Skopiuj CSS
środa, 29 marca 2017
Na początek - żeby nie było. Jestem przeciwniczką pseudohodowli. Jakichkolwiek, jakiegokolwiek gatunku zwierząt. Tej produkcji szczeniaków dla zysku.

Ale mam pytanie: czym podyktowane są ceny psów rasowych?
Opłatami za użyczenie samca? Naprawdę? Ludziom się płaci, żeby ich pies mógł poruchać?
Wpisami do rejestrów? Naprawdę, kupując szczeniaka płacę urzędnikom?
Ceny są wygórowane. Pochodziłam po wystawie, popytałam i nie dziwię się, że pseudohodowle mają takie powodzenie. Sami zarejestrowani hodowcy nakręcają im interes, podając takie ceny. Bo różnica między 3000zł a 500zł jest ogromna. Nie mówiąc już o rozdawanych za darmo rasowych bez rodowodu "bo będę musiał utopić nadliczbowe".
Jasne, fajnie jest mieć rasowego psa, z którego wiadomo, co wyrośnie, przynajmniej jeśli chodzi o wielkość, bo charakter i tak sami kształtujemy u zwierzęcia. Niestety - dla mnie pozostaje tylko schronisko.
Nawiasem mówiąc, ludzie podrzucają do schronisk psy między innymi dlatego, że jest szansa, że ktoś je do siebie weźmie i tym leczą sumienie. Ten biznes też sam się nakręca.

Pewnie nigdy nie kupię psa z żadnej hodowli, ani normalnej, ani pseudo, bo nawet 500zł to dla mnie ze dużo. Pies to jest żywa istota, kiedy rodzę dziecko też nie wiem, co z niego wyrośnie, czy będzie ładne, czy brzydkie, czy grzeczne, czy mały dioboł.
08:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 marca 2017
Ostatnio znalazłam jakiegoś mema o mniej więcej takiej treści: "Szybko zapominam, szybko wybaczam, jestem idiotą, nie bądź jak ja". I wkurzyłam się. To nie jest idiotyzm. Gdyby ten ktoś szybko zapominał i wybaczał naprawdę, to nie czułby się idiotą, to po pierwsze, skoro czuje gorycz, to znaczy że nie wybacza i tylko próbuje, a skoro próbuje, to jest to dla niego jakimś celem. Czyli jest idiotą dlatego, że nie potrafi zapomnieć, a bardzo chciałby, mało tego - nie potrafi przyznać, że go coś boli, a zwala to na swoją naiwność.
A tak naprawdę takie zapominanie i wybaczanie to prawie, jak czynnik samoregenerujący dla psychiki. Nie zostają nawet blizny. Nie oszukujmy się - nie ma nikogo takiego, kto potrafi wszystko wybaczyć, każdy z nas ma swoje blizny, spowodowane tym, że ktoś kiedyś coś.
Ważne jest, co z tym zrobimy.

A druga rzecz - to wszędzie pojawiające się obrazki o tym, że "nie warto być dobrym, bo inni tego nie doceniają". No, helloł, jeśli jesteś dobrym, to robisz to po to, żeby było dobrze, a nie dla nagród, czy wzajemności. Jeśli jesteś dobry dlatego, żeby inni doceniali, albo traktowali Cię dobrze, jesteś interesowny. Traktujesz dobro, jako wymianę handlową, a to tak nie działa. Dobroć to styl życia, a nie coś, co ma się opłacać. Nie ważne, czy tym, co chcesz uzyskać, jest dobre traktowanie przez innych, czy niebo.
10:59, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 marca 2017
Gdy wieczorne zgasną zorze, Zanim głowę do snu złożę, Modlitwę moją zanoszę Bogu Ojcu i Synowi: "Dopierdolcie sąsiadowi! Dla siebie o nic nie wnoszę, Tylko mu dosrajcie proszę." Kto ja jestem? Polak mały Mały, zawistny i podły. Jaki znak mój? Krwawe gały. Oto wznoszę swoje modły Do Boga, Marii i Syna: "Zniszczcie tego skurwysyna Mego brata, sąsiada, Tego wroga, tego gada." "Żeby mu okradli garaż, Żeby go zdradzała stara, Żeby mu spalili sklep, Żeby dostał cegłą w łeb, Żeby mu się córka z czarnym I w ogóle żeby miał marnie, Żeby miał AIDS-a i raka." Oto modlitwa Polaka.
piątek, 24 marca 2017
Kiedy wróciłam z ważną wiadomością od kierownika, odtwarzacz powiedział mi, że "kruk opuścił stado". Potem Christina, że "dzisiaj odchodzę". Potem "mój żołądek wywijał salta", potem był "Custer", który zawsze poprawia mi humor, tak jeży nieco włos i wzbudza gniew, a nie strach.
Następnie obserwowałam, czy przyjdą czarne kowboje, co "w pistoletach mają ołowiane, chujowe nastroje" (przyszły). No i był Ludwik z "kiedy jedno się kończy, drugie się zaczyna" i na tym chciałabym poprzestać, bo moja mina w lustrze jest niepewna. Tak bardzo się boję, nie tego, że nie dam rady. Boję się głupich rzeczy. Czy np: nerwica nie stanie mi na drodze (bo czasem mdli mnie przy komputerze - i to nie z nerwów, bo nerwy przychodzą później, ale np: ze zmęczenia, czy tak sobie, z niczego)? Czy dam radę dojechać do pracy na 7, czy 8 (wynegocjowałam już, że nie będę chodzić na 6). Czy nie wykończy mnie zmiana na 22? Bo przecież jestem przyzwyczajona do 20?

I tak dochodzimy do sedna. Dam radę, a jeśli dam, to będę potwierdzonym przypadkiem wyleczenia nerwicy.

Mimo wszystko nastawiam się, że nie wrócę na magazyn - nie palę za sobą mostów, nie mówię, że na pewno nie, ale raczej będę próbować się zasymilować. Bardzo lubię pracę fizyczną (dupka sama się nie zrobi, za to chętnie płaszczy się bez żadnego wsparcia), daje mi satysfakcję, jeszcze tydzień temu czułam się jak mistrz świata, kiedy zapierdzielałam i mój mózg współpracował z rękami i nogami jak najlepsza maszyna, a teraz...
Taka trochę pustka.
12:24, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 marca 2017
Jako, że internet traktuję tak, jak kiedyś gazety, czyli wybieram sobie informacje, które mogą mnie interesować, mam z niego tak naprawdę niewiele pożytku intelektualnego, za to niezwykłą rozrywkę emocjonalną.
Zazwyczaj na plus, ale czasami trafiają się artykuły, które jeżyłyby mi włosy pod pachami (dlatego golę).
Np: na stronie typowo kobiecej artykuł o tym, jak poznać, że facet jest odpowiednim. I pierwsza rada - alkohol. Upić go. Poważnie. Tak napisano. Owszem, można wtedy sprawdzić, czy np: nie jest damskim bokserem i nie będzie nas prał tylko po to, żeby inny nas nie zechciał. To jest jedna jedyna rzecz, do której upicie faceta się przydaje.
Samiec jest paskudny po alko, ale już się dotarliśmy w tej kwestii, on uważa, żeby za dużo nie wypić, bo wie, że potem będzie się czepiał, a zamiast kaca (którego nie miewa) będzie miał wyliczone na zimno, co powiedział po pijaku.
I szczerze? Nie biorę tamtych słów na poważnie. Nie uważam, że facet po alkoholu mówi prawdę. Co najwyżej mówi rzeczy, które wcześniej mówił zbyt cicho, byśmy usłyszały. Wiecie, taki zestaw głośnomówiący mu się włącza po wypiciu. Poza tym, znam wiele kobiet, które na co dzień cierpi z powodu oziębłości chłopa, a trzyma się z nim tylko dlatego, że "po alkoholu jest taki kochany". Super, to sobie go upijaj, ja tam wolę, jak mi na trzeźwo chłop komplementy prawi. Znam też takiego pana, który jak jest pijany, pomaga żonie sprzątać po gościach. Ozłocić go, co nie? I jednocześnie jest fanem JKM.

Ten artykuł jest szkodliwy, przynajmniej w tej części. Druga, mówiąca o tym, że człowiek jest sobą w gniewie, bardziej mi odpowiada. Bo ja jestem sobą, kiedy jestem zdenerwowana. Ale np: Samiec - nie. On wtedy jest bardziej sfrustrowany tym, co czuje, niż rzeczywistym powodem gniewu.

A poza tym przegląda blogi pisane przez rodziców - niestety, większość z nich jest reklamowa i głupio zakłada, że każdy rodzic popełnia WSZYSTKIE wychowawcze błędy i nie ma się co wstydzić.
A ja uważam, że powinnam się wstydzić za coś, co zrobiłam źle. Nie to, co zrobiłam źle z niewiedzy, ale to, co zrobiłam źle ze złej woli, z wygodnictwa. Np: kupowanie zabawek interaktywnych (nie kupowałam, poważnie, wkurzyło już mnie stwierdzenie, że "każda z nas ten błąd popełniła"). Nie uważam, że trzeba. Jasne, Młoda takie zabawki posiada, doskonale zbierają kurz. Wczoraj była u nas Emi i najlepszą zabawką okazały się dwie miseczki magnetyczne i garść gwoździ (poważnie myślałam, żeby jej sprezentować, ale ma młodszego brata...), a potem kolorowanki. Ewentualnie klocki - myślałam, że bawią się wypaśnymi zestawami Lego, a okazało się, że dorwały drewniane, które miałyśmy dać już Leonowi...
Dziecko nie potrzebuje zabawek, które do niego mówią. Dziecko potrzebuje wolności.

Inna rzecz, to podejście do grania w gry komputerowe. Gdzieś przeczytałam zdanie, że dziecko powinno grać, a my z nim. Co do drugiej części - zgadzam się w pełni, jeśli dziecko chce grać, to my z nim, obowiązkowo. Ale moja córka jakoś nie pała entuzjazmem. Czy to znaczy, że będzie miała problem z techniką w przyszłości?
Nie sądzę - przymierzamy się do kręcenia vloga, jeśli tylko ustali jeden konkretny temat. Osobiście najpierw wolałabym, żeby zajęła się blogowaniem, ale to tylko ze względu na moje zainteresowania (i troskę o jej ortografię, która jest przerażająca czasem). Ona chce kręcić - dam jej tę szansę, niech ćwiczy dykcję, niech opanuje obsługę konta internetowego. Niech się uczy.

A na koniec, tak w temacie techniki: za dużo też niszczy, ostatnio w kinie pan chciał sprawdzić na telefonie Lenia kod upustowy i próbował na takiej starej, tradycyjnej Nokii wodzić palcem po ekranie. Sam miał minę pt: "Ja pierdolę, ale obciach przy klientach!".
18:22, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 marca 2017
Janka miała ostatnio przynieść materiały na rybkę. Przyniosła, zrobiła wspólnie z koleżanką, która nie przyniosła nic, dostały po 4.
Tyle w temacie, że szkoła uczy wartości płynących ze współpracy (to jej najgorsza ocena z prac).

Wyobraźcie sobie, że kiedy zamykacie oczy, napadają na Was obrazy. Nie jakieś konkretne, ale takie, jak z tych wszystkich złudzeń, kiedy nieruchomy obrazek się porusza.
Kiedy jest cicho, słyszycie szumy. Szepty, odgłosy, echa. Z półsnu potrafi wyrwać Was dźwięk dzwonka, nawet jeśli domofon jest wyłączony.
Kiedy kupujecie kurtkę i staje się ona bezużyteczna po założeniu kaptura, bo tak bardzo szumi.

Oswajam to, że nigdy nie ma ciszy, nigdy nie ma ciemności, zawsze są zapachy, zawsze mózg dostaje ze dużo informacji.
To zupełnie normalne, ten jeden przypadek tak ma.

Przestałam go nienawidzić, bo przydaje mi się spostrzegawczość, nadwrażliwość, wyczulenie. Nie przeszkadza mi to w koncentracji. Potrafię nad tym panować.
Nie daję rad, bo ja się po prostu zawzięłam. Ostatnia tabletka hydroksyzyny leży sobie w apteczce. Sobie, bo nie dla mnie.
Hydroksyzyna nie służyła mi. Służyła nerwicy do kontrolowania mnie.

Uśmiecham się, wracając na nogach ze szkoły z Janą, odbieramy Emilkę i wracamy do domu. Jestem prawie normalna.
15:08, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 marca 2017
Jeden z wkurwów mojego życia:
"Bo ty możesz tyle jeść!"
Nie, nie mogę. Muszę, ale dla mojego zdrowia jest to takim samym zabójstwem, jak dla organizmu otyłej osoby. Sama siebie niszczę, bo sięgam po produkty, po których normalni ludzie tyją (a ja utrzymuję swoją wagę) w ilościach nieprzeciętnych (tak jest naprawdę łatwiej, niż po tych wszystkich zdrowych rzeczach, które dają uczucie sytości na godzinę, a przecież pracuję fizycznie). Na dodatek surowe warzywa i owoce mi szkodzą (chociaż bardzo lubię).

Tak piszę, bo może do kogoś dotrze, że nie, nie ma czego zazdrościć.
Przez trzydzieści lat życia musiałam jeść w każdej wolnej chwili. Pamiętać o regularnych, obfitych posiłkach (wyjście z domu po porannej kawie i papierosie, bez śniadania? Nie ma mowy, baterie padłyby mi jeszcze przed przystankiem!), myśleć i planować rozkład dnia tak, żeby co dwie godziny jeść.

Cieszę się, że po trzydziestce się skończyło. Jasne, nawyk porządnego śniadania (a nawet dwóch) przed pracą, pozostał. Ale jeśli przez cały dzień nie zjem nic, dopiero na kolację, to też nie umrę.
PS: Znowu odstawiam colę. Może tym razem uda się na dłużej, bo jak ostatnio wysypały mnie syfy, to nawet Jana doradzała mi używanie korektora w dużych ilościach.
16:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »