuck fuck fuck me up).
Na dodatek mam @, więc to jest ten czas, gdy jestem pełnią łagodności, chociaż osłabioną i bladą, ale jednak bardzo miłą.

Nie umiem nie być zazdrosna. Właściwie nie wiem, jak to jest, czasem, jak np: dzisiaj, czuję się ufna i spokojna, ale za dziewięć dni będzie koszmar. Uwierzcie, jeśli macie zazdrosnego partnera/zazdrosną partnerkę, można jemu/jej tylko współczuć. Wy zawsze możecie od niego/niej odejść.
Zazdrość zostaje, a każde nadużycie zaufania okalecza.

I takie tam, cut right in me, cause I am made of scars.

PS: Nie wiedziałam, że bezczynność bywa taka przyjemna, nawet jeśli wymuszona. Owszem, chętnie wrócę do pracy, ale... Siedzenie z samą sobą nie jest takie złe. Czyżbym się już ze sobą dogadała?
19:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 lipca 2017
W końcu udało mi się przekonać mojego wybrzydzacza do czereśni, więc teraz już obżeramy się obydwie.
To są niezwykłe owoce, mają w sobie wszystko - lekką kwaskowatość, słodycz bez końca, gładką, delikatną skórkę, miękki, elastyczny miąższ, mają w sobie smak wakacyjnej wolności, wspomnienia, przy zamykaniu oczu pojawiają się wszystkie te chwile spędzone na czubkach drzew, zapach traw i liści, śmiech do upadłego (matko, jak ja się cieszę, że nadal potrafię śmiać się do bólu brzucha, a o czym najlepiej wie Lenin, bo zwykle dostaję głupawki podczas naszych wieczornych podsumowań... Uwielbiam to, kiedy gadamy i nagle wplątujemy się w sieć dwuznaczności albo alternatywnych treści, bo dwuznaczność brzmi zbyt jednoznacznie), to wszystko jest w czereśniach, w wieku Jany jeszcze nie chodziłam po drzewach, nie ma co się oszukiwać, to zaczęło się, gdy miałam 10-12 lat mniej więcej, wtedy dopiero zrobiła się ze mnie dzika poszukiwaczka przygód. Podobno byłam strasznie odważna.
Gdzie podziała się moja umiejętność wspinaczki? Skoków? Czasem zachodzę do Doliny BEKI i zastanawiam się, jakim cudem, będąc o te 15 cm niższą wtedy, byłam w stanie tak skakać między skałami?

Czereśnie są erotyczne, niestety zwykle na wieczór nie zostaje nic, a na dodatek od pasa w dół jestem zajęta czym innym, if you know what I mean.

Czekam więc na wolny weekend.

Nie wchodzę na fb, obawiam się gróźb i przekleństw w wiadomościach od współpracowników. Tak, wiem, jestem tchórzem. Poza tym, kurde, jak się ma wolne, to nagle okazuje się, że nie ma czasu na internety.

Jana wchodzi do pokoju. Kręci się niespokojnie.
- Czego szukasz?
- Miejsca na moją niewidzialną kamerę. O, tutaj będzie dobrze.
Chwila zabawy w jutuberkę w sąsiednim pokoju. Krzyk:
- Mamo!
- Co?
- Wyłącz mi kamerę!
Pstryk. Okazało się, że utknęła w bluzce, pomogłam jej.
- Jana, a ta kamera musi tu być? Wiesz, ona mi nie przeszkadza, ale postawiłaś ją pod głośnikiem i moja muzyka może zagłuszać twoje wypowiedzi.
- No, masz rację, tam będzie lepiej.

Wiem, wyobraźnia dzieci powinna być ograniczana. Ja nie umiem. Nawet w pracy rozmawiam sobie w głowie i uwierzcie, te rozmowy mnie czasem tak bawią, że śmieję się prawie na głos. Jestem całkiem interesującym towarzyszem, jeśli się z kimś oswoję.

Lenin dostał do oceny "Lato Złotej Rybki". Generalnie czuję w tym potencjał, ale i niedosyt, jestem beznadziejna w opisach. Zwykle z pisaniem mam, jak z seksem - trochę intrygi, trochę gry wstępnej, a potem szybko, byle do końca.
;)
17:41, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 lipca 2017

Nie dałam rady, kiedy po zapaleniu gardła przyszło zapalenie zatok, po którym chwycili mi ucho, a w sobotę wrócił ból zatok (cholera, do czasu przetoki nawet nie wiedziałam, że mam zatoki), to gdy rano obudziłam się z bólem gardła, powiedziałam sobie, że wystarczy.

Nie chcę chorować na urlopie. Dziwi mnie to, jak ludzie chodzą chorzy do pracy - wiadomo, że są wtedy mniej wydajne, ale kij z tym, co z poszanowaniem własnego organizmu? Wiadomo, że praca jest ważna, ale wiem, co czuje moje serce, gdy mam zawalone gardło. Inni są twardsi? Tylko ja jestem takim mieczakiem? Czasem mi z tego powodu głupio, bo zawsze uważałam, że mam silny organizm...

Leżę i sie nudzę. Pani doktor napisała, że leżeć, więc tylko ja i książki. Głównie do kolorowania. A gdy się nudzę, to myślę. I trochę mnie tak zasmucilo, że pod wpisem o tym, ze boję się, żeby Jana nie chodziła przez sen główną reakcją są uśmieszki.

Poważnie? Uważacie, że strach o dziecko to coś zabawnego?

22:10, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »