Skopiuj CSS
środa, 29 czerwca 2016
Coraz bardziej mam ochotę wykrzyczeć na cały świat coś, co jest we mnie. Właściwie sama nie wiem, co.
Ale jakoś się trzymam, nie potrafię zaufać tabletkom, jedni mówią, że nie zmienią osobowości, inni - że za bardzo zmieniają.

Nie chciałabym stracić ani grama ze swojej energii, ze spostrzegawczości, z tego, że potrafię pięć rzeczy na raz. A już najbardziej nie chciałabym stracić libido.

I zdecydowanie wcale nie mam ochoty przechodzić tego okresu, kiedy organizm przyzwyczaja się do chemii, brzmi jak jakaś totalna rozpierducha.

Nie umiałam znieść nawet najlżejszych tabletek antykoncepcyjnych.

Poza tym - to minie. To tylko hormony.
A tak po cichu, to lubię mój wieczny wkurw. Sprawia, że ludzie są wobec mnie delikatni. Stają się emocjonalnymi saperami.
20:42, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 czerwca 2016
Ach, no tak! Kuszczak-Puszczak.
Widzicie? Nawet się tych żartów potem nie pamięta :)
18:21, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Patrząc na stosunek niektórych ludzi do żartów o Miliku, mam mieszane uczucia. Heloł, jak ja coś spieprzę w robocie, to zwykła życiowa uczciwość każe mi się pierwszej z tego śmiać (a jak rozbawiło dyrektora, jak przy nim rozbiłam dwa fiolety w odstępie może półgodzinnym, nie mówiąc już o komentarzach współpracowników na temat sikania tęczą po podłodze). A pamiętacie, jak śmialiśmy się z Fabiańskiego, jak mu bramkarz Kolumbijski wbił gola (dzięki, Samcze, za przypomnienie, rzeczywiście, przednie to było!)?

Normalne jest to, że jak ktoś robi coś śmiesznego, to się z niego śmiejemy. Nie wieszamy psów, nie skazujemy na pracę w kamieniołomach, czy PGFie, tylko się śmiejemy. No, normalne, zawalił, niech teraz ma ambicję, by zmazać tę hańbę.

Przy okazji czytałam wypowiedzi jakiegoś znajomego Samca. Okazało się, że właściwie znam tego gościa, z forum Luxtorpedy. I tak, jak zespół uwielbiam, tak ich fanów... Delikatnie mówiąc, nieco mniej (i wcale nie mówię o tej lasce, co na jakimś koncercie wjebała się z macaniem do Samca. Jak można się tak zachować w stosunku do faceta, który przychodzi z laską na imprezę?). Wiadomo, jak wszędzie, są tam mili i przyjemni ludzi, ale całkiem spora grupa prezentuje postawę zero dystansu-zero tolerancji. Poważnie. Ktoś zjechał Hansa o "szarganie świętego wizerunku obrączki", ktoś inny oburza się o ich stosunek do aborcji (specjalnie i prowokacyjnie jedyną koszulką Luxów, jaką mam, jest ta z płodem na celowniku, a co!). Przy okazji innych tematów jeżdżą po cudownych (według mnie) słowach Spiętego do Boga i o religii.

Chwilami mam wrażenie, że rośnie tam nowe pokolenie moherów. Ja wiem, że wygodnie jest kierować się ideologią tłumu. Ale sumienie ma się własne i nie da się postępować zgodnie z sumieniem, jeśli postępuje się tak, jak tłum.

Nie czułam się tam dobrze - Samiec też czasem mówi o nich z taką goryczą w głosie, bo ma dość tego jadu, na dodatek sączącego się z młodych ludzi. 

Nie, nie będę się leczyć farmakologicznie. To tak, jak z antykoncepcją hormonalną - z powodu 2 dni w miesiącu nie będę się truła przez 30. Nienawidzę tabletek. Ja wiem, dla niektórych są podstawą diety, ale dla mnie są utrudnieniem życia. Przede wszystkim tego, że musiałabym je brać codziennie.

A pytanie "po co się tak męczyć?", zadawane przez osobę, która niedawno powiedziała mi, że ją bardzo bolały podobne pytania z mojej strony, kiedy walczyła o swoje życie uznam za żart, albo skutek uboczny leczenia farmakologicznego :)
17:56, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
Nocą przychodzą do mnie myśli o tym wszystkim, co spierdoliłam w ciągu dnia. Że straciłam panowanie nad sobą, że byłam za mało ciepła, rodzinna, przyjazna. Upał daje się we znaki, nie jest wytłumaczeniem tej wścieklizny, jedynie dodatkowo powoduje bezsenność.

Nawet seks ma zapach krwi.

Nic nie pomaga, może naprawdę powinnam zacząć palić albo leczyć się farmakologicznie.

Zawieruszona legitymacja szkolna Jany (podczas poszukiwań okazało się, że łatwiej mi znaleźć moją z podstawówki) powoduje myśli o bezsensie wszystkiego i dół, że jestem beznadziejną matką (a z tyłu głowy głos, że wystarczy czasem posprzątać i nie nabałaganić, normalni ludzie tak mają w domach, a nie siedzą, kolorują, zostawiają ubrania tam, gdzie się rozbierali, losowo rozrzucając potrzebne przedmioty, składując książki, gdzie się da, nie myjąc naczyń, pisząc opowiadania, których nikt nie przeczyta).

Nie mam już nadziei na normalność. Czasem ręce mi opadają i wracam do tego stanu z przełomu 2007/2008, kiedy tylko i wyłącznie płakałam. Siedziałam i płakałam.

Tyle, że teraz nie płaczę. Siedzę i znajduję się gdzieś poza zasięgiem (are you comming to get me now?), nie myślę, znalazłam swój odpowiednik męskiego Pudełka Nicości w głowie.

Fajnie tam.
03:15, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
piątek, 24 czerwca 2016
Luźne rozmowy po pracy dotyczyły, między innymi, numerków w krzaczkach. Że niby teraz jest najlepsza noc na to, bo ciepło, można szybko z majtek wyskoczyć i...

Tak, listopad też jest w porządku.
Byleby ochota była.

Właściwie, jak jest ochota i jest z kim, to nie ma przeszkód. Zastanawiam się czasem, na ile mogę sobie pozwolić na szczerość? Zazwyczaj palnę coś totalnie głupiego, np: wkręcę się w rozmowę o harpunach na foczki, chociaż wcale nie chciałam nic pisać, a potem orientuję się, że popełniłam nietakt, że przecież nikt nie chciał słuchać/czytać o moim (nawet hipotetycznym) życiu seksualnym.

Izoluję się. Im bardziej czuję się niezależna i dzielna, im bardziej staję na nogi, tym mniej chcę kontaktu z ludźmi. A oni pytają, czy wpadnę na grilla. Nie, mam inne plany. Właściwie to nie lubię imprez, ale kiedy to powiedziałam, usłyszałam:
- A tak poważnie, to dlaczego?

Słucham, jak stawać się krzyczącym od serca, uwolnionym ptakiem, jak przestać boksować się z burzą śnieżną, słucham, że żyję.

A najbardziej do serca przemawia mi "Footprints". Może dlatego, że ostatnie problemy, to jak bardzo się miotałam, jednak minęły. I udało mi się nic nie spierdolić.

I "Space between" słucham, na szczęście, tylko dla przyjemności. Nic nie umarło.
04:41, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 czerwca 2016
Łażę po tych internetach, bo upał, bo nie mam ochoty się ruszać.
I tak. Corey Taylor jest po operacji kręgosłupa (haha, odcinek szyjny, kolega nazwał to karkosukcją, takich mam wrażliwców wśród znajomych), a dzisiaj jeszcze poczytałam, że Joey Jordison też ma coś z kręgosłupem, ale mój angielski jest niestety, zbyt słaby, aby zrozumieć dokładnie, co mu dolega.

Z utęsknieniem wracam do pracy - w swoim sektorze mam chłodny nawiew. Przypomniałam sobie, jak bardzo przyjemnie jest u nas latem. Na zewnątrz temperatura 34 stopnie. Ledwie poruszam nogami i zastanawiam się, jakim cudem jeszcze nie wysuszyłam się na wiór.

Janka kończy pierwszą klasę. Jakoś to poszło. Szkołę lubi, chodzi z przyjemnością, zadania odrabia. Na szczęście nie jest perfekcjonistką, traktuje to jeszcze jako zabawę. Czyli chyba w tej kwestii udało się nam odpowiednio ją nastawić.

Patrzę na moje nowe nibyglany pod stołem i tęsknię za dniami, kiedy będę mogła je założyć (są ocieplane). Fajna pogoda to każda, kiedy z przyjemnością biorę gorący prysznic lub kąpiel. Czyli nie taka, jak jest teraz.

W sobotę będę u rodziców, mam ochotę wyjść do Amarantusa na chwilę przynajmniej, napić się prawdziwego soku, zjeść deser (ostatnio byłam tam po szyciu, co poskutkowało tylko zaostrzeniem apetytu).
15:50, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 22 czerwca 2016
Nie nazywam ich sukcesami. Nie zwiększam znaczenia wszelkich potknięć w autoterapii.
Nerwicę traktuję jak nałóg i w takich kategoriach ją leczę.
Wmawiam sobie, że nie potrzebuję tych wszystkich rzeczy, jakie mi ona dyktuje. Okazuje się, że rzeczywiście mogę żyć bez podporządkowania natręctwom.
Z tyłu głowy pozostaje dyskomfort, ale go ignoruję.
Jeżdżę z innych przystanków, niż zwykle.
Wysiadam też na innych.
Wsiadam do autobusów, którymi jeszcze nie jechałam.
W pracy przestaję być chorobliwie dokładna. Już nie muszę układać towaru idealnie. Wystarczy, że jest równo.
Już nie muszę wszystkiego spinać gumkami.
Nie wpadłam w panikę, kiedy zauważyłam, że ktoś zabrał podajnik do mydła i nie miałam jak nasmarować rąk po wyjściu z ubikacji.
Jeszcze trochę, a zacznę używać kilku różnych kolorów gumek do jednego zamówienia.
Po nockach śpię po pięć godzin i też nie umieram, nie mdleję, nie czuję się odrealniona.
Od poniedziałku nie wzięłam nawet ziołowych tabletek na uspokojenie.
Czasem nawet wychodzę na ulicę bez ciemnych okularów.

Bywam zmęczona. Zmęczona walką, ale nadal chce mi się śpiewać, nadal jestem zakochana i gonię motyle. Nie zmienię się, wierzę w to, że zmniejszając wrażliwość na bodźce, nie zmniejszę wrażliwości na życie. Tłumię, mówię sobie, że dam radę. Czasem pomaga.

Chcę jechać sama pociągiem, z Pędzelkiem, który już jest poważną Agatą, na Się.
I zostać w Krakowie na noc.
16:21, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 11 czerwca 2016
Mogłabym wrzucić adres bloga do jednej z tych grup, ale czy coś by to pomogło? Ludzie, którzy chcą wyjść, sami wyjdą. Raczej moje przeżycia im nie pomogą, zwłaszcza, jeśli przyznaję się do tego, że nadal jest mi trudno, cholernie.

Przynajmniej już nie płaczę w autobusach z bezsilności.
Nie płaczę też, kiedy widzę starszych ludzi i tęsknię za Babciami i Dziadkami.

Właściwie w ogóle nie płaczę. Skończyły mi się łzy.
(Not crazy, unwell)

Słuchawki na uszach i cisza we mnie. Zastanawiam się, ile widać z tego mojego słuchania, bo że moja twarz pokazuje wszystko, to wiem.

Powrót do pracy zaliczam do udanych. Tylko dwie godziny na plusie, nowi koledzy i koleżanki pracują na tyle wolno, że nie muszę się spinać (ok, zaraz tu wejdzie ktoś z roboty i powie, że i tak napierdalam na trzech sektorach). Czego ja się tak obawiałam?

Nadal tkwię pomiędzy. W tej chwili, wypoczęta (8 godzin skręcona jak chrupek curly, tak bardzo zmęczona, tak bardzo spałam), wydaje mi się, że mam świat u swoich stóp, kocham wszystkich, wszystko, muzykę najbardziej. Ale boję się, że już jutro będę się kłócić sama ze sobą, nie dam nikomu dojść do słowa i to oni będą winni, że tak się czuję.

Czuję się przez to taka beznadziejnie nienormalna. Taka... Nic nie jest na stałe, ciesz się chwilą, ale jednocześnie - boję się tego, że już za zakrętem, już blisko mnie czeka ta cholera, nerwica i będzie mnie szarpać za włosy. Będzie mnie podgryzać, użyje wyrzutów sumienia i wszystkich możliwych pierdół, żeby mnie zdołować.

W barku mam truskawkową soplicę, gdybym miała z kim, to bym się dzisiaj upiła.
16:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 09 czerwca 2016
Rok temu byłam już po koncercie. Byłam wymęczona i zachwycona.

To było coś zupełnie innego i nie chodzi o to, że był to wyjątkowy koncert/festiwal.
To chodzi o to coś we mnie. Że naprawdę poczułam, jak to jest gdy spełniają się marzenia, jak to jest, gdy nie jest tak, jak sobie wyobrażałam.

(Wczoraj akurat w odtwarzaczu "Custer", więc rozmarzyłam się)

Cztery lata temu był panieński u Iwonki. Tzn: właściwie był dzień po panieńskim.

Dzięki temu, co przeżyłam na Impact Festival, mam siłę, żeby w sierpniu jechać na Się. Uwaga, nie z Samcem, a z czternastoletnią kuzynką, fajnie, co?

(Pamiętam jazdę do Łodzi i pamiętam powrót, doskonale różne przeżycia)

Chciałabym móc z kimś pogadać o muzyce. Posłuchać. Ktoś chętny?

Wczoraj w pracy czułam się najważniejsza na świecie. Tyle radości z mojego powrotu już dawno nie widziałam.

Nie umiem zebrać myśli.
13:47, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 07 czerwca 2016
Atak paniki, kiedy Jana zasnęła.
Pokonany.
Uczę się jeździć z innych przystanków, niż dotychczas.
Łamię rutynę, która dawała mi oparcie.
Ja nie potrzebuję oparcia ze strony codziennych zajęć. Potrzebuję wolności.

Nie jestem wszechmogąca. Ale muszę zapanować nad swoim ciałem.

Wbrew pozorom mam dobry humor, tylko nie umiem się skupić.
Wyciągnięto mi szwy, znowu ta miła, ładna pani doktor, ciekawe, czy spodobałaby się Lee?

Do pracy wracam z energią. Lubię tam być. Ja w ogóle lubię wszędzie być, ale nie znoszę dojeżdżać. Pozwólcie mi osiąść w jednym miejscu. I żebym mogła siedzieć i pisać, i kolorować, a muzyka niech się leje z głośnika (cut cut cut me up and fuck fuck fuck me up). Jedynym plusem dojazdów jest muzyka i magiczne rozmowy prowadzone we własnej głowie.

Bo tego plusa, że jestem z siebie dumna, w ogóle nie liczę.

Jeszcze trzy tygodnie do końca roku szkolnego. Jana średnio zadowolona, tzn: teraz się cieszy, bo wszystkie dzieci się cieszą, że nadchodzą wakacje, ale jak znam ją, szybko zatęskni za szkołą.

Dzisiejsza wizyta w Poradni Chirurgii Szczękowo-Twarzowo-Stomatologicznej wyglądała tak:
Od 8:16 (czas wydrukowania numerka do systemu. Na numerku napis, chyba ozdobny, bo raczej nie informacyjny: "Planowana godzina przyjęcia 8:15) do 9:45 czekanie na rejestrację. System się wiesza, ludzie się plączą (mają świetną poczekalnię, z wygodnymi siedziskami, w której informacja o kolejnych numerkach podawana jest na wyświetlaczu i głosem męskim, ale nie, wszyscy stoją w drzwiach). Ok, wyciągnęłam kartotekę.
Od 9:50 do 10:05 czekanie pod gabinetem.
W gabinecie - do 10:10. Może nawet krócej, bo na 10:12 zdążyliśmy na parking.

Komputeryzacja poszła w złym kierunku.
23:56, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 czerwca 2016
Czasami we śnie mówię komuś, że za nim tęsknię. I wiem, że ten ktoś nie żyje. Budzę się z płaczem. Dzisiaj na przykład, nie pamiętam, z kim rozmawiałam. Pewnie z Babcią albo Ciocią, one najmocniej, choć za drugą Babcią i Dziadkami też.

Nie płaczę za Olafem. Tzn: w snach. W realu czasem jest mi bardzo, ale to bardzo smutno i nie umiem się z tym pogodzić. Jednak już mi się nigdy nie śni, ostatnie to chyba było wtedy, kiedy urodziła się Jana i miałam sen o tym, że lekarz przyszedł, powiedział, że pierwsze dziecko też się znalazło, ale ma wiele opóźnień i trzeba będzie je leczyć, rehabilitować, a ja cieszyłam się, jak wariatka, że jest, że się znalazł.

Nie przeszkadzają mi rozstania w życiu. Zawsze mam nadzieję, że spotkamy się znowu - bo wiele razy już tak było, że ktoś, kogo nie widziałam długie lata, wracał.
Najlepszym przykładem była koleżanka, którą poznałam w 1986 czy 1987 na wakacjach w Ustroniu. Potem chodziłam z nią do klasy przez 5 lat, a dowiedziałam się o tym dopiero w ósmej klasie, tuż przed opuszczeniem szkoły.
Mało tego - spotkałyśmy się ponownie po skończeniu liceum, kiedy dostałyśmy się na kurs z UP.

I jeszcze jeden świetny przykład - 3P. Po liceum nie miałyśmy kontaktu przez jakiś czas. Kilka lat chyba nawet. Potem zaczął z nami pracować taki koleś, razem dojeżdżaliśmy, bo jeszcze mieszkałam u rodziców, on też z Mysłowic. I mówił o swojej dziewczynie, był taki zakochany, opowiadał o niej, nie wymieniając z imienia, a ja po prostu czułam, że mówi o 3P.
I okazało się, że mam rację. Ona z nim szybko zerwała, znowu przestałyśmy się zagadywać, po czym przeprowadziła się na Brzęczki i od tego czasu kontakt jest.

Tydzień temu byłam w kawiarence prowadzonej przez Erkę. Z nią też traciłam kontakt co jakiś czas. Tyle, że jest inaczej. Nie wiem, czy to dlatego, że mój pysk był taki pokiereszowany, jakoś rozmowa się nie kleiła. Liczę na to, że będzie lepiej, skoro wróciła do rodzinnego miasta.

A zaraz wpadnie Kat. Nawet z nią ostatnio nie umiem gadać. Dziwne. Z nikim nie umiem rozmawiać, raczej warczę, niż mówię.
I to nie jest kwestia ostatnich dni, kiedy jestem już wściekła aresztem domowym pod nazwą L4, ale trzech miesięcy.
21:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 czerwca 2016
Na jednej z grup nerwicowych zadałam pytanie o muzykę. W treści posta napisałam, że nie chodzi mi o słuchanie "czegokolwiek, byleby nie było cicho", tylko o konkrety.
Niektórzy z ludzi, którzy twierdzą, że słuchają muzyki cały czas, nie słuchają muzyki w ogóle. Zagłuszają tylko ciszę.
A cisza jest w porządku. Jest lepsza, niż zła muzyka.
Zresztą, w środku miasta, czy kiedykolwiek panuje tu cisza?
Wczoraj w nocy karetka.
Nad ranem wściekłe kosy.
Uwielbiam głosy zza okna.
Nienawidzę głosów w głowie.

Chodzenie po mieście bywa przyjemne. Oczywiście, przy odpowiednich warunkach pogodowych. Nie jest przyjemne, kiedy mocno świeci słońce, jest ciepło, a nagle spadają z nieba bardzo zimne, pojedyncze krople. I robią szum.

Pojawiły się czereśnie. I to jest coś wspaniałego.

Mam nadzieję, że od wtorku będę już w pełni sprawna. W tej chwili wszystko mi psuje uczucie posiadania kilku żyłek w ustach.
Paskudztwo.
10:37, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 czerwca 2016
Czytam sobie posty na grupie dla ludzi z nerwicą. Nerwica to coś bardzo zbliżonego do autyzmu.
Jesteśmy tak bardzo skupieni na sobie, że widzimy w sobie wszystko, co złe. Jakby przez szkło powiększające, gdzie nie dostrzega się obrazu całości, a jedynie fragment, wyolbrzymiony przez nasze ujadające ego, które mówi, że jesteśmy centrum świata i tak bardzo nie liczy się to, co myślą inni, że wielka egoistka w naszym mózgu wydaje się najmądrzejszą istotą na świecie.
A ona potrafi dołować. Wiem to po sobie i teraz, jak już się nieco oddaliłam, widzę po innych. Po ich zachowaniu. Po fiksacji na jednym problemie, po skupieniu na wszystkich możliwych chorobach, jakich objawy mamy (a mamy w każdej sekundzie życia tyle objawów chorób, że ciężko byłoby z tym żyć, gdyby się zwracało uwagę).
Zapominamy, że żyjemy dla ludzi i wśród ludzi da się zapomnieć o tym nawet mieszkając z kochającym mężem i córką udaną ze wszech stron.

(Właśnie wpadłam w panikę, bo siedzę w domu, Jana na placu zabaw i nagle wyglądam przez okno, a plac pusty. Jak założyłam buty, to zobaczyłam, że dzieciaki wychodzą ze sprężynowej rury. Miałam już milion myśli, teraz muszę uspokoić serce)

Ludzie narzekają, że na grupie same negatywne posty. A jakie mają być wśród osób, których największym problemem jest negatywne myślenie? Czasem śmieszy mnie to. Może już dostatecznie żyję z tą zmorą, żeby wiedzieć, jak to jest. Owszem, rozumiem potęgę pozytywnego myślenia, ale też znam siłę potrzeby negatywnego wyrażania uczuć.
Jaka ja mądra jestem, że to wszystko wiem.
I jaka ja słaba jestem, że nie umiem zmusić się do czucia tego!

I jeszcze jedna rzecz. Ludzie piszą o tych wszystkich objawach chorób. Chciałam im pomóc w bagatelizowaniu, ignorowaniu tych myśli.
Ale tu pojawiła się nowa obsesja: po pierwsze - nie szkodzić. A co, jeśli skłonię kogoś do tego, by olał objawy, a on umrze na raka w pół roku?

Czy będę się czuła winna?
14:20, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »