Skopiuj CSS
środa, 30 listopada 2016
Muszę hamować swój mózg, żeby nie popękał z nadmiaru emocji.
Niby to tylko zjawisko pogodowe, a moje serce znieczula się powoli z każdym centymetrem pokrywającym świat. Wygładzam się tak, jak otoczenie, łagodnieją moje kanty i miejsca niewygodne.
Dopasowuję się, budzę w środku coś dobrego, jestem otwarta i wyeksponowana.
Łapię w usta płatki i zmuszam się do milczenia (dziś nie będą ranić żadne moje słowa).
Stoję w oknie, uśmiecham się, nawet siebie lubię, kiedy jest tak biało, czysto, przyznaję światu blank page, choć z zimą bardziej kojarzy mi się thirty three.

Nadal sypie, z różnym natężeniem, w różnych kierunkach, patrzę prosto w światło latarń i gdzieś tam jestem.
22:53, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 listopada 2016
Są takie dni, kiedy najpierw biegnę na przystanek, potem okazuje się, że nie spakowałam okularów, potem okazuje się, że ktoś mi wymienił oklejarkę na nową, z ostrymi ząbkami, więc robię sobie z automatu pięć ślicznych dziurek na palcu, potem, próbując poprawić rolki w taśmie przygniatam sobie inny palec, kantem kartonu uderzam się w czoło, nożykiem ranię nadgarstek, na koniec wylewam koleżance colę między innymi do pojemnika i kartonu z towarem, wywalam inny pojemnik, a jak już wydaje mi się, że wszystko mam za sobą, pół tubki kremu ląduje zamiast na mojej ręce, to na podłodze.

Jestem niewyspana i pokraczna.
20:45, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 listopada 2016
Byliśmy dzisiaj na jarmarku w Katowicach, trafiliśmy na świetny koncert, grupa nazywa się bodajże Sekcja Muzyczna Kołłątajowskiej Kuźni Prawdziwych Mężczyzn, naprawdę - Jana była zachwycona, my też oczywiście, ale w jej wykonaniu zachwyt jest bardziej uroczy.

Zaczął sypać śnieg. Najpierw krupy, czy jak to się tam nazywa, potem prawdziwe płatki. Mrozu jeszcze nie było, w sumie nadal nie ma, jest mniej więcej 1-2 stopnie powyżej zera, ale i tak jest zimno w policzki i tak cudownie sentymentalnie. Pomyślałam o tych kilometrach wydeptanych w Parku Kościuszki, o tym nieśmiałym przytulaniu się, pierwszych pocałunkach (minęło właśnie 15 lat, tak gdzieś dziesięć dni temu).

Wracając z Tuwima wyciągnęłam rękę za siebie.
Złapał.
Nadal wszystko na swoim miejscu.
20:41, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 listopada 2016
Chciałam napisać taką mocno luźną notkę, miałam ogólny zarys, ale nie wychodzi. Czemu najlepsze pomysły przychodzą do głowy w pracy, między jednym regałem, a drugim, kiedy niby mózg mam zajęty czym innym, a uciekają, jak tylko się zatrzymam?
Jakbym miała myślenie podłączone do nóg, marzę o tym urządzeniu, które zmienia myśli w impulsy elektryczne i zapisuje gdzieś, skąd można je odtworzyć.

Chyba powinnam chodzić na spacery. Ale po ośmiu godzinach nie chce się.

Lubię ten stan, kiedy rwie mi się zdolność pisania pod wpływem alkoholu (Żywiec Saison).

Czasami zaskakuje mnie moja pamięć krótkotrwała (długotrwałe za to zaczyna być moje pisanie). Umiem sterować. Umiem zapamiętywać pewne fakty tylko na potrzeby chwili. Przydaje się to w pracy.

Idę spać.
04:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 listopada 2016
Chociaż może już mniej.
Czasem chodzę z głową pełną benzyny, jakbym szukała bycia podpaloną. Nie w takim znaczeniu. Naładowana, aż kopię. Nie mam ochoty na żadne kontakty z ludźmi. Chcę być sama, ale nie dlatego, że nie lubię ludzi, tylko dlatego, że boję się, że kogoś skrzywdzę.

Czasem mam ochotę napisać sobie na czole: "Nie przeszkadzać!" "Czy wyglądam, jakby mnie to obchodziło?" "I z tego powodu zawracasz mi dupę?", ale wiem, że byłoby to niesprawiedliwe. I to nie jest tak, że ja teraz wiem, bo już mi przeszło, ale wiedziałam to nawet w tamtym momencie, dlatego nie odzywam się, kiedy muszę, porozumiewam się gestami, bo boję się, że gdy słowa zaczną ze mnie wypadać, to zrobię syfu.

I tak tylko muzyka mnie ratuje, i to że potrafię głowie kazać iść gdzieś daleko, np: na koncert, żeby tylko nie myśleć, żeby tylko nie dotyczyło jej to, co dzieje się koło mnie.

Nie mogę powiedzieć, lubię moje koleżanki (i kolegów), niezależnie od momentu, potrafiłabym wskazać u każdej osoby co najmniej jedną zaletę, ale chyba nie jestem typem, który potrzebuje kontaktów cały czas.

Wystarczą mi maile.
Nawet te jeszcze nie napisane.

Ktoś, kto powiedział, że PMS jest ciężki, nigdy nie miał syndromu marnującego się właśnie jajeczka.

Moim problemem jest to, że jestem tego wszystkiego tak bardzo świadoma, a jednocześnie tak bardzo lubię czuć i nie mam żadnej tarczy przeciwko emocjom.
15:03, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2016
Przy obecnym kulcie urody, młodości, gładkości i takich tam, nagle zatrzymuję się i uświadamiam sobie, że najszczęśliwsza jestem wtedy, kiedy nie mam makijażu, albo - co lepsze - jest on rozmazany, kiedy jestem nie do końca ubrana, najczęściej w piżamie, kiedy nie mam nawet sił na kąpiel.

I żaden planowany wieczór z kolacją przy świecach nie jest tak mocno euforyczny.

Chciałabym umieć narysować to, jak widzę głosy. Jak wygląda głos Taylora, Thomasa, Corgana. Sheryl Crow, Alanis Morissette i kilku innych.

W dzień wolnego zrobiłam pudełko na herbaty, bo już mnie denerwuje ilość oryginalnych opakowań w szafce. Jana pomogła, a ja mam radochę, że użyłam rąk.
13:11, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 listopada 2016
Jeszcze nie wiem, którego dokładnie będę u Karoliny, dam znać, chyba że będzie to spontan.
Na razie czekam na projekt.

Już nie zapominam tabletek uspokajających rytm serca, raz zapomniałam i było ciężko.

Dzisiaj, po powrocie z Palmiarni, jestem pozytywne zmęczona. Mam wszystko w nosie.

I jest mi z tym dobrze.

Z powodu jednego smsowego pytania otwarła się przede mną wizja na przyszły rok. Trzeba zaplanować urlop, oczywiście oprócz tego, że idziemy na koncert Mansona, warto było nie załapać się na bilety na SOAD.
Choć, oczywiście, szkoda.

Wczoraj Samiec znowu sypnął nadgodzinami. Nie zgadzam się na samotne wieczory, nie zgadzam się na jego przepracowanie. Zniechęca mnie to do bycia razem. Nie potrafię tak po prostu iść do łóżka z facetem, którego widuję tylko w weekendy. Jednak potrzebuję stabilnego, stałego związku.
Wytłumaczyliśmy to sobie. Na jak długo wystarczy? Nie wiem.

Chcę być razem.
Jak najbardziej.
23:34, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 listopada 2016
Zdecydowanie lepiej znoszę jazdę do pracy, niż powroty. Jeśli wracam autobusem do domu, to znaczy, że zastanę go pusty, więc jest tak, jakbym nie miała po co wracać. Myję podłogę, bo nie chcę spędzać czasu na necie, wolę robić coś pożytecznego, ale... Chwila, mycie podłogi nie ma żadnego związku z moim samopoczuciem i wcale nie zmniejsza poczucia pustki.

Lubię dobrych facetów i złe baby. Jakoś tak mam. Dotychczas myślałam, że to przekora, dopóki nie przejechałam się na dobrej dziewczynie. Cóż, bywa. Jednak jędze są lepsze w kumplowaniu się. Nigdy więcej.

Zdusiłam w drodze całą kumulację tych wkurwiających reakcji organizmu na to, że jadę autobusem i nawet poszło mi to dosyć łatwo, choć przyznaję, że w trakcie miałam ochotę wysiąść, albo poprosić przypadkowego pasażera, żeby mnie dobił albo odwiózł do psychiatryka.

Poważnie, mam takie myśli czasem, kiedy mam już dość. A potem znowu ląduję na czterech łapach i cieszę się, że nie zrobiłam nic głupiego.

Z powodu nerwicy przekonuję się, że jestem istotą społeczną.
I jednocześnie nienawidzę faktu, że tak bardzo uzależniam się od ludzi.
Lubię być sama.
Lee, ja u Karo będę w grudniu.
Jakby co.
20:22, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
środa, 16 listopada 2016

Paskudne te ostatnie dni były. Oczywiście, nie mam pewności, że to już koniec, ale dzisiaj było tak źle, a mimo to wytrwałam w pracy i autobusie, że może jutro nie będzie gorzej, a jeśli będzie tylko tak źle, to znowu dam radę.

 
Opuściłam kolejną grupę z zaburzeniami psychicznymi, po prostu nie zdzierżyłam, jak wmawiano ludziom, że hydroksyzyna jest benzodiazepiną. Rozumiem wszystko, ale wypadałoby sprawdzić jedynie w necie.
Poza tym - koleś twierdzi, że pomoże, jeśli będzie mógł, ale te leki wszystkie trzeba brać pod kontrolą lekarza i według zaleceń, żeby zgłaszać się do niego...
Noż, kurwa, wszyscy w tej grupie są pod kontrolą lekarzy. Oprócz mnie, mi moja własna pani doktor przepisuje hydro dwa razy do roku i nic nie kontroluje, bo wie, że ja sama się już kontroluję.
 
Nieważne. Ostatnią paczkę kupiłam w październiku 2015. Zostały mi 3 tabletki do końca roku (tak sobie postanowiłam, żeby pokazać, że nie jest mi potrzebna).
 
Dzisiaj kołatanie serca, w pracy prawie usiadłam i zapłakałam, bo już miałam dość uczucia bezsilności, wypadania oczu, ucisku w głowie.
A potem minął szczyt, minęła przerwa, odżyłam.
I nawet nie czułam się źle w autobusie. No, troszkę jedynie.
 
Nie jestem z siebie dumna. Jestem zadowolona z tego, że walczę.
 
Nadal zbieram się wewnętrznie po wielkim, babskim zawodzie. Mogę powiedzieć, że dostałam kopa w jaja od koleżanki. Taki tam, rykoszet, sama sobie jestem winna, czy jakoś tak. A ludzie są głupi, cieszę się, że mam prozopagnozję, przynajmniej nie mam w pamięci tych wszystkich zakłamanych mord.
Fakt, że tych uczciwych też, boli.
22:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 12 listopada 2016
Przed tym całym remanentem nie denerwowałam się tym, że mam robić rzeczy, których na co dzień nie robię, tylko tym, że nie pamiętam, jak wygląda moja zwierzchniczka.
Prozopagnozja jest straszną przypadłością.
Usiadłam do komputera, zobaczyłam tylko ekran początkowy i już pamiętałam, jak to się robi, chociaż ostatni raz miałam kontakt z tym programem dwa lata temu, na kilku arkuszach.
To mnie ucieszyło, ucieszyło też to, że biurko obok mnie zajęła była pracownica, którą znałam, która znała mnie, na przeciwko koleżanka z magazynu.

Praca szła mozolnie. Tzn: nam szło dobrze, ale magazyny - cóż, zabrano cztery osoby, które potrafią liczyć i znają towar, bo ludzie, którzy normalnie chodzili do roboty komputerowej, odmówili.

Wkurza mnie takie coś, jak zwykle po dupie dostają magazyny, a jakoś nikt nie patrzy na to, że to, jak my pracujemy, jest podstawą do tego, jak prosperuje firma. Owszem, musi być ktoś, kto odpowiada za system, za zarządzanie ludźmi (to ostatnie to najsłabszy element mojego zakładu, właściwie pozostali już tylko pracownicy, którzy nie wierzą w to, że mogą gdzie indziej mieć równie dobrze, a nawet lepiej, tak, tak, ja też), ale właśnie od tych najniższych szczebli zależy bardzo dużo. Od naszych sił i motywacji, nie chodzi tu tylko o finansowe.

W każdym razie poradziłam sobie (chyba), rozśmieszyła mnie sytuacja, kiedy koleżanka po ośmiu godzinach pytała, co zrobić w wypadku jakiegoś błędu, a ja już ten błąd zdążyłam popełnić co najmniej z piętnaście razy i poprawić. Jestem chaosem, działam z błędami, ale dzięki temu uczę się, jak z nich wybrnąć.

Co nie zmienia faktu, że jak nad ranem wszedł dyrektor i spytał: "I co, Basiu, nie było tak źle na wpisywaniu?", miałam ochotę się rozpłakać i powiedzieć, że było, o wiele lepiej czuję się z towarem, podczas liczenia, a nie ślepiąc w ekran. Próbowałam tłumaczyć (tak samo, jak wcześniej kierownikowi), ale bezskutecznie.

To nie o to chodzi, że nie dam rady.
Dam.
Ze wszystkim sobie dam radę, bo ten program jest prosty.
Ale chodzi o to, że nie lubię tego robić.
Nawet w domu nie siedzę jednym ciągiem przy kompie dłużej, niż pół godziny (chyba, że piszę notkę).
A mam za sobą dziesięć. Po tych dziesięciu poszłam na magazyn i wtedy dopiero odetchnęłam.

I tak uważam, że dobrze poszło, jak na ilość ludzi, która przyszła. Mogło być więcej, ale o tym, że ściągano ludzi spoza zakładu dowiedziałam się zbyt późno, a jeszcze później - ilu jest chętnych.
Powinnam zajmować się sporadycznie rekrutacją. Mam nosa do entuzjastów.
18:31, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 listopada 2016
To tytuł mojego eksperymentalnego ciasta, które upiekłam, kiedy nie mogłam się zdrzemnąć przed pracą (właściwie dopiero wstawiłam do piekarnika).
Nie jestem standardową panią domu - nie potrafię przyrządzić żadnej z tradycyjnych potraw, nawet mając książkę kucharską w ręce i dobrą kucharkę pod telefonem w razie awarii (czyt: od przeczytania pierwszego zdania przepisu po efekt końcowy). Nigdy nie robię nic tak, jak być powinno wykonane - w sumie nawet z tablicy nie umiałam przepisywać dokładnie tak, jak było napisane, stąd moja niechęć do przedmiotów ścisłych, które rozumiałam, ogarniałam, ale nie umiałam nic wykuć na blachę, wszystko musiałam pojąć.

Teraz przychodzi moment, kiedy w moim mieszkaniu czuję się na swoim miejscu. Kupiliśmy nowe meble, poukładaliśmy wszystko na nowy sposób i zaczyna być ładnie, nawet podłogę myję dwa razy w tygodniu, bo tak łatwo mi to przychodzi.
Jednocześnie mam wrażenie, że wszystkie moje ja, które kłębiły się we mnie, tak dobrze czują się w tej przestrzeni, że opuściły moje wnętrze i czuję się taka pusta.
Zadowolona, ale pusta.

Przepis na ciasto, bo zapomnę.
Tak na oko - niecałe pół kilo mąki.
2 jajka
paczka proszku do pieczenia
cukier lub inne substancje słodzące do smaku
przyprawa do piernika
3 owoce (wpadła gruszka do fartuszka, a za gruszka dwa jabłuszka).
200ml mleka
pół kostki margaryny.

Zmieszać wszystko, oprócz owoców. Owoce zetrzeć na grubej tarce.
2/3 ciasta wylać do tortownicy, wyłożyć na środek masy owoce, zalać resztą ciasta. Piec...
No, właśnie, jeszcze się piecze, podejrzewam że z 40 minut.
15:43, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 listopada 2016
To już dziewiąty raz obchodzę Wszystkich Świętych w drugim życiu. W tym roku odczułam to zupełnie inaczej. Spotkaliśmy się rodzinnie, z kuzynami. Po raz pierwszy patrząc na Mikiego i Majkę nie miałam w sobie smutku. Nie zrozumcie mnie źle, nigdy nie zazdrościłam Margolci rodziny, uważam, że jej rodzina jest jej zasłużonym sukcesem, dzieciaki są świetne, inteligentne, dowcipne i dobre, choć oczywiście - po koziemu fisiowate. To nie była nigdy zazdrość, nie potrafię zazdrościć komuś, kogo kocham, zrobiłabym wszystko, żeby oni wszyscy byli szczęśliwi i boli mnie, kiedy ktoś z rodziny nie jest.
Ale było mi smutno, że Jana tego nie ma, że nie ma starszego brata, z którym mogłaby się bawić i tłuc. Który uczyłby ją wszystkiego i zwalał na nią winę, kiedy coś zbroi. Żeby nie była taka samotna.

A dzisiaj... Jejku, no hałas, bieganie... Hallo, nas było jeszcze więcej i dorośli jakoś dawali radę prowadzić życie rodzinne przy stołach.

Wiem, że może mi się oberwać za te wpisy pro-Halloween na fb, więc raz na zawsze wyjaśnię: nienawidzę tego święta, bo zdarzało mi się być wystraszoną podczas niego (z tego samego powodu nie lubiłam Prima Aprilis i Lanego Poniedziałku, choć z tym drugim mam kilka miłych wspomnień). Jako pochód dzieciaków ani mnie ziębi, ani nie grzeje, bo w sumie słodyczy nie mam, a jakby mi ktoś próbował obrzucić drzwi jajami, to... Cóż, nogi mam mocne, dogoniłabym, a ręce jeszcze mocniejsze.

Mam zaproszenie na 5.11 do Karo, bo będzie tam też Lee. I chyba nawet pojadę.

Łapię się na tym, że nie przeszkadza mi pominięcie nawyków wynikających z nerwicy. Że nie muszę doczytać do końca akapitu, że nie muszę gryźć wszystkiego pięć razy, że zauważam, że w pracy poukładałam coś niedokładnie i nadal żyję, nie spędza mi to snu z oczu. Mówię mojej głowie, że teraz już jest lepiej i ma to sobie uświadomić, a nawet upodświadomić, nie robić mi tych wszystkich brzydkich rzeczy. Tylko ten stan, kiedy zwalczam napięcie jest tak męczący, że czasem nie mam siły na nic innego.
19:28, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »