Skopiuj CSS
poniedziałek, 30 maja 2016
Drugie podejście do notki, bo trafiłam na reset internetu.

Pojechałam po Janę i tak mnie naszło.
Kiedyś jeździłam sobie bez problemów. Ze szkoły w Sosnowcu do Ciotki w Będzinie. Z roboty na Giszowcu do Ciotek lub babci w Jaworznie.
Tak po prostu. Bez odtwarzacza, czasem bez książki, za to z przesiadkami.
I nie miałam żadnych obaw, nie martwiłam się o nic. Zmęczona? Jezu, nawet jak byłam zmęczona, to wiedziałam, że wszędzie czeka mnie jedzonko i picie. I fajna rozmowa. Robiłam to prawie bezmyślnie.
A teraz? Sukcesem jest przejazd do pracy. Czasem mam problem z jechaniem po Janę.

Płakać mi się chce, ale nie mogę tego robić, bo płacz powoduje katar, a ja jeszcze muszę unikać wydzieliny w nosie.

Inna rzecz - matki-polki.
Przeraża mnie poziom nienawiści u niektórych. W sumie cieszę się, że mnie wywalono z forum babskiego za wstrętne żarty o kobietach. Nie chciałabym teraz być, kiedy panuje moda na naturalne rodzenie i karmienie.
To boli. Wydawało mi się, że macierzyństwo rozwija wrażliwość i wyczucie. I w większości wypadków tak jest, ale z doświadczenia wiem, że matki, które są normalne, nie mają czasu na siedzenie przed kompem, bo zajmują się dziećmi, a nawet jeśli już dorwą jakąś wolną chwilę, to zajmują się wszystkim, tylko nie przegadywaniem z tymi wszystkimi nawiedzonymi.

Fakt jest taki, że naturalny poród, przy zdrowej ciąży, zdrowej matce i dziecku, jest najlepszy dla obydwojga, jeśli przebiega bez komplikacji.
I taki, że najlepszy jest pokarm matki. Niepowtarzalny.
Ale do cholery jasnej, kobieta, która nie może karmić, czy rodzić naturalnie, już najczęściej i tak ma wyrzuty sumienia. I jechanie po niej z tego powodu jest po prostu okrutne.

Ale owszem, spuszczajmy się nad wrażliwością grubych ludzi, współczujmy alkoholikom i narkomanom, bo to wszystko są choroby.

A matki? Matka to ma być matka. Co najmniej 170cm wzrostu, 70kg i najlepiej, żeby składała się z wydajnej dupy i cyców.

PS: Wiem, przesadzam. Nadal uważam, że większość kobiet jest dobra. Kocha swoje dzieci i nie przewraca im się w głowach tylko dlatego, że zrobiły coś zupełnie naturalnego. Bo też większość kobiet, oprócz rodzenia dzieci ma również inne sukcesy i hobby na koncie.
Oczywiście - mniejsze, niż dzieciaki. Ale są to jakieś tematy poboczne, które pokazują, że - hej, nie jestem żadnym pieprzonym inkubatorem i instytucją opiekuńczo-wychowawczą, tylko człowiekiem.
Są rzeczy, na których się znamy lepiej i gorzej. Dlatego nie staramy się całemu światu udowodnić, że wiemy wszystko o macierzyństwie.

Zakręciłam się.

Wracając do nerwicy.
Wiem, czuję, że muszę. Nadal boję się kolejek, ale autobusy już mnie nie przerażają tak bardzo.

I to mnie cieszy.
14:16, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 28 maja 2016
Nie wchodzę na wagę, bo się boję, że schudłam.
Piąty dzień jedzenia zimnych rzeczy, a ja tak lubię wszystko na ciepło, nawet kanapki sobie podgrzewam.
Ale rana się goi, to najważniejsze. Tzn: mam nadzieję, że się goi, ale skoro nic nie boli mnie tam (boli za to głowa i ta piątka, którą mam do zrobienia), to chyba w porządku...?

Wpadłam na nagrania z końcówki lat dziewięćdziesiątych. Mam do Corgana i Johnsa wielki sentyment. Nie mogę pogodzić się z tym, co teraz robią, nie podobają mi się kierunki, w jakich poszła ich twórczość, ale każdy tekst, który przeczytam, powoduje, że pamiętam melodię, pamiętam teledyski. Każdy pojedynczy element.

Za dwadzieścia lat będę tak samo myśleć o Slipknocie, Sii. Tzn: mam nadzieję, że nie zmienią się tak bardzo, żebym musiała pomijać jakieś okresy z ich działalności, ale... Teraz przeżywam tak samo, jak wtedy.

Cholernie cieszę się, że nie mam już kilkunastu lat. Jakie to były chore czasy...

Zabijam głód pisaniem, kolorowaniem, chociaż od pochylania głowy jeszcze wczoraj leciała mi krew z nosa. Próbuję jeść słodycze, ale słodycze najbardziej smakują na pełny żołądek, więc jest mi po prostu smutno.

I piąty dzień bez coca-coli.
Brawo JA.
13:54, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 maja 2016
Od stycznia walczę dentystycznie. Najpierw spuchłam (dokładnie w urodziny Emilki, więc dobrze pamiętam), poszłam na L4, po antybiotyku zeszło, ale w związku z kolejkami, termin u stomatologa dostałam na połowę marca.
Nadmienię, że mój pan dentysta nosi tytuł "doktora stomatologii zachowawczej" i to naprawdę wiele mówi, żebyście widzieli, jakie resztki on chciał mi ratować...

Na pierwszej wizycie - trzy zęby do wyrwania, dwa do poprawki, dwa do zrobienia. W tym jeden - kanałówka, co jest koszmarem mojego życia, wolałabym już protezę. I na tej pierwszej wizycie, w ciągu 15 minut wyrwał mi te trzy zęby, więc byłam wniebowzięta.

Następny termin - 24.05. Zapobiegawczo wzięłam sobie wolne na ten dzień, w ciągu tych dwóch miesięcy połamał mi się jeden z zębów do roboty, liczyłam na szybkie i bezbolesne rwanie.

Doktor nie upierał się. Wyrwał. Naklął się przy tym, namęczył, ale wyrwał. Oczywiście - ja, po nocce, więc kiedy usłyszałam jego "No, w końcu!", już zaczęłam odliczać pół godziny do momentu, kiedy walnę się do łóżka.

Wtedy zatkał mi nos i kazał nim dmuchnąć.
Poczułam powiew w ustach i zaklęłam w duchu. O tym, że niektórym ludziom korzenie sięgają do zatok dowiedziałam się może miesiąc temu, a że u mnie jakoś dotychczas nic takiego się nie trafiło (mam parę usuniętych zębów z górnej szczęki), więc nie sądziłam, że tak będzie.

Skierował nas na chirurgię stomatologiczną, kazał jechać do Sosnowca, bo tam szybciej przyjmują, "A jak pani tego szybko nie załatwi, to potem jedząc spagetti będzie pani wypuszczała makaron nosem." Spoko, wystarczyła mi wizja śpików w jamie ustnej (wszystko znosiłam u dzieci. Rzygi, kupy, wszystko. Tylko nie gile z nosa. To coś, co mnie paraliżuje na równi z głęboką wodą i patrzeniem w dół).

W szpitalu panienka z okienka patrzy na skierowanie:
- Ale ja nie mogę pani przyjąć, bo tu jest "Do poradni chirurgii stomatologicznej", a my mamy tylko szczękowo-twarzową.
- To co ja mam zrobić?
- Przyjechać z dobrym.
Zadzwoniłam do mojego dentysty, pani z recepcji (taka naprawdę wyjątkowa - miła, uczynna, uśmiechnięta, nawet śmiała się z wyrozumiałością, jak nie przyniosłam karty chipowej i wytłumaczyłam się, że jestem po nocce i mam problem z ogarnięciem siebie i wszystkiego) w końcu powiedziała, że wypiszą, tylko niech mnie przyjmą, a ja dowiozę potem.
Udało się. Pytam laski (ale taka autentycznie - niekumata dwudziestka), gdzie mam iść, nie potrafiła mi nawet powiedzieć, gdzie jest oddział, powiedziała tylko piętro i numer pokoju (a piętro zajmowało powierzchnię przerażającą dla kogoś, kto gubi się w pociągu piętrowym, a na Ligocie idąc z oddziału do gabinetu pytał o drogę na każdych rozstajach). Ja z watą w pysku miałam problem z zadawaniem pytań, zwłaszcza jak mi świszczało między nosem a ustami, na szczęście Samiec nie ma jakiegoś urojonego machoizmu i dopytał.
A na drzwiach pokoju zabiegowego: PORADNIA CHIRURGII SZCZĘKOWO-STOMATOLOGICZNEJ.
Z moich ust nie wyrwało się żadne przekleństwo. Ale stałam przed tym i publicznie groziłam, że walnę tę cizię w łeb torebką.

Kolejny kryzys przeżyłam na fotelu, kiedy podano mi opis zabiegu. Że wytną kawałek błony śluzowej, zalepią, poszyją. Jakoś tak na mnie podziałało, a może to to, że byłam naprawdę zmęczona - dwie godziny snu, plus schodzące już znieczulenie, narastający ból... Ale nie uciekłam. Zabieg przeprowadzała taka młodziutka dziewczyna, że myślałam, że tylko jakaś asystentka, a to nie. To pani doktor. Jeszcze nie doktor, ale już lekarz. Jeszcze się nadziwiły z asystującą jej drugą panią doktor, że mam taką małą buzię, że ciężko się pomieścić, ale pomieściły się (i ta starsza pani nie mogła patrzeć, jak mi szczęki wyskakują) i w końcu dotarłam do domu.

Mam dwa tygodnie L4. Wczoraj się cieszyłam, dziś mniej. Jak mam L4, to lubię gotować. Ale nie lubię gotować i nie zjeść. A nie mogę nic na ciepło.
Jestem strasznie nieszczęśliwa.

W związku z tym problemy małżeńskie odchodzą na drugi plan, a ja idę sobie cierpieć.

Śmiałam się ze zbulwersowania opinią Billa Clintona, że "Polska i Węgry, dwa kraje, które nie byłyby wolne, gdyby nie Stany Zjednoczone" i tak dalej, że odrzucamy demokrację, że chcemy dowództwa Putina... Ale pierwsza sprawa - USA wysyłało nam, owszem, posiłki, w obronie naszej niby-wolności, ale cały czas traktują nas jak gorszy sort pracownika na ich rzecz, jakby wtedy liczyli na to, że staniemy się ich kolonią.
My, Polacy, lubimy się buntować. Lubimy powstania, zrywy. Dlatego potrzebujemy kogoś, przeciwko komu się buntujemy. Np: dyktatora. Jak się można logicznie buntować przeciwko demokracji, w której, teoretycznie, każdy pracuje na swoje szczęście?
A my, jak te dzieci, latamy na ich misje w obronie ropy, czy co sobie tam wymyślą.
Pocieszające jest to, że kiedyś w walkach ginęli idealiści. Teraz spora część tych, którzy jadą na amerykańskie wojny, to ludzie, którzy lubią walczyć i brać za to grubą kasę.

Jestem wstrętna.
Ale jak nie śmiać się z gościa, który twierdził, że nie pamięta, jak mu laska opierdalała pytona. Tak to może sobie Samiec nie pamiętać, bo jesteśmy małżeństwem i ilość oraz jakość seksu czasem nam się zaciera we wspomnieniach. A nie, jak się miało kochankę.
Taki tam, wsiowy głupek. A jego baba też jakaś taka... Rozumiem - wybaczyć facetowi zdradę. Ale głupotę?
18:49, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 maja 2016
Jana wyjechała w czwartek. Miała pewne przygody na lotnisku, bo geniusze po prostu (na swoje usprawiedliwienie mogę napisać, że byłam po nocce) nie wypisały upoważnienia do opieki teściom po angielsku, tylko po polsku (ja tylko podpisywałam, a że byłam po 3 godzinach spania, wybudzona z marzeń sennych, więc nie wiem, czy przy okazji nie zrzekłam się nerki). Na szczęście wybuchnęła płaczem, uwiesiła się babci i ją przepuścili.
Z tym, że teraz nie wiem, czy ją stamtąd wypuszczą (i tak oto zaczyna się kolejne 4 dni nerwów).

Przyglądam się Samczyskowi, kiedy śpi, choć rzadko mam okazję to robić - on śpi 6 godzin na dobę, ja 8. Mamy za sobą cholernie trudny okres. I tak naprawdę nie wiem, czy całkiem za sobą. Nie chce mi się walczyć, ale okazuje się, że wcale nie trzeba się spinać, wystarczy przeczekać, włożyć muzykę do uszu i kiedyś się uspokoić.

Spokój to pojęcie całkiem mi obce.
17:30, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 09 maja 2016
W czwartek Jana leci do Londynu, do wujka i cioci, z babcią i dziadkiem. Oczywiście - ja umieram ze strachu, bo tak daleko, bo beze mnie (co nie znaczy, że dotychczas miała okazję lecieć tam ze mną, póki co - ja i samolot to jednak dwa odległe pojęcia, nie ma nic, co byłoby legalne, ewentualnie nie na receptę, co mogłoby mnie skłonić do lotu, nadal nawet windy szybkobieżne są nie do przeżycia).
Bycie rodzicem oznacza, że choćbym płakała ze strachu, to robię to tak, żeby dziecko nie wiedziało, bo nie chcę mu psuć przyjemności. Jeśli chce jechać, a wiem, że dla niektórych ludzi lot to frajda, np: dla babci, z którą Jana leci, niech podróżuje. Ja pozostaję zwierzęciem typowo lądowym. Maksimum wznoszenia się dla mnie to parki linowe, wspinanie na drzewa i wchodzenie na góry.
Ale też bardziej Beskidy, niż Tatry.
(Śniła mi się Lee. Bardzo chciała pomówić, a ja akurat szłam z kolegą z pracy po schodach do mieszkania w Jaworznie, gdzie był nasz magazyn i nabijaliśmy się z oznaczeń w kiblach i czymś koleżanka z pracy mnie tak wkurzyła, że omal jej nie uderzyłam. Lee miała bezbronne oczy i było bardzo źle.
Sny spełniają się na odwrót?)

Jestem na bieżąco z youtuberami. Wolałam jednak być na bieżąco z zabawkami, ale cóż - dziecko się rozwija.
21:52, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 maja 2016
Cały czas zastanawia mnie kwestia tego, że jesteśmy dziećmi bożymi. Niby.
Dano nam wolną wolę.
Ok.
A jednocześnie, jeśli nie będziemy robili tak, jak chce Pan B., to pójdziemy do piekła.
Serio? Serio tak kocha rodzic?
Znacie jakiegoś takiego, który za jakiekolwiek przewinienie, wykreśla ze swojego życia dziecko? Rozumiem ukarać. Ale, ze względu na to, że dzieciaki mają krótką, zbyt krótką pamięć, karzemy je na bieżąco. Żeby się nauczyły. Nie po to, żeby cierpiały BO NAS NIE POSŁUCHAŁY.

Jana leci do Anglii w przyszłym tygodniu. Nie mam serca martwić się przy niej, a nocami nie śpię. Teraz tyle zła na świecie, że strach ją puścić.
Ale z drugiej strony, to zło czyha wszędzie, nawet w domu, więc nie ma sensu trzymać jej przy nodze, zwłaszcza, że i tak jest strachliwym dzieckiem.
08:12, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 maja 2016
Wszyscy mamy problemy. Wszyscy mamy dni, w których moglibyśmy jeść psie żarcie. Wszyscy mamy dni, w których czujemy się, jakby nad naszymi ustami napisane było "szczać tutaj". Z powodu tych szczególnych dni mamy tendencje do zabijania się wzrokiem. Dusze na całym świecie krzyczą w cierpieniu tę samą rzecz: "odpieprzcie się i gińcie".
(...)
Wszyscy musimy udawać lekki niedosłuch, gdy do głosu dochodzi kler i dewoci.
(...)
Wiecie, dlaczego się wściekam?
To wy sprawiacie, że się wściekam.
To czyni mnie grzesznikiem.
Wy czynicie mnie grzesznikiem.
Pierdolcie się.

Corey Taylor "Siedem grzechów głównych".
Ta książka jest marna pod względem literackim. Ale jest taka, że czytam ją z przyjemnością, bo fajnie, że wcale nie muszę zwalać na hormony moich przemyśleń i bezmyślnych emocji. Może po prostu jest taki typ charakteru.

Zgubiłam paczkę hydroksyzyny.
Dlatego nie mam czym się otępiać raz w tygodniu.
02:06, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »