Skopiuj CSS
środa, 24 stycznia 2018
Ostatnio ciężka rozmowa o tym, co czujemy po śmierci Moni. Że mamy wyrzuty sumienia, że nikt jej nie chwycił za kudły i nie potrząsnął. Że nie marudził jej, że nie zmusił.

Tyle, że to nie miałoby sensu. Była przekorna i uparta (a która baba w tej rodzinie nie jest?), wyszłoby na jeszcze gorsze. Niestety, na sprytnych i przekornych nie ma rady (piszę tu jako Żona Lenina, który zawsze zrobi po swojemu, nawet gdy z niewinnym spojrzeniem przyznaje rację). Nie można było nic zrobić, jeśli chciało się poszanować jej prawo wyboru. Zrobiła, jak chciała.

Tak, czasem nadal się na nią wściekam, ale jednocześnie wiem, jak się bała. I wiem, że wydawało jej się, że wszystko będzie dobrze, że przechytrzy los.

Wyrzuty sumienia to normalna część żałoby, mnie obezwładniały długo, chyba dopiero kilka lat po urodzeniu Jany przestałam się zamartwiać, tłukąc sobie do głowy, że byłoby to nie fair względem niej, bo wtedy moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Trzeba ruszyć do przodu.

Ale kiedyś, nie teraz. Jeszcze nie.
18:47, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 stycznia 2018

Kiedy spotyka się po latach człowieka i zaczyna się opowiadać, w jakim punkcie się jest, często to dobry moment na podsumowanie.

Ciężko mi czasem określić się tak, aby rozmówca zrozumiał, jak wygląda moje szczęście i jednocześnie nie popaść w stan cukrzycowy. Bo jestem szczęśliwa.

Mogłabym wymieniać rzeczy, których nie mam, ale jednocześnie przy każdej myśli o tych brakach w mojej głowie układa się kolejna, która mówi mi, że mam coś.

Bo np: nie skończyłam studiów (nie zaczęłam też, hehe), ale uczę się cały czas, na dodatek w czasie, który poświęciłabym wtedy na studia, ja postawiłam na związek (tego, co się wtedy wyseksiłam, nikt mi nie odbierze, ha!)

Nie mam ambitnej pracy, ale mam pracę spokojną, bezstresową. Z fajnymi ludźmi i całkiem miłą atmosferą (owszem, na innej zmianie może nie byłoby tak lekko mojej rogatej duszy).

Nie zarabiam kokosów i często muszę liczyć każdy grosz przed wypłatą (gdybym jednak czasem zrezygnowała z którejś tam pary butów, czy kolorowanki, byłoby mi lżej), ale wystarcza mi na - patrz nawias.

Nie mam jednego dziecka, ale żyję. Doceniam to, że tak się stało. Zresztą, teraz mój Aniołek dostał Ciotkę do opieki. Czasem tylko ta myśl mnie ratuje przed płaczem.

Mam tylko jedno dziecko, ale jest ono zdrowe. Wiecie, jaka to radość? Ci, co mają wcześniaki, wiedzą.

Nie spędzam wakacji za granicą (i nie mówię tu o czymś ciepłym, tylko np: Islandii), ale na każdym urlopie wypoczywam. Dostał mi się od losu facet, z którym każde miejsce jest ciekawe. Na dodatek potrafi odpocząć. Sam też ma pracę, której nie przynosi do domu. No, dobra, trochę przynosi, jako plotki i anegdotki, ale ja też, co jest tym bardziej śmieszne, że on moich kolegów z pracy częściowo zna.

Wszystko to, co mam, jest niezależne od pieniędzy. Poważnie, nawet zdrowie. Zdrowie to totalna loteria losowa. Np: ja nigdy, przed zabiegiem zaszywania dziury między zatoką a jamą ustną nie wiedziałam, co to zapalenie zatok. Właśnie się dowiaduję, jakie mogą być powikłania zwykłego kataru. Sama radość, jutro lekarz, na dodatek strach, bo przecież Jana ma jechać za tydzień do Zawoi na trzydniówkę, więc pod żadnym pozorem nie może się zarazić.

00:21, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 15 stycznia 2018
Jak łatwo mnie zastraszyć, zamknąć w klatce obaw.
Wczoraj wizyta w sklepie zoologicznym - musieliśmy kupić siano dla gryzaków, przy okazji rzut oka do sprzedawanych zwierząt, jak tam warunki.
Jeden chomik roborowskiego wyraźnie chory. Jedno oko półotwarte, drugiego chyba wcale nie miał. Ruchliwy, biegał po klatce, ale jakiś taki nastroszony, no coś z nim nie tak.
Jakiś czas temu po prostu bym go wzięła (można tak zrobić, jeśli zauważy się zwierzę chore lub okaleczone), na jedną noc do klatki i rano do weta.
Tyle, że włączyły mi się te wszystkie agresywne posty ludzi, że z gryzoniami do weta trzeba od razu (powodzenia, jechałam na nockę), że klatka nie spełnia standardów (55x30, przy minimum 60x40) i uciekłam ze sklepu.
Jest mi cholernie głupio, bo mogłam wziąć tego chomika, nawet ryzykując, że poszedłby do uśpienia. Ale wewnętrznie byłam zablokowana. Tak łatwo jest mnie zniechęcić do czynienia dobra.

Spotkała mnie ostatnio przykrość, wynikająca z tego, że komuś chciałam zrobić przyjemność. Całe moje życie tak wygląda, dobrze że Lenin pod tym względem jest stuprocentowym facetem i w sumie łatwo znaleźć coś miłego dla niego, a i odwdzięczyć potrafi się solidnie.

Jestem jednak skrajnym introwertykiem, bardzo lubię kontakt przez internet. To nie tak, że nie lubię ludzi - bardzo ich lubię, kiedy nie muszę patrzeć na twarze, odgadywać emocji. Kiedy nie muszę zastanawiać się, czy śmieję się w odpowiednim momencie (powaga, zwykle rżę albo nie wtedy, kiedy trzeba, albo dopiero, jak wszyscy się śmieją). Kiedy nie muszę zastanawiać się, czy to że się na kogoś intensywnie patrzę, nie zostanie odebrane jako zaczepka, czy aluzja. Albo, że kiedy na kogoś nie patrzę, nie posądzi się mnie o znudzenie. Albo że rozmawiam z kimś, mając słuchawki na uszach.
I czy mówię za głośno lub za cicho, a może zbyt niewyraźnie.

Plusem zaś facebooka jest to, że można odnaleźć po latach znajomych. Koleżanka, z którą nie widziałam się 26 czy 27 lat odezwała się ode mnie. I od razu przypomniało mi się, jak razem z moimi braćmi, jej bratem - Dawidem, a także Marcinem i Adamem pykaliśmy na commodore.
Takie to miłe...
17:53, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 07 stycznia 2018
Jak zwykle po nockach, tyle że tym razem mam 4 dni na dojście do siebie.
To znaczy: już dwa i pół.
Jak bardzo muzyka pomaga mi w pracy, dowiedziałam się, gdy pewnego dnia zapomniałam odtwarzacza i na dodatek ładowarki, więc nie mogłam użyć telefonu.
To było straszne. Nigdy więcej.

Dostałam zdjęcie Moni, włożyłam sobie do koszyka z owocami i czasem z nią rozmawiam, a czasem tylko mam ochotę złościć się, że tak sobie odeszła. Jest bardzo ciężko, nie tylko z tego powodu, ale czuję się taka, nie wiem, chyba bardzo boję się kolejnego roku, ale liczę na to, że tylko co dziesięć lat będzie czysta masakra i mamy teraz dziewięć lat spokoju.

Odwiedziłam ostatnio Anię, która po wielu ciężkich przeżyciach, przy których moje to pikuś, urodziła zdrowego łobuza. To był jeden z tych cudów, których potrzebowałam. Cud zapracowany przez nią, wymodlony, ale jednak prawdziwy, tak właśnie powinno być.

Wiem, że cuda nie są nagrodą, cuda są taką samą nauką, jak tragedie, ale jednak czasem spotykamy ludzi, którzy na nie zasłużyli.

Tak naprawdę lubię poranne przesiadywanie na kompie, choć nie wyobrażam sobie pobudki o tej porze (w zeszłym tygodniu było zagrożenie pójścia na szóstą do pracy i byłam mocno zestresowana tym faktem). Jednak, gdy zarwana noc ma się już ku końcowi... Jest magicznie. Wszyscy śpią, wszyscy są zdrowi. Są spokojni, nawet pies nie biega i nie szczeka przez sen. Sama otulam się ich nastrojem i jest odrobinę lepiej. Nie, jest naprawdę dobrze, rzadko mam te stany, kiedy nie mam ochoty na nic, ja jednak jestem typem, który w stresie, nawet przytłoczony, będzie się miotał i szukał zajęcia.

Męczy mnie tylko strach, każde kolejne złe wydarzenie przynosi blizny na mózgu, następne rzeczy, których będę się bać.
06:04, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »