Skopiuj CSS
niedziela, 09 kwietnia 2017
Dlaczego nie mam depresji? Bo za każdym razem, kiedy zaczynam czuć się smutniejsza, mój organizm rusza do boju. Albo wyciąga mnie na rolki, albo każe sprzątać. Lubię sprzątać, ale nie lubię porządku. Ogarniam chaos, nie ogarniam świata, który jest poukładany.
W efekcie myję garnki (zawsze mam garnki do mycia i to tyle, że normalną gospodynię domową doprowadziłoby to do depresji), myję kuchenkę, szoruję nawet bęben pralki. Wtedy sobie powolutku myślę, pozwalam na odrobinę rozczulania nad sobą i proszę, melancholia odchodzi. Depresja nie lubi ruchu. Nie lubi, kiedy człowiek widzi jakiś cel przed sobą, choćby tym celem był pięciominutowy stan porządku. Depresja lubi ludzi, którzy potrafią wbić wzrok we własne buty i uparcie nie podnosić głowy. Przynajmniej ja to tak odczuwam, biorąc pod uwagę, kiedy przychodzi do mnie.
Właściwie ona nie potrzebuje żadnych powodów. Owszem, czasem złapie się czegoś, jak np: śmierć, choroba. Bardzo trzeba uważać na ten moment, kiedy już jest po żałobie i nie zagapić się. Ja się chyba trochę zagapiłam swego czasu, dlatego czasem mi tak trudno i siadam z rękami spuszczonymi rękami, bo to dla mnie takie wygodne.

(Jana układa menu obiadowe na cały tydzień, mam jeszcze chwilę)

Więc ok. Ze stanami depresyjnymi sobie radzę. Z agresją też w miarę, choć nadal to jest metoda ucieczki, a nie opanowania się.

Brakuje mi czegoś na nerwowość. Na chęć zniknięcia, na prośbę o ratunek, którego nie potrzebuję.
19:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
Mam uczulenie na reklamy. To jeden z powodów, które wyrzuciły z naszego domu telewizor i ograniczyły radio.
Na dodatek coraz bardziej wkurzają mnie w internecie.
Bo pomyślcie sobie: czytacie jakąś zajebistą notkę. Ktoś coś odkrył, jakiś fajny gadżet, program, film, knajpę. Opowiada o niej tak, jakbyście Wy mogli opowiadać o czymś, co Was zachwyciło.

A pod tym wszystkim "artykuł sponsorowany". Właściwie rzadko daję się na to nabrać, bo zwykle śmierdzi to lizodupstwem na odległość, ja takie rzeczy wyczuwam, ale już kilka razy zostałam nieprzyjemnie zaskoczona. Jeszcze bardziej drażni, jeśli kilka fajnych blogów reklamuje to samo w jednym czasie (np: ostatnio na fali jest Netflix, nawiasem mówiąc, oglądałam wczoraj netflixowy film, aż strach lodówkę otworzyć). Powstaje uczucie osaczenia, namawiania, a ja nie cierpię być namawiana. Nie lubię być przytłaczana zachętami, to zawsze daje odwrotny skutek. Czy naprawdę spece od reklamy nie czują tego, że jeśli jest się matką i lubi czytać blogi matek (oraz ojców), to bombardowanie jedną reklamą w tym samym czasie z różnych źródeł jest bez sensu? Nie mogą materiałów promocyjnych rozesłać tym ludziom w jakichś odstępach czasu, żeby nie wyszło do porzygania?

W piątek w autobusie było prawie dobrze, dopóki koleżanki nie zaczęły gadać o wojnie między USA a Rosją. Ja się zawsze denerwuję, aż mi się słabo zrobiło. Nie dlatego, że mam realne powody, by się obawiać, ale dlatego, że każda taka informacja sprawia, że spinam się w środku i nie potrafię poluzować. Tak samo, jak podniesione głosy (nawet w śmiechu, choć najmocniej działają pijane), czy szybka jazda.
Wszystko mi grozi. Ostatnio zaczynam lepiej pojmować te wszystkie mechanizmy i staram się żyć, uspokajając mój nadpobudliwy mózg.
Nie jest lepiej, niż było jakiś czas temu. Nadal mam dni, kiedy po każdej poprawie idę dwa kroki w tył. Tyle, że teraz nie uważam, że muszę cokolwiek sobie udowadniać. Ani nikomu innemu.

W autobusach słucham już spokojniejszej, bardziej kobiecej muzyki. Slipknot mnie przeraża chwilami.
Ale nadal uwielbiam słuchać go w pracy. Zagłuszać wszystko.
02:19, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 kwietnia 2017
Czasem w snach przychodzą do mnie zmarli.
Nie, nie że jakieś zwłoki proszą o odkrycie, czy coś w tym stylu.
Zwyczajni, bliscy mi ludzie.
Śniła mi się babcia Zosia, w taki dziwny sposób, wiedziałam, że gdy położymy się w tym śnie spać, to rano ona już nie będzie żyć. Płakałam (to uczucie, kiedy budzisz się ze snu i gorącą twarz masz zlaną zupełnie zimnymi łzami), nie chciałam żeby umierała, nie chciałam więc iść spać, chciałam jeszcze z nią porozmawiać.
Dzisiaj z kolei śniła mi się ciocia Hela, ale bardziej pozytywnie, po serii snów, kiedy śniła mi się chora, tym razem była w pełni sił, było jakieś święto, prezenty, spotkanie z całą rodziną.

Nigdy nie śni mi się Olaf, ale pamiętam, jak po narodzinach Janki śniło mi się, że lekarze "znaleźli tamto wcześniejsze dziecko, jest żywe i trzeba się nim zająć, bo ma zaległości rozwojowe".

Lenin dziwi się, że śpię po 10 godzin na dobę, a nigdy nie jestem wyspana.

Po takim czymś?
22:23, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 kwietnia 2017
Możliwe, że ktoś uznałby to za poddanie się.
Ale to nie było poddanie się, to był wybór. Pozostawiono mi możliwość powrotu na magazyn, gdybym chciała zrezygnować z fakturowania - skorzystałam z tego, a że po jednym dniu pracy? To już szczegół.
Znacie to uczucie, kiedy siedzicie gdzieś i czujecie się, że nie powinno Was tu być?
Nienawidzę roboty papierkowej. Odkąd jestem mężatką, wszystko jest na głowie Lenina. Poważnie, ja się tylko podpisuję, ewentualnie, jak gdzieś trzeba skonstruować poprawną stylistycznie wypowiedź, wtedy się włączam. Reszta... Cóż, podejrzewam, że teraz nie potrafiłabym wypełnić nawet zeznania podatkowego.
Nienawidzę... Hm, nawet nie bezczynności, bo praca była prawie cały czas, ale ja siedziałam. Nie lubię siedzieć, miałam ochotę zacząć biegać dookoła biura.

Kiedy zadzwoniłam do kierownika z przeprosinami i prośbą o wyznaczenie mi miejsca na magazynie poczułam... Kurde, poczułam ulgę. Taką ulgę, która odarła mnie z wątpliwości: chcę wrócić. Po prostu. Już było mi wszystko jedno, na którą zmianę, na który magazyn, na jakie stanowisko.

Udało się. Jestem w stanie wytrzymać nawet te śmiechy z mojego marcowego: "Ja nie dam rady? Półtora miesiąca, do wypłaty - minimum!"

Jedyne, co mnie zasmuciło, to że Samiec wydaje się nieco... Hm, zawiedziony. Jasne, mogę mu zaimponować w inny sposób. Np: tym, że sama odwiedziłam kuzynkę w szpitalu, nawet wjechałam windą, chociaż nienawidzę chodzenia w słońcu po mieście i boję się szpitali.

I taka wskazówka na przyszłość: ludzie weszli mi na głowę z pieprzeniem o tym, że taka inteligentna, sprytna osoba marnuje się na magazynie, że powinnam mieć pracę umysłową, biurową, bez tego całego szarpania się fizycznego.
No, helloł, jestem matką siedmiolatki, w domu pracuję intelektualnie.
I dopiero jedno pytanie: "To po co się zgodziłaś?" nieco uświadomiło mi, że... No, nie wiem, po co.

Lepsze jest wrogiem dobrego.
Jestem beznadziejnym przypadkiem.

Za to bardzo szczęśliwym, tylko żałuję, że nie podjęłam tej decyzji przed urlopem, mogło być tak fajnie, a mnie to cały czas gniotło.
14:50, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »