|
Archiwum
O autorach
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Bej
Blog.interia
Blog.pl
Blox
Ciekawostki
Dziewczynki moje specjalne
Idole
Kuźnia hasełek
Moje pierdółki
Muzyka
Niekategoryzowalna
OCENIĄ. ALBO I NIE.
Przyda się...
Samczysko
Szablony
Teksty piosenek
Tenbit
Z tego jestem dumna
Tagi
|
niedziela, 08 stycznia 2012
piątek, 06 stycznia 2012
Nowy rok zaczął się od zmiany ze znielubianą przeze mnie osobą, więc cieszę się, że ten pierwszy tydzień minął, kosztował mnie bóle brzucha, ale już po. Właściwie jest dwoje ludzi w robocie, którzy potrafią nieświadomie, a czasem nawet wbrew swoim zamierzeniom zepsuć mi humor. Z Jajcy już całkiem duża panna się robi. Humorzasta i uparta, aż czasem ręce opadają, nie wiem, jak Samiec znosi te nasze kłótnie, chyba ma jakiś wyłącznik w mózgu. Zima jest w tym roku do dupy. Zero śniegu, zero przyjemności wizualnych z tym związanych. Wygrałam płytkę Chrisa Cornella na Esce Rock za niespodzianki pierogowe. I kalendarz. I czekam na przesyłkę. Poza tym to znowu ja i nadal nie mam czasu na internet. Schudnąć udało mi się nie, wszystko w normie, tylko głowa czasem nawala. I bardzo opornie piszę opowiadanie. Baaaardzo.
piątek, 09 grudnia 2011
wtorek, 08 listopada 2011
Chodzę z liśćmi w kieszeniach, jeszcze nie muszę odpowiadać na sto różnych pytań, ale wiem już, że "telefon jeś dupi", "pan siel lobi, to tuchaś jeś teź" i taki dialog: Samiec opowiada bajkę: - Jak będziesz duża, to przyjedzie do ciebie książę na białym koniu..." Jajco: - Nie! - Nie? A kto przyjedzie? - Cisiu! [czyli Kryzys] W robocie dziwnie, zwolnienia za zwolnieniami, a mimo to jakoś tak... Nie wiem, jak polecę, to uznam to za kopniak w dupę, który mnie zmusi do zmiany pracy.
środa, 19 października 2011
"Tata yma, papa ufim Ucią" Taty nie ma, poszedł na spacer z pieskiem, Żujcią. "Ziaba płyła łodzie" Żaba pływa w wodzie. "Midolki" Pomidorki. "Tocham cię" Kocham Cię "Bwum lata nie" Auto nie lata "Tutucie mają to" "A co mają tutucie?" "Pląbę" Słonie mają to. Co mają słonie? Trąbę. "Siop plać" Szop pracz "Dołąki" Gołąbki I taki wierszyk, na zmianę mówiony z Tatusiem: Samiec: Idzie Jajo: Lak S: Niebo... Jajo: Lak. S: Jak u... J: Jebie... I konsternacja. A chodziło o to, że Jajo mówi "Diębie" zamiast "Będzie". Kiedy kogoś trąci przez przypadek, mówi: "Pleplasiam", a kiedy podaje, mówi "Plosię". Poza tym mówi wszystkie literki, ale wtedy, gdy jej to pasuje. Ja jestem jakaś taka wymęczona. Biegam po tym magazynie, czasem tkwię w regale i sprzątam do oporu, dla własnej satysfakcji chyba, a może po prostu nie lubię się nudzić.
sobota, 15 października 2011
Wykończona jestem tym stylem życia, nie dla mnie bycie nowoczesną mamą, nie czuję satysfakcji z tego, że mam jako-tako stabilną pozycję w robocie, cieszy jedynie, że Jajo rozwija się idealnie, książkowo i bez ubytków pomimo wiecznej rozłąki z rodzicami. Niech żyją babcie! Mówi, opowiada, opisuje. Kłóci się z nami, pokazuje różki, wymusza. Zrobił się z niej trochę niejadek, ale cóż, bywają gorsze rzeczy. Sąsiadkę z dołu zalaliśmy trzeci raz. Niby nie nasza wina, niby to przecież rura pękła, a nie myśmy coś spieprzyli, ale odszkodowanie zapłacić trzeba. Szacun dla niej, że pomimo nerwów, nie robiła awantury. Ja bym nie wytrzymała. W robocie na dobrą sprawę nie ma do kogo gęby otworzyć czasem. Plotki z babkami, zwierzenia, narzekanie, to, owszem, jest naturalne, ale tego nie zaliczam jakoś do rozmowy, bo to jest jak oddychanie. Ostatnio mnie jedna przemaglowała z Olafa. Nie, już nie płaczę, nie byłoby to fair względem Jajcy, bo przecież gdyby on żył, to pewnie by jej nie było, czasem rozumiem to, jak katolicy mówią, że taka wola Boga i trzeba się z tym pogodzić, bo inaczej się zwariuje. Brakuje mi jakiegoś dowcipkowania. To znaczy - w głowie to ja sobie cały czas opowiadam wesołe historyjki, a potem muszę się tłumaczyć, że mam bogate życie wewnętrzne, nie to nie tak, że jestem nienormalna. Ogólnie - nie chce mi się nic. A na dodatek mam okres. A na dodatek Czype jest w ciąży again. I na dodatek... A, nic. Właściwie nic więcej nie opada mi rąk. "Tata yma, papa ufim Ucią" "Ziaba płyła łodzie" "Midolki" "Tocham cię" "Bwum lata nie" "Tutucie mają to" "A co mają tutucie?" "Pląbę" "Siop plać" "Dołąki"
czwartek, 29 września 2011
Z tych wszystkich rzeczy, jakie daje internet, brakuje mi tylko bloga. Chociaż skaczę czasem na fejsa i nk, ale to tylko dlatego, że na tamte strony nie muszę wymyślać notek. Zmęczona sakramencko, ranna zmiana działa na mnie zabójczo, dziś mam wielki kryzys, aż mi się film urywał. Jajca powiedziała pierwsze brzydkie słowo i to nie po mnie powtórzyła, a po Samcu - "ciul". Powtarza poza tym wszystko, co się da, jest coraz słodsza, coraz mądrzejsza i kocham ją coraz bardziej. Z Samcem... No, cóż, obydwoje jesteśmy przemęczeni powrotem do pracy po urlopie. Staramy się na sobie nie wyżywać, ale czasem się nie da. Ale to chyba znaczy, że jeszcze jesteśmy blisko. I naprawdę chciałabym iść do Olka na koncert, bo przecież warto razem różne rzeczy przeżywać, ale nie mam siły. Koncert jest jutro o dwudziestej, a ja o siódmej już lecę z nóg, poza tym, mama Samca też musi odpocząć od Jajcy. I mam gg na komórce, więc czasem sobie pogaduję [czyt: zamęczam] ciężarną Mad, jak akurat jest pod ręką. Fajna rzecz, takie gg...
piątek, 26 sierpnia 2011
...Naprawdę nie rozumiem demota, w którym ktoś [przypuszczalnie kobieta] zarzucała współczesnym mężczyznom, że wymagają od kobiet dokładnej depilacji, sami będą zarośniętymi jak Puszcza Kampinoska [w jej pisowni Kampinowska, ale to już szczegół, którego tylko ja się mogłam czepić]. Po pierwsze nie rozumiem, bo ja się golę sama dla siebie. Feromony, nie feromony, wygolone łatwiej utrzymać w higienie. Samiec nigdy ode mnie tego nie wymagał. No, może gdybym była bardziej zarośnięta od niego, to byłoby inaczej. Po drugie - różnice są piękne. Właśnie moher na klacie, kilkudniowy, czy nawet kilkumiesięczny zarost... Oczywiście nie przeszkadzają mi też zarośnięte pachy [nawet czasem to jakoś tak zniesmacza...], a golenie nóg u facetów przeraża. O "tych bajerach" się nie wypowiem, bo to mnie w ogóle nie interesuje. Może i jestem okrutna w tej wizji Wielkiego Zarośniętego Pana Samca, o gołębim sercu i wyjebanej w kosmos odporności psychicznej, że wszelcy romantycy, wrażliwi i delikatni, o gładkich buziach i dłoniach nienawykłych do fizycznej pracy się obrażą, ale to jest moje zdanie. Spokojnie, wiem, że nie wszystkie kobiety tak myślą, każda z nas ma swoje typy. Co to ja miałam? Ciężka skleroza, ale cieszę się, że przynajmniej tyle z siebie wywaliłam, korzystając z lapa kryzysowego, który prawdopodobnie Samiec kupi sobie kiedyś. Kiedy - nie wiadomo, mam osiem dni zwolnienia lekarskiego, więc przyszły miesiąc pod względem kasy będzie szalenie zaciskający pasa. Szykując się na to, zasuszam swój żołądek. I tak nie mam apetytu.
poniedziałek, 22 sierpnia 2011
Nie umiem sobie poradzić z byciem nowoczesną kobietą. Zawsze jakaś kategoria traci. W najlepszym wypadku robota, kiedy tam jestem nerwowa [i tak nikt tego nie widzi], śpiąca, małomówna, niewydajna. Ale częściej jest mi źle, kiedy mam chwilę na siedzenie z Jajeczką, a wtedy zauważam wszystko, co jeszcze mam do roboty... Samiec nie wymaga ode mnie, żeby to było zrobione, a ja i tak dałam się zapędzić czasom w kozi róg [hehe] i niestety, znowu psychika mi się wiesza, zatrzymuje na negatywnych emocjach, nie popuszcza, wpadam w spiralę gniewu. Zdarza się, że wrzasnę na Jajkę. Oczywiście zaraz Samiec powie, że cały czas się drę. Nie, nie cały czas. Jasne, chciałabym być bardziej cierpliwa, szczególnie w stosunku do niej, ale z drugiej strony - nie chcę jej okłamywać, że jest pępkiem świata [owszem, jest pępkiem mojego świata], że wszystkie jej małe złości i złośliwości zawsze przejdą bez odzewu, czy że rozładuje atmosferę rozśmieszając drugą stronę. Jej ostatnie "mamo, mamo, Basiu!" położyło mnie na łopatki. Jest coraz sprytniejsza, gadatliwa [podobno jest to najdłuższe słowo w języku chińskim, składa się z ponad 60 znaków, taka ciekawostka, ale sprawdźcie dokładnie, zanim będziecie chcieli zaimponować mądrzejszym/głupszym], mądrzejsza.
poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Mamy niefajnie w pracy, zwolnienia idą pełną parą, a kierownik poszedł na urlop. Tzn: odkąd on poszedł na urlop, to nie było zwolnień, ale i tak... Dowcip polega na tym, że Samiec ma umowę do 21. sierpnia, a kierownik wraca dopiero 22., więc nie bardzo wiemy, co robić. Jajeczko rośnie jak na drożdżach, a jeszcze szybciej rośnie jej zasób słów. Dzisiaj byliśmy w Zoo w Chorzowie i były całe stada "pipi", i muchy ["jata mucha", "sio mucha", co dziwne, wszystko inne bezbłędnie "lata"], na jakieś bydło rogate powiedziała "ichaaaaa", zaś na kuce "muu", ale tak naprawdę rozwalający był "tutuć", czyli słoń. Woła już, kiedy chce na nocnik, ale nadal dłuższe wypady przechodzi w pieluszce, bo w afektacji zdarza jej się nie pamiętać. Bałam się, że ten wypad będzie dla nas większą zabawą, niż dla niej, a jednak nie - najwyraźniej bawiła się całkiem dobrze, poza tym momentem, kiedy darła się, bo ją ściągnęłam z ogona dinozaura. Pieski nadal są "uf", we wszelkich odmianach, bo "tata papa [z] ufim". Kotek to rozbrajające i płaczliwe "miaaaaa", a baranek "baaaa". Chyba, że akurat przypomni sobie swoją ulubioną bajkę, to jest "timi timi". Kiedy zaczyna się "Jake i Piraci z Nibylandii", krzyczy "johoho", trzepaczka do jajek to "butan", ona sama jest "Jaja Niunia" [bo mamie Samca nie podoba się, że ona mówi o sobie "Jajo", więc nauczyła ją "Niunia", co z kolei mi się źle kojarzy...], ja jestem mama, Samiec tata, babcia to "ciapcia" lub "psiapsia", dziadek "dziadzia", ciotka "csiocsia", za wyjątkiem żony brata Samca, która jest "csiocsia Lusia", oburzona woła "mamo!", "tato!", a bardzo zdesperowana "Basia mama" i "Adi tata". Teraz jest u mojej mamy i tak mi pusto, chociaż nada usypianie jej to koszmarek, ale... Teraz by już spała, a ja bym słuchała, jak sobie spokojnie oddycha. Aha, wąż to "ssss". Zmiękczone lekko. A ping pong to "jajo".
poniedziałek, 25 lipca 2011
ZNowu mi się klawiatura psuje, ale spróbuję napisać cokolwiek. dcZYTAŁAM K,RÓL.OWĄ ŚNIEGU.L jmotyw odcłamjk,ów l.usxtra jmnie zACDHWYCA. jESXT TAKI REAL.ISXTYDCZny. tak sobie można tłumaczyć nasze chwile słabości - babskie głównie. Że wpada namj dco oka odcłajmek i wypływa, k,iedcy sxię wypładcZEMJY.L u MJNIE DCziała. W robocie lekkie zamiesxZANIE, BO GRAFVIK, Zrobiono namj taki, ZE O DCUPĘ ROZbić.l
niedziela, 05 czerwca 2011
Natchnienia brak, w związku z czym podrzucam tutaj coś z lat moich młodzieńczych, taki kawałek, który jakoś siedzi we mnie od dawna, jedna z tych piosenek przyjemnych boleśnie. I nawet pasuje do mojego stanu psychicznego w tamtych czasach. Czytam "Szkarłatny płatek i biały" i jestem zaskoczona tym, że bezpośrednie pisanie o dziwkach i seksie może być takie naiwne, czy niewinne. Muszę tego spróbować. A czeka już na mnie w niedalekiej przyszłości [i to chyba mnie tak nakręca] Krajewski i jego "Erynie". Mmmm. Chyba jednak nie podłączymy się pod net jeszcze. Zaczytuję się we wszystkim, poza tym... Jestem zdziwiona, że siadając do kompa, nie mam co robić - przelewy jedynie, sprawdzanie stanu konta i tyle. Oczywiście wchodzę na czata, ale bez większego zaangażowania. I want to fly into your sun Need faith to make me numb Live like a teenage christ I'm a saint, got a date with suicide Oh Mary, Mary To be this young is oh so scary Mary, Mary To be this young im oh so scared I wanna live, I wanna love But its a long hard road, out of hell I wanna live, I wanna love But its a long hard road, out of hell You never said forever, could ever hurt like this You never said forever, could ever hurt like this Spin my way out of hell, theres nothing left this soul to sell Live fast and die you too How many times to do this for you? How many times to do this for you? Mary, Mary To be this young im oh so scared I wanna live, I wanna love But its a long hard road, out of hell I wanna live, I wanna love But its a long hard road, out of hell You never said forever, could ever hurt like this You never said forever, could ever hurt like this I wanna live, I wanna love But its a long hard road, out of hell Long hard road, out of hell I wanna live, I wanna love But its a long hard road, out of hell Sell my soul for anything, anything but you Sell my soul for anything, anything but you W pracy zdenerwowały mnie dwie osoby - tydzień temu kolega Samca, teraz osławiona Pani Na Włościach, legenda zakładu. Ale przeszło, rozeszło się po kościach. Nawet całkiem sporo osób jest ze starego składu. Małe spostrzeżenie - z babkami łatwiej nawiązać kontakt, ale z facetami łatwiej utrzymać, bo oni nie zadają osobistych pytań, nie opowiadają pierdół, nie wymagają pogłębiania znajomości, tylko tak się z nimi gada na tematy ściśle zawodowe. Niebolesne. Kilka razy gryzłam się w język, kiedy ktoś zagadał, że Jaja jest moim pierwszym dzieckiem, czy że "wtedy, jak byłaś do liczenia stanów na Lekach", czyli w pierwszej ciąży. Chyba jestem już wygadana w tej kwestii, nic do dodania. Umiem sobie z tym poradzić. Aha. Czuję się coraz pewniej. Chyba się nie zmieniłam, nadal jestem z boku. Jestem zboku. Jestem z boku. Jak by tego nie napisać, jakaś prawda w tym jest :).
sobota, 21 maja 2011
Tłum potrafi być masą niszczącą, jedną wielką siłą, zdolną zmieść wszystko, co staje na jego drodze, co widać podczas niektórych demonstracji. Może wzbudzać agresję, wywoływać znudzenie, irytację, kiedy po raz kolejny próbuje wyrazić swoje zdanie, które niekoniecznie jest takie, jak obserwatora, czyli moje, albo po prostu mnie nie interesuje. Albo uważam, że z pewnymi rzeczami nie powinno się wychodzić na ulicę, przykładowo - demonstrowanie swojej orientacji seksualnej w ten sposób jest niesmaczne. No, kurwa, dajcież spokój, po kiego wała miałabym ja łazić po ulicach, obwieszając się transparentami, że kocham Samca, cy cuś. Kocham i nikogo to nie boli, bo nie żądam z tego tytułu specjalnego traktowania [no, oprócz traktowania mnie przez Samca], ani równego, ani Bóg wie jakiego. Ale ten tłum na koncertach jest... Hipnotyzujący. Każdy bawi się sam, bawi się w swoim-nieswoim towarzystwie, ten parasol czarny z dziurą wędrował między zaskoczonymi rękami do końca koncertu, a zaczął podróż... Nie wiem, kiedy, na Buldogu był już, więc całe 6 godzin spędził w trasie. I nie wyglądał na zmęczonego! Też bym sobie chciała tak poobserwować tych ludzi znad ich głów, a z racji wzrostu obserwowałam z poziomu ramienia przeciętnego imprezowicza. Był Buldog z wokalistą [Kłaptocz? Dobrze pamiętam], który kiedyś śpiewał w Akurat. Akuratów piosenkę na liście mam jedną: "Do prostego człowieka". I zagrali ją w bisach, jak lecieliśmy do kibla, a raczej za kibel [Samiec] i w pizdu gdzieś w trawy [ja]. Piękny, piękny tekst sprzed wielu, wielu lat, który, do kurwy nędzy, nie traci na znaczeniu. Wręcz coraz boleśniej wciska się w mózg świadomość, że zawsze tak był i zawsze będzie. Twoja jest krew, a ich jest nafta, jak długo jeszcze będą to materiały równowarte w ogólnym wyniku działań ludzkich? Były Strachy na Lachy, z seplenieniem takim, że... Hm, Grabaża lubię, ale mnie ono drażni. Kiedyś słuchałam jego programu na Roxy Fm i jakoś nie zwracałam na to uwagi, ale teraz mieliśmy polewkę. I prąd się im spsuł. A po zepsutym prądzie poszły w przestrzeń "Dygoty". Tej piosenki się nie słucha, jej się doświadcza, całą skórą. Tekst tekstem. Dobry i apetyczny, ale wykonanie, gdzie słychać wodę uderzającą o taflę jeziora i rosę na krzakach, i oddechy przyspieszone, i pola szumiące, i... Miękko mi w nogach, jak o tym myślę. A na bisach "Piła tango", nawet kiedyś wrzucałam tekst, tekst nie do wyśpiewania dla mnie, ze splątanym językiem utkwiłam na początku pierwszej zwrotki. Ale pogibaliśmy się miło. I Kult. Kultu opisywać nie muszę chyba, po ich koncertach jestem zawsze rozśpiewana. Krótko grali, ale zmieściła się w tym i "Arahja", i "Dolina". I "Goopya Peezda" też, kurwa, no. Nie lubię jej na koncertach. Związana jest z nią jedna historia. Po Tarapetówie numer 2 siedzieliśmy rano, wskrzeszając zwłoki, a muzyka leciała nam z lapka kryzysowego. I nagle... jakieś techno, normalnie, szczęka mi opadła, pytam: "Kryzys? Co to, kurwa jest?" A Kryzys mi: "No, Kult!". Tak też dowiedziałam się, że tej piosenki nie trawię również w warunkach domowych. Były też skoki na bungee, oscypki Z grilla z żurawiną. I zimny Lech. I pierdolone techno, które umcało za każdym razem, kiedy zespoły miały przerwy między piosenkami. No, chuj strzelał, coś mnie brało aż, nienawidzę techno. Kto to tam w ogóle ich wpuścił? Psuli atmosferę. :) Parasol zapadł w pamięć. Był jak wierszyk.
środa, 11 maja 2011
Wszystko się jakoś poukładało. Dwoje ludzi po imprezie miało kaca moralnego [fizycznego też], a niepotrzebnie. Jakoś się dogadałam z Casą. Mimo wszystko, on nie jest głupi, a teraz w ogóle wiele rzeczy się prostuje między nami, jednak internet to dobra rzecz, w realu nigdy bym nie miała okazji rozmawiać z nim w cztery oczy. Było nas siedemnaście osób. Oczywiście nie mogło być tak, żeby nie było jakichś zgrzytów. Bo dwóch kuzynów obraziło się, że nie zaprosiłam osobiście. I jeszcze jeden kolega skakał do mnie z łapami, ale szybko mu przeszło. Koledzy z ht okazali się mili. Tańczyłyśmy z miotłami. Imprezę kończyłam pod stołem - myjąc podłogę, bo ktoś rozlał piwo, a wszyscy byli zbyt nawaleni, żeby to zrobić. Asii nie było, niestety. Kat mówi, że nie wie, czy na szczęście, czy niestety. Ścieżki zachowań ludzkich są co najmniej dziwne. Człowiek potrafi się zaskoczyć. Cieszę się, że tak się wszystko poukładało. Mimo iż nadal niepewny jest ten świat, ale moje miejsce w tym świecie jest całkiem wygodne. Mogę sobie przeżuwać popcorn i obserwować bardzo ciekawe zjawiska. ;)
poniedziałek, 09 maja 2011
Jutro ważna rozmowa z Kat. Dziewczyna musi się pozbierać po Tarapetówie. Albo raczej musi usystematyzować swoją wiedzę, którą ja posiadam. Matko, ale ja dzisiaj piszę. Oszukiwałam na drinach. Byłam trzeźwa. Za to Kat i Kasztan pojechały sobie mocno. Zajebiste były. Monia zresztą też. Nie wiem, ile ludzie z tego będą pamiętać. Rojas stwierdził, że Samiec jest królem wódki. Że nigdy nie widział, żeby ktoś tyle wódki na raz wypił. Ale on i jego straż przyboczna też niexle sobie jechali z arco. Nie, najpierw pogadam jutro z Kat, a potem puszczę literackie wywody.
czwartek, 28 kwietnia 2011
http://demotywatory.pl/3002705/Przyjazn Straszne jest to, że wielu ludzi docenia przyjaciół dopiero, gdy coś się w życiu wali. Straszne jest to, że są przyjaciele, którzy potrafią przy nas trwać tylko w nieszczęściu. Opisana sytuacja - spoko, taka sama historyjka, jak milion innych, to nie jest to, że nie wierzę. Wierzę jak najbardziej. Ale dlaczego, do kurwy nędzy ludzie chcą o przyjaciołach pisać tylko takie jakieś wydumane opowiastki, zamiast docenić to, że od metra jest koło nas ludzi, którzy znoszą nasze humorki, potrafią wytknąć błędy, nie głaszczą po głowach, są cudownie codzienni, zwyczajni, niewymuszeni i... Po prostu są? Przeczytałam kilka komentarzy na temat damsko-męskiej przyjaźni, o której wiem tyle, że wyszłam za faceta, który jest moim najlepszym przyjacielem, chociaż mówią, że nie ufa się przyjaciołom będącym kochankami jednocześnie. Ale swego czasu miałam kogoś, kto był moim przyjacielem, pewnie nadal nim jest, nie odzywamy się zbyt często. To ktoś taki, komu mogę wiele rzeczy opisać i dzięki temu układać sobie świat. Nawet, jak jestem bardzo zła. Wiem, że on nie skomentuje to w taki sposób, żeby mi sugerować rozwiązania. To ważne, żeby wymagał ode mnie samodzielnego myślenia i zdawał sobie sprawę z tego, że nie może mi wiele podpowiedzieć, skoro i tak zna tylko jedną stronę medalu. I zdecydowanie wierzę w babską przyjaźń. Nawet, jeśli z zewnątrz ja i Kat wyglądamy bardzo przeciętnie z tymi swoimi spotkaniami, na których na przemian obrabiamy dupy innym i dokuczamy sobie, ale to jest właśnie to. W ogóle ta notka była fchuj zajebiściejsza, ale rano zepsuł się net i tylko dlatego pozwalam sobie na użycie brzydkich słów.
środa, 27 kwietnia 2011
http://demotywatory.pl/3008541/Oznaka-dojrzalosci-w-kosciele Może i jestem niedojrzała, ale wkurza mnie te kiwanie głową. Jakby jeden drugiego się bał. Jakby nie rozumieli, że do człowieka trzeba wyciągnąć rękę, a nie kiwnąć głową, zaliczając tym jednym gestem całą ławkę. Kiwa się głową przy "i Wam, bracia i siostry", a nie w chwili, kiedy moim zdaniem, należy się pojednać z bliźnim. Takie to kiwanie głową jest olewające, zwłaszcza, że większość ludzi nawet nie patrzy innym w twarz. To ma być znak pokoju? A teraz focia, która rzuca na grzbiet i walić można w tej pozycji biedronkę: ![]()
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Nie wytrzymujemy ostatnio. Ja to wiadomo, prawie cały czas chodzę naładowana. Tylko próbowałam się hamować, bo mała jest chora i nie chciałam pogarszać jej samopoczucia. Mi się wydawało, że normalnie góry przeniosę, taki to dla mnie wysiłek był, a Samiec twierdzi, że "eeee, no trochę ci się udawało". Za to jemu puszczały nerwy w zupełnie absurdalnych sytuacjach, kiedy naprawdę nie rozumiałam o co mu chodzi. Za trzy tygodnie wracam do pracy. Prawdopodobnie schudnę, będę jeszcze bardziej nerwowa i zła. Nieważne. Jeśli tylko uda mi się dotrzeć na Gisz, to już i tak będzie sukces. Nadal sama nie wychodzę z domu. Na dodatek okres, spóźniony dwa dni, a ile z tym nerwów! Dzisiaj śniło mi się, że robiłam sobie testy i dwa wyszły mi na pozytyw, po czym ktoś chciał mnie wypchnąć z okna i udało mu się, a ja zaczęłam łagodnie opadać i się budzić. Wczoraj spotkaliśmy się z Kozą Margolą, jej rodzinką, Iownką i jej córą i było bardzo miło. Dzieci się dogadały jakoś, po początkowych kłótniach i krzykach, a nam było... Jak dawniej. Znowu pełna chata.
sobota, 23 kwietnia 2011
Coraz bardziej żałuję, że muszę wrócić do pracy. Jajeczka jest coraz słodsza [dzisiaj w kościele zjadła pół czekoladowego jaja ze święconki], mówi, prawie łączy w zdanie wszystko to, co mówiła dotychczas. Jest chora, jakieś paskudne przeziębienie ją dopadło, zaczęło się od niewinnego kataru, potem było 38 stopni, a teraz jest kaszel i chrypa taka, że nie wiem, jak przetrzymamy te Święta bez pójścia do lekarza. Jestem zmęczona tym, że jej jest tak xle. To niesprawiedliwe, że dzieci chorują. Wiem, wiem. Są takie, które chorują jeszcze gorzej. Ale dla każdej matki choroba jej własnego dziecka jest przykrością. I niesprawiedliwością. Oglądam Monka, cholera, jak ja dobrze rozumiem te jego natręctwa :).
czwartek, 14 kwietnia 2011
Właściwie to znów net staje się dla mnie pustym miejscem. Nadal szukam bratniej duszy i wybieram, bezczelnie wybieram sobie znajomych, z którymi chcę kontynuować znajomość. Jestem staromodna, dopóki nie spojrzę komuś w twarz, nie jestem w stanie powiedzieć, że go znam. Pozapraszałam kilka ciekawych osób na imprezę, mam nadzieję, że przyjadą. Zwykle przed takimi wydarzeniami mam mega stres, przed samą imprezą mi się odechciewa, a potem bawię się świetnie. Mimo to znowu mam doła przedimprezowego. Teraz głównie z powodu kasy, ale już sobie wymyśliłam, że nie będę wiele jedzenia robić, tylko zamówimy pizzę, czy jakieś fastfoody. Tzn: zrzutę zrobimy. I jestem wykończona, męczy mnie żołądek, pewnie nerwy przed jutrzejszym wyjazdem, bo jedziemy do babci Samca. |