Skopiuj CSS
sobota, 29 maja 2010
Tak naprawdę jedyną bronią, jaka może mnie powalić, są słowa. Wprawdzie boję się przemocy fizycznej z użyciem narzędzi, ale nie wiem, jakoś tak potrafi ona pozostać bez większego urazu we mnie. Tzn: traumy jakieś pewnie są, jednakże nie pozostały we mnie ślady tych bójek jakoś tak specjalnie, wiem że się prałam z chłopakami w podstawówce równo, pamiętam, jak ujebałam w kolano moją ówczesną miłość [a mieliśmy dziewięć, czy dziesięć lat i próbowało ich ze trzech mnie obezwładnić, ale Adam wtedy mnie wkurzył specjalnie, bo mi jabłko z ręki wytrącił, tak tak - teraz mnie rozumiecie, wiem], czy jak mnie pewien kolega przerzucił przez żywopłot na Brzęczkach, przy kościele, jak teraz tak patrzę, wspominając, że skakaliśmy przez te krzaki, no i ten upadek pamiętam, to zastanawiam się, czy one tak wyrosły, czy myśmy po prostu byli tacy silni i wysportowani, ale że wtedy nie połamałam sobie nic, a przerzucił mnie dlatego, że stanęłam w obronie mojego brata, którey wtedy był ode mnie mniejszy jeszcze, no i ten kolega był zakochany we mnie przez jakieś pięć, czy sześć lat, tak mu zaimponowałam tym, że chwyciłam go za szmaty i pogroziłam. Faceci są dziwni, większość takich, którzy się za mną szlajali to były totalne łajzy. Jeden był tylko w porządku tak na dobrą sprawę. Ale popełnił jeden błąd, podstawowy zresztą - dał mi znać, co czuje. No, a ja małpa wredna jestem [zakładam, że normalny facet musi być wyjątkowy, jeśli wyznaje mi uczucie. Albo tylko nienormalnym się podobałam]. Dlatego też Samiec miał łatwo, bo on traktował mnie jakoś tak lekko.

A o czym to ja miałam... A, o słowach. Tak, dla mnie słowa to jak krasnoludów pratchettowskich. Słów się nie niszczy, bo wszystko powstało ze słów. Ja naprawdę taka jestem, że pięć razy w ciągu godziny zmieniam zdanie i za każdym razem wydaje się, że będę tkwić w uporze, jak Homer Simpson w Browarze Tyskim, gdyby tylko wiedział, że istnieje. Bo słowa są w stanie mnie przekonać. Nie kary, nagrody. Kazanie. Kazanie to coś, co DZIAŁA. Nienawidziłam kazań od dziecka, bo były przekonujące. Bo zmieniały mój światopogląd, zaczynałam widzieć wszystko oczami tego, kto mnie upominał.

To, że uwielbiam słowo pisane i chylę czoła przed każdym, kto potrafi sklecić wypowiedź o swoich poglądach, to wiadomo. Zresztą - z większością czytelników tego bloga mam kontakt dlatego, że lubię ich czytać. Naprawdę - dla mnie nie jest ważne, czy jesteście brzydcy, mądrzy, ładni, czy macie coś do powiedzenia. Najważniejsze, że umiecie mówić/pisać. Dzięki temu uważam Was za mądrych, pięknych i wartościowych w ogóle.

Ale słowo mówione... O, tak. Tak naprawdę to chciałam powiedzieć o jednej rzeczy i do tego ten cały wstęp. Lubię gadających facetów, ale takich, którzy nie gadają z nastawieniem damsko-męskim. Pytający o seks, czy prawiący komplementy odpadają w przedbiegach, choćby mówili językami ludzi i aniołów. Przekora, cóż. Jak facet jest pewien swojego ciała i szpanuje nim, jest to "wstrętna stara fuja", że tak pozwolę sobie zacytować Julkę. Kiedy mówi coś o swoim ciele [jeden z niesmaków to Maczo, który ostatnio coś przy Samcu mówił, że ma sadło na brzuchu, a ma go tyle może, co ja przed ciążami]. Albo o tym, że uważa, że dobrze wygląda w jakimś tam ubraniu i dlatego tak się ubiera. Ok, facet ma prawo dobrze wyglądać, ale ma to robić mimochodem. Nie mówiąc już o żenujących pieniach na temat penisów [do dziś nie wiem, co takiego wyjątkowego może być w tej części ciała. Jasne, fajny jest, przyjemny, ale tylko ten należący do mojego faceta, czyli pośrednio do mnie]. Ale za to...

Na początku naszej znajomości, było to trzecie, może czwarte, spotkanie, a może wcześniejsze nawet, ja już zaczynałam naprawdę świrować na punkcie Samca i on mi opowiadał o tym, jak kiedyś za pomocą prysznica dźwigał się po popijawie. Znaczy, że wziął prysznic, a nie, że trzymał się go, żeby wstać, kurwa, zepsułam klimat, sama z siebie rżę w tej chwili, uwielbiam dwuznaczności :).
Dobra, powaga. Łapiemy atmosferę z powrotem. No i on tak opowiadał, że najlepiej na przemian gorący i zimny, osłabia serce, ale pomaga otrzeźwieć. No i moja wyobraźnia działała. Nie umiałam potem spać, jak sobie tak wyobrażałam tą scenę. Można powiedzieć, że wtedy już mnie całkiem miał. Byłam zarówno ciekawa, jak ta woda spływała po jego plecach i kudłach na klacie... I nie tylko na klacie. Jak myje sobie głowę, ramiona, mmm...

Potem się dowiedziałam, że i tak słabo sobie wyobrażałam te jego kudły.

Miłych snów :):*...
22:33, dziewczynalenina , chłop&baba
Link Komentarze (2) »
środa, 26 maja 2010
Jakoś minął.
Jestem zmęczona, jeszcze na dodatek dzisiaj kręciło mi się w głowie.
Poza tym jest mi dziwnie, smutno jakoś tak. Miałabym właściwie swój trzeci już dzień matki, a mam pierwszy.
I chyba z tego powodu. A może to ten okres?

Nie wiem, nic mi się nie chce. Nie cieszy mnie nic tak naprawdę. Po tym krótkim okresie, kiedy po ślubie czułam wszystko tak intensywnie, zaczęłam się uspokajać i nie jest to dobry stan.
20:32, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 maja 2010
Żaba zasnęła dziś zaraz po kaszce, nawet długo jej nie kołysałam, Samiec marudzi, że nie umie jej usypiać, ale o jest dla mnie podówjnie denerwujące. Bo jedyną metodą, żeby było inaczej, jest zmuszenie go do usypiania jej codziennie, a nie mam serca i cierpliwości do tego, w sumie też należy mu się trochę odpoczynku [ale gdyby rzeczywiście potrzebował odpoczynku, to by spał więcej, niż 4-6 godzin na dobę...]

Byliśmy mierzyć mieszkanie, żeby mniej więcej rozplanować, co jak robić i wyszło nam całkiem dziwnie - między ścianami przeciwległymi mamy po kilkadziesiąt centymetrów różnicy :).

Plany na plażę. Wybór - prawie niemożliwy:
1. Najładniejszy kolor:

2. Najsympatyczniejszy

3. Ten jest idealny, ale nie ma takiego na allegro.pl [zdjęcie wkleiłam z innej aukcji]


4. Ten ma idealny krój, ale kolor tylko znośny:


5. Ten mnie zaintrygował:


6. i 7. Dwóch kolejnych wadą jest kolor, bo czarny dwuczęściowy strój już mam:


8. A najsłodsze i moje ulubione zostawiam na koniec:

22:05, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
sobota, 22 maja 2010
Miał być obrazek z dwoma kociakami. Jak wejdzie na główną na Demoty, to podam, bo nie wskoczył.
22:59, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »

Kurde, jak na to patrzę, to przypominam sobie, ile radości sprawia trzymanie w rękach takiego małego kociaka. Jego ufne ciepło, te ślepka okrągłe. I kociaki chodzące jeden za drugim. Jak jeździłam na wieś, to zawsze liczyłam na to, że będą kociaki.
I co? Trafiłam na faceta, który kotów nie cierpi.
Mało tego, trafiłam na faceta, którego wygiąć da się w dowolny sposób w imię miłości, łatwo z nim się idzie na kompromis, a jednocześnie w tej jednej sprawie jest jak skała.
22:55, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Zmiany w cssie przeprowadzone pomyślnie, co pewnie zauważyliście. W sumie to chyba nie jest takie trudne i muszę zacząć chyba myśleć o własnym szabloniku.

Jestem z siebie dumna.
I Kryzys mi dużo pomógł. Bo dla niego to jest takie proste.

:)
A w Siemcach walnął gaz, niedaleko moich teściów.
Zdjęcia.
21:24, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 maja 2010
Najbardziej lubię, jak ludzie wyśmiewają NK i twierdzą, że to lanserska strona. I takie tam. Już mówiłam - wszystkich moich znajomych rzeczywiście znam. Na 300 osób, myślę, że 250 mniej więcej jest z reala - dziś próbowałam liczyć, ale doszłam do 100, bo dalej mi się nie chciało.
I taki ktoś potem twierdzi, że nie zamierza dla zobaczenia mojej fotki wchodzić na NK. A wcale nie musi, bo na Salonie akurat mam podany adres bloga.

:)

Czyli jednak jest coś w tym, że mądry ze spinacza zbuduje kosiarkę, a głupiemu strach do ręki gąbkę dać...
Internet to narzędzie. Przynajmniej dla mnie. Taki sam przedmiot jak książka, telefon, zeszyt, telewizor. Owszem, może uzależniać. Wszystko może uzależniać, nawet grzebanie w dupie. I wszystkiego można użyć w dobrym celu.

Nadal szukam mojego szablonu.
:(.
21:06, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
Żaba nie pozwala mi się odsunąć na pół kroku. Najlepiej, żebym cały czas podpierała jej plecy, dotykała jej, nawet w ciągu dnia, jak śpi, to muszę spać z nią.
Co takiego dzieje się z psychiką dziecka w ósmym miesiącu, że aż tak potrzebuje bliskości matki?
Kiedy uda mi się odejść na chwilę i ona się czymś zajmuje, to nie daj, Boże, żebym weszła w pole jej widzenia, czy - co gorsza - skrzyżowała z nią wzrok. Rozlega się ryk. Z jednej strony to jest takie... Miłe, ja też czuję się od niej uzależniona, ale, do cholery jasnej, chciałabym iść do kibla czasem bez akompaniamentu jej płaczu. Zalewa się przy tym łzami, mnie serce boli, bo tak naprawdę nie wiem, czy to tylko humorki, a może rzeczywiście czuje się opuszczana i boi się, że nie wrócę, jak mam zapewnić dziecko, które dopiero co nauczyło się swojego imienia, że ja zawsze wrócę? Że nigdy jej nie zostawię...
Waga spada, bo szkoda mi nerwów na robienie sobie obiadu.

Samczysko pomaga mi stanąć na nogi, jestem zmęczona, kręgosłup mnie boli, bo czasem daję za wygraną i noszę ją za rękach, a to już osiem kilogramów...

Poza tym jest seks. Ale czuję się dziwnie z tym wszystkim. Zniknęły wszystkie moje problemy z suchością, wrażliwością... No i właśnie tej wrażliwości mi brakuje. Może mam skłonności masochistyczne?
17:53, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 maja 2010
Przyszły dzisiaj, teraz czekam tylko na butki. Spodnie leżą idealnie, ale niestety - tyłek już nie ten i mam motywację do biegania, słyszysz, Samcze?
Żaba ostatnio wpierdziela szczebelki z łóżeczka.

Plecy mnie bolą, dziś mała cały dzień na rękach...
Ale mimo to - uważam, że warto.
Aśka urodziła 17 maja trzykilogramowego Miłosza.
:)
22:16, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Prawdopodobnie jednak pojedziemy nad morze gdzieś.
Co do ręczników, to moje wyglądają na wymięte, jak są po suszeniu [szczególnie, jak wiesza Samiec] i jakoś nie gniotą się specjalnie po wycieraniu, no i lepiej mieszczą się w szafie, jak są wyprasowane.
Poza tym - ręczniki prasuje się przyjemnie - są mniejsze niż pościel, a mniej skomplikowane, niż część ubrań. No i nie muszę się bawić z ustawianiem temperatury :). Tak, że choćby przyjemnościowo, to jednak będę je prasować.

Cieszę się na ten urlop. Naprawdę. Wprawdzie mieliśmy odłożoną kasę, ale tak zostaje nam to na życie.

Czekając na buty i spodnie, obcięłam grzywkę.
13:45, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 maja 2010
Zawsze to mówię. Póki co, jesteśmy szczęśliwi, mamy plany i marzenia. Oglądaliśmy meble, przy dobrych wiatrach jesteśmy w stanie urządzić mieszkanie za góra 10.000, ale będziemy starali się zrobić to za mniej.
Poza tym... Łóżko mamy wyruchane, a ledwie siedem miesięcy ma, po prostu deski się pod nami zapadły, a takie ładne było. Teraz, jak po nim przechodzę, zdarza mi się potknąć.
To wszystko sprawia, że czuję, że mam wystarczająco dużo. I na szczęście nie wszystko, bo jakie byłoby życie bez marzeń? Nawet tych niespełnialnych?

Rzeki wylewają. Jest coraz gorzej, nigdy mnie nie bolało, gdy padało, ale:
- to już wygląda na powódź
- ubieranie Żaby to masakra, nie mówiąc o tym, że wyjście na spacer w wózku przykrytym folią dla niej jest nudne
- wczoraj musiałam prasować majtki, żeby je dosuszyć, co dla mnie jest jednym ze szczytów gejostwa.

:)
18:18, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (3) »
niedziela, 16 maja 2010
Taaak, imprezy rodzinne są kul. Aja, która dochodzi do siebie po operacji i zamiast "na zdrowie" mówi "dzień dobry". I faceci, którym tylko lody w głowie.
Wygląda na to, że jeśli wszystko pójdzie, jakby większość chciała, to sypną się w końcu dzieci i śluby. Blondie chce, Moniś chce. Co do Moni, to nie wiem, jej facet wydaje mi się taki troszkę dziecinny jeszcze, chociaż milutki. A jeśli chodzi o Blondie, to ona się robi coraz bardziej podobna do swojej mamy. Matko, normalnie, jak z nią byłam na tych dwóch wypadach, to widziałam w niej całą Aję. Taką... Nie wiem, jak to nazwać... Jędzowatą z deczka? I Owijającą sobie w ten sposób faceta dookoła palca? Czasem traktowała Marcina całkiem z góry, a on... Zakochany jest w niej straszliwie. Tak na słodko. Niebo pod stopy, sranie kwiatkami i pierdzenie perfumami, że tak powiem po kingowsku. Z jednej strony wydaje mi się, że to nie ma większych szans. Za bardzo jednostronne te starania. Ale to tylko moje gdybania, prawdopodobnie to pozory i tak naprawdę Blondie daje z siebie wszystko, żeby ten związek był, a robi otoczkę silnej baby, jak większość z nas. Teraz nie ma już małych kruchych kobietek [pomijając chwile słabości, tzn: w gabinecie strachów i na horrorach...], wszystkie wiemy, że nie można leżeć jak kłoda, pachnieć i pogardzać, jeśli chce się utrzymać przy sobie faceta. W ten sposób można utrzymać tylko osła, który na nas będzie zarabiał. A jak ma się osła, to ani seks, ani rozmowa nie wychodzą.
Nowe dwa zakupy:


Miały być jeszcze jedne spodnie, ale osiągnęły cenę 70 zł, więc nie zależy mi już tak bardzo.
16:49, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
piątek, 14 maja 2010
Dziś w nocy dwa razy śniło mi się, że się spotkałam z Casanundą i próbowałam dociec, dlaczego się nie odzywa.
Pierwszy to było to zaległe, niebyłe spotkanie w Rytrze. Albo jakaś czkawka po tym, że tego spotkania nie było, tzn: niespodziewane spotkanie, na którym o Rytrze była mowa. Właśnie czuję, jak mi pewne elementy z tego snu uciekają z głowy, fak.
Drugie to magia tęczy. Impreza. Wieeelka imprezka. Z bab na niej tylko ja, Estera i Kat. Z facetów to łatwiej byłoby wymieniać, kogo nie było, aczkolwiek nie pamiętam, żeby nie było kogokolwiek, o kim pomyślałam. Łącznie z hattrickowcami, których na oczy nie widziałam.
Casa w ogóle nie chciał ze mną gadać, ale przyparłam go do muru moim wielkim biustem [to, z tego co pamiętam, też był jeden z hattrickowych klasyków :)], wyjaśniliśmy sobie co nieco, po czym zabrałam mu elefon, bo miał fajne filmiki z podziemnymi pociągami. Jakby w starych kopalniach, cy cuś. Zniknął mi z pola widzenia, zresztą, w pizdu, ważne że się dogadaliśmy, w dowodzie go nie mam, zajęłam się rozmową z hattrickowym Gomułem.
Wszystko działo się na dupnej łące i to przeświadczenie, że to Brzęczki znowu. Samczyskowi zniknełam z pola widzenia, bo jak nawalony jest, to się czepia. Łóżka mieliśmy dwa. Jedno dla facetów, drugie dla bab. Na tym babskim spała Estera z Tymkiem i Casanunda wisiał nad nią, próbując wyciągnąć od niej datę urodzenia. Ja mu powiedziałam, że jeśli chodzi o dzień, to między mną a Samcem. Po czym Casa się zaczął rozbierać i to było, ekhm, niewłaściwe. Miał niezarośniętą klatę [na Boga, ja nie wiem, czy jest zarośnięty! On jest naprawdę moim dobrym kumplem, skoro mu pod koszulkę nie zaglądałam z perwersyjną chęcią wyśmiania!] i mu lekko gatki zjechały, do teraz mam niesmak. A potem zobaczyłam, że na "chopskim" łóżku leży pijany mój tata.

Czyli: faceci w moim życiu zawsze pozostawiają jakieś kujki.

Okna są zrobione, zamierzamy się na ładowanie gniazdek.

Boys... Collecting jewels that catch your eye
Girls... Don't let a soulmate pass you by

W końcu wysłałam Casie smsa z opisem snu.
Maleńki szantaż zawsze pomaga.

A Żaba nie umie spać przez Pana Królika, który w końcu trafił do prania i niech się, do kurwy nędzy pogoda zrobi, bo mi pranie nie schnie [pralka będzie zrobiona dopiero w środę. Ciuchy dałam mamie i teściowej, bo zaczynały do mnie mówić]...

Miłej nocy [niekoniecznie spokojnej i grzecznej], słodkich snów [w seksie dawanie też bywa lepsze, niż branie], wesołego weekendu [człowiek jest młody, dopóki pogoda nie przeszkadza mu w zabawie], odpoczynku [do utraty tchu, a potem snu]...
21:23, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 maja 2010
Generalnie jestem wybredna. Jeśli chodzi o kwestię makijażu, to jestem zawsze gotowa do wyjścia. Z kosmetyków używam tylko tych do kąpieli, więc nie ma problemów w łazience...
Za to kwestia szafy to masakra, zwłaszcza teraz, gdy od kilku tygodni pralka jest wyflaczona, a zawartość mojej szafy zmniejsza się, bo pranie dżinsów do moich ulubionych zajęć nienależy, w ogóle pranie w rękach to masakra, ograniczam się do przepierek bielizny [niech żyje babskość, która każe mi mieć milion staników i majtek!]. Przy Żabie wszystko się szybko brudzi. Zawsze mnie upaprze, obślini, albo uleje.
Ubieranie się uważam za mękę, naprawdę. Pod tym względem lubię mieć wszystko pasujące. Albo kosmicznie niepasujące, żeby aż kłuło po oczach. Kilka razy spotkałam się z krytyką mojego noszenia glanów do spódnicy, a tu dzisiaj takie zaskoczenie! Pani listonosz zatrzymała mnie i dała mi list, a na koniec powiedziała, że ładnie wyglądam w tym zestawie [krótka sukienka w kratkę, czarny sweter, kremowy żakiet, czarne legginsy - tak, nadal uważam, że spódnica i legginsy 3/4 to coś niewiele mającego wspólnego z dobrym smakiem, ale było zimno :) - glany]. Tzn: te glany do spódnicy najczęściej krytykowali faceci.
I tak mi miło. Znowu Samiec się poczuje niedoceniony, ale on... cóż, gdyby myślał inaczej, to by było dziwne i przez to jego komplementy traktuję jako coś zupełnie naturalnego. Chociaż czasem w tym przegina.
No, kupił mi właśnie tą sukieneczkę w kratkę. Kurde, no, śliczna była i malutka. Wyobraźcie sobie, że rozdziawia się MI na brzuchu i w biuście [ale cyckami się nie martwię, niedługo się zmniejszą, a nad brzuchem i tak muszę popracować]. A przede mną podobną kupowała babeczka zdecydowanie ode mnie grubsza.
I tu pojawia się pytanie: co, do cholery? Znalazłam jedną rzecz, która nie była na mnie za duża i tak musiałam się spieszyć, żeby dorwać tą ostatnią [na dodatek przede mną przymierzała ją jakaś pudernica z wielkim cycem, bo leciutko nadszarpnięta była pod pachą i upaćkana w pudrze], a wszystkie były w jednym rozmiarze...
Babki powinny kupić sobie normalne lustra. Wpychają się w zajebiście małe rozmiary. Nie widzą tego, że inną rzeczą jest przyciągać spojrzenia, kiedy się jest gustownie i oryginalnie ubranym, a inną, kiedy ludzie wieszają wzrok na Twoim tłuszczu. Kurde, no, od dawna twierdzę, że kobieta z nadmiarem ciała może być piękna. Byleby się nie ściskała, jak baleron. A one wszystkie...
Kurde no.
Zirytowałam się troszkę tym wszystkim. Po prostu jestem niewiele za mała na tradycyjną rozmiarówkę. I kiedy coś, co na mnie pasuje, jak szyte na miare, bierze mi sprzed nosa laska, która wygląda w tym czymś, jakby ukradła młodszej siostrze, to czuję się okradziona.
22:17, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
Jak Żaba mówi: "Dydy", "Dede", "Ding Ding", albo "Dly", ewentualnie: "Didly", to mi się śmiać chce, nawet jak się złości.

Jak to jest, że jak jesteśmy same, to jest grzeczna. W miarę przynajmniej. A jak tylko Samiec wchodzi do domu, to zaraz się drze. Dzisiaj nawet nie zauważyłam, że się obudziła, jak go nie było.

Z tym lękiem wysokości to jest tak, że tam, gdzie były jakieś zjazdy, to było w porządku, chyba jako jedyna nie miałam problemów z tym za pierwszym razem, nawet bardzo mi się podobało. Ale wszędzie tam, gdzie już musiałam samodzielnie działać, a nie tylko trzymać się, było gorzej. Nie wierzę moim rękom i nogom.

Okna już są robione - wstawione cztery, z czego dwa już nawet obrobione, zostało to kuchenne, na jutro.
Kupiliśmy wszystkie gniazdka i wyłączniki. Ogladałam - na swoje nieszczęście - lampy stojące w sklepie, no i wypatrzyłam taką z ceną ponad 2000zł, a więc tak około dziesięć, no powiedzmy - pięć razy tyle, ile zamierzam wydać. Nie chcę urządzać tym razem pokoju gościnnego w tym topornym, ikeowym stylu, który dla mnie nie ma charakteru. Jasne, ja wszędzie włożę swój charakter, ale chciałabym mieć stare meble, mogą być używane. Musimy odwiedzić Inter Komis, sprawdzałam też na Allegro.
Sypialnia będzie prosta, tam i tak docelowo będzie antresola na łóżko, ale taka duża 2mx3m, mam nadzieję, że się zmieści i maleńki pokoik dla Żaby, tak żeby łóżko miała, biurko, jakąś szafkę. Może uda nam się dorwać taki półkotapczan, jak miałam ja, tzn: z dwoma biurkami, ewentualnie łóżko na antresoli. Ale to jest kwesia myślę, że najbliższych dziesięciu lat. Chyba, że nam drugie dziecko wyskoczy.

Z marzeń innych - drugi pies. Przeglądaliśmy różne rasy, najlepsze dla nas:
Pies Gotów oraz Basenji.
Oczywiście, są między nami różnice, ja miałam pieska długowłosego i uważam, że jest o niebo łatwiejszy w pielęgnacji i łatwiej jest po nim sprzątać, ale podejrzewam, że decyzja będzie należała do Samca, więc Gordon Seter odpada...

W ogóle, jak zwykle boję się planowania, a mimo to planuję i marzę.

Z Casanundą brak kontaktu. I fchuj żalu.

PS: Ja nawet nie wiem, co było w tym Domu Strachów. Szłam z zamkniętymi oczami.
18:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 11 maja 2010
Byliśmy w niedzielę w deszczowej Wiśle. Najpierw w Restauracji Olimpijskiej, potem nad zaporą, gdzie okazało się, Linaparku już nie ma, potem w centrum znowu, gdzie nam zamknęli przed nosem [po ściągnięciu haraczu przez parkingowego, kurwa], potem Samiec pokierował nas na Równicę.
Tam było świetnie.
- sankodrom - wagoniki dwuosobowe to kusząca rzecz dla kogoś tak lekkiego, jak ja - jak jechałam sama, to w tempie żółwim, z Samcem zdecydowanie szybciej mi poszło
- kino 4d - w sumie żałuję, że nie zobaczyłam tego horroru
- planetarium - kurcze, nie byliśmy i to był błąd
- dom strachów - heh, jak dla mnie coś ponad siły. Darłam się, jak pojebana.

Dzisiaj za to poszliśmy na Palenisko, w końcu weszłam na trasę, kurde, jednak jestem za niska, miałam problem z podpięciem bloczka, musiałam się zawieszać, przepinać, no i ścianki poszły mi chujowo ze względu na wzrost. A przejście po linach to w ogóle masakra.
Nie było źle, nie popłakałam się, zachowałam poczucie humoru, ale kurwowałam, na czym świat stoi.
I tak, mam lęk wysokości. To nie było złudzenie.
20:07, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
sobota, 08 maja 2010
Prawdopodobnie jutro jedziemy do Wisły i Ustronia. Nie byłam tam ponad rok. Cieszę się po cichu, jak wariatka, żeby nie zapeszyć.
Właśnie robię rybki na ten wypad, zastanawiam się nad sałatką... Tyle radości we mnie. Bardzo lubię góry.
A najlepsze jest to, że, hehe, jedziemy na dwa auta chyba, bo Blondie z Maczem wstępnie wyrazili chęć.

I w końcu zmierzę się z Linaparkiem, o ile mnie wpuszczą z moim 152 wzrostu. Nie wiem, na ile przekona ich siła moich rąk. Kiedyś była zajebista, jeśli chodzi o samoudźwig, teraz...? Kto to wie? Niby tak z godzinę dziennie dźwigam te moje 7600g, ale nie wiem.

A jak się zbłaźnię???
18:55, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (3) »
piątek, 07 maja 2010
No, to chyba się pozbyłam jednego kumpla. Chyba więc nie mam żadnego.
Jaki był, taki był, ale jednak...
Wkurwiał, owszem. Jakby był bliżej, to bym mordę lała raz w tygodniu dla zasady. A i tak będzie mi go brakować.

Potrafię się pozbyć z życia znajomości, które są niewygodne. Nie rozumiem mojego męża, po co wypomina mi coś, co go nie denerwuje i wprowadza zamęt?

I teraz nie wiem, kiedy mówi prawdę. W nerwach, czy na spokojnie? Po pijaku, trzy trzeźwym będąc?
Za każdym razem mówi mi, że mnie kocha i że chce być ze mną. I to jedyny plus.
23:49, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Blizna na szyjce robi problem w dwojaki sposób. Z jednej strony może powodować osłabienie mięśni szyjki. Z drugiej utrudnia, bądź uniemożliwia nawet naturalny poród, bo się nie rozciąga. A szyjka taka krótka to nie byłby problem, tylko właśnie to, że po amputacji przy ściąganiu krążka jest osłabiona.
Blizna po cesarce ma 13 cm, mierzyłam.

Wyjazd najwyraźniej nie wypali [właśnie Samiec mówi Żabie, że się na niego skarżę, nie trafił, już się zdążyłam poskarżyć], auto w naprawie [bo pogoda nie pozwala naprawić, a dziś jak na złość jest pięknie], a ja nie żałuję.
Zresztą, nie wierzyłam, że cokolwiek pójdzie zgodnie z planem. Zwłaszcza, że Casa przestał mnie denerwować i już nabierałam ochoty na spotkanie.
10:23, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 06 maja 2010
Tak mi Mad przypomniała o tych bliznach. Mam kilka. Większości się wstydzę, bo są wynikiem głupoty. Ok, całą swoją przeszłość trzeba akceptować i ja się staram, jak mogę. Nie do końca umiem.
Ale trzy blizny są dla mnie czymś więcej. Jakimś znakiem tego, że warto walczyć. Jedna na szyjce - jej nawet ja nie widziałam, wiem, że jest. Zdrowa szyjka ma ok. 4 cm, przynajmniej tak wszędzie piszą, moja ma niecałe 3 cm, czyli mimo wszystko nie jest tak źle. Jednak biorę pod uwagę następną ciążę. Za półtora roku, może trochę więcej, zawsze chciałam mieć dużo dzieci.

Druga blizna to ta po szyciu po naturalnym porodzie. Czuję ją czasem. Rzadko, coraz rzadziej, widocznie dobrze jestem poszyta, bo kobiety mówią, że odczuwa się to mocno przez całe życie. Ja nie pamiętam o niej. Pomijając fakt, że w seksie mi nie przeszkadza w ogóle :). A tego najbardziej się bałam. Zresztą opory miałam długo.

A trzecia to ta po Żabie. Myślałam, że po cesarce jest większa blizna, a tu takie 10-15 może cm, w ogóle pod linią włosów. Niech żyje postęp nauki, kiedyś te blizny były robione wzdłuż brzucha, teraz w poprzek, tzn: wzdłuż też robią w wyjątkowych przypadkach teraz. Ale większość nas miała w poprzek i to takie maleńkie, że dziwne, że te dzieci przez to wyjęli.

I ta blizna to jest mój medal za odwagę.
:)
21:08, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2