Skopiuj CSS
czwartek, 18 maja 2017

Nie pomogło w uświadomieniu sobie nieuchronności śmierci. Zupełnie mnie rozbiło, nie byłam w stanie podejść do rodziny, coś mnie wmurowalo w ziemię. Patrzę na Samca i tak bardzo cieszę się, że jest żywy. Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać znaczenie telefonu z poniedziałku, że Grzegorz nie żyje. 

Na pogrzeb przyjechała delegacja w postaci wszystkich tych, którzy mogli. Rozmowy skupiały się na tym, co by powiedział, jakby był wśród nas.

Cholernie duże miał poczucie humoru. Zostawił po sobie pustkę. Teraz muszę się z tym przespać i przyzwyczaić do myśli, że doszła kolejna osoba, która będzie do mnie przychodzić w snach.

Mam nadzieję, że spotkamy się tam wszyscy kiedyś.

20:45, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 maja 2017
Czasami w życiu przychodzą momenty, w których brakuje słów, tak bardzo jesteśmy zaszokowani.
Na przykład, gdy umiera kolega z pracy, właściwie nasz rówieśnik. Wczoraj ciężko było cokolwiek powiedzieć. To nie jest tak, że ból nie pozwalał. Na ból jest jeszcze za wcześnie, jeszcze nikt w to nie wierzy, może po prostu UŻ walnął w poniedziałek, może miał wolne z grafiku, może...
Trudno tak nagle sobie uzmysłowić, że może kogoś zabraknąć już na zawsze, zwłaszcza że w planach mieliśmy wypad na Noc w Skansenie, jak zresztą w zeszłym roku, tyle że ostatnio było spontaniczne spotkanie pod bramą i...
No, właśnie, spontaniczne spotkania wychodzą lepiej.
We wspomnieniach na fb właśnie wyskakują mi zdjęcia stamtąd.

Prawdopodobnie będzie wielka bitwa o to, kto pojedzie na pogrzeb, bo większość ludzi chciałaby, pogrzeb to wyjątkowy moment, właściwie od wszystkich innych uroczystości człowiek się czasem wymiguje, ale nigdy od pogrzebu. Tzn: o cudzy mi chodzi, bo wiadomo, że na swoim raczej nie pojawiamy się z własnej woli. A jednak, pomimo iż ta uroczystość jest tak bardzo smutna (jeśli jakiś katolicki ksiądz Wam powie, że jest radosna, bo wiemy że ta osoba idzie do Boga, to wytłumaczcie mu, że rozstania są zawsze smutne, zwłaszcza, kiedy nie wiemy, za ile spotkamy się z tym kimś, kto odchodzi), to jednak wszyscy chcą. Jakby pożegnanie ciała było obowiązkiem.
Nie jest obowiązkiem, jest potrzebą duszy. Żeby dotarło do nas, że tego kogoś nie ma już fizycznie między nami.

A jeśli chodzi o duszę, to wczoraj o dziewiątej ktoś mnie obudził szarpaniem za ramię, żebym się nie spóźniła do roboty.
09:43, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 maja 2017
Dzisiaj w Drzwiach Zwanymi Koniem, czy Koniu Zwanym Drzwiami grała Dikanda. Wybawiliśmy się od serca, Jana zebrała nawet pochwały od wokalistki i zapoznała się z perkusistą, taka to światowa baba z niej.
A mi gdzieś tam z tyłu głowy kolebie myśl, że dokładnie dziesięć lat temu byłam na ich koncercie ostatni raz.
Byłam wtedy w ciąży.
A teraz byłam z żywym dzieckiem i to jest tak, jakby mi ktoś znowu postawił przed oczy znak: "Do kurwy nędzy, co jeszcze musi się wydarzyć, żebyś zaczęła wierzyć w to, że życie nie musi być ciągłym zagrożeniem, że dookoła ciebie dzieje się tyle dobrego? Otwórz się!".
Takie znaki widuję często, pojawiają się, ale nie docierają do serca, lądują gdzieś w okolicach mózgu, który sarkastycznie i z niedowierzaniem ripostuje, i nawet czasem te riposty są śmieszne.

PS: Jana w końcu padła, wisiała w moich ramionach, a ja wdychałam jej zapach, czułam całe 25kg ciężaru i wiecie co?
Jestem szczęśliwa.
Najbardziej to czuję, gdy jestem zmęczona.
A teraz zmykam wpierdzielać tiramisu w wannie.
22:45, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 maja 2017
Ostatnio tylko to robię, nie chce mi się żyć naprawdę, tylko zniknąć za jakąś firanką i patrzeć na wszystko z daleka. Chociaż pewnie słabo by to wyszło, bo jestem krótkowidzem.
Heh, nawet przenośnię traktuję zbyt dosłownie.
Po raz kolejny czytam "W naszym domu" Picoult, po raz kolejny rozumiem Jacoba i aż mnie to śmieszy, bo przecież gdybym miała zespół Aspergera, to kiedyś tam w przeszłości stwierdzono by go u mnie.

Cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie tylko sprawdza, na ile dojrzeliśmy, na ile jesteśmy silni. Tak naprawdę ból wyczerpuje naszą siłę, nie powoduje, że mamy jej więcej, jak chcieliby fanatycy umartwiania się. Nie da się żyć w stanie ciągłego testu, dlatego mamy te chwile na zaczerpnięcie oddechu, czasem jest to tylko jak wynurzenie się na sekundę spod wody, kiedy już toniemy.

Nie wiem, czy z moją nerwicą nie ponoszę porażki. Czy to właśnie nie jest takie tonięcie, bo ostatnio w pełni dobre dni zdarzają się rzadko. Tzn: kiedy siedzę w domu, jest bardzo dobrze. Kiedy jestem w pracy, jest spoko.
Kiedy jestem w autobusie lub na przystanku, nadal panika. Owszem, nie biorę już nawet ziołowych (ostatnio próbowałam z lekiem Neurexan, ale w zaleceniach jest "co najmniej pół godziny przed posiłkiem", a to nigdy mi się nie udaje, bo u mnie pierwsza rzecz po wstaniu/przyjściu do domu to posiłek, musiałabym je chyba brać w pracy, czy coś?

Jana ząbkuje. Wyszły jej już dolne jedynki, teraz powoli wychodzą górne, a tu nagle, ni z tego, ni z owego - bach, idą szóstki. I tak, jak ząbkowanie w niemowlęctwie przeszła w sumie lekko (poza tym okresem przed pierwszymi zębami, od grudnia do kwietnia, czy maja była marudna...), to nie było jakoś źle, dzielnie znosiła ból, to teraz jest...
O, matko, wczoraj miałam ochotę płakać razem z nią. Niby cały czas nie jest źle, ale potem, podczas gry w "gorący ziemniak" uderzyła się w policzek i coś naruszyła. Samczysko leciał po Nurofen, a myśmy z babcią przykładały lód. Oczywiście, jak przeszło, od razu dostała powera i znowu się uderzyła.

Wiecie, jaki to problem utrzymać siedmiolatka w stanie ruchu powolnego?
Część z Was wie. To prawie niemożliwe.
Noc przeszła lekko, nic nie bolało, apetyt jest.
Żal mi jej. Jeszcze pamiętam zęby mądrości. Jedyna z nich mądrość to taka, że patrzymy na nasze dzieci ze zrozumieniem. Bo pamiętamy.
06:09, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »