Skopiuj CSS
środa, 27 stycznia 2016
W którymś z języków (chyba chińskim) to słowo jest najdłuższe ze wszystkich.
Jestem gadułą. Najczęściej gadam sama do siebie. O pierdołach. Oswajam rzeczywistość, rozmawiając z wymyślonymi przyjaciółmi. Zawsze są niemożliwie inteligentni i pomagają mi wypowiedzieć to, czego rzeczywiście się boję. Odsłaniają moje wady bezlitośnie.
Odkąd nauczyłam się używać ich jako broni w walce z drugą moją głową, są jeszcze fajniejsi, jeszcze bardziej szczerzy i stuprocentowo dyskretni.
Lepszego psychologa nie potrzebuję, a nimi trudniej jest manipulować.

Od poniedziałku siedzę na L4. Niby zwykła ropa w zębie, a i gardło poszło, i zatoki zajęte.

W domu zapominam o muzyce. Jakbym jej zupełnie nie potrzebowała. Czasem Samczysko coś puści (tzn: on zawsze, gdy jest w domu. To pewnie jakaś nerwica, że nie umie w ciszy siedzieć. No i jeszcze to, że non stop zdobywa jakieś nowości, więc musi przesłuchiwać nowe albumy). W domu wystarczy mi cisza. I gadanie Jany.

Tak naprawdę przez cały tydzień ani raz nie siedziałam sama. A tego akurat potrzebowałam. Żeby posprzątać, żeby pomyśleć.

Pisanie mnie nie kręci chwilowo, chociaż opowiadanie prosi się o scenę erotyczną. Powinnam siąść i napisać. A nie umiem.
Co się dzieje z moją głową? Wyciszyłam się, umocniłam, a jednocześnie uciekła gdzieś fantazja. Uciekły z niej wolne słowa, hej, ja nigdy nie chciałam być normalna.

Gdybym była normalna, nie byłabym AŻ TAK kochana...
18:07, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 stycznia 2016
(Jakieś aluzje do seksu)
- Te, a ty ostatnio mówiłeś, że w twoim wieku, to już tylko lodzik tak raz w miesiącu!
- A ty wszystko pamiętasz?
- Ja ci każdego lodzika wypomnę!

To taka jedna ze standardowych rozmów z kolegą z pracy. Niektóre są jeszcze bardziej świntuchowate, inne mniej, lecimy po seksualnych aluzjach od - mniej więcej - piętnastu lat. Taki typ. Zresztą - moja niewyparzona gęba i skłonność do skojarzeń często rodzi podobne rozmowy. Czasem sama sobie się dziwię, że je kontynuuję. Niestety - poczucie humoru mam większe, niż strach przed konsekwencjami takiego gadania, że faceci "mogą je wziąć serio".
W takim razie nie wiem, może otaczam się taką intelektualną elitą (zakładałam wcześniej, że może po prostu jestem taka brzydka, ale brzydsze też bywały gwałcone z równie błahych powodów, więc może tym zboczonym facetom nie o urodę chodzi, tylko inne cechy?), bo nikt nigdy nie przekroczył moich granic. Tzn: próbowali. Jednakże szybko potrafiłam im wytłumaczyć, że nie, to że nie widzę nic złego w robieniu loda, nie znaczy, że zrobię go każdemu. Właściwie nie zrobię żadnemu poza jednym. Że jeśli gadam o seksie, to nie znaczy, że na seks mam ochotę (wręcz przeciwnie, im więcej gadania, tym mniej ochoty). Że jeśli przyznaję się, że lubię seks, to nie znaczy, że pozwolę się choćby dotknąć byle komu (za dotyk dostawali z nawiązką, a pięści miałam zawsze silne i kościste). Tak było i na boisku, i potem w pracy.

Kobiety robią kampanie przeciwko seksistowskim reklamom, które niby w podtekście mają przedmiotowe traktowanie nas. Naszych ciał, naszej seksualności i tak dalej. Nie, drogie panie. Te reklamy są zabawne. Ktoś się postarał. A my, zamiast tworzyć kampanię - po prostu nie dajmy się traktować jak szmaty. Stworzyć kampanię jest prosto - wystarczy pieniędzy. Stworzyć swój własny wizerunek, jako kobiety, której nikt nie ma prawa traktować przedmiotowo - jest trudniej. Potrzeba odwagi, niejednokrotnie trzeba wejść w osobisty konflikt, a to dużo więcej, niż pyskówki na necie w komentarzach. Wiem, jak to boli, kiedy fajny facet próbuje się przystawiać, bo powiedziałaś słowo za dużo, a ty musisz mu odmówić, bo jednocześnie masz ochotę, ale z drugiej strony - przecież wcale się nie znacie (i ten facet też wie - przez kilka tygodni miał bliznę po moich zębach na nadgarstku). Nie pozwólmy sobie wmówić, że nasza seksualność jest czymś złym, że piękny wygląd musi prowokować zachowania natrętne. Owszem, może powodować erekcję, ale uważam, że erekcja jest sprawą faceta, a nie moją. Tzn: faceta, który ma erekcję tylko ze względu na to, co widzi.

I jeszcze taka rzecz: znalazłam obrazek z tekstem "Gdy brzydki facet, dla którego byłaś miła, prosi o numer Twojego telefonu".
Wkurwia mnie to. Bo po pierwsze - prośba o numer wcale nie jest jednoznaczna z chęcią chodzenia, dupczenia, czy czegoś tam. Może po prostu uznał za fajną towarzyszkę rozmowy. po drugie - dlaczego skreślać tego brzydkiego faceta.
I to podobno kobiety są traktowane przedmiotowo...
21:37, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 stycznia 2016
Wczoraj uniknęłam wypadku, który sama spowodowałabym. Właściwie podczas samego wydarzenia nie poczułam nawet przyspieszonego tętna, dopiero potem, w łóżku, pomyślałam, że mogłoby już mnie nie być.
I chociaż twierdzę, że nie boję się, że umrę, bo już i tak żyję po życiu, to ta myśl nie dała mi zasnąć. Jestem na tyle szczęśliwa, że żal mi umierać.

Sól rozpuszczająca się na języku ma właściwości narkotyczne. Potrafię ograniczyć cukier, ale bez soli życie traci smak.

Koleżanka śmieje się inaczej, a ja mam ochotę (ale nie mam odwagi) spytać, dlaczego jest taka przeraźliwie smutna. Może to kwestia wieku i braku dziecka. A może tylko sobie za dużo wyobrażam.

"Threadbare" Stone Sour znowu jakby trochę inspiruje mnie do pisania. Tyle, że boję się powielać schematy. A kawałek jest piękny.
My też jesteśmy threadbare...
05:09, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 stycznia 2016
Pada śnieg. Pamiętam, jak w półmroku szliśmy z mamą do przedszkola. Patrzyłam dzisiaj, jak białe niebo zlewa się z ośnieżonymi dachami i to jest właśnie ten mój DOM na świecie.
Nie poszłam dziś po Janę, bo zaspałam, rano jakiś nawał ludzi chcących nam zaoferować różne rzeczy - zasypiałam przed 8, wtedy zadzwonił kurier, że będzie między 9:30 a 10:30. Kiedy już o wpół do dziesiątej obudził mnie dzwonek domofonu (sprytny Samiec zamknął drzwi z pokoju i nic nie słyszał, a ja śpię jak zając). Kiedy już poszedł podpisywać umowę, zadzwonił jego telefon, z zapytaniem, czy jesteśmy zadowoleni z obsługi.
Samiec często popełnia ten błąd, że zamyka drzwi z sypialni. Ja, nauczona spać przy bawiącej się Jance, lepiej wypoczywam, kiedy słyszę, co się dzieje w drugim pokoju, w efekcie, kiedy on, z troski o mój sen zamyka te drzwi, tak naprawdę powoduje, że budzę się na najmniejszy szmer, zaniepokojona tym, że nie słyszę wyraźnie.
No i na sam koniec, jak już wyszedł do pracy - telefon z banku. Czy chcę wziąć kredyt? Tak, za osiem lat, jak spłacę ten, który mam.

Patrzę za okno. Śnieg mnie uspokaja. Niestety, moje ulubione zimowe buty się rozkleiły. Za to płaszczyk okazał się strzałem w dziesiątkę. Nie marznę zupełnie.

Czytałam artykuł o fałszywych przyjaciołach. Że są przy nas tylko wtedy, kiedy tego potrzebują. Jak dla mnie samo określenie "fałszywy przyjaciel" jest zaprzeczeniem. Przyjaciel albo jest, albo go nie ma. Nauczyliśmy się mówić do ludzi "przyjacielu", nie zwracając uwagi na wagę tego słowa.
Kiedy było mi źle, bardzo źle - miałam wokół siebie tylko kilkoro ludzi.
Kiedy było mi dobrze, nie to, że odniosłam jakiś sukces, którego mogliby mi zazdrościć, to też większość ludzi się odsunęła. 
Ale najbardziej boli, kiedy ktoś wyciąga do Ciebie rękę, aby pomóc, a potem obrabia tyłek, że byłaś taka słaba, albo że sama sobie zgotowałaś ten los, bo byłaś taka silna i nieustępliwa.
Idę pisać. Drugi dzień sama w domu, sama w autobusie, wymyślam sobie ludzi dookoła mnie i z nimi rozmawiam, bo zwariowałabym.
Szykuję się do rozmowy z nauczycielkami. Wysłuchać, co one mają do powiedzenia, nie zagadać na śmierć. Taki cel.
Chociaż sama nie wiem, czy trzeba. Inteligentny człowiek da sobie radę. A Jana nie musi odnosić sukcesów na wszystkich poziomach.

Na youtube nie ma "Into the ocean" Saranga. Utworu, który najbardziej mi podszedł z całej płyty.
Czyli chyba osiągnęłam krańce internetu.
17:32, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 stycznia 2016
Po ostatnich przejściach przed zebraniem mieliśmy ciężką noc. Jana płakała (wręcz dostawała spazmów), bo "nie wiem, co ci znowu pani opowie". Jest dzieckiem. Jeśli nie zwróci się jej uwagi od razu (i to zwróci w sposób stanowczy, ona jest mistrzem wyślizgiwania się), to zapomina, że coś złego zrobiła, bagatelizuje... W efekcie, kiedy sprawa wypływa po miesiącu, czuje się czysta i niesłusznie oskarżona. Kończy się właśnie tak, jak wczoraj.

No, ale zebranie minęło lekko, oceny ma bardzo dobre (nawet zbyt dobre, chociaż moja mama twierdzi, że ja gorzej pisałam, ale aż żałuję, że nie może znaleźć moich zeszytów z pierwszej klasy, bo AŻ tak źle nie było - przede wszystkim - używałam poprawnie gumki do mazania, a nie dwa maźnięcia i napisać od nowa, co potem wygląda jak cokolwiek), jedynym problemem jest u niej utrzymanie porządku wokół siebie. Cóż. Ta umiejętność nie mieści się ani w moich, ani Samca genach.

Jest jednak ważny problem. W tym roku będzie mało pierwszych klas i miasta, szkoły, robią wszystko, aby było ich więcej. W związku z tym, jak zapewnił dyrektor, będą się starali ściągnąć jak najwięcej sześciolatków do pierwszych klas, ale też... Mieliśmy spotkanie z psychologiem, które wyglądało mniej więcej tak: "Drodzy rodzice! To, że wasze dziecko ma bardzo dobre oceny, nie znaczy, że jest dojrzałe emocjonalnie, może pozwolicie mu pozostać w pierwszej klasie?" Z tłumaczeniami od rozwoju kośćca, który w wieku sześciu lat jest słabszy, a w wieku siedmiu lepiej sobie radzi z długotrwałym pisaniem, po umiejętność skupiania się na lekcji. "Bo teraz jest dobrze, ale to może dać złe efekty później."
Helloł. To rok temu moja pięcioletnia Jana miała wysoką zdolność, a teraz jej się zmniejszyła? Kolejny rok w pierwszej klasie byłby zabójstwem jej ambicji, chęci rozwoju. Jednym z błędów tego wpychania sześciolatków do pierwszej klasy było traktowanie ich łagodnie, żeby nie zniechęcać, co odbiło się na ocenach - nauczycielki specjalnie dały nam do obejrzenia testy, abyśmy mogli realnie ocenić umiejętności dzieci. Z tym pisaniem bywa różnie u niej, owszem. Ale podejmę się zadania ćwiczenia z nią w domu, nawet w czasie wakacji, zwłaszcza, że zaczyna myśleć o pisaniu pamiętnika. To jest błąd, że kazano im tak oceniać, aby dzieci się nie zniechęcały. Bo tak naprawdę - patrząc na oceny - nie ma się możliwości ustalenia, jak dziecko dostosowało się do szkoły. Wiem, że Jana ma pewne niedociągnięcia, ale chce. Stara się. Uczę ją, że nie oceny są ważne, tylko postępy. Dostała ładną notatkę, że coraz lepiej radzi sobie z czynnościami samoobsługowymi. To cieszy. I ocena "ponad wymagania" z prac plastyczno-technicznych. Zdziwiło, bo myślałam, że najlepszą będzie miała z muzyki, ale może po prostu nie ma się jak wykazać, śpiewać się wstydzi, a tańce mają pewnie na podstawowym poziomie.

Wróciłam wymęczona, ale zadowolona. Nie chcę przetrzymywać Jany w szkole drugi rok. Da sobie radę. My jej pomożemy. Zwłaszcza, że szkoda byłoby rozbijać klasę, kiedy nauczycielki same mówią, że od początku roku widzą zmianę na lepsze u dzieci, jak one potrafiły się dostosować do warunków szkolnych.

***

Do piosenek, które sprawiają, że mózg tańczy erotycznie, dodaję "Dygoty" Strachy Na Lachy. Taki ładny obrazek.
I "Neurowizję" Żywiołak.
13:21, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
środa, 13 stycznia 2016
Kolegę K. poznałam w czerwcu zeszłego roku, a od początku wydawał mi się jakiś znajomy. Chociaż, oczywiście - nie widzieliśmy się od tego czasu, a wymiana zdań przez fb była bardzo ograniczona.
Wczoraj zajrzałam do skrzynki mailowej i już wiem.
Jest strasznie podobny do Spree. Taki na dystans. Nie to, że jakiś niesympatyczny, czy coś, ale właśnie na dystans. Jedna z tych znajomości, które mogę odpuścić, a wiem, że kiedyś wróci.

Maila do Spree zgubiłam gdzieś. Mam tylko ten stary. Szkoda.
Brakuje mi czasem tych jego ostrożnych, chłodnych maili o wszystkim i niczym.
To był drugi biegun mojej korespondencji. Na tym ważniejszym był Samiec, chodzący entuzjazm i ciepło.

Nie da się doradzać ludziom. Mogę powiedzieć, jak ja to widzę, czy co ja bym zrobiła na czyimś miejscu, ale nigdy nie wzięłabym odpowiedzialności za to, co ktoś zrobi pod wpływem mojej rady.

Szkodliwość smogu odczułam na własnej skórze, a raczej na sercu. Cztery dni kołatania, pomylonego rytmu i uporczywego kaszlu. Czyżbym miała brać L4 za każdym razem, gdy stężenie syfu będzie większe, niż powinno?

21:22, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 09 stycznia 2016
Marnując czas na fejsie (no, nie całkiem marnując, bo akurat prowadzę rozmowę na temat literatury), wpadłam na artykuł poświęcony muzyce, która kręci kobiety.
Tak naprawdę tańczyć mogę przy wszystkim, aczkolwiek moje sumienie nie pozwala mi na odczuwanie pełnej przyjemności podczas tańca do disco polo, czy techno. Jak to kiedy określił mój kuzyn - ta rodzina nawet do Slipknota potrafi jebnąć przytulańca. Takie geny. Taniec, śpiew, alkohol, normalnie - współczesny Olimp, na stołach w roli głównej mięcho, w rolach drugoplanowych pierogi, żur, wino, takie tam. A potem czat z Posejdonem.

Ale mam kilka swoich typów, które uwielbiam.
Chris Cornell - "Your soul today"
Slipknot - "Virus of life", "Custer", "Prosthetics" i, niespodziewanka - "Iowa"
Nine Inch Nails - "Perfect drug"
Garbage - "Sleep together", "Temptation waits", no i "Automatic systematic habit"...
Smashing Pumpkins "Pug" i "XYU"
Sliverchair "Steam will rise"
Sepultura - i tu nie podam tytułu, bo nie pamiętam. Pamiętam jedynie, że podczas jednej piosenki... Eeee, nieważne. Nie wiedziałam, że da się tak szybko. Czy coś.
Alanis Morissette "You oughta know"

Nie chodzi mi o teksty. Jak widać, tempo też bywa różne.
I nawet nie mam żadnych wspomnień związanych z tymi utworami. Tak się jakoś dzieje.
...

Czekam na Samca. Może sobie razem posłuchamy... Muzyki?
22:01, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
Dostałam komentarz na jednej z głupszych stronek fb, kiedy stwierdziłam, że jakby mi dziecko przyszło do ręki z jakąś erotyczną zabawką i spytało, co to, to powiedziałabym prawdę, że to tajemna zabawka rodziców. Głównie dlatego, żeby potem nie było wstydu, jak będzie podbierać mamie i próbować używać do tego, czym ją zbyłam (tak naprawdę chodziło mi o to, żeby nie miała obciachu przy kolegach. A najzupełniej poważnie, to jakby mi jakąś zabawkę erotyczną przyniosła, to Samiec musiałby się grubo tłumaczyć, bo póki co - nie wiem, żebyśmy jakieś mieli). W komentarzu były słowa, że wstyd to będę miała, jak przy rodzinie powie, że mama ma gumowego pisiora, którym się bawi.
Sorry, ale jaki to wstyd, że ktoś sobie robi przyjemność? Jasne, ubaw mieliby po pachy, ale chyba nie wstydziłabym się tego. No, trudno, wyszło na jaw. Wstyd to jest wtedy, kiedy się kogoś okradnie, albo komuś ubliży. Kiedy się komuś obrabia dupę. Wtedy się wstydzę.

Tzn: ja się jeszcze wstydzę śpiewać, mówić, zaczepiać obcych i takie tam. Ale to kwestia nieśmiałości i nie ma związku z tym brzydkim wstydem. Traktuję to jako naturalną reakcję organizmu, ot - hormonów zażenowania mam po prostu więcej, niż normalni ludzie.

Wstyd jest wtedy, kiedy robi się coś złego. Miałam świetnego nauczyciela seksu, który pokazał mi, że w łóżku nie ma nic złego, jeśli obydwie strony się zgadzają.

I mam wspaniałą rodzinę, która mówi, że nic, co ludzkie, nie jest brzydkie. I nie ma tego złego, czego nie można obśmiać.
I, że dopóki się śmiejemy z czegoś, to znaczy, że nie jest to złe.

Trudne nocki. W dwa dni trzy nadgodziny. Ledwie żyję. Rano padam na twarz i śni mi się kompletowanie zamówień. To skutek uboczny taśmy - kiedy pracowaliśmy na wózkach, śnili mi się raczej ludzie, teraz tylko leki.

Zabawne, jak w nowym roku schodzą antydepresanty na równi z lekami na trawienie. 

Rękę od telefonu mam odmrożoną na kostkach, nie umiem stać sama na przystanku, czasem po prostu muszę zadzwonić i pogadać. Skutkiem tego jest ból. Trudno. Ważne, że psychika w miarę stabilnie.


Przemawia moim językiem.
18:15, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 stycznia 2016
Zawsze ostatnią nockę witam z radością. Tak jest co dwa tygodnie. Dzisiaj siedzę w domu sama. Nie lubię tego. Samczysko odwiózł Janę do mojej mamy, a sam pojedzie do pracy.

Znowu górą strach. Cały zeszły rok przeżyłam z jednym opakowaniem hydroksyzyny, zostały mi jeszcze trzy tabletki i tak, jestem z siebie dumna. Owszem, cierpię na bezsenność, ale to już nie taki wielki problem, zwłaszcza, że jak już raz zasnę, to śpię do bólu (kręgosłupa, odcinek szyjny nadaje się chyba do wymiany).

Poza tym - jestem spokojniejsza. Odpuszczam więcej. Nie robię krzywdy własnemu zdrowiu z tego powodu, że ktoś jest wredny, czy ma zły dzień. Odpuszczam, bo jestem dla siebie najważniejsza. Brzmi, jak z poradnika, trudno. Taka jest prawda, że dusząc gniew niszczę siebie. Z kolei wrzeszcząc na kogoś, niszczę stosunki z ludźmi, z czasem błahych powodów. Niestety, jeszcze nie wszystko umiem załatwić dyplomatycznie, zbyt wiele sytuacji nauczyło mnie, że wrzask jest na krótką metę najbardziej efektywnym rozwiązaniem. Chociaż jest pewna różnica pomiędzy krzykiem, a używaniem "wielkiego głosu". W "Rodzinie zastępczej" dziewczynki nauczyły Śliniaka kilku sztuczek i, jak potem tłumaczyły: "Bo to trzeba mówić tak, żeby wiedział, że nie ma wyjścia." Coś w tym jest. Na ludzi też skutkuje. Poza tym - przez te cholerne grube brwi i sińce pod oczami (no, i zmarszczki wokół ust po Olafie) jedynymi uczuciami, jakie naprawdę moja twarz doskonale pokazuje, są smutek i złość. Łatwo to wykorzystać.

Jana wychodzi i echo zostaje. Te wszystkie słowa jeszcze wiszą w powietrzu, ono do mnie cały czas mówi. Głowa nie wytrzymuje, ja się cały czas boję. Kiedy tylko jej nie widzę mam kingowskie wizje wypadków, zadławień, złych ludzi i wściekłych zwierząt. Macierzyństwo jest koszmarem. Matki z ubogą wyobraźnią są złymi matkami. Matki z bogatą wyobraźnią są złymi matkami z drugiego końca skali.

Zamykam wewnętrzne oko. Miłych snów.
O, tak:
17:14, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 stycznia 2016
Wchodzę nad ranem do łóżka i wtulam się w Samca.
To chyba najlepszy moment dnia. Oczywiście, nie zasypiam od razu, nadal męczy mnie bezsenność, ale nerwy nieco odpuściły, zwłaszcza przy tej pogodzie. 
Nawet kolorowanki chwilowo mniej mnie zajmują, aż dziwne.

Za to czytam po raz kolejny "Historię Lisey" Kinga.
Uwielbiam opis miłości doskonałej, miłości do niedoskonałego człowieka. Nie, ja nie jestem Lisey, jestem raczej jak Scott. Może nie aż tak skrajnie szalona, wszak dzieciństwo miałam normalne, ale jest we mnie wiele tego... Nie wiem, wiele przestrzeni, do której wchodzą. Wiem, kontakt ze mną jest ciężki czasami, bo NIE SŁYSZĘ. Ja nie jestem znikiem. I nie jestem złamazią. Jestem czymś nieco mniej zaakcentowanym, niegroźnym dla otoczenia. Bardzo lubię tę książkę.

Wczoraj zoo i piękne pawie na śniegu. Zoo to jedno z naszych magicznych miejsc, bywamy tam często, na przekór wszystkim obrońcom natury. Nawet nie chce mi się z nimi kłócić. Czasem tylko staję w obronie naszego Śląskiego Ogrodu Zoologicznego, jak wieszają na nim psy, że takie zaniedbane i w ogóle. Nie jest zaniedbane. Zaniedbane to było zoo we Wrocławiu w 2004 czy 2006 roku. To był dopiero syf. W tej chwili jest piękne, ale wtedy wyszliśmy zniesmaczeni ciasnotą, tym że jest w centrum miasta, koło ruchliwej ulicy. W porównaniu z nim Śląskie wydawało się piękne. Teraz we Wrocławiu jest lepiej (pewnie tam pojedziemy w tym roku), ale i w naszym ciągle wszystko się rozwija.
Ale lepiej ponarzekać. W jakiejś książce o Ślązakach czytałam, że w ich naturze leży narzekanie, to jakiś przesąd, żeby nie chwalić się tym, co swoje, bo ktoś zauroczy. Może to stąd się bierze. Całe życie spędziłam na Śląsku, nie wiem, nie do końca jestem tu swoja.

Dojazdy do pracy mnie męczą. Ale znoszę. Odtwarzacz działa, mimo krótkich awarii. I tak pięknie brzmi Sia w autobusie...
Wyłapałam z radia...

Tego akurat nie mam u siebie. Ale ładne.
18:38, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 stycznia 2016
Za oknem coś sypie. Delikatnie, nieśmiało, taka drobna kaszka, ale JEST. I tym razem nie rozpłynie się przed porankiem, bo temperatura poniżej zera.
Ludzie w blokach z centralnym ogrzewaniem narzekają na zimno.
Ja nie potrafię. Palę w piecu i to jest taka cudowna czynność. Siedzę, patrzę w ogień, który nie huczy, a wyje po prostu, cug jest taki, że łopatkę z ręki wyrywa, a ja siedzę pokurczona, zmarznięta i cieszę się, że w końcu jest zimno.

Jana: "Mamo, to ILE DNI jeszcze będzie tak zimno?"
Ona woli lato, zwłaszcza, że nie pamięta porządnych zim. Na przykład tej jej pierwszej, kiedy w domu rano mieliśmy poniżej 10 stopni, a ona leżała w łóżeczku ubrana tak, że nie miała możliwości ruchu...

Kocham zimę. Oczywiście - drażni mnie to, że tak ciężko wyplątać się ze słuchawek, rękawiczki dwupalcowe utrudniają operacje na Sansie, czy telefonie, nie mówiąc już o ŚKUPie, ale wystarczy że pomyślę o tych upalnych miesiącach, kiedy nie dało się oddychać, słońce celowało w oczy, ogłuszało mózg i cieszę się z zimy. Psychicznie odpoczywam. Poprzednią zimę przeżyłam w takim stresie, że nawet nie zauważyłam, jak minęła. A może jej wcale nie było. I zawsze cieszę się pierwszym śniegiem, jakby miał to być ostatni. Globalne ocieplenie i takie tam.

Żyję.
Siedzę pod piecem, czytam książki i patrzę w ogień.
Będzie mi tego brakować, jak poprowadzą centralne ogrzewanie.
18:51, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 stycznia 2016
Ha. W końcu zdobyłam się na Muzyczne Podsumowanie Roku.
Nawet nie mogę napisać "Rocku", bo w sumie różnie bywało.
Przede wszystkim od strony koncertowej było w miarę stabilnie. Rock Noc, Luxtorpeda w Mega, Lao Che w SCK, no i najważniejsze - Impact Festival.

Przypominam, że większość z tego, co wymieniam, to to, co miało na mnie wpływ w zeszłym roku, a nie to, co się wtedy pojawiło, więc może się okazać, że wyciągam zupełne starocie (chociaż akurat w tym roku miałam kilka solidnych odkryć).

Ulubiony zespół:
Slipknot. Kurcze, no bezkonkurencyjnie. Przebił Stone Sour, może przez to, że byłam w końcu na koncercie i poczułam coś więcej. A może dlatego, że Stone Sour jest prosty i nieskomplikowany. Slipknot żarłam bez opamiętania.

Co do polskich zespołów, to miałam dylemat, gdyż dwa najlepsze - Sarang i God's Favorite Drug są anglojęzyczne, a to w pewnym sensie odejście od zasad. Za to Ludwik - niestety, za dużo hip-hopu, niestety - rozumiem teksty, co w tym przypadku jest minusem. Pod koniec roku pojawiła się u mnie Kapela Hanki Wójciak, ale jednak z God's Favorite Drug przegrała.

Ulubiony wokalista - nie da się ukryć. Corey Taylor. Nie pojawił się w tym roku nikt, kto miałby TAKI głos. Z takim wszystkim. Są ludzie, którzy widzą dźwięki w kolorach, ja je widzę w postaci kształtów, czuję palcami. Taylora jest niepowtarzalny, gładki, a od spodu chropowaty i twardy. Nigdy się nie ugina.
Kurde, zabrzmiało zbereźnie.

Ulubiony wokalista polski - Olek Kopka. Wprawdzie wokalista Saranga niewiele mu ustępuje, ale jednak. Może dlatego, że Olka obserwuję dłużej, a w tym roku trafiło się tyle fajnych koncertów...

Ulubiona wokalistka - Sia. Zaskoczenia nie ma. Duet Sia-Taylor byłby spełnieniem moich marzeń muzycznych. Sia zaskoczyła mnie najpierw "Chandelier" (bo wcześniejsze piosenki z radio nie pokazywały jej możliwości), a skradła mi serce "Elastic heart", które pokiwało mi głową i wpadłam po uszy.

Ulubiona wokalistka polska - Hanka Wójciak. Taka swojska baba, coś w rodzaju łagodniejszego Żywiołaka. Takiego mniej mrocznego, ale bardziej smutnego chwilami. Przekorna po babsku.

Ulubiona piosenka polska: "Moja mantra" Kapeli Hanki Wójciak. Od pierwszej chwili pomyślałam, że to ja. Czułam zły finał, przez te wszystkieg obietnice śmiechu - i był smutny. A poznałam to w pracy. Głupio tak w pracy mieć łzy w oczach, podczas, gdy cała reszta jaja se robi z tego, co akurat leci "bo takie wiejskie".
A jednocześnie "Stone Ritual" God's Favorite Drug, bo ta piosenka ma moc. Jeden z tych utworów, które są doskonałe i na płycie i na koncercie i zawsze mi się do nich gęba śmieje.

Ulubiona piosenka zagraniczna:
Dylemat roku.
Bo i "Elastic heart", i "Dressed in black", i "Broken biscuit", i "Automatic systematic habit", i "Soma" w scoverowanej wersji, i nadal "Iowa", której potrafię słuchać kilkanaście razy pod rząd, i "Goodbye", i "killpop" nawet miały nominację.
Ale wybieram "Custer" Slipknota, bo to dobry zwiastun na najbliższe lata.

Ulubiony teledysk:
Nie oglądałam teledysków. Dwa wymienię, ale raczej z braku konkurencji, niż dlatego, że są wyjątkowe:
"Burning alive" God's Favorite Drug
"Don't bring me down" Sia.

Wydarzenia muzyczne wymieniłam na początku. Jeśli miałabym coś jeszcze dodać, to genialny występ Godsmack na Impact Festival. Do dziś mam przed oczami euforię na twarzach ludzi, szczególnie takiego gościa, drącego się przy "Crying like a bitch".

Ulubiony album:
Sia - "1000 forms of fear" - od niego zaczęłam przygodę z Sią. Cudowny album wracających do życia. Dla mnie na ten rok. Idealna poduszka do usypiania własnych strachów.
18:32, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »