Skopiuj CSS
wtorek, 29 marca 2016
Napisałam w rodzaju męskim, ale nie wiem, czy bardziej nie dotyczy to kobiet.
Wczoraj miałam taką krótką rozmowę z koleżanką w pracy na temat stosunku do wieku (oczywiście w styczniu miałam dłuższą pogadankę, w której zdążyłam popalić sobie palce przy rozpalaniu pieca z Kozą Margolą. To takie nasze rozmowy - siłownia, zawsze potem mamy zakwasy na brzuchu). I przyszło mi do głowy, że jest pewien rodzaj kobiet, które nie przejmują się wiekiem - o ironio jest to silnie związane z życiem uczuciowym. Oczywiście - są wyjątki. I nie mówię o sobie, bo jednak wsparcia od Samca dostałam w życiu bardzo dużo. Ale są kobiety, które wydają się np: cudownymi matkami, a jednak czują się staro. Nie mówię o tych, które są wiecznie nieszczęśliwe. Mówię o tych, którym stan szczęścia, związany z posiadaniem potomstwa, czyli celem życia przerywają pytania o wiek. Dziwne, bo zawsze wydawało mi się, że ważniejsze dla zdrowia psychicznego są dzieci, a jednak, gdy obserwuję, to często jest tak, że wiek dzieci pogłębia u kobiety świadomość odchodzenia czasu.
A to, że facet jest trwale u boku sprawia, że czujemy się stabilnie.

Dostałam płytkę z Saranga. Z autografami. I słucham, dopóki wieża nie padnie. "Into the ocean" chyba sama wrzucę na youtube, bo bardzo chciałabym się tym podzielić ze znajomymi :)
12:45, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 marca 2016
Waga unormowała się na 44kg, więc można mówić o sukcesie - bo to już dwa miesiące.
Nienawidzę, kiedy na moje chwalenie się przytyciem, ktoś mówi: "Chyba na uszach". Kiedyś się przeleje i tak samo będę mówić tym, którzy się odchudzają.

Jedyne, czego nie lubię w świętach, to ogólnego obżarstwa i pijaństwa. Owszem, wczoraj sama piłam i pytałam innych, czy piją - ale to był wyjątkowy dzień, bo urodziny. Nie to, żebym chciała, żeby ludzie za moje zdrowie pili, raczej mówię: "pijcie, na zdrowie".

Byłam przez całe Święta tak spokojna*, że aż zastanawiam się, czy to ja.
Aż boję się, kiedy wrócę do normy, bo kumulacja może być tragiczna w skutkach.
A potem boję się, że połowa siedemdziesiątki to już dorosłość?
A potem stwierdzam, że przeżyłam własne dziecko, więc i tak mam za sobą o jedno doświadczenie życiowe za dużo, a przecież tych pięknych chwil było więcej...

*Bez wspomagania farmakologicznego ;)
13:47, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 marca 2016
Mężczyźni.
Mój własny tata. Kocham go niezmiernie, ale potrafi być straszliwie wkurzający.
Kiedy wchodzę do kuchni, to należy trzymać się ode mnie z daleka. Poważnie, nawet tak banalna czynność, jak mycie garów powoduje u mnie potrzebę całkowitej izolacji - dlatego jedynym minusem nowej, prześlicznej, intensywnie czerwonej kuchni moich rodziców jest brak drzwi.
Dzisiaj cały dzień planowałyśmy z mamą wieczór przy garach - jutro moje urodziny, na które zaprosiłyśmy... Hm... Czterdzieści dwie osoby.
No i nadszedł wieczór. Zaczęłyśmy się z mamą krzątać i co? Tata wtedy akurat stwierdził, że zrobi hekele.
Przeżył to, chociaż wszelkie cięte riposty zachowałam dla siebie, wrzały tak, że nie musiałam używać piekarnika.
Cały dzień była pusta kuchnia.
Cały.
Nie mówiąc o tym, że od 12 do 16 nie robiłyśmy sobie nawet kawy, czy herbaty, zbierając siły.

A mój prywatny mąż miał ostatnio chyba formatowanie mózgu i po raz kolejny musi popełnić wszystkie błędy, jakie w życiu robił i znowu parę razy powiedzieć, że nie sądził, że mnie coś tam zrani, czy zdenerwuje.

Tyle, że ja nie miałam formatowania energii i nie chce mi się znowu wszystkiego tłumaczyć.
Trzaskam drzwiami, zamykam norę, udaję że można żyć pod jednym dachem z kimś, kto zadaje takie rany, kto podkopuje samoocenę tak, że mam wybór - albo nie móc patrzeć na siebie, albo na niego.

Bo czuję się za głupia, aby iść do biura w jego firmie, czuję się zbyt głupia, żeby słuchać moich rad, czuję się zbyt brzydka, żeby nie mieć nowych koleżanek, zbyt brzydka, żeby nie rezygnować z przytulania w nocy.

Czuję, że życie ze mną to w tej chwili taniec na ostrzu noża. Cokolwiek nie zrobi, prawdopodobnie zrobi źle.

W przyszłym tygodniu urlop. Może zdenerwowanie jest spowodowane zmęczeniem. Może owulacją/okresem niepłodnym/napięciem przedmiesiączkowym.
Może byciem kobietą po trzydziestce, której prawie udało się ustabilizować emocje.

Na pewno nie będę tak.
Sia przez 8 godzin dziennie.
22:20, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 marca 2016
Bywaja takie dni, kiedy czuję się niepotrzebna. No, helloł, nie jestem dostatecznie ładna, żeby być życiowym ozdobnikiem, nie powinno się mnie traktować jak kogoś, czyje zdanie się nie liczy.

W pracy - o ironio - rozmowa z dyrektorem i kierownikiem. Tyle pochwał, że prawie spuchłam z dumy.
Spuchłabym, gdyby nie były słuszne.
Do tego prośba o to, aby obserwować ludzi pod kątem mobbingu. Nie chciałam mówić, że ta osoba, która była w tle tej rozmowy, nie zwolniła się z powodu mobbingu, tylko miała trudny okres.

W "Embers drive" Corey Taylor ma głos jak cień na obrazku - płaski, ledwie zaznaczony, ale daje iluzję kształtu. Podkreśla. Uwielbiam ten utwór.
A Sia jednak rozłożyła mnie "Move your body".
Dyskoteka pełną gębą, ale taka... Może być. Potańczyłabym.
08:50, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 marca 2016
Kolorowanki stały się moim żywiołem. To naprawdę pomaga się poukładać. A temperowanie kredek jest takie uspokajające.
Na fb dołączyłam do grupy z zaburzeniami psychicznymi. I czasem też czuję się tam obca, czytając o tych wszystkich lekach, których nazwy znam z półek w pracy, a tak naprawdę zupełnie nie wiedziałam, na co są.
Biorę tylko hydroksyzynę - i to tylko w tych sytuacjach, kiedy wiem, że będę potrzebowała zagłuszyć nerwowe pogadanki w głowie.
Czasem uspokaja mnie widok szarego słupa, że jest takie bezbarwny, bez kantów, bez wzorów. Że jest. Dla poprawy stabilności wbijam w niego oczy i próbuję nie dostrzegać kołysania autobusem. Jeszcze miewam chorobę lokomocyjną, kiedy idę za szybko, ale już rzadko mam w autobusach.

Jednym z niewypałów do kolorowania są kredki Faber Castell. Miały być wzmocnione, w użyciu okazało się, że muszę je czasem kilka razy temperować, bo rysik jest w kawałkach. Ekologiczność oprawki polega chyba na tym, że jest z surowego drewna, więc nierówna w fakturze, w efekcie pęka, co z kolei prowadzi do pękania rysika. I rozpryskuje się cudownie po wszystkim, wbijając w co się tylko da.
Pozostanę chyba przy Colorino, chociaż gdybym znalazła kredki firmy Noster, kupiłabym od razu. Były najbardziej miękkie.

Słucham Creed i w głowie powtarzam słowa. "My own prison" okazało się piosenką, do której mam tak emocjonalny stosunek, że zapętliłam się na niej na długą godzinę, dostosowując oddechy (kiedyś zemdleję w pracy, jeśli zbyt długo wstrzymam powietrze).

Wczoraj wystawa psów i przepiękne wilczaki. A także urocze rosyjskie toye. Lubię skrajności.

I był cudny mastiff. Zebrały się wokół niego dzieciaki, bo to takie wielkie, szare, spokojne bydlę, z olbrzymim łbem. Jedno z dzieci wyskoczyło: "Ale on jest śmieszny!" Na co właścicielka ze śmiechem, do psa: "Słyszałeś, Perseusz? Jesteś śmieszny!". Pies spojrzał na nią, wstał i ruszył do dziecka. Miało niepewną minę.

Nie lubię cyrku, ale szczerze mówiąc - większość psów, szczególnie dużych ras, nie wyglądała na niezadowoloną. Wręcz przeciwnie. Szalały z ekscytacji.
04:30, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
piątek, 18 marca 2016
W środę jechałam od Teściów bez odtwarzacza (nie, żeby specjalnie trenować, został w domu na stole). Nerwica walnęła mnie w głowę, rzuciła na podłogę, przeciągnęła przez autobus, a potem zaczęła gadać takie rzeczy, że zastanawiam się, kto jest bardziej wredny - ona, czy ja?

Na odtwarzaczu Sia "This is acting". 
"Alive" brzmi jak wyzwanie temu, kto dzieli czasem.
"Bird set free" - to to, co chciałabym czuć względem mojej nerwicy.
"Broken glass" - ma w sobie jakiś oldschoolowy urok i delikatność.
"Cheap thrill" - słyszałam w radio, szybko wyleci z Mojej Osobistej.
"Fist fighting a sandstorm" - no, perełeczka. Szkoda, że ja nie umiem odpuszczać.
"Footprints" - minęło mi i nie wsłuchałam się.
"House on fire" - jak wyżej.
Zostało jeszcze siedem piosenek i już nie mogę się doczekać.
05:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 marca 2016
W jednej z lepszych książek, jakie zdarzyło mi się czytać - "Bellagrand" Paulliny Simons przeczytałam zdanie: "Jej macierzyństwo nie zostało rozcieńczone przez miłość". Odnosiło się to do faktu, że kobieta, która ma jedno dziecko, przeżywa je bardziej intensywnie niż taka, która rodzi kilkoro.
Nie wiem, nie wiem zupełnie, czy jestem bardziej matką, jeśli mam jedno dziecko, niż gdybym miała pięcioro. Z tego, co wiem, miłość do dzieci wzrasta z każdym kolejnym - i to nie do tego kolejnego jest większa, tylko ogólny zasób miłości wydawany na każde dziecko z osobna.
Nie można w żaden sposób określić, czy jedno dziecko uprawnia do noszenia macierzyńskiej głowy wysoko, że jakość jest ważniejsza, niż ilość. W macierzyństwie najważniejsza jest specyfika relacji. To nieporównywalne z żadnym innym uczuciem na świecie. To nie jest miłość. To jest instynkt. Nie twierdzę, że instynkt ten ma każda kobieta, bo tak naprawdę dowiaduje się o tym dopiero wtedy, gdy zostaje matką. Widzi, jak może przedefiniować pojęcie kochania, kwadratując je przez wszystkie trudności, jakie pokonuje właściwie, jakby nie miała wyboru.

I jeszcze jedno. Rodzice, którzy mówią o własnym dziecku "gówniarz bezczelny". Taki paradoks. Jakby to nie oni go wychowali. Szacunku się uczy w rodzinie. I to nie tak, że pozwalam dziecku na wszystko, szanując jego decyzje. Nie tak, że mówię o szacunku. I nawet nie tak, że wymagam, by dziecko szanowało mnie.
Nie jestem typem, który dobrze czuje się w społeczeństwie, ale staram się traktować ludzi dobrze. W związku z czym moje dziecko wobec obcej osoby zachowało się raz bezczelnie. Wiem, że ona patrzy. Nigdy nie obrażam ludzi przy niej (właściwie nie obrażam ludzi w ogóle, jak się dobrze zastanowię, czasem jest po prostu bardzo złośliwa, nie umiem tego opanować), bo tylko w ten sposób mogę jej przekazać to, że każdy człowiek zasługuje na szacunek.

W ramach walki ze stereotypami pewnego dnia usiadłam koło jakiegoś menela w autobusie. Mój nos powiedział, że mnie nienawidzi, mózg doznał najpierw wyprasowania, potem pozwijał się w nowe zwoje, ale wytrzymałam. Nie skrzywiłam się. Było ciężko i ten pan też zdawał sobie z tego sprawę, widziałam, jak się kuli na siedzeniu. Postarałam się mieć zupełnie normalny wyraz twarzy. Niech sobie koleżanki w testach mówią, że bez namysłu zrobiłyby usta-usta menelowi.
Ja nie udaję. Raczej nie.
Chociaż, adrenalina może wiele zdziałać, więc nie mówię tego stanowczo.

Po wizycie u dentysty, lżejsza o trzy zęby i mile zaskoczona, zaczynam odżywać. Dziwne, jak bardzo bałam się tego. Najgorsze jest to, że następnym razem wcale nie pójdę tam bardziej wyluzowana, wiedząc, że nie jest tak źle.
Bo wiedziałam to i teraz. Źle jest zawsze przed. I to się nie zmieni.

Facebook nie działa, więc mam dużo czasu. Wymyśliłam nową historię, tym razem o amnezji.
Niestety, nadal nie odzyskałam zeszytu z "Człowiekiem Widzialnym". Zostało mi parę stron do napisania, już mam poukładane, co i jak. I tak bardzo tęsknię za tym zeszytem.
23:01, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 11 marca 2016
Już zapomniałam, jakie to uczucie zasypiać z nią twarzą w twarz. Chyba nawet zapomniałam, jak wygląda podczas snu. Urosła przez ten miesiąc, czy dwa, kiedy nie miałyśmy okazji tulić się do snu.

Nie napaliliśmy w piecu, więc zawinęłam ją w kokon z kołdry i koca. Oddycha tak spokojnie i wszystko wraca na swoje miejsce.

W ciągu dnia dopadają mnie migreny i światłowstręt, jakby na złość, że już właściwie bez bólu jeżdżę autobusami. Jest pochmurnie i szaro, a ja jadę do pracy w okularach słonecznych.

Piosenka na dziś to "Pretty when you cry". Taka na drogę, taka z pasami wyłaniającymi się z ciemności, taka zbyt cicho nagrana i ledwie słyszalna, a jednak znam każde słowo.

Straciłam wątek. Straciłam gdzieś po drodze głowę i pewnie dlatego mi się w niej kręci, a wcale nie od %.

Kiedy wybuchały powstania, kto szedł walczyć? Idealiści. Kto zostawał w domu? Tchórze.
(To nie znaczy, że ja bym nie została. Zostałabym, a wszystkich mężczyzn, których kocham, przykułabym łańcuchami do kaloryferów.)
Nie można się dziwić, że te geny, które szukały wyższych wartości wyginęły w narodzie, a zostały wszystkie inne.

Próbują zniszczyć legendę Wałęsy, ale prawda jest taka, że ja, która wtedy jeszcze nie byłam w planach, wiem z opowieści rodziców, jak wyglądała sytuacja, jaki był strach, jak człowiek bał się o rodzinę i chociaż wierzył w rację Solidarności, to czasem był zdolny do zaparcia się jej, kiedy tylko mu coś zasugerowano.

Idę spać. Nałożyło mi się parę tematów i nie umiem ich rozplątać.
23:41, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 marca 2016

Gdy mowie do nich spokojnie, z usmiechem wyrazajac prosbe, nie sluchaja. Probuje byc grzeczna, traktuja mnie jak maskotke. Jestem nieszkodliwa wedlug nich.

No, dobra. Rzeczywiscie taka jestem. Ale jesli zglaszam jakies pretensje, chocby nie wiem, jak delikatnie, to to nie jest ani zart, ani przewrotny flirt. I jesli nie rozumie tego dwudziestolatek, to moge go nauczyc, ale jesli ma z tym problem dorosly mezczyzna, to mam piane na ustach.

Potem wybucham gniewem i znowu to ja jestem ta zla, zaklamana, bo przeciez tak milo nam sie rozmawialo, a ja nie wiem, czego chce.

Chcialabym znowu zatanczyc pogo na wysokich obcasach.

Dla rozluznienia posladkow.

 

16:25, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 06 marca 2016
Powinien być dwukrotnie dłuższy. Półśpię, w nocy nie umiem zasnąć, dopiero w poniedziałek złapię rytm, a wtedy będzie za późno.

Pozostaje zachwyt nad muzyką. Sarang daje świetne koncerty, aż dziw, że potrafią grać jeszcze lepiej, niż na płycie.
Niewielka impreza w sobotę, było doskonale, tylu ludzi do obserwowania i Lenin obok mnie, nie czułabym się bezpiecznie z kimś innym. Zasłaniam się przed wszechobecnym alkoholem, boję się pijanych ludzi, chowam się za niego.

Rozmowy o muzyce łączą, trzeba umieć się zachwycić, a nie po prostu słuchać. Muzyka potrafi wzruszyć.

Ten specyficzny stukot, te krzyki, piski, mój półobrót. Spojrzenie spod rzęs. You are mine, you will always be mine, normalnie takie słowa traktuję jako żart, no co Ty, naprawdę, a kilka lat temu poczułam, że tak. W sumie nie mam odwagi się kłócić. Nie należę do człowieka, tylko do utworu.
Do człowieka też, nie da się ukryć. Tyle, że do innego.

W środku nocy, patrząc, trudno podjąć czasem decyzję, czy prowokować seks, czy tylko wtulić się i próbować zasnąć. Nie jestem sama, znam każdy centymetr ciała i mam swoje utarte ścieżki zachowań.

Mam trzydzieści cztery lata. Dziesięć lat temu nie wyobrażałam sobie, że będę nadal z nim. Dziesięć lat temu nie patrzyłam dalej, niż do następnego spotkania. Jeszcze wtedy chyba miałam ochotę na karierę, czy choćby studia, ale zdusiłam ją dzielnie. Teraz patrzę i dziwię się, że mam takie poukładane życie.

Zabawa na fb, w której wymieniamy najważniejsze albumy dla nas, Samiec myśli głośno:
- No, i tego Carrantuohilla, "Inis", skopiowałem od ciebie.
Ja:
- No, bo to taki nasz album.
Ledwie to powiedziałam, palnęłam się w czoło. On też zrozumiał mój błąd.
Zapomniałam o "Toxicity" SOAD. To był dopiero NASZ album.
05:31, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
środa, 02 marca 2016
Słyszałam parę głosów na temat tego, jaka zazdrość jest zła. Owszem, moja jest zła, jest zaborcza, jest kumulacją wszystkich zazdrości świata, podlanych obficie moimi własnymi kompleksami i niepewnościami.
Niektórzy twierdzą, że dodaje pikanterii w związku. Spoko, nie przepadam za ostrymi przyprawami.
Przez to wszystko zaczęłam tak intensywnie rozmyślać nad tym i zrobiłam sobie miniklasyfikację.
Bo jest zazdrość, która wynika ze świadomości, że ta druga osoba tak naprawdę do nas nie należy, wszak zawsze może odejść, nie jest do nas przywiązana na stałe. Dajemy jej prawo do wolności, ale jednocześnie boimy się, że je wykorzysta. Powstaje strach, chęć kontrolowania. Gnieciemy się w sobie, chociaż przecież chcieliśmy dobrze. Nie chcieliśmy przywiązywać go/jej na siłę, a jednocześnie czujemy się tak zależni i związani, powstaje obawa, że kiedy odejdzie, to się rozsypiemy.

I jest pieprzony instynkt terytorialny. Czyli sprawa wręcz odwrotna. Czasem nie ma w tym wiele uczucia, jest tylko podświadoma potrzeba zaznaczenia terytorium. Ta druga osoba nie jest człowiekiem, jest naszą własnością. Możemy już nic nie czuć do niej/niego, ale niech tylko ktoś spróbuje się nią/nim zainteresować, od razu nabiera wartości.
W sumie to dobrze, że akurat tego rodzaju zazdrości nie odczuwam. Póki co, nadal Samiec sam w sobie ma dla mnie wartość ponad wszystko, a nie tylko wtedy, kiedy patrzę na niego oczami innych kobiet...

Jupi! Jest jakaś zazdrość, z którą nie mam nic wspólnego!
15:06, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »

Probuje z komorki. To by wiele ulatwilo.

Wokalista z Saranga zaskakuje. Wyglada na takiego malego, niepozornego, a kiedy zaczyna spiewac, wychodzi po prostu moc.

Ludzie uparcie traktuja dawanie siebie innym w kategoriach straty, a umiejetnosc wybaczania jako slabosc. Az dziwnie sie czuje, tlumaczac tak podstawowa rzecz, jak to, ze to nie nam powinno byc wstyd, jesli nasze zaufanie zostalo zawiedzione, tylko tej drugiej stronie...

00:31, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »
00:24, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »