Skopiuj CSS
poniedziałek, 27 lipca 2015
Po komentarzu dotyczącym IQ, gdzie przyznałam, że mam pomiędzy 130 a 140 (nie dodałam, że rekordowy to było 148), dowiedziałam się, że gdybym miała taki wysoki iloraz inteligencji, to bym się tym nie chwaliła.

Zaraz, to teraz jest tak, że można napisać, że ma się biust 70DD, czy wymiary 90-60-90 i nie jest to nic złego, a napisać, że osiągnęło się dobry wynik w teście, to już nie?

Poza tym - jaki związek ma IQ ze skromnością? Ba, mi nawet wyszła bardzo wysoka inteligencja emocjonalna, chociaż ktoś, kto mnie zna i wie, jaka jestem zaborcza, zazdrosna, humorzasta i egoistyczna, wyśmiałby to w cholerę.

Nie muszę w tej kwestii kłamać. Akurat, jeśli chodzi o inteligencję, moja pewność siebie jest niezachwiana - i to nie chodzi o to, że udało mi się rozwiązać kilka problemów sztucznie stworzonych dla potrzeb ocenienia zdolności ludzkich. Raczej chodzi mi o to, że wiem, że podołam. Cokolwiek by się nie stało. Niechętnie, bo nie lubię zmian w życiu, nie lubię cierpień, nie lubię niestabilności (dostatecznej huśtawki doznaję sama od swojego wiecznie kreatywnego mózgu). Jeśli nie muszę - nie robię. Ale kiedy już MUSZĘ, to robię. Zazwyczaj bez problemów.

Do tego dochodzi moja intuicja. Koszmar. Wyczuwam emocje na płaszczyźnie podświadomej, w efekcie - zamiast łagodzić konflikty, używając inteligencji, zaostrzam je, bo zaczynam odczuwać to, co czuje rozmówca i daję się wciągnąć w spiralę gniewu, bo wybuchanie jest - och! - takie łatwe...

PS: A tak w ogóle, to żyjemy w czasach, kiedy pod każdym zdjęciem ładnego człowieka znajdzie się jakiś obcy, wypisujący: "Ile tapety", "Fotoshop", "Wyglądasz jak gej", "Wyglądasz jak dziwka", więc w sumie nie zdziwił mnie ten komentarz...
16:45, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
sobota, 25 lipca 2015
Potrafię się postawić, wyrazić swoje zdanie (niekoniecznie w sposób dyplomatyczny), potrafię świadomie wyobcować się z tłumu i potrafię nie przejmować się tym, co inni myślą.
Ale nie potrafię sobie poradzić bez wsparcia bliskich. To nie to, że rodzice mnie nie kochali, czy nie okazywali miłości, czy nie okazywali dumy z tego, co robię. Kochali, ale nie potrafili krytykować, a może to ja mam taki charakter, że trzeba bardzo uważać z tym, jak się mnie krytykuje.
Nie, nie reaguję agresją, po prostu zamykam się w sobie i tracę zupełnie pewność siebie. Jeśli ktoś raz mnie skrytykuje tak, że poczuję się dotknięta, to na sto procent drugi raz nie zrobię tego samego przy nim. Na przykład nie zaśpiewam. Albo nie pokażę mu wiersza/opowiadania. Właściwie, to jak ktoś skrytykuje mój wiersz/opowiadanie/obrazek, to śpiewać też nie będę. Śpiewanie jest najbardziej intymne. Jest zarezerwowane dla mnie i dla Janki. Czasem dla Kat. No i jak popiję, to w grupie też zaśpiewam. Nie wyobrażam sobie już teraz, że miałabym stanąć na scenie, przed tłumem (zwłaszcza w tych czasach, kiedy krytyka jest taka łatwa, bo ach! można ją uwiecznić w internecie, anonimowo i dosrać, i wtedy ktoś może się tak pięknie załamać, a kiedyś do tego trzeba było się wysilić...) i zaśpiewać. Nagle mikrofon nie daje mi poczucia bezpieczeństwa. A może nie wiem, czy daje, bo dawno nie trzymałam. Mikrofon zmienia głos na tyle, że mogę udawać, że nie należy do mnie to całe fałszowanie.

I w ten sposób dochodzę do sedna sprawy. Nie dodam na fejsa żadnych tłumaczeń, dopóki Bydlę, które powiedziało mi, że sknociłam "Gotta get away" The Offspring nie pokaże mi, jak to powinno być przetłumaczone.
Bo prawda jest taka, że przyjmę na klatę krytykę, jeśli pomożesz mi zrobić to tak, aby było dobrze. Bo w tym wypadku nie chodzi o coś, czego ten głupek nie potrafi. Chodzi o coś, w czym chwilami wydaje się lepszy ode mnie.
A tak naprawdę to może nie mam talentu. Ale staram się jak cholera, żeby to, co sprawia mi przyjemność, zrobić jak najlepiej, jak umiem.
I po takim wysiłku usłyszeć "Hahaha, ale pojechałaś!" jest jak kopniak w jaja.
21:31, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 lipca 2015
Słońce tak ciężko pada na skórę, że zagłusza muzykę.
Naprawdę - wchodzę do autobusu świeża, a wychodzę niczym jakieś zwłoki.
Wciągam w siebie gorące powietrze, bo innego nie mam pod ręką i mile wspominam ten moment, kiedy podawano mi cudownie chłodny, ożywczy tlen w postaci wiatru.
Niby wszystko dobrze - miałam nie narzekać na poziomie, bo pierwsze cieplejsze dni sprawiły, że łatwiej mi było jakoś żyć, wiecie, z tymi dojazdami, jakby ciepło mnie ładowało, a jednak...
Z zaciśniętymi szczękami, boję się, żeby nie wybuchnąć od tego przeładowania. Upały owocują w mojej głowie sucharami, warczę chętnie, choć z rozbawieniem.
Jajeczka nie ma siły nawet na ulubiony popcorn...
Jaka jest różnica między pogodą a kobietą? Ta pierwsza po trzydziestce wcale nie zyskuje na wartości...
Opalam się w środku na szaro, śpię coraz gorzej, z boku na bok i pod górkę. Nawet Mała Żółta Tabletka nie pomaga.

Nienawidzę upałów. Wydawało mi się, ża nawet fajnie mi w tym roku, do pewnego momentu. W tej chwili mam 28 stopni w domu i 35 za oknem. Strach wychodzić.
12:37, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 19 lipca 2015
Świat pełen jest ludzi (w większości mężczyzn), którzy twierdzą, że damska przyjaźń to mit.
Ośmielę się zaprzeczyć. Nie potrafię jednak wytłumaczyć facetom, dlaczego stają po stronie kobiet, nawet jeśli wina kobiety jest bezsprzeczna. Zazwyczaj spotykam się potem ze stwierdzeniem, że widocznie sama mam też coś podobnego na sumieniu. Oni twierdzą, że kobiety tylko ze sobą rywalizują, szczególnie w kwestii wyglądu, każda z nas zazdrości innym (ok, ja zazdroszczę, co nie przeszkadza mi przyjaźnić się z kobietami, które uważam za bardziej atrakcyjne ode mnie). Owszem, może tak jest, w końcu w rozmnażaniu się wygląd też ma znaczenie (na szczęście gusta są różne...), ale to tylko powierzchowna część damsko-damskich stosunków. W środku potrafimy się cudownie i zupełnie odruchowo wspierać. Jak już pisałam - moje baby potrafią mnie skrytykować w taki sposób, że mimo wszystko czuję się przez nie w pełni zrozumiana i akceptowana. Prawdziwa babska przyjaźń (nawet tak, która dotyczy nastolatek) nie polega na słodzeniu sobie twarzą w twarz, a obrabianiu dupy, kiedy tej drugiej nie ma.
To jest właśnie ta łapka w łapce, dłoń na ramieniu, przytulenie, kiedy jest źle. Powiedzenie: zawaliłaś. I zawalisz jeszcze sto razy (w najbliższym czasie), ale jestem przy Tobie.
To jedna wielka struktura, która wcale nie ma na celu udowodnienie, że kobieta potrafi sobie poradzić bez mężczyzny. Wręcz przeciwnie - ona ma na celu wspieranie się w wytrzymywaniu z mężczyznami, bo - nawet panowie przyznają, że życie w parze mieszanej jest trudne i Wy to wiecie, my to wiemy, i - uwierzcie - jesteśmy pogodzone z tymi trudnościami. I uważamy, że bez Was wcale nie byłoby fajniej. Byłoby nudno.
Dopiero skrzywiony feminizm postawił nas w sytuacji, kiedy musimy ze sobą rywalizować. I to nie jest tak, że uważam, że rola kobiety ma się ograniczać do domu, że ma się skupiać tylko i wyłącznie na rodzinie, a z innymi kobietami wymieniać tylko plotki i doświadczenia. Nie, my też chcemy pracować zawodowo. Tyle, że kobieta, żeby pracować pełną parą, nie potrzebuje być postawiona w wyścigu szczurów. W naszej naturze jest coś, co sprawia, że potrafimy pracować z maksymalnym zaangażowaniem bez bycia popędzaną. Może to wynika z tego, że kiedyś kobieta, siedząc w domu wykonywała swoją pracę najlepiej, jak potrafiła, bo chodziło o dobro rodziny...?

W każdym razie - dobrze, że są kobiety. Życie dzięki nim jest lżejsze. Jakby nie baby, to dawno bym uciekła od Samca, przerażona ilością konfliktów między nami. Dzięki Wam wiem, że wszystkie tak mamy.
12:08, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 18 lipca 2015
Jest wino (w końcu znalazłam dokładnie ten Kagor, który lubię), jest spokój, wolny dzień. Wszyscy śpią, a co najważniejsze śpi spokojnie Potworzyna.
Z autobusami jest nieco lepiej. Średnio, to nadal nie jest przyjemność, a przecież, do ciężkiej cholery była, potrafiłam jeździć całymi godzinami, czytać, słuchać muzyki...
Teraz to ostatnie mi zostało, bo niestety, choroba lokomocyjna wygrywa.
Ale też w końcu przegra. Obiecuję.
Nadal potrzebuję wsparcia, czasem całą drogę rozmawiam z kimś przez telefon o pierdołach, żeby tylko gadać i prawdę mówiąc - nie interesuje mnie to, co sobie ktoś pomyśli.
Jest mi naprawdę ciężko, ale przecież nie zrobię sobie tatuażu na czole "wychodzę z nerwicy, proszę o wyrozumiałość"?
W sumie, mojej twarzy by nie zaszkodziło :)

Druga sprawa to walka z kompleksami. Zżerają mnie od środka, nie potrafię przejść nad nimi do porządku dziennego, każdy przytyk boli - i co gorsza, niewiele przyjemniejsze są komplementy. Co jest takiego, że przejmuję się tym, jak wyglądam, że nie umiem tego zaakceptować, polubić?
Przecież nie jestem głupią, pustą małolatą, tylko jak by nie było - dorosłą kobietą, mam swój rozum, swoje przeżyłam, wiem już, że cycki i długie nogi niewiele w życiu załatwią...

Ale są takie ładne.

Ok, nieważne, bo się zaraz rozpędzę.

Zrobiłam sobie coś szalonego - nakupiłam skoroszytów i koszulek i umieszczam w nich moje stare opowiadania. Robię sobie swoją własną biblioteczkę wspomnień. Czasem łza się w oku zakręci - częściej jednak ta ze śmiechu. Na razie udało mi się zapakować pięć. Pozostało około stu. Płodna byłam. Szkoda, że w ilość mi poszło, a nie w jakość ;).

Dziwny sen miałam. Że Samiec się obraził na mnie, tak poważnie, z wyjściem i trzaśnięciem drzwi. A ja, siedząc na imprezie, tłumaczyłam ludziom, że po prostu wiem, że on przemyśli wszystko i wróci. Zawsze wraca.
05:38, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 lipca 2015
Właściwie nie lubię tego robić publicznie, ale wyjątkowo...
niedziela, 05 lipca 2015
Na fali sentymentu przywołanego klipem do "Being beige" Smashing Pumpkins (ok, przekonuję się do tej płyty. To coś takiego, jak małżeństwo - czasem ta druga osoba zawodzi, czy wkurza, albo robi coś, że Ci wstyd za niego, ale w końcu akceptujesz większość jego poczynań i przechodzisz do porządku dziennego nad faktem, że zmienia się i to nie zawsze na dobre) zaczęłam przeglądać stare opowiadania.
Pierwsze, co mnie rozśmieszyło, że podpisywałam się "Organ". Oczywiście - związek z Corganem jest jak najbardziej zamierzony.
A druga rzecz, to to, że chociaż te opowiadania są naiwne, głupie, pisane "po łebkach" (3P! zawsze twierdziła, że początki mam super, a potem widać, jak się rozpędzam i zamiast trzymać napięcie, lecę do finiszu), to ja je kocham. Nawet niektóre mnie zaskoczyły finałem, bo nie pamiętałam w ogóle, o czym są.
I jak już będę duża, i sławna, to opublikuję taki tomik "bez cenzury", czyli z wszystkimi, nawet najbardziej prymitywnymi, nawet tymi, jakie pisałam, jak miałam 10 lat. Ale będzie to tomik nietypowy, bo będzie zawierał komentarze dziewczyn na marginesach i te podsumowujące całość, i będą tam też moje zapiski, dotyczące warunków, w jakich piszę (cytaty, które docierały do mnie, kiedy np: pisałam w klasie, przykład:
- Ej, dziewczyny, jak chcę zważyć dziecko, to kładę je na wagę...
- Nie, sadzasz na nocnik!), i tytuły piosenek, które akurat w tym czasie, kiedy pisałam, puściła Viva Zwei.

Nawiasem mówiąc, wyłaniają się dwa portrety z tego:
Kat - złośliwa, czepliwa, każdą literówkę dojrzy, ale mimo wszystko zawsze na koniec głaszcząca po głowie, że było fajnie.
3P! - rozsądna do bólu, logiczna i próbująca wzbudzić moją ambicję.

To chyba dzięki Wam dalej piszę. Ale przykro mi - nadal brakuje mi ambicji, nadal nie nauczyłam się pisać od razu na komputerze i nadal nie wiem, gdzie się stawia przecinki.
20:23, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »