Skopiuj CSS
niedziela, 19 lutego 2012
Jezu, to był straszny tydzień. W niedzielę byłam w pracy od 20 do 21, bo potem rozcięłam palce i pojechałam je poszyć. Na Murckach przyjęli mnie, pomimo iż nie mieli dyżuru, byli mili i tacy... No, że aż całusy się im należą.

W poniedziałek jajo zaczęła być nieswoja, właściwie już od nocki niedzielnej była taka nie bardzo zdrowa. Miała temperaturę i nie spała zbyt dobrze.

We wtorek poszliśmy do lekarza - zapalenie jamy ustnej. Problemy z jedzeniem, marudna i właściwie tak rzadko bywa chora, że mnie serce bolało, jak widziałam, że chce być dzielna.

Środa - dwie godziny w poradni chirurgicznej. Poszliśmy o siódmej, bo tam bywają kolejki. Rejestracja od za piętnaście ósma, ani minuty wcześniej. Na szczęście druga byłam do chirurga, więc nawet do domu nie szliśmy, bo od ósmej miał przyjmować. Przyszedł po ósmej. I nic, nie wzywa, a na drzwiach dupny napis, że "wchodzić tylko na wezwanie personelu". Za piętnaście dziewiąta Samiec się wkurzył, poszedł do rejestracji spytać, okazało się, że te księżniczki [zauważyliście, że w rejestracjach zawsze robią najbardziej zmęczone i zniechęcone, a także nielubiące swej pracy panie?] nie zaniosły mu jeszcze kartotek i on nie wiedział, że ma pacjentów.

Czwartek - z Jajem coraz gorzej, prawie nie je, nie śpi, koszmarek. I leków nie chce brać.

Piątek - starcie ze zmianową w pracy. Ok, spóźniłam się dwadzieścia minut. Próbowałam jej wytłumaczyć, że mam chore dziecko, że tylko ja i Samiec możemy jej podać leki, bo dziadki nie mają serca, a ona zaczęła z mordą po mnie, że pracuję sobie w nienormowanym czasie, że jak będę się spóźniać, to będę też zostawać, więc ja na to, że w poniedziałek zostałam dwie godziny i czy to wystarczy. Więc usłyszałam, że jestem bezczelna i ona sobie pójdzie do kierownika.
Generalnie baba się uczepiła mnie od jakiegoś czasu. Najpierw, jeszcze za ciepłych dni, gdy się spóźniliśmy, wywiązała się taka rozmowa:
- Korek był na drodze.
- To trzeba było przelecieć!
- No, ja bym przeleciała, ale A. nie przeleci!
- A. cię przeleci? A, i dlatego się spóźniłaś!
I nic by nie było, gdyby nie to, że potem darła się na cały magazyn, że taki zajebisty dowcip.
Potem, gdy miałam na rano, ona schodziła z nocki, czepiła się tego, że mam jakieś specjalne prawa, bo u nas nie ma zmiany na rano, że ona to zmieni, to moje chodzenie. Sorki, ale propozycja, że mam chodzić tak, jak Samiec, nie wypłynęła ode mnie, tylko od zmianowych, więc skoro oni się między sobą nie potrafi dogadać, to chyba nie moja wina. Tzn: między sobą potrafią, z nią nikt nie potrafi.
Pominę już, że jak jestem na sprawdzaniu, to pilnuje mnie, żebym komukolwiek nie szła na rękę, nie pomogła. No i ten mój nieszczęsny palec. Że niby zostanę ukarana. Za co? Za to, że nie zgłosiłam wypadku w pracy? Kto by miał z tego powodu problemy? Ja, czy zakład? Za to, że nie poszłam na L4 i jeden dzień poprosiłam o to, żeby być na innym stanowisku? Czy może za to, że pomimo choroby dziecka też nie poszłam na zwolnienie?
A, i jeszcze miała czelność poinformować mnie, że składamy się po dyszce na porządne radio [a słuchają zdecydowanie nie mojej muzyki] i czajnik [z którego też nie korzystam]. Kiedy powiedziałam jej, że nie mam pieniędzy, powiedziała coś w rodzaju "nie musisz dziś". Nie, nie odpowiedziałam jej, że niech się składają ci, co pracują za najniższą krajową, lub więcej. To powiem kierownikowi.

Tak, jestem elementem aspołecznym.
I nienawidzę zarówno odpowiedzialności zbiorowej, jak i wszelkiego rodzaju składek. No, poza zrzutą na piwo/wódkę. Pozostałości po młodych latach, sentymencik taki.

Ok, wyżaliłam się. W sumie, to jak pójdę na dywanik, to może druknę sobie tą notatkę, zamiast znowu powtarzać kierownikowi.
12:29, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 lutego 2012
Są takie okresy, że w mediach nie słyszy się o niczym innym, tylko o śmierci. Umierają dzieci, dorośli, sławni, zwykli-niezwykli, różni. Do wyboru, do koloru.
Kiedy nie jestem w pracy i akurat siedzę w domu, nic o tym nie wiem. Zmarła Wisława Szymborska, zrobiło się nagle smutno, ale...

Właściwie przecież
Nie zabraknie poezji nagle
Lecz po prostu gdy dzwon zabije
Wieko spektakularnie
Nie uniesie się

Nie żyje mała Madzia, jedna wielka zagadka, jak zmarła, co się dzieje w głowie jej matki

Tak szkoda tego małego życia
Lecz przecież Bóg
Kolekcjoner lat
Potrzebował kilku drobnych
By wyrobić normę

Spalone zwłoki dziecka w Gorzycach bodajże i znowu

Psy wieszane na matce
A ona nie odszczekuje
Tylko zaciska sobie na szyi
Pętlę tajemnic

Dzisiaj wiadomość o Whitney Houston

Na dźwięk ciszy
Twój głos już się nie płoszy
Zatrzymał się wewnątrz
Obrażony ciałem

I tak w ogóle to ponuro się robi chwilami.

A my sobie żyjemy. Pomimo całego żalu do świata, staram się nie oceniać matek. Głupio tak powiedzieć "giń, suko", czy obdarować ją jeszcze gorszymi epitetami, a potem dowiedzieć się, że jednak nie z jej rąk zginęło dziecko. Ja mimo wszystko uważam, że kwestia ukrycia/spalenia zwłok dziecka nie kwalifikuje do karania, jedynie do leczenia. Do kary kwalifikuje to, co zrobiła mama Madzi, że postawiła na nogi całą Polskę, a teraz co? Zginie gdzieś naprawdę dziecko komuś, to opinia publiczna w postaci sfory nienażartych internautów [no, kurwa, wyżyliby się na boisku, to by im testosteron się spożytkował, a tak to warczą na siebie nawzajem, pieprzone zwierzęta] wyda wyrok, że "znowu to samo".

Jajo po raz drugi włożyła sobie coś do nosa. Kierownicę z autka. Stwierdziłam, że nie pojadę znowu w rejs po szpitalach, tata chwycił ją za ręce, mama za głowę, a ja kazałam dmuchać nosem. Trochę wydmuchała, trochę wyciągnęłam. Usłyszałam to jej słodkie: "Dzięki, juź mi jeśt lepiej!". Posadziłam sobie na kolanach, ona uryczana i usmarkana jeszcze, mówię: "Jajo, nie wolno wkładać niczego do nosa, rozumiesz?" I tu spojrzenie tych rozkosznych, niebieskich ślepków i pytanie: "A dlaciego?"

I jeszcze jedno. Moja mama mówi do Żuji: "Ty małpo wstrętna!" Z drugiego pokoju przylatuje Jajo: "Tutaj jeśtem!"

15:44, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »