Skopiuj CSS
wtorek, 30 czerwca 2009
wczoraj wieczorem się zważyłam - 46,8. a wychodząc ze szpitala miałam 44,5-45. rozśmieszyło mnie to. jak tucznik normalnie, jak tucznik.
sobota, 27 czerwca 2009
piątek, 26 czerwca 2009
myślałam, że się popłaczę, tak mnie to zdołowało...
nie będę się rozpisywać, rozleniwiona jestem...
niedziela, 14 czerwca 2009
kiedy samiec przyszedł podczas rozmowy telefonicznej z mamą i się nastawił, żebym go cmoknęła, wiedziałam, że coś się stało. mojego męża tak trudno oderwać od zmywania garów. nawet trudniej, niż mnie od komputera!
piątek, 12 czerwca 2009
właściwie to staram się traktować tą ligotę jak wyjazd, po prostu przez kilka dni nie będzie mnie w domu. ale ja nienawidzę wyjeżdżać bez samca.
dlatego nie pojechałam z rodzicami do wisły, bo on nie dostałby wolnego.

nawet puzzlami nie umiem się opiekować - zostało mi z tysiąca - 999.

i tak naprawdę nie umiem zaufać lekarzom. tyle razy wydzierałam im z ust prawdę, wiem, ile mnie to kosztowało, tyle razy nie mówili mi prawdy "dla mojego dobra", że nie umiem.

wciąż się boję, że idę do szpitala, bo dzieje się coś złego, a lekarz wolał mi nie mówić, że coś jest nie tak.
20:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 czerwca 2009
poluję na nokię 9300. ale do stu złotych.
piątek, 05 czerwca 2009
za to chłopy już wracają powoli z koncertu, tym razem pojechali autobusem, tak wygodniej, no i nie po burżujsku. a ja znalazłam w torebce mojego empecztera i słucham muzyki. i leciał "alexander" myslovitz. ta piosenka jest taka samcowa, że aż się jej boję. nie tak, jak "my interpretation" miki, ale w bardziej dołujący dla mnie sposób. nie to, żeby myslovitz było czymś, co samiec słucha, ale ten tekst jakoś pasuje do niego. pobolewa mnie też brzuszek, ale mały [znowu "mały"] w końcu przesunął się o kilka centymetrów wyżej i już nie siedzi nad samym spojeniem łonowym, tylko zaczyna skradać mi się do żeber, ała. nie, no cieszę się i postanawiam znosić dzielnie ten ból [tak, jak dzielnie miałam znosić leżenie]. na razie się obraca. i wypina tyłkiem. duży mi się wydaje. naciągam samca na zakup aparatu do odsłuchu tętna, wtedy by całkiem miał mnie z głowy w domu, hehe, bo siedziałabym i słuchała maluszka. dla mamy leżącej to nawet całkiem dobrze mieć takie coś. dla mamy - kozy po przejściach mniej. pierwsze sekundy przed wykryciem opłacałabym stanem przedzawałowym za każdym razem. i to tak miło, że tofika też. tak sympatycznie. nie czuję się taka samotna dzięki temu. to znaczy jestem cholernie samotna i tak, na poniedziałek umówiona z kat, chociaż ostatnio nam nie wychodzą te wspólne wyjścia z powodu mojego brzucha humorzastego. byle do listopada. byle do października. byle kolejne cztery tygodnie. i potem następne. za dziesięć tygodni będzie miał 80% szans na przeżycie. nie wolno mi tak myśleć, wszystko MUSI tym razem iść zgodnie z planem. na razie idzie, we wtorek wizyta u lekarza, znowu zobaczę moje maleństwo. właściwie nie musiałabym iść teraz, ale pan doktor chce zobaczyć końcowy efekt przemieszczania się łożyska, które było bardzo nisko, ale macica się rozciągnęła i, choć nadal jest przodujące [i tak będę miała cesarkę, więc to traktujemy jako jedno z mniejszych zmartwień], to jednak jest nieco wyżej. jak ostatnio małego widziałam, to sobie siedział...
22:35, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
samczysko kupił mi nowe puzzle, więc pewnie mniej czasu będę spędzać przed kompem. tym lepiej. dziwnie ostatnio tak, z nastroju w nastrój. tzn: to nie jest dziwne, tylko dziwne... a, nieważne. mózg mam lekko ogłupiały, czytam literaturę małoambitną, takie babskie rzeczy, coś we mnie się buntuje przed brakiem wysiłku umysłowego, ale ignoruję. ps: kocham go. to były nasze prawie najostatniejsze pieniądze. ;)
19:22, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
w "dziecko" artykuł o tym, żeby jak się już leży w ciąży, to żeby zapraszać gości. jakich kurwa gości?
jeśli jestem rozgoryczona, to tylko dlatego, że znowu mnie wszyscy pomijają. koza nie odezwała się od... hm, od ostatniej wizyty u mnie. mad - bywa, czasami, ale to też na zasadzie niedomówień, a że dopowiadanie mam nastawione na męskie, bezpośrednie tłumaczenie, to niestety nie rozumiem. blondyna - matura. ania - ania przy mojej pierwszej ciąży też zniknęła. kat odzywa się na szczęście czasem, a zawsze wtedy, kiedy zagadam, więc jest ok.
wszyscy z daleka, jakby ciąża była zaraźliwa, czy coś. jakby moje szczęście zasysało cudze, cy cuś.
wariuję z samotności. nie odwiedza mnie nikt. NIKT. od jakichś trzech, czy czterech tygodni nie było nikogo, kto by zaproponował spotkanie. ok, rozumiem, wszyscy mają swoje problemy [i zupełnie nie biorą pod uwagę tego, że teraz mam czas na to, żeby naprawdę wysłuchać, przemyśleć i pomóc w podejmowaniu decyzji]. ale ja się czuję jak trędowata. zawsze uważałam spotkanie na pogaduchy za wentyl bezpieczeństwa. jak już wszystko było do dupy, to zawsze pozostało spotkanie i zagadania problemu. bo większość problemów siedzi w głowie.
samiec ma zablokowaną kartę, więc siedzimy w domu sobie razem, ostanie dni urlopu, właściwie ostatni dzień urlopu, on znowu na koncert, ja do rodziców.

zakwitł mi kwiatek - powinien na wielkanoc, a mu się coś porypało, zresztą pogoda też nie za mądra - słońce wali po oczach, a wiatr taki, że zasypiam z bólem głowy.

no i sobie czytam. nawet pisac nie umiem...
11:06, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 czerwca 2009
wygląda mi się coraz lepiej. zaczęłam w końcu przybierać. malutko, dwa kilogramy na dobry początek, ale zawsze coś. żrę czreśnie.
wtorek, 02 czerwca 2009
kiedy naprawdę wymiękam. kiedy płaczę - dziś w nocy zasnęłam koło czwartej, coś we mnie, czasem mam wrażenie, że oprócz oczywiście dziecka i, jak sobie pochlebiam, bogatego życia wewnętrznego, noszę jeszcze jakiegoś pasożyta, nie, nie tasiemca i nie glistę...
poniedziałek, 01 czerwca 2009
znowu anemia, no do cholery jasnej, nie umiem z tego wyjść.