Skopiuj CSS
poniedziałek, 26 czerwca 2017

Co jakiś czas mam ochotę zacząć notkę słowami "że wszystkich dziwnych pomysłów mojego kierownictwa", po czym okazuje się, że pomysł z mojego punktu widzenia głupi, bywa dobry dla firmy, jest po prostu kolejnym batem, który wisi nad nami, byśmy wylewali z siebie siódme poty, więc co nam pozostaje, jak nie wejść na wyższe obroty albo iść do konkurencji, która na tych wysokich obrotach pracuje od dawna, tylko daje możliwość wyższych zarobków?

Tym razem jest tak, że skoro jest mniej ludzi, dołożono pracy części, część a pomagać, w efekcie potrzeba dwa razy więcej pracowników, by utrzymać dawne tempo.

Nie płaczę, za trzy tygodnie mam urlop, za cztery już będę w Sromowcach. 

16:42, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 czerwca 2017
Dziewięć godzin w pracy, trzy godziny snu, potem trzy jeżdżenia (zawieźć psa, odebrać dziecko) i w końcu dotarliśmy do Zoo w Opolu, po raz trzeci. Ostatnio (pięć lat temu) zostaliśmy tam zaskoczeni przez fakt, że mój brat ma dziewczynę, którą zdecydował się zacząć przedstawiać rodzinie - dziś byli z nami już jako mąż i żona, oraz rodzice dwójki dzieciaków.

Zoo w Opolu to chyba nasz ulubiony obiekt tego typu, a dziś jeszcze na dodatek widzieliśmy tam mrówkojada olbrzymiego i rosomaka.

Nieoczekiwanie (muszę o tym wspomnieć), Młoda dała się namówić na gotowaną kukurydzę. Jestem w szoku, ale szczęśliwa, bo nadal kombinowanie dla niej urozmaiconego menu jest koszmarem nawet dla mojej kreatywności.

Podejrzewam, że padnę na twarz, jak tylko wejdę w strefę przyciągania łóżka, ale warto było.

PS: Ostatnio spotkałam się z kumpelą z facebooka - mieszkałyśmy na jednym osiedlu, jesteśmy z jednego rocznika, okazuje się, że miałyśmy te same zabawy, a nie znałyśmy się zupełnie. Doszłyśmy do wniosku, że po prostu jesteśmy/byłyśmy strasznymi dziwadłami i to dlatego.

W robocie sytuacja taka, że najlepiej opisać to słowami z Ludwika: "Przy tym obrocie zdarzeń, co jeszcze nas czeka - bunt, strajk, siwy dym". Jest strasznie. Cieszę się z tego podwójnego mózgu, choć jest parę osób, którym chętnie oddałabym po kawałku.
21:20, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 czerwca 2017

Czasem ocieram się o chamstwo i głupotę taką, że mnie fizycznie boli. Ludzie nie mają wstydu, brakuje im jakiejkolwiek ogłady. W środę była u mnie kumpela na piwie, już czuję jak będzie po cichu mówione, że mi się wyplakala i dlatego trzymam jej stronę.

Mam zajebiście rozwiniętą intuicję. Wiem, komu ufać, ile razy liczyłam na podpowiedzi rozumu, tyle razy mnie zrobił w ciula. Jest bardzo złośliwy i tyle (zaraz pewnie przeczytam pytanie: który?). Dlatego wiem, komu ufać. 

Po przeczytaniu książki o macierzyństwie w Chinach przyszła pora na historię niewolnictwa na przykładzie pewnej rodziny. Przytłacza mnie rozmiar szczęścia, że jestem biała. Nie jakiejś dumy, ale ulgi.

Konkretnie rozpisze się na urlopie, bo cały ten syf nie daje mi spokoju. Do tego czasu zbiore wszystkie dane.

01:10, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 czerwca 2017
Czasem powstają w mojej głowie dziwne pomysły. Niektóre dają się przełożyć na papier - i te lubię, inne są tak ironicznie życiowe, że się ich boję.
Te najbardziej nieprawdopodobne scenariusze spełniają się najszybciej. Kiedy Jany nie ma w domu, nie umiem spać, bo boję się, że gdy coś dzieje się poza zasięgiem moich rąk, nie mogę reagować.
Gdy nocuje w domu, nie śpię, bo ten drugi pokój oddzielony jest kuchnią od naszego i to jest tak strasznie daleko.

Moje bezpieczniki wrażliwości są przepalone. Poruszam się cały czas po niebezpiecznym świecie bycia matką. Gdyby nie to, że martwa nie mogłabym się opiekować moim dzieckiem, dawno umarłabym ze zmęczenia, albo chciała umrzeć.

Nie wiedziałam, że jest to tak trudne, nie wiedziałam, że będzie to naprawdę trwać całe życie.

Chiny są jednym z niewielu państw, gdzie wskaźnik samobójstw kobiet jest wyższy, niż mężczyzn. Odzierane z macierzyństwa nie mają nic do stracenia. Odzierane z posiadania córek - nienawidzą swojej kobiecości. "Wiadomość od nieznanej chińskiej matki" otworzyła mi oczy na bezmiar szczęścia, jakie mam, żyjąc w naszej kulturze.

Po bezsennej nocy nie mam siły na nic, a muszę do pracy. Po bezsensownej kłótni nie mam ochoty na kontakty z ludźmi. Ludziom nie da się pewnych rzeczy wytłumaczyć. Nie da się im wytłumaczyć, że odgórne zakazywanie i karanie nie zmieni wrażliwości. Chamstwo upychane do kąta będzie cechą elitarną, a o wstęp do klubu chamów ubiegać będą się wszyscy ci, którym kiedyś można było wytłumaczyć, dlaczego nie wypada.

Mam problem z tym moim mózgiem podzielonym na "wiem" i "czuję", na "współczuję" i "śmieję się". Ktoś, kto tego nie ma, nie zrozumie. Może rzeczywiście to nie jest nerwica, tylko rozszczepienie osobowości i powinnam to leczyć. Bo przecież nie jestem zła, niewrażliwa, czy coś.
Jestem podwójna. Może nawet dwulicowa.
I nie musi się to wszystkim podobać. Nawet nie dbam o to, czy wszyscy ci, których akceptuję bez zastrzeżeń, potrafią to zaakceptować i nie chcieć zmieniać.

To rodziłoby kolejne problemy w moim życiu, a życie to nie fejsbuk. Nie da się wyrzucić z pamięci ludzi, jak się wyrzuca ze znajomych. Zwłaszcza z mojego mózgu, który zachowuje się jak wielkie, nieuporządkowane archiwum, z którego wyskakują informacje, jak kartki z przepełnionych schowków.
Wczoraj rozmowa:
- No, ten reżyser "Sprzedawców", on jednocześnie grał tego (oczywiście Samiec powiedział kogo, wymienił też nazwisko drugiego aktora z pary), nie umiem sobie przypomnieć nazwiska...
(chwila tępego patrzenia w ścianę kabiny - najlepsze rozmowy prowadzi się, jak jestem w kąpieli)
- Wydaje mi się, że miał nazwisko na "S"...
Poleciał sprawdzić:
- A, miałaś rację, Smith.
;)
Nawet nie wiedziałam, że wiem, Samiec upycha te karteczki do moich szufladek, nawet o tym nie wiedząc. Faktem jest, że "Sprzedawcy" to jeden z moich ulubionych filmów. W sumie nawet nie wiem, dlaczego, przecież nie był wybitny, ale taki... Sympatyczny.

PS: ten straszny wpis mi ktoś usunął. Czuję się mniej więcej tak, jak wtedy gdy kazano usunąć mi zdjęcie profilowe z karmieniem Jany, że niby nagość promuję.
11:00, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 czerwca 2017
Nie ma drugiej rzeczy, która wkurzałaby mnie tak bardzo, jak flirtujące stare chłopy. Poważnie, jak jest stary i marudny, to znoszę bez bólu - najwyżej mu odpyskuję, ale wtedy to jest jego wina.
Ale taki miły, nadskakujący, kiedy nie rozumie mojego stanowczego "dość". Asertywność można o kant dupy rozbić, kiedy ktoś nie dopuszcza do siebie żadnego przekazu. Aluzje seksualne przy pewnej różnicy wieku są niesmaczne. Specjalnie nie piszę, że to tylko o wiek chodzi, bo mam nadzieję, że nasze półżarty i niedopowiedzenia małżeńskie nadal będą funkcjonować nawet, jak będziemy mieli po osiemdziesiąt lat. Nie czuję również wdzięczności, gdy ktoś chwali mój wygląd. Czuję wtedy niepokój. W sumie nie zależy mi na pochwałach w ogóle - wystarczy, że zwracają się do mnie z pewnymi zagadnieniami, wtedy czuję, że jestem w czymś dobra i to jest dla mnie ważniejsze. Nie lubię wylewnej wdzięczności, chyba że chwali mnie ktoś bliski. Np: Samiec. Wtedy puchnę z dumy.
Jednak w innych wypadkach pomagam bezmyślnie. Jakbym była wytresowana. Nikomu nie chcę imponować, no - chyba że sobie.

Co do tych miłych-niemiłych facetów - nie cierpię ich przylepności (i tu akurat wiek nie ma znaczenia). Nie lubię podszczypywania, nie lubię dotyku, w ogóle niech trzymają się z daleka. Moja przestrzeń osobista jest bardzo wyraźnie zaznaczona.

Kwestia zaufania nadal jest u mnie niepewna. Kiedy o nie zapytałam, utknęła jedna rozmowa. Tak naprawdę nie oczekiwałam deklaracji, bo sama nie wiem, czy można mi ufać, jeszcze nie wiem kim jestem. Ile we mnie jest moje, a ile nerwicy, nie jestem w stanie zdefiniować granicy na tyle precyzyjnie, żebym wiedziała, czy to co czuję i robię jest prawdziwe, czy tylko nakręcane strachem o wszystko.

Najgorszy jest paraliżujący strach, kiedy Jana lub Samiec są daleko, np: w drugim pokoju, bo przecież tam też może się coś stać. Za dużo książek przeczytanych, za dużo napisanych opowiadań, za bardzo pozwalam sobie na wyobrażanie, może powinnam zamiast świadomego snu ćwiczyć kontrolowane marzenia?

Bujam w obłokach, w odtwarzaczu: "Virus of life", you don't even know the danger you're facing...
21:21, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 czerwca 2017

Zazwyczaj jestem nastawiona do wszystkiego bardzo emocjonalnie, ale dziś, gdy popłakałam się na filmie dla dzieci, a właściwie po, wiedziałam, co to znaczy. Okres. Genialna maszyna do robienia wariatki z normalnej kobiety. Zaraz potem, jak już mam, jestem pełna energii, radosna, obolała, ale żywa, chyba w całym swoim cyklu nie mam takiego fajnego czasu, jak okres. Wszyscy czytelnicy mojego bloga wiedzą, że dla mnie trudne dni to owulacja, cała reszta jest do zniesienia, a ten tydzień to coś wspaniałego...

Przepiękne burze na Slasku, wiem, że są groźne, niszczą, ale wszystko jest takie chłodne i czyste. Ciepły deszcz, woda płynie po ulicy, zmieniając ją w rzekę. Aż czuję to, co znam z dzieciństwa, jak tworzy się strumień między palcami w sandałach, czuję jak gorący asfalt paruje. Siedzę w domu, a czuję zapach spragnionej ziemi...

17:57, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 czerwca 2017
Kiedy wspominam to, co robiliśmy za dziecka, włos mi się jeży. Tak naprawdę powinnam była nie żyć już kilka razy, jak zresztą większość tamtej paczki. Spadając ze starego zardzewiałego, carskiego mostu (na torach szerszych o męski chuj), z drzewa (wspinało się na sam czubek), do rzeki, przez którą prowadziły tylko zbutwiałe resztki mostu, przygnieceni płytami, z których robiło się drogi, czy wielkimi rurami. Rozjechani przez pociąg, spadając z Kontroli... Po zjedzeniu dzikich owoców, których nie byliśmy pewni, skacząc ze skałek w BEKI, pogryzieni przez bezpańskie psy i koty. Kleszcze. Po tężcu, bo przecież nikt nie dezynfekował rozciętej nogi, przykładało się babkę i tyle. Na zapalenie płuc, bo kto by tam wracał do domu z powodu jakiegoś bzdurnego deszczu, czy porażeni piorunem.

Coś jeszcze?
Tyle tego było, że kiedy wspomnienia (naprawdę przyjemne) wracają, zaczynam się bać o moją córkę. Jakie będą jej pomysły? Jak będzie potrafiła wykorzystać to, co daje jej nasze miasto?

Drewnianego mostu na Przemszy już wcale nie ma.
Ten zardzewiały, kolejowy chyba jeszcze jest, ale torów już nie ma.
Są trzy mosty kolejowe, nadal używane. Czasem przejeżdżam jednym z nich z Krakowa.

Dzieciństwo jest piękne, takie beztroskie.
11:58, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 01 czerwca 2017
Bardzo trudno niektóre sprawy wyjaśnić. Np: dlaczego, chociaż lubię chłód, nienawidzę upałów, chętnie chodzę grubo ubrana.
Widzicie, właściwie nie zdawałam sobie z tego sprawy, dopiero po przeczytaniu pewnej książki dotarło do mnie, że to moja forma równomiernego nacisku. Są takie specjalne, ciężkie kołdry, ja zwykle zasypiam po kilkoma, jeśli śpię sama, musi być odpowiedni ciężar na mnie. Zazwyczaj wystarczą ramiona Samca (czuj się wykorzystany), ale gdy go nie ma, muszę sobie inaczej radzić. Dlatego też nie jest dla mnie problemem maszerowanie przy trzydziestu stopniach ciepła w grubym swetrze, o ile odczuwam taką wewnętrzną potrzebę. Po prostu. Muszę mieć przewidywalny bodziec dotykowy. Wiatr zaburza całą moją percepcję, tracę orientację i wpadam w panikę. Tak samo, kiedy ktoś mnie znienacka dotknie, nienawidzę tego. Samiec się nauczył, że lepiej ostrzec, bo potrafię podskoczyć, jak porażona prądem. Tak samo z Janą - ona nie chodzi, skacze, uwieszona ręki, co na mnie działa bardzo denerwująco i muszę ją uspokajać, co jednocześnie mnie dołuje, bo przecież nie chcę spokojnego, zrównoważonego dziecka, tylko chcę mojej małej wariatki. Kocham ją taką i próbuję sama się hamować, ale nie bardzo wychodzi. Na razie wypracowałyśmy kompromis - albo trzymanie łapki, albo skakanie.

Rozmowy o miłości z koleżanką natchnęły mnie do rozmyślań, jak to naprawdę jest, ile w nas miłość zmienia. Jeśli o mnie chodzi, to bardziej, niż "zmiana" pasuje tu "uświadomienie". Uświadomiłam sobie, że potrafię wiele rzeczy, że zasługuję - ale to nie jest tak, że uważam, że facet stworzył wartościową mnie, tylko że dzięki niemu sobie uświadomiłam, ile znaczę.

Jana wróciła, jak cudownie widzieć łzy szczęścia w oczach dziecka, kiedy wpada w ramiona rodziców. PS: Uważajcie, latając z Wizzairem. Lecą w ciula jak malowanie.
Scena pierwsza, przed odlotem do Londynu:
- Pani bagaż nie zmieści się do schowka, proszę iść za niego zapłacić.
Zapłacony bagaż mieści się w schowku, pieniądze zaginają czasoprzestrzeń.
Scena druga, po powrocie:
- Ten bagaż był opłacony (na bilecie jest wyraźnie zaznaczone, niestety - my nielatający, nie zauważyliśmy tej adnotacji).
Mama chce złożyć reklamację.
- Niestety, nie da się nic zweryfikować na lotnisku, proszę przez stronę.
Tak, że - nie popełniajcie naszego błędu, czytajcie, patrzcie na ręce, bo obsługa na pewno Wam nie wyjaśni, że na bilecie jest napisane, że macie prawo do wniesienia dużego bagażu na pokład.
21:51, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »