Skopiuj CSS
piątek, 25 czerwca 2010
Poszliśmy sobie do kina. Pierwotnie miała być "Drużyna A", aczkolwiek mam pewne obawy przed ujrzeniem innego Murdocka, niż tego, którego pamiętam z dzieciństwa, chlip.
Zresztą nie byliśmy pewni, bo "Książę Persji - piaski czasu" wydawało się też fajnym widowiskiem, a że godzina lepsza [SCC zamykają o 21:00, a "Drużyna A" była po 22:00, więc padło na "Księcia Persji". Wchodząc do Cinema City, pomyślałam, że nienawidzę tych wyciszanych pomieszczeń bez okien, boję się ich, zawsze obawiam się bomby, pożaru i Bóg wie, czego - mam klaustrofobię.

Bawiliśmy się świetnie. Wprawdzie nie umiem patrzeć na twarz Jake'a Gyleblebleble [i chuj, ma ładniejszą siostrę, Maggie bodajże] jest męczące, nawet jego fajna klata niestety, nie rekompensuje tego, że twarz jest straszna po prostu, jego filmowa partnerka, jak się odezwała, to się spłakałam, a jej kwestia "tłit maj pipol with mełsi" doprowadziła mnie do nieopanowanego chichotu, jednakże widowisko było świetne, dużo się działo, skakanie, walki, biegi, pogonie, fajne widoki, no - słowem, jeśli chodzić do kina, to na pokazówki.

Pominę już fakt, że znowu dziesięć minut co najmniej leciało pół godziny reklam, które wcześniej obejrzałam w tivi u teściów, a zwiastunów, jak zwykle niedosyt, na dodatek ten pieprznięty "Zaćmiony niemarynowany" Pattison, no nie wiem, co w nim laski widzą, zdecydowanie lepiej rozumiem te od Biebera...

O czym to ja miałam?
A. W kluczowym momencie był alarm pożarowy, no chuj strzela. Na dodatek wydostać się z parkingu SCC do tramwaju, bo nic innego nie zostaje, to droga chyba z dziesięć minut, ewentualnie bieg przez górki i trawniki. Ja z pełnym pęcherzem - od połowy filmu marzyłam o toalecie, ale tego nie robię [zrobiłam raz - na "Sposobie na blondynkę", to było wtedy, co Erce utkwił but między siedzeniami, jak się rozsiadłyśmy po chamsku], tzn: nie wychodzę z sali w czasie seansu. I dobiegłam do jadącego tramwaju. Po czym okazało się, że intuicja zaskoczyła mnie drugi raz, bo na Rondzie złapaliśmy 13, czyli bezpośrednio do domu...

Żaba u rodziców Samca. Kurde, no. Tęsknię.

Aha: komentarze kobiet, jak im napisałam o tym alarmie:
Mad: "To kara za to, że nie poszłaś na SATC 2!"
Kat: "Bo się chodzi do Heliosa!"

Jeszcze brakowało mi odpowiedzi od 3P: "Trzeba było dziecko u teściów zostawiać?"

Jak coś jeszcze wspomnę o babskiej solidarności, to mnie stuknijcie...
00:13, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (3) »
środa, 23 czerwca 2010
Przechodziłam koło naszego siemianowickiego MOPSu. Wychodziła z niego grupka jakichś obcokrajowców. Z tych takich czarniawych. Wkurzyło mnie to, że oni mają czelność łazić po MOPSach i wycyganiać [teraz to określenie jest karalne, czy coś?], a ja nie dostaję nawet zasiłku, mimo iż w sumie pracuję w tym kraju 9 lat na czysto, nie licząc szkoły do stażu, bo dla mnie to takie trochę... Naciąganie, bo w sumie dlaczego nie liczyć również podstawówki do tego, mniej więcej tyle samo miała wspólnego z moją obecną pracą.

Wracając do tematu. Drażnią mnie żebrzący na ulicach. Zwłaszcza ci z dziećmi na kolanach. Ale z drugiej strony - prosić też trzeba umieć. Trudno wściekać się na kogoś, kto wykorzystuje swój naturalny talent.

Nie daję żadnym żebrakom kasy. Trudno ocenić, kto naprawdę potrzebuje, a kto nie. Dodatkowo sama w sumie jestem potrzebująca. Niby na to nie zwracam uwagi, dopóki mam co jeść i gdzie spać, ale nie mam kasy, którą mogłabym zaryzykować, bo dając żebrzącemu zawsze ryzykuję, nie wiem, na co to wyda. Łatwiej byłoby dawać, gdyby rzeczywiście oni kupowali za to jedzenie [albo środki czystości, czy choćby ubrania], a nie wódkę. Wódkę to mocne słowo, to raczej są inne alkohole.

Kurde, miałam coś jeszcze napisać i zapomniałam.

Aha - wczoraj spacer z 3P, uśmiałyśmy się, jak głupie, zwłaszcza, jak chcąc zboczyć z główniejszej drogi, żeby nakarmić dzieci, stanęłyśmy na ścieżce, która, jak się okazało, prowadziła na jakąś budowę, więc dzieci jadły w oparach i dymach, i kurzach.
Nie zazdroszczę jej, jednak źle wspominam początki macierzyństwa.
12:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 czerwca 2010
Zmieniłam swoją myśl przewodnią bloga. Nie wiem, czy jest zrozumiała. Ci, którzy mnie znają, może się domyślą, ale do tego trzeba mieć lekki skręt. Albo kosmate myśli.
Jest to wynikiem wczorajszej rozmowy smsowej z Samcem na tematy luźne, czasem mamy fazę na rozmowy, które po prostu się dzieją, jest wtedy tak, jak dawniej. Nie zmieniliśmy się.

Mówi się, że kobieta sądzi, że facet zmieni się po ślubie, a facet wręcz przeciwnie. Jak bardzo my się pozmienialiśmy?
Nie wiem do końca - Samca kochałam te kilka lat przed i skoro pokochałam go takiego, jaki był, to głupie by było, gdybym chciała, żeby się zmienił. Ale owszem, jest teraz inny. Doroślejszy. Dojrzalszy i bardziej opiekuńczy. Nie jest to jednak wynik ślubu, tylko doświadczeń. A czy ja się zmieniłam?
Na to powinien odpowiedzieć Samiec, bo mi się oczywiście wydaje, że niewiele, ale on może na to inaczej patrzeć. Sama z siebie wiem, że więcej odpuszczam, jednak wiadomo, teraz mieszkamy razem, więc jemu może się wydawać, że czepiam się cały czas.

Brakuje mi jego ramion. A wczoraj dostałam od niego fajne zdjęcie... Rozmazałam się.
18:33, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 czerwca 2010
Zaczynam wyglądać, jak po siłowni, żabie osiem i pół kilograma robi swoje. Nie lubię takiego wyglądu u nikogo, a szczególnie u siebie. Brzuch się jeszcze nie wstąpił, wisi mi taki kawał skóry, blizna obolała od kopniaków Żaby. Wszystko takie... Nie wiem, niewymiarowe.

Wkurza mnie nawet Samiec, jak mówi komplementy. No, fakt, musi coś w tym być, skoro jeszcze jest ze mną, a charakter zdecydowanie mam gorszy.

Wszystko mi się miesza, nie chce mi się jechać na wieś, mam ochotę zaszyć się w kołdrę i przeczekać, aż mi psychika się wyprostuje, a z drugiej strony wiem, że jeśli będę uciekała przed światem, to wcale mi się nie polepszy, będzie jeszcze gorzej.

Do Nowego Sącza chyba nie pojedziemy. Casanunda ma cudowną umiejętność zniechęcania. Właściwie, tak szczerze mówiąc, to mądrzej byłoby jechać do Gródka.

Trochę mnie przeraża myśl o tygodniu spędzonym z ciotką Samca. Jest... Cóż, jak każda stara panna w średnim wieku. Znaczy taka, która mogłaby już zacząć mieć wnuki. Nie to, żebym chciała się ogólnie czepiać starych panien, sama w pewnym sensie byłam jedną z nich przez kilka lat, ale... Ona JEST dziwna. W sumie sympatyczna, nie mogę powiedzieć, inteligentna i oczytana, ale...
Przychodzi mi na myśl stwierdzenie, że jak w pewnym wieku kobieta nie ma u swojego boku penisa [ekhm], to coś się z nią dzieje. Pewnie nie wszystkie takie są, ale pech chciał...
Stop. Poddaję się w tej chwili stereotypom. OK, przemyślałam i doszłam do wniosku, że z chłopem u boku i nawet czwórką dzieci też się dziwaczeje. Tylko, jak się ma rodzinę, to jakoś tak to dziwaczenie się traci w ogóle zachowań. A może raczej - nie wychodzi na wierzch zbyt często, bo też i ludzie, którzy mają dzieci, którzy mają siebie nawzajem jakoś mniej dają na zewnątrz i łatwiej im ukryć swoje dziwactwa. Zajmują się po prostu własnym domem i nie starcza im czasu oraz energii na męczenie świata własną osobą.

Żaba słodko śpi. Słucham "Can't hold us down" Christiny A. Lubię tą piosenkę. Za dźwięk. Za to, że muszę ściszać ją. Bo głośniki drżą.
21:18, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 czerwca 2010
Hm, protestanci zorganizowali akcję, gdzie pokazywano dzieciaka w USG z aureolką. Że niby Jezus, że aborcja, że takie tam. Jaki jest mój stosunek do aborcji, to wiadomo, ogólnie - ja uważam tą akcję za dowcipną, ale nie miałam nigdy powodów do usunięcia ciąży.
Ale nazywanie tego "gnębieniem kobiet samodzielnie myślących" uznałam za zamach na moją inteligencję. Ponieważ wydaje mi się, że ja myślę samodzielnie. Że poszanowanie życia to mój samodzielny wybór. Zwłaszcza życia dziecka, które w sumie zupełnie nie jest winne sytuacji na świecie, sytuacji życiowej swojej matki...

PS: Owszem, uważam że są sytuacje, kiedy zrozumiałabym decyzję kobiety. Ale krytykowanie Kościoła, jakiegokolwiek, za sprzeciw wobec aborcji, "bo kobieta powinna mieć wybór" [generalnie, nie licząc gwałtów, to ma wybór - dać, albo nie dać... Wiem, to szowinistycznie męskie podejście do życia... Do rzyci...] to według mnie właśnie dowód na brak samodzielnego myślenia. Bo nie jest problemem potępiać, to jest wygodne, zarówno u zwolenników, jak i przeciwników. Ale należy zrozumieć, że to jest życie. Ten zbiór komórek, w którym jest zaprogramowane wszystko, te paluszki i włosy, i rzęsy, i oczka. I nie można odbierać mu prawa do życia tylko dlatego, że "sytuacja metarialna", "kariera", "za młoda" [z tym, że są takie sytuacje, gdzie kilkuletnie dziecko zachodzi w ciążę w wyniku gwałtu, była taka sytuacja gdzieś bodajże w Brazylii, że ekskomunikowane zostało dziecko, matka i lekarz bodajże, mimo iż dziewczynka nie miała najmniejszych szans na przeżycie bliźniaczej ciąży, a wobec sprawców gwałtu nie zostały jakoś wyciągnięte konsekwencje religijne...].

Kurde, miało być kilka zdań, a znowu się rozpisałam.

Jestem zmęczona i posprzątana.
16:35, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 czerwca 2010
Jestem zmęczona tymi upałami. Właściwie nawet nie wiem, czy jest mi ciepło, czy zimno, razem z tym katarem i bólem gardła daje mieszankę, która sprawia, że zastanawiam się, czy tak wygląda piekło. Chodzi mi nie o to, że jest jakaś niewygoda [dla mnie spora], ale o tą bezsilność. Nic nie mogę z tym zrobić.

Heh, mgiełka Bali Bliss spodobała się Samcowi nawet. Jest taka gorzka i miętowa. Poza tym tak naprawdę do końca nie mam zapachu na lato - ostatni był Eau de Ruby Lips... Niestety, nadmiaru kasy nie mam, więc na razie jeszcze nie powtórzę tego zakupu.

Żaba niezadowolona z upałów, ona się poci, jak Samiec, w ciągu sekundy pod wpływem najlżejszego dotyku robi się mokra, aż strach otwierać potem okna, bo byle przeciąg i mi się rozchoruje, a to ona zaraziła mnie tym cholernym katarem.

Tracę kontakt nawet ze znajomymi z internetu. Jedynie Czype pisze często smsy, teraz jest w trakcie oswajania się z byciem mamą i sama wiem, jakie to trudne...
15:56, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
piątek, 11 czerwca 2010
Upały mnie kiedyś zabiją, na dodatek zapalenie gardła i katar niesamowity, a mój organizm stracił umiejętność termoregulacji, przy 32 stopniach w cieniu mam 37 na sobie. Przytulam się do Żaby, która ma to szczęście, że się poci i jest schłodzona. Ja nie pocę się znowu prawie wcale, a przynajmniej nie takim ludzkim potem, tylko jakąś kleistą substancją...

Z kalkulatora wyszło, że mam biust 60B do 60D.
Czyli co? Schudłam pod biustem?

Powinnam być zadowolona, ale tego biustu nie widać i nie da się nic z nim zrobić, chyba że założę bluzkę z dużym dekoltem. A ze staników tylko jeden mam rzeczywiście dobry, że zbiera, a nie robi dupy na klatce piersiowej, jeśli wiecie o co mi chodzi - nie wiem, strasznie mi się nie podoba, jak babka ma bardzo małe piersi, a zbiera je do środka, aż ma jeden cycek. Piersi powinny znajdować się na klatce piersiowej [a nie pd pachami], ale po dwóch stronach. Jakoś to mi się najbardziej podoba. Tak estetycznie. Owszem, jak ktoś ma duży biust, to może go ściskać. Wtedy to wygląda w porządku. Ale przy małych?

Żaba się obudziła. Dwie godziny do snu nocnego. Dzień masakrycznie długi.

I próbuje wyjść z wózka!!!
17:17, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 czerwca 2010
Przymierzałam kilka strojów i jest tak, że stanik musiałabym mieć XS, bądź 32, a majtki M lub 36, zwłaszcza jeśli chodzi o szorty, zwykłe majtki jakoś pomieszczą mój tyłek. Tzn: szorty też, ale zwisa mi ta skóra na brzuchu i nie wyobrażam sobie tak wyjść do ludzi. Smutno mi z tego powodu - w sumie nie mam takiej złej figury, jak na osiem miesięcy [dzisiaj] od cesarki, ale... Jestem przyzwyczajona do tego, że miałam płaski brzuch, a tu takie coś mi wisi. Na dodatek jeszcze zrobiłam się płaska wyżej, co dodatkowo mnie wpędza w zły nastrój, w efekcie nie pojechałam do Silesii, bo mnie to wszystko tak zniechęciło, a wiedząc że Samiec również nie ma ochoty na szlajanie się po sklepach, nie upierałam się. Aczkolwiek chyba jeszcze nie byłam przygotowana na cały dzień na działce z jego rodzicami. Jak to jest, że jak jesteśmy u moich rodziców i widzę, że jemu zaczyna się palić fotel pod dupą, to ja to widzę, a on nie widzi, jak zaczynam mieć dość tego napięcia? OK, biorę pod uwagę, że to ja jestem przewrażliwiona na punkcie wychowania dziecka i nie jestem w stanie oddać pola, ale... Kurde, no w mojej rodzinie stosunek matka-dziecko to świętość, nikt nie ma prawa narzucać czegokolwiek matce, jeśli chodzi o wychowanie, do tego jestem przyzwyczajona. Owszem, jak dziecko jest starsze, to zdarzało się, ale generalnie rzadko. Ale ten pierwszy okres, pierwszy rok, jest dla mnie i Samca. I tak - z jednej strony mama Samca zarzuca mi, że jestem mało samodzielna, a z drugiej krytykuje, co się tylko da.

Tak, te baleriny kupiłam u nas w Hurtowni, dzień wcześniej.

PS: Jestem mała, chuda, blada, nie umiem wychować dziecka, mój mąż powinien schudnąć i zgolić brodę.

OK, śmieszne to jest, przyznaję. Znaczy, że trochę odtajałam. Ale musiałam w pewnym momencie wziąć Żujkę na linkę i spierdalać. Nie daję się prowokować. Ale jednocześnie takie milczenie jest na tyle sprzeczne z moją naturą, że się zamykam.
19:32, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 czerwca 2010
Wróciłam do domu, przede mną dwie noce w towarzystwie tylko Żaby - jutrzejsza i niedzielna. Żaba pokasłuje, nie wiem, może powinnam z tym iść do lekarza, czy coś?
Zaliczyliśmy w zeszły weekend wypad do Chorzowskiego i przejazd wąskotorówką. Nie możemy doczekać się, aż zacznie działać Elka.

Kupiłam sobie balerinki-szmaciaki i majtki. I Samcowi gatki w pieski, które nam się kojarzą z A ram sam sam, ukochanym teledyskiem Żaby. Za to - tutaj proszę wstawić werble - Kat udało się kupić sukienkę na wesele, co jest sukcesem, jako że do wesela pozostało jeszcze trochę czasu, a ona nawet na moje, na którym była świadkiem, kupowała kilka dni przed. Nie pamiętam, czy to był dzień, czy dwa. No i nigdy nie umiałyśmy kupić nic konkretnego, jak byłyśmy razem na zakupach. A tym razem - pierwszy sklep, Monnari i sukienka w cenie prawie nieprawdopodobnej - ja tam wypatrzyłam śliczny żakiecik [199zł] i spódniczkę [229zł], ceny zwalały z nóg, a ona w sumie trafiła na coś, co mogłabym kupić, jakbym miała po co...

Nie cierpię usypiania małej. Jest okropna. Kurwicy można dostać, oczy jej się kleją, a drze mordę.

PS: Ostatnio istanieje nowy trend - wygodnictwo rodziców. Coś przeciwstawnego do tego, co działo się wcześniej - dzieci wychowywanych według zasad, według schematów, które wszystko regulowały, wręcz każde pierdnięcie ponadliczbowe miało być zgłaszane lekarzowi. Teraz nie, w czasach, kiedy matkami coraz częściej stają się kobiety, które robią karierę i najwyraźniej są zmęczone pracą, skoro odpuszczają pewne rzeczy dla własnej wygody [bo niekiedy to tak wygląda, że "nie zmuszam dziecka do regularnych posiłków, bo nie mam na to siły"], dzieci zyskują coraz więcej swobody w imię tego [oczywiście - jestem jak najbardziej za, gdyż w wypadku dziecka "nuda" bywa twórcza i pomaga się rozwijać bardziej, niż z góry zaplanowany dzień], ale też... Czy taki rodzic będzie autorytetem dla dziecka? Tzn: ja uważam, że autorytetem trzeba się urodzić, ale jednocześnie też dla dziecka trzeba być wsparciem. Jeśli rodzic pozwalałby mi na wszystko, obserwując tylko, jak popełniam błędy [w imię mojego niepohamowanego niczym rozwoju], to nie miałabym do niego zaufania, gdyż taką akurat funkcję mogą spełniać w moim życiu obcy ludzie. Rodzic ma prawo i obowiązek ostrzec mnie przed potencjalnymi skutkami moich działań. Jasne, jeśli Żabencja odziedziczy charakterek po mnie, to w pizdu pójdą wszystkie rady, aczkolwiek - z biegiem lat dowiaduję się, że w wielu kwestiach moja mama miała rację i to zwiększa mój szacunek dla niej.
Czy ja w ogóle jasno się wyraziłam? Chodziło mi o to, że znowu rodzice wpadają w kolejną skrajność. Nadchodzi epoka bezstresowego wychowywania. Bezstresowego przede wszystkim dla rodziców.

PS: A słyszałyście o czymś takim, jak kaski dla raczkujących i zaczynających chodzić dzieci? Czy tylko mi się to wydaje jakąś pieprzoną paranoją?

PS2: Jakiś czas temu dałam swojego bloga do oceny. Ostatnio przeglądałam ocenę jakiegoś innego bloga właśnie tam, ale jak zobaczyłam zdanie mówiące o tym, że wzburzenie nie usprawiedliwia przekleństw i wulgaryzmów, to mi mina zrzedła. Ja tam lubię sobie zakląć.

PS3: Zaraz uciekam, bo Samiec uśpił chyba Żabeństwo, napiszę jeszcze o tym, że w dodatku Kobieta do Newsweeka był artykuł o tym, jak interne pomaga odkryć nieznane aspekty osobowości u kobiet. Że z jednej strony pomaga się seksualnie rozwijać wraz ze zdobywaniem wiedzy, z drugiej ta wiedza często może prowadzić do tego, że swoje dotychczasowe doświadczenia seksualne uznamy za niewystarczające, a nasz facet przestanie nas zaspokajać. Też mnie tak trochę rozśmieszyło. Zapachniało mi to związkami "starego typu", gdzie tylko facet miał prawo przejawiać inicjatywę.

PS4: Żaba śpi, ja padam z nóg, czekam, aż Samiec wróci ze sklepu, to się walnę do wanny. A, gówno, nie walnę się, mam okres i muszę poprzestać na prysznicu.
20:39, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 czerwca 2010
Zablokowałam sobie telefon przez trzykrotne złe wpisanie PINu. Jestem prawie pewna, że kurwa mać, wpisywałam dobrze, ale od kilku dni wiem, że ten dotykowy ekran ze mną w ciula leci.
Zła jestem niesamowicie, jutro oprócz Hasienfałsa musimy zaliczyć salon Orange, bo PUK gdzieś zgubiłam.

Nie to, że nie umiem żyć bez telefonu, bo umiem, co Samiec mi zawsze wypomina, ale on robi na noc, ja cierpię na bezsenność, to by się popisało chociaż...
22:20, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »