Skopiuj CSS
niedziela, 24 grudnia 2017
Jestem podjarana Wigilią, zawsze tak mam. Brakuje mi tylko śniegu za oknem. Nie mogę się doczekać zebrania nad stołem, nie mogę doczekać się tego specyficznego podenerwowania, choć przecież widujemy się co najmniej co tydzień wszyscy, a jednak tego dnia jesteśmy nieco skrępowani, jak przy kimś, kogo się długo nie widuje.

Zawsze tak było. Kiedy jeszcze Wigilie były raz w Jaworznie, raz na Dąbrówie, też w zasadzie widywaliśmy się całą rodziną, z kuzynostwem co tydzień (niedzielne popołudnia, czy obiady u jednej babci i czwartkowe spotkania u drugiej), a jednak tego dnia byliśmy tacy inni, odświętni. Choć nigdy nie opuszczało nas czarne poczucie humoru i skłonność do złośliwości (gena nie wyskrobiesz), to było bardzo, ale to bardzo dobrze.
I ja nadal jestem tak podekscytowana, że chyba nawet Jana nie czuje się taka. No, właśnie - Jana ona już zasnęła, ja nie umiem, czekam na ranek.

Jest mi dziwnie. Dziesięć lat temu to właśnie Monia pierwsza życzyła mi, żebym miała nowego dzidziusia. Nie bała się, choć wiedziała, że doprowadzi mnie tym do łez. Nie miałam nigdy siostry, dlatego tak trochę te kuzynki są dla mnie siostrami, zwłaszcza, że prawie wszystkie są młodsze. I takie to dziwne uczucie, kiedy wszystko w środku mówi, że, do kurwy nędzy, to ona miała mnie z sentymentem wspominać - i nie teraz, a za pięćdziesiąt lat na przykład.

Matematyka poziom ja: kupiłam trzy wina, bo jedno miałam. Potem zorientowałam się, że przecież nie ma Moni, więc będzie za dużo. Jak zaczęłam dzielić, to nagle mi jednego zabrakło.

Ech, ten rok był zły, niespodziewanie zły. Najpierw przecież był GB, do niego na pewno Samiec dzwoniłby w Wigilię z życzeniami. Facet, który zawsze pomagał, nawet jak wysłałam mu smsa, że mi się czad ulatnia, to też wyjaśnił, co mam zrobić. I zawsze jakoś tak smutno mi pod kościołem na Dąbrówce w drodze do pracy, bo stamtąd mnie zabierał.

Mimo wszystko, Święta są okazją do tego, żeby zobaczyć, jak powinno być na co dzień. Żebyśmy się spotkali z bliskimi, żebyśmy mieli czas - choćby to były tylko dwie godziny. Tak powinno być częściej. Żebyśmy wierzyli w to, co sobie życzymy. Żeby było tak, jak to wygląda. Nie łudzę się, że wszędzie ludzie kochają się pełnią serc, wiem że są rodziny z którymi dobrze wychodzi się tylko na zdjęciu, ale w Święta stwarzamy pozory i wtedy wszystko jest takie piękne. Przyjrzyjmy się temu i bądźmy dla siebie tacy zawsze. Wtedy nie tylko będzie wyglądać, ale i nasze serca będą lżejsze.
Życzę też, żebyśmy wszyscy umieli chłonąć każdy przejaw dobrej woli, doświadczać, odbierać i posyłać dalej. Doceniać...
(Tak sobie piszę, zbieram się na to, żeby te życzenia były najlepsze, ale właśnie mam przerwę, bo Żuja spierdziała się sakramencko i nastrój z podniosłego stał się śmierdzący)
Doceniać to, że jesteśmy razem. Odpuszczać, kiedy mamy ochotę wrzeszczeć, albo drażnić się tylko po to, żeby ktoś wybuchnął. Żebyśmy wiedzieli, kiedy złość i złośliwość jest usprawiedliwiona.
Przede wszystkim zaś - patrzmy tak na innych, jakbyśmy chcieli być sami postrzegani. Życzliwie i pomimo pozorów.
I bądźmy sobą, bo wszyscy jesteśmy potrzebni - i wszyscy są nam potrzebni. I żeby to docierało do nas, zanim jeszcze jest za późno.

Wesołych Świąt!
01:00, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 grudnia 2017
Tak, chyba w snach, kaszel dalej trzyma i pewnie nie puści do marca.
Ale palę w piecu, ogień huczy, choinka pachnie, za oknem lampa świeci na biało tak, że czuję się, jak w akwarium i choć nienawidzę takiego światła, to mam sentyment do świetlówek w starych kuchniach i gabinetach.

Wczoraj padał śnieg, patrzyłam na płatki, które wsiąkały w ciepłą ziemię i cieszyłam tym oczy. Dzisiaj Samczysko zalicza ostatnią dniówkę przed świętami i potem już odpoczywamy.

Kiedy robiłam porządki w szafie, znalazłam żółty płaszcz od Moni, nie wiem, czemu doprowadził mnie do łez, przecież tyle ubrań mam po niej, a jednak jego radosny kolor wydał mi się tak absurdalnie drażniący tego dnia. Nie, nie wyrzuciłam, płaszczyk jest za ładny, na wiosnę znowu go założę do zielonych spodni i będę udawała krzak forsycji.

Tylko, że teraz jest bura zima, czas spokoju i zadumy, a ja nie chcę myśleć, wyjątkowo nie chcę wspominać, bo to jeszcze za bardzo boli.
17:55, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 grudnia 2017
Korzystając z chwili, trzeba by było napisać coś o tegorocznej muzyce.
Zaczęło się spokojnie - nadal Sia i Stone Sour, dosłuchiwałam, czekałam na to, co nowe.
Nowy album SS to coś takiego, jak "AHIG" w karierze Slipknota - powinno się pominąć milczeniem. Coś tak słabego, że nudne jest nawet gdy je przetkać muzyką czterech stron Świata. Dosłownie cztery kawałki, których da się słuchać bez bólu - "Hydrograd", "Fabuless", a także "Thaipei person" (tu brawa za energię, taki mały przebłysk na albumie, który wykonany jest nawet tak, jakby się Taylor sam sobą nudził. I podniecał. Nie wiem, co gorsze...) i... hehe, to. Chwyta za serce i udowadnia, że ten facet sprawdziłby się nawet jako członek boysbandu (i nie wrzucam tu żadnych żartów na temat jego wyglądu).

Za to pojawił się wyjątkowo energetyczny Volbeat. Tzn: nie, że w ogóle się pojawił, tylko ja, słuchając Antyradia trafiłam na "Black rose" i mnie to zaintrygowało. Teraz napalam się na koncert, ale ciężko o coś w pobliżu, dlatego wzdycham, oglądam nagrania i tęsknię za dobrą zabawą. Co takiego jest wyjątkowego w tym zespole? Taki zdrowy, oldschoolowy rock'n'roll z mocnym "dudududu" w tle. Ciężkie gitary, a na to nałożona linia wokalna z zupełnie innej bajki i świetnie się to wszystko komponuje. Kiedy ich słucham, mam wrażenie, że dokładnie wiedzieli, co chcą grać. 

I była też w tym roku Marina And The Diamonds. Słuchałam, sama zaskoczona, bo to chwilami takie disco-electro z lat osiemdziesiątych, a chwilami pop, ale jednocześnie jest przyjemne i dopracowane. Niewiele piosenek wyrzuciłam po przesłuchaniu.

Próbowałam słuchać Ghosta, ale może jedna, czy dwie piosenki w efekcie nie odpadły, całość brzmi jak The Beatles w gorszym wydaniu, więc nawet nie będę reklamować.

Jeśli chodzi o The Beatles, to dorwałam "Live at the BBC", album, który słuchałam dawno temu, ale fajnie się odświeża.

Aaaaa! Wiem, nie napisałam o tym, jak mnie Scar The Martyr odtruli po Hydrogradzie. Właściwie - słuchając ich słyszę Stone Sour z mniej może wyrazistym wokalem, ale całkiem przyjemne i całkiem niewyróżniające się spomiędzy dobrych albumów SS.
22:22, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
Orgazm to spuszczenie tego całego napięcia, jakie siedzi we mnie. Każdy kolejny skurcz wyrzuca powody do przejmowania się czymkolwiek.

Nie jestem człowiekiem, który zwala winę na to, jaki jest, na rodziców. To teraz nie ma znaczenia, ale nie pozwalam im popełniać błędów, jeśli już wiem, co było między nami nie tak. Stawiam stabilne granice, nie do przekroczenia, są rzeczy, których nie pozwolę sobie zrobić, nie pozwolę zrobić też mojej córce.
Bo ja chcę, żeby chciała ze mną rozmawiać, bez obawy, że ją skrytykuję. Żeby wiedziała, że jestem po jej stronie i nie będę wzbudzać w niej poczucia winy. Czasem nie wychodzi, owszem, ale mimo to staram się. Wczoraj jednak nerwy mi puściły, bo wieszała nowe bombki na choince i kiedy widziałam, jak macha na wszystkie strony bałwankiem, poprosiłam, żeby tego nie robiła, bo bombki się tłuką (tłumaczenie tego ośmiolatce uważam za obrazę dla jej inteligencji, ale miałam do wyboru to, albo związać jej ręce). Bałwanka powiesiła, przyszła kolej na aniołka, który tej karuzeli nie wytrzymał... Czasem wychowywanie dziecka mnie przerasta.

Sytuacja z niedzieli - jakiś totalny tajfun, kiedy kłóciłam się z bratową, w sumie bardziej na żarty i powierzchownie, musiała się wtrącić w to moja mama ze swoim odwiecznym "bo ona ma zły dzień".
Ludzie dziwią się, że jestem nerwowa i drę mordę o byle co, ale w moim domu było tak, że kiedy byłam nie w humorze, mama łaziła i wtykała mi szpile. "Bo ty masz zły dzień" to jej popisówa. Efektem było to, że darłam mordę, ona waliła focha, a ja miałam święty spokój.
Ludziska, jak ktoś ma złamaną nogę, to się go wyciąga na rower? Jak ma ranę, to się mu wbija w nią palce?
Dlaczego więc, jeśli wyraźnie ktoś wie, że mam zły dzień, wkurwia mnie jeszcze bardziej? Dlaczego ja, choleryk i egoista, potrafię, widząc, że ktoś nie ma humoru, po prostu przejść obok i zostawić go w spokoju? Dać mu chwilę na poprawę nastroju?
Czasem zastanawiam się - w teście wyszło mi, że jestem w spektrum Aspergera, a jednak empatię najwyraźniej mam fchuj wysoką? A może tylko robię tak, jak chcę, żeby się mnie traktowało?
Czy potem jest dziwne, że z problemami wolę przyjść do Lenina, który po prostu mnie przytuli bez tych wszystkich słów?

Ostatnio bzdurny demot: jakaś babka napisała post o tym, dlaczego nie lubi być dotykana przez męża. Bo jest zmęczona, bo dzieci jej włażą na głowę, bo nie wyrabia z pracą zawodową, bo sprząta, gotuje, sra kwiatkami i pierdzi perfumami, o ile ma na to czas.
Pierwsza rzecz: jak można nie chcieć, żeby dotykał mnie ktoś, kogo kocham? Nie ma takiego zmęczenia, które sprawiłoby, żebym się przed tym broniła.
Druga rzecz: niepokojące jest to, że najwyraźniej w jej domu dotyk = nieodrzucalna prośba o seks, bo na to akurat rozumiem, że można nie mieć ochoty, kiedy jest się zmęczonym.
O trzeciej napisałam na fejsie: nie wyobrażam sobie, żebyśmy obydwoje pracując nie dzielili się domowymi obowiązkami i opieką nad dzieckiem.
19:04, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »