Skopiuj CSS
czwartek, 18 maja 2017

Nie pomogło w uświadomieniu sobie nieuchronności śmierci. Zupełnie mnie rozbiło, nie byłam w stanie podejść do rodziny, coś mnie wmurowalo w ziemię. Patrzę na Samca i tak bardzo cieszę się, że jest żywy. Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać znaczenie telefonu z poniedziałku, że Grzegorz nie żyje. 

Na pogrzeb przyjechała delegacja w postaci wszystkich tych, którzy mogli. Rozmowy skupiały się na tym, co by powiedział, jakby był wśród nas.

Cholernie duże miał poczucie humoru. Zostawił po sobie pustkę. Teraz muszę się z tym przespać i przyzwyczaić do myśli, że doszła kolejna osoba, która będzie do mnie przychodzić w snach.

Mam nadzieję, że spotkamy się tam wszyscy kiedyś.

20:45, dziewczynalenina
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 maja 2017
Czasami w życiu przychodzą momenty, w których brakuje słów, tak bardzo jesteśmy zaszokowani.
Na przykład, gdy umiera kolega z pracy, właściwie nasz rówieśnik. Wczoraj ciężko było cokolwiek powiedzieć. To nie jest tak, że ból nie pozwalał. Na ból jest jeszcze za wcześnie, jeszcze nikt w to nie wierzy, może po prostu UŻ walnął w poniedziałek, może miał wolne z grafiku, może...
Trudno tak nagle sobie uzmysłowić, że może kogoś zabraknąć już na zawsze, zwłaszcza że w planach mieliśmy wypad na Noc w Skansenie, jak zresztą w zeszłym roku, tyle że ostatnio było spontaniczne spotkanie pod bramą i...
No, właśnie, spontaniczne spotkania wychodzą lepiej.
We wspomnieniach na fb właśnie wyskakują mi zdjęcia stamtąd.

Prawdopodobnie będzie wielka bitwa o to, kto pojedzie na pogrzeb, bo większość ludzi chciałaby, pogrzeb to wyjątkowy moment, właściwie od wszystkich innych uroczystości człowiek się czasem wymiguje, ale nigdy od pogrzebu. Tzn: o cudzy mi chodzi, bo wiadomo, że na swoim raczej nie pojawiamy się z własnej woli. A jednak, pomimo iż ta uroczystość jest tak bardzo smutna (jeśli jakiś katolicki ksiądz Wam powie, że jest radosna, bo wiemy że ta osoba idzie do Boga, to wytłumaczcie mu, że rozstania są zawsze smutne, zwłaszcza, kiedy nie wiemy, za ile spotkamy się z tym kimś, kto odchodzi), to jednak wszyscy chcą. Jakby pożegnanie ciała było obowiązkiem.
Nie jest obowiązkiem, jest potrzebą duszy. Żeby dotarło do nas, że tego kogoś nie ma już fizycznie między nami.

A jeśli chodzi o duszę, to wczoraj o dziewiątej ktoś mnie obudził szarpaniem za ramię, żebym się nie spóźniła do roboty.
09:43, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 13 maja 2017
Dzisiaj w Drzwiach Zwanymi Koniem, czy Koniu Zwanym Drzwiami grała Dikanda. Wybawiliśmy się od serca, Jana zebrała nawet pochwały od wokalistki i zapoznała się z perkusistą, taka to światowa baba z niej.
A mi gdzieś tam z tyłu głowy kolebie myśl, że dokładnie dziesięć lat temu byłam na ich koncercie ostatni raz.
Byłam wtedy w ciąży.
A teraz byłam z żywym dzieckiem i to jest tak, jakby mi ktoś znowu postawił przed oczy znak: "Do kurwy nędzy, co jeszcze musi się wydarzyć, żebyś zaczęła wierzyć w to, że życie nie musi być ciągłym zagrożeniem, że dookoła ciebie dzieje się tyle dobrego? Otwórz się!".
Takie znaki widuję często, pojawiają się, ale nie docierają do serca, lądują gdzieś w okolicach mózgu, który sarkastycznie i z niedowierzaniem ripostuje, i nawet czasem te riposty są śmieszne.

PS: Jana w końcu padła, wisiała w moich ramionach, a ja wdychałam jej zapach, czułam całe 25kg ciężaru i wiecie co?
Jestem szczęśliwa.
Najbardziej to czuję, gdy jestem zmęczona.
A teraz zmykam wpierdzielać tiramisu w wannie.
22:45, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 maja 2017
Ostatnio tylko to robię, nie chce mi się żyć naprawdę, tylko zniknąć za jakąś firanką i patrzeć na wszystko z daleka. Chociaż pewnie słabo by to wyszło, bo jestem krótkowidzem.
Heh, nawet przenośnię traktuję zbyt dosłownie.
Po raz kolejny czytam "W naszym domu" Picoult, po raz kolejny rozumiem Jacoba i aż mnie to śmieszy, bo przecież gdybym miała zespół Aspergera, to kiedyś tam w przeszłości stwierdzono by go u mnie.

Cierpienie nie uszlachetnia. Cierpienie tylko sprawdza, na ile dojrzeliśmy, na ile jesteśmy silni. Tak naprawdę ból wyczerpuje naszą siłę, nie powoduje, że mamy jej więcej, jak chcieliby fanatycy umartwiania się. Nie da się żyć w stanie ciągłego testu, dlatego mamy te chwile na zaczerpnięcie oddechu, czasem jest to tylko jak wynurzenie się na sekundę spod wody, kiedy już toniemy.

Nie wiem, czy z moją nerwicą nie ponoszę porażki. Czy to właśnie nie jest takie tonięcie, bo ostatnio w pełni dobre dni zdarzają się rzadko. Tzn: kiedy siedzę w domu, jest bardzo dobrze. Kiedy jestem w pracy, jest spoko.
Kiedy jestem w autobusie lub na przystanku, nadal panika. Owszem, nie biorę już nawet ziołowych (ostatnio próbowałam z lekiem Neurexan, ale w zaleceniach jest "co najmniej pół godziny przed posiłkiem", a to nigdy mi się nie udaje, bo u mnie pierwsza rzecz po wstaniu/przyjściu do domu to posiłek, musiałabym je chyba brać w pracy, czy coś?

Jana ząbkuje. Wyszły jej już dolne jedynki, teraz powoli wychodzą górne, a tu nagle, ni z tego, ni z owego - bach, idą szóstki. I tak, jak ząbkowanie w niemowlęctwie przeszła w sumie lekko (poza tym okresem przed pierwszymi zębami, od grudnia do kwietnia, czy maja była marudna...), to nie było jakoś źle, dzielnie znosiła ból, to teraz jest...
O, matko, wczoraj miałam ochotę płakać razem z nią. Niby cały czas nie jest źle, ale potem, podczas gry w "gorący ziemniak" uderzyła się w policzek i coś naruszyła. Samczysko leciał po Nurofen, a myśmy z babcią przykładały lód. Oczywiście, jak przeszło, od razu dostała powera i znowu się uderzyła.

Wiecie, jaki to problem utrzymać siedmiolatka w stanie ruchu powolnego?
Część z Was wie. To prawie niemożliwe.
Noc przeszła lekko, nic nie bolało, apetyt jest.
Żal mi jej. Jeszcze pamiętam zęby mądrości. Jedyna z nich mądrość to taka, że patrzymy na nasze dzieci ze zrozumieniem. Bo pamiętamy.
06:09, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 09 kwietnia 2017
Dlaczego nie mam depresji? Bo za każdym razem, kiedy zaczynam czuć się smutniejsza, mój organizm rusza do boju. Albo wyciąga mnie na rolki, albo każe sprzątać. Lubię sprzątać, ale nie lubię porządku. Ogarniam chaos, nie ogarniam świata, który jest poukładany.
W efekcie myję garnki (zawsze mam garnki do mycia i to tyle, że normalną gospodynię domową doprowadziłoby to do depresji), myję kuchenkę, szoruję nawet bęben pralki. Wtedy sobie powolutku myślę, pozwalam na odrobinę rozczulania nad sobą i proszę, melancholia odchodzi. Depresja nie lubi ruchu. Nie lubi, kiedy człowiek widzi jakiś cel przed sobą, choćby tym celem był pięciominutowy stan porządku. Depresja lubi ludzi, którzy potrafią wbić wzrok we własne buty i uparcie nie podnosić głowy. Przynajmniej ja to tak odczuwam, biorąc pod uwagę, kiedy przychodzi do mnie.
Właściwie ona nie potrzebuje żadnych powodów. Owszem, czasem złapie się czegoś, jak np: śmierć, choroba. Bardzo trzeba uważać na ten moment, kiedy już jest po żałobie i nie zagapić się. Ja się chyba trochę zagapiłam swego czasu, dlatego czasem mi tak trudno i siadam z rękami spuszczonymi rękami, bo to dla mnie takie wygodne.

(Jana układa menu obiadowe na cały tydzień, mam jeszcze chwilę)

Więc ok. Ze stanami depresyjnymi sobie radzę. Z agresją też w miarę, choć nadal to jest metoda ucieczki, a nie opanowania się.

Brakuje mi czegoś na nerwowość. Na chęć zniknięcia, na prośbę o ratunek, którego nie potrzebuję.
19:27, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
Mam uczulenie na reklamy. To jeden z powodów, które wyrzuciły z naszego domu telewizor i ograniczyły radio.
Na dodatek coraz bardziej wkurzają mnie w internecie.
Bo pomyślcie sobie: czytacie jakąś zajebistą notkę. Ktoś coś odkrył, jakiś fajny gadżet, program, film, knajpę. Opowiada o niej tak, jakbyście Wy mogli opowiadać o czymś, co Was zachwyciło.

A pod tym wszystkim "artykuł sponsorowany". Właściwie rzadko daję się na to nabrać, bo zwykle śmierdzi to lizodupstwem na odległość, ja takie rzeczy wyczuwam, ale już kilka razy zostałam nieprzyjemnie zaskoczona. Jeszcze bardziej drażni, jeśli kilka fajnych blogów reklamuje to samo w jednym czasie (np: ostatnio na fali jest Netflix, nawiasem mówiąc, oglądałam wczoraj netflixowy film, aż strach lodówkę otworzyć). Powstaje uczucie osaczenia, namawiania, a ja nie cierpię być namawiana. Nie lubię być przytłaczana zachętami, to zawsze daje odwrotny skutek. Czy naprawdę spece od reklamy nie czują tego, że jeśli jest się matką i lubi czytać blogi matek (oraz ojców), to bombardowanie jedną reklamą w tym samym czasie z różnych źródeł jest bez sensu? Nie mogą materiałów promocyjnych rozesłać tym ludziom w jakichś odstępach czasu, żeby nie wyszło do porzygania?

W piątek w autobusie było prawie dobrze, dopóki koleżanki nie zaczęły gadać o wojnie między USA a Rosją. Ja się zawsze denerwuję, aż mi się słabo zrobiło. Nie dlatego, że mam realne powody, by się obawiać, ale dlatego, że każda taka informacja sprawia, że spinam się w środku i nie potrafię poluzować. Tak samo, jak podniesione głosy (nawet w śmiechu, choć najmocniej działają pijane), czy szybka jazda.
Wszystko mi grozi. Ostatnio zaczynam lepiej pojmować te wszystkie mechanizmy i staram się żyć, uspokajając mój nadpobudliwy mózg.
Nie jest lepiej, niż było jakiś czas temu. Nadal mam dni, kiedy po każdej poprawie idę dwa kroki w tył. Tyle, że teraz nie uważam, że muszę cokolwiek sobie udowadniać. Ani nikomu innemu.

W autobusach słucham już spokojniejszej, bardziej kobiecej muzyki. Slipknot mnie przeraża chwilami.
Ale nadal uwielbiam słuchać go w pracy. Zagłuszać wszystko.
02:19, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 07 kwietnia 2017
Czasem w snach przychodzą do mnie zmarli.
Nie, nie że jakieś zwłoki proszą o odkrycie, czy coś w tym stylu.
Zwyczajni, bliscy mi ludzie.
Śniła mi się babcia Zosia, w taki dziwny sposób, wiedziałam, że gdy położymy się w tym śnie spać, to rano ona już nie będzie żyć. Płakałam (to uczucie, kiedy budzisz się ze snu i gorącą twarz masz zlaną zupełnie zimnymi łzami), nie chciałam żeby umierała, nie chciałam więc iść spać, chciałam jeszcze z nią porozmawiać.
Dzisiaj z kolei śniła mi się ciocia Hela, ale bardziej pozytywnie, po serii snów, kiedy śniła mi się chora, tym razem była w pełni sił, było jakieś święto, prezenty, spotkanie z całą rodziną.

Nigdy nie śni mi się Olaf, ale pamiętam, jak po narodzinach Janki śniło mi się, że lekarze "znaleźli tamto wcześniejsze dziecko, jest żywe i trzeba się nim zająć, bo ma zaległości rozwojowe".

Lenin dziwi się, że śpię po 10 godzin na dobę, a nigdy nie jestem wyspana.

Po takim czymś?
22:23, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 kwietnia 2017
Możliwe, że ktoś uznałby to za poddanie się.
Ale to nie było poddanie się, to był wybór. Pozostawiono mi możliwość powrotu na magazyn, gdybym chciała zrezygnować z fakturowania - skorzystałam z tego, a że po jednym dniu pracy? To już szczegół.
Znacie to uczucie, kiedy siedzicie gdzieś i czujecie się, że nie powinno Was tu być?
Nienawidzę roboty papierkowej. Odkąd jestem mężatką, wszystko jest na głowie Lenina. Poważnie, ja się tylko podpisuję, ewentualnie, jak gdzieś trzeba skonstruować poprawną stylistycznie wypowiedź, wtedy się włączam. Reszta... Cóż, podejrzewam, że teraz nie potrafiłabym wypełnić nawet zeznania podatkowego.
Nienawidzę... Hm, nawet nie bezczynności, bo praca była prawie cały czas, ale ja siedziałam. Nie lubię siedzieć, miałam ochotę zacząć biegać dookoła biura.

Kiedy zadzwoniłam do kierownika z przeprosinami i prośbą o wyznaczenie mi miejsca na magazynie poczułam... Kurde, poczułam ulgę. Taką ulgę, która odarła mnie z wątpliwości: chcę wrócić. Po prostu. Już było mi wszystko jedno, na którą zmianę, na który magazyn, na jakie stanowisko.

Udało się. Jestem w stanie wytrzymać nawet te śmiechy z mojego marcowego: "Ja nie dam rady? Półtora miesiąca, do wypłaty - minimum!"

Jedyne, co mnie zasmuciło, to że Samiec wydaje się nieco... Hm, zawiedziony. Jasne, mogę mu zaimponować w inny sposób. Np: tym, że sama odwiedziłam kuzynkę w szpitalu, nawet wjechałam windą, chociaż nienawidzę chodzenia w słońcu po mieście i boję się szpitali.

I taka wskazówka na przyszłość: ludzie weszli mi na głowę z pieprzeniem o tym, że taka inteligentna, sprytna osoba marnuje się na magazynie, że powinnam mieć pracę umysłową, biurową, bez tego całego szarpania się fizycznego.
No, helloł, jestem matką siedmiolatki, w domu pracuję intelektualnie.
I dopiero jedno pytanie: "To po co się zgodziłaś?" nieco uświadomiło mi, że... No, nie wiem, po co.

Lepsze jest wrogiem dobrego.
Jestem beznadziejnym przypadkiem.

Za to bardzo szczęśliwym, tylko żałuję, że nie podjęłam tej decyzji przed urlopem, mogło być tak fajnie, a mnie to cały czas gniotło.
14:50, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (2) »
środa, 29 marca 2017
Na początek - żeby nie było. Jestem przeciwniczką pseudohodowli. Jakichkolwiek, jakiegokolwiek gatunku zwierząt. Tej produkcji szczeniaków dla zysku.

Ale mam pytanie: czym podyktowane są ceny psów rasowych?
Opłatami za użyczenie samca? Naprawdę? Ludziom się płaci, żeby ich pies mógł poruchać?
Wpisami do rejestrów? Naprawdę, kupując szczeniaka płacę urzędnikom?
Ceny są wygórowane. Pochodziłam po wystawie, popytałam i nie dziwię się, że pseudohodowle mają takie powodzenie. Sami zarejestrowani hodowcy nakręcają im interes, podając takie ceny. Bo różnica między 3000zł a 500zł jest ogromna. Nie mówiąc już o rozdawanych za darmo rasowych bez rodowodu "bo będę musiał utopić nadliczbowe".
Jasne, fajnie jest mieć rasowego psa, z którego wiadomo, co wyrośnie, przynajmniej jeśli chodzi o wielkość, bo charakter i tak sami kształtujemy u zwierzęcia. Niestety - dla mnie pozostaje tylko schronisko.
Nawiasem mówiąc, ludzie podrzucają do schronisk psy między innymi dlatego, że jest szansa, że ktoś je do siebie weźmie i tym leczą sumienie. Ten biznes też sam się nakręca.

Pewnie nigdy nie kupię psa z żadnej hodowli, ani normalnej, ani pseudo, bo nawet 500zł to dla mnie ze dużo. Pies to jest żywa istota, kiedy rodzę dziecko też nie wiem, co z niego wyrośnie, czy będzie ładne, czy brzydkie, czy grzeczne, czy mały dioboł.
08:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 marca 2017
Ostatnio znalazłam jakiegoś mema o mniej więcej takiej treści: "Szybko zapominam, szybko wybaczam, jestem idiotą, nie bądź jak ja". I wkurzyłam się. To nie jest idiotyzm. Gdyby ten ktoś szybko zapominał i wybaczał naprawdę, to nie czułby się idiotą, to po pierwsze, skoro czuje gorycz, to znaczy że nie wybacza i tylko próbuje, a skoro próbuje, to jest to dla niego jakimś celem. Czyli jest idiotą dlatego, że nie potrafi zapomnieć, a bardzo chciałby, mało tego - nie potrafi przyznać, że go coś boli, a zwala to na swoją naiwność.
A tak naprawdę takie zapominanie i wybaczanie to prawie, jak czynnik samoregenerujący dla psychiki. Nie zostają nawet blizny. Nie oszukujmy się - nie ma nikogo takiego, kto potrafi wszystko wybaczyć, każdy z nas ma swoje blizny, spowodowane tym, że ktoś kiedyś coś.
Ważne jest, co z tym zrobimy.

A druga rzecz - to wszędzie pojawiające się obrazki o tym, że "nie warto być dobrym, bo inni tego nie doceniają". No, helloł, jeśli jesteś dobrym, to robisz to po to, żeby było dobrze, a nie dla nagród, czy wzajemności. Jeśli jesteś dobry dlatego, żeby inni doceniali, albo traktowali Cię dobrze, jesteś interesowny. Traktujesz dobro, jako wymianę handlową, a to tak nie działa. Dobroć to styl życia, a nie coś, co ma się opłacać. Nie ważne, czy tym, co chcesz uzyskać, jest dobre traktowanie przez innych, czy niebo.
10:59, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 marca 2017
Gdy wieczorne zgasną zorze, Zanim głowę do snu złożę, Modlitwę moją zanoszę Bogu Ojcu i Synowi: "Dopierdolcie sąsiadowi! Dla siebie o nic nie wnoszę, Tylko mu dosrajcie proszę." Kto ja jestem? Polak mały Mały, zawistny i podły. Jaki znak mój? Krwawe gały. Oto wznoszę swoje modły Do Boga, Marii i Syna: "Zniszczcie tego skurwysyna Mego brata, sąsiada, Tego wroga, tego gada." "Żeby mu okradli garaż, Żeby go zdradzała stara, Żeby mu spalili sklep, Żeby dostał cegłą w łeb, Żeby mu się córka z czarnym I w ogóle żeby miał marnie, Żeby miał AIDS-a i raka." Oto modlitwa Polaka.
piątek, 24 marca 2017
Kiedy wróciłam z ważną wiadomością od kierownika, odtwarzacz powiedział mi, że "kruk opuścił stado". Potem Christina, że "dzisiaj odchodzę". Potem "mój żołądek wywijał salta", potem był "Custer", który zawsze poprawia mi humor, tak jeży nieco włos i wzbudza gniew, a nie strach.
Następnie obserwowałam, czy przyjdą czarne kowboje, co "w pistoletach mają ołowiane, chujowe nastroje" (przyszły). No i był Ludwik z "kiedy jedno się kończy, drugie się zaczyna" i na tym chciałabym poprzestać, bo moja mina w lustrze jest niepewna. Tak bardzo się boję, nie tego, że nie dam rady. Boję się głupich rzeczy. Czy np: nerwica nie stanie mi na drodze (bo czasem mdli mnie przy komputerze - i to nie z nerwów, bo nerwy przychodzą później, ale np: ze zmęczenia, czy tak sobie, z niczego)? Czy dam radę dojechać do pracy na 7, czy 8 (wynegocjowałam już, że nie będę chodzić na 6). Czy nie wykończy mnie zmiana na 22? Bo przecież jestem przyzwyczajona do 20?

I tak dochodzimy do sedna. Dam radę, a jeśli dam, to będę potwierdzonym przypadkiem wyleczenia nerwicy.

Mimo wszystko nastawiam się, że nie wrócę na magazyn - nie palę za sobą mostów, nie mówię, że na pewno nie, ale raczej będę próbować się zasymilować. Bardzo lubię pracę fizyczną (dupka sama się nie zrobi, za to chętnie płaszczy się bez żadnego wsparcia), daje mi satysfakcję, jeszcze tydzień temu czułam się jak mistrz świata, kiedy zapierdzielałam i mój mózg współpracował z rękami i nogami jak najlepsza maszyna, a teraz...
Taka trochę pustka.
12:24, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 marca 2017
Jako, że internet traktuję tak, jak kiedyś gazety, czyli wybieram sobie informacje, które mogą mnie interesować, mam z niego tak naprawdę niewiele pożytku intelektualnego, za to niezwykłą rozrywkę emocjonalną.
Zazwyczaj na plus, ale czasami trafiają się artykuły, które jeżyłyby mi włosy pod pachami (dlatego golę).
Np: na stronie typowo kobiecej artykuł o tym, jak poznać, że facet jest odpowiednim. I pierwsza rada - alkohol. Upić go. Poważnie. Tak napisano. Owszem, można wtedy sprawdzić, czy np: nie jest damskim bokserem i nie będzie nas prał tylko po to, żeby inny nas nie zechciał. To jest jedna jedyna rzecz, do której upicie faceta się przydaje.
Samiec jest paskudny po alko, ale już się dotarliśmy w tej kwestii, on uważa, żeby za dużo nie wypić, bo wie, że potem będzie się czepiał, a zamiast kaca (którego nie miewa) będzie miał wyliczone na zimno, co powiedział po pijaku.
I szczerze? Nie biorę tamtych słów na poważnie. Nie uważam, że facet po alkoholu mówi prawdę. Co najwyżej mówi rzeczy, które wcześniej mówił zbyt cicho, byśmy usłyszały. Wiecie, taki zestaw głośnomówiący mu się włącza po wypiciu. Poza tym, znam wiele kobiet, które na co dzień cierpi z powodu oziębłości chłopa, a trzyma się z nim tylko dlatego, że "po alkoholu jest taki kochany". Super, to sobie go upijaj, ja tam wolę, jak mi na trzeźwo chłop komplementy prawi. Znam też takiego pana, który jak jest pijany, pomaga żonie sprzątać po gościach. Ozłocić go, co nie? I jednocześnie jest fanem JKM.

Ten artykuł jest szkodliwy, przynajmniej w tej części. Druga, mówiąca o tym, że człowiek jest sobą w gniewie, bardziej mi odpowiada. Bo ja jestem sobą, kiedy jestem zdenerwowana. Ale np: Samiec - nie. On wtedy jest bardziej sfrustrowany tym, co czuje, niż rzeczywistym powodem gniewu.

A poza tym przegląda blogi pisane przez rodziców - niestety, większość z nich jest reklamowa i głupio zakłada, że każdy rodzic popełnia WSZYSTKIE wychowawcze błędy i nie ma się co wstydzić.
A ja uważam, że powinnam się wstydzić za coś, co zrobiłam źle. Nie to, co zrobiłam źle z niewiedzy, ale to, co zrobiłam źle ze złej woli, z wygodnictwa. Np: kupowanie zabawek interaktywnych (nie kupowałam, poważnie, wkurzyło już mnie stwierdzenie, że "każda z nas ten błąd popełniła"). Nie uważam, że trzeba. Jasne, Młoda takie zabawki posiada, doskonale zbierają kurz. Wczoraj była u nas Emi i najlepszą zabawką okazały się dwie miseczki magnetyczne i garść gwoździ (poważnie myślałam, żeby jej sprezentować, ale ma młodszego brata...), a potem kolorowanki. Ewentualnie klocki - myślałam, że bawią się wypaśnymi zestawami Lego, a okazało się, że dorwały drewniane, które miałyśmy dać już Leonowi...
Dziecko nie potrzebuje zabawek, które do niego mówią. Dziecko potrzebuje wolności.

Inna rzecz, to podejście do grania w gry komputerowe. Gdzieś przeczytałam zdanie, że dziecko powinno grać, a my z nim. Co do drugiej części - zgadzam się w pełni, jeśli dziecko chce grać, to my z nim, obowiązkowo. Ale moja córka jakoś nie pała entuzjazmem. Czy to znaczy, że będzie miała problem z techniką w przyszłości?
Nie sądzę - przymierzamy się do kręcenia vloga, jeśli tylko ustali jeden konkretny temat. Osobiście najpierw wolałabym, żeby zajęła się blogowaniem, ale to tylko ze względu na moje zainteresowania (i troskę o jej ortografię, która jest przerażająca czasem). Ona chce kręcić - dam jej tę szansę, niech ćwiczy dykcję, niech opanuje obsługę konta internetowego. Niech się uczy.

A na koniec, tak w temacie techniki: za dużo też niszczy, ostatnio w kinie pan chciał sprawdzić na telefonie Lenia kod upustowy i próbował na takiej starej, tradycyjnej Nokii wodzić palcem po ekranie. Sam miał minę pt: "Ja pierdolę, ale obciach przy klientach!".
18:22, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 13 marca 2017
Janka miała ostatnio przynieść materiały na rybkę. Przyniosła, zrobiła wspólnie z koleżanką, która nie przyniosła nic, dostały po 4.
Tyle w temacie, że szkoła uczy wartości płynących ze współpracy (to jej najgorsza ocena z prac).

Wyobraźcie sobie, że kiedy zamykacie oczy, napadają na Was obrazy. Nie jakieś konkretne, ale takie, jak z tych wszystkich złudzeń, kiedy nieruchomy obrazek się porusza.
Kiedy jest cicho, słyszycie szumy. Szepty, odgłosy, echa. Z półsnu potrafi wyrwać Was dźwięk dzwonka, nawet jeśli domofon jest wyłączony.
Kiedy kupujecie kurtkę i staje się ona bezużyteczna po założeniu kaptura, bo tak bardzo szumi.

Oswajam to, że nigdy nie ma ciszy, nigdy nie ma ciemności, zawsze są zapachy, zawsze mózg dostaje ze dużo informacji.
To zupełnie normalne, ten jeden przypadek tak ma.

Przestałam go nienawidzić, bo przydaje mi się spostrzegawczość, nadwrażliwość, wyczulenie. Nie przeszkadza mi to w koncentracji. Potrafię nad tym panować.
Nie daję rad, bo ja się po prostu zawzięłam. Ostatnia tabletka hydroksyzyny leży sobie w apteczce. Sobie, bo nie dla mnie.
Hydroksyzyna nie służyła mi. Służyła nerwicy do kontrolowania mnie.

Uśmiecham się, wracając na nogach ze szkoły z Janą, odbieramy Emilkę i wracamy do domu. Jestem prawie normalna.
15:08, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
piątek, 03 marca 2017
Jeden z wkurwów mojego życia:
"Bo ty możesz tyle jeść!"
Nie, nie mogę. Muszę, ale dla mojego zdrowia jest to takim samym zabójstwem, jak dla organizmu otyłej osoby. Sama siebie niszczę, bo sięgam po produkty, po których normalni ludzie tyją (a ja utrzymuję swoją wagę) w ilościach nieprzeciętnych (tak jest naprawdę łatwiej, niż po tych wszystkich zdrowych rzeczach, które dają uczucie sytości na godzinę, a przecież pracuję fizycznie). Na dodatek surowe warzywa i owoce mi szkodzą (chociaż bardzo lubię).

Tak piszę, bo może do kogoś dotrze, że nie, nie ma czego zazdrościć.
Przez trzydzieści lat życia musiałam jeść w każdej wolnej chwili. Pamiętać o regularnych, obfitych posiłkach (wyjście z domu po porannej kawie i papierosie, bez śniadania? Nie ma mowy, baterie padłyby mi jeszcze przed przystankiem!), myśleć i planować rozkład dnia tak, żeby co dwie godziny jeść.

Cieszę się, że po trzydziestce się skończyło. Jasne, nawyk porządnego śniadania (a nawet dwóch) przed pracą, pozostał. Ale jeśli przez cały dzień nie zjem nic, dopiero na kolację, to też nie umrę.
PS: Znowu odstawiam colę. Może tym razem uda się na dłużej, bo jak ostatnio wysypały mnie syfy, to nawet Jana doradzała mi używanie korektora w dużych ilościach.
16:10, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lutego 2017
Podstawowym błędem ekstrawertyków jest to, że wydaje się im, że jak cichutko siądą obok introwertyka, to ten introwertyk doceni ich dobre chęci i będzie to forma porozumienia ponad podziałami.
Nie, nie doceni. Będzie wkurwiony, że ktoś koło niego siedzi i może oczekuje rozmowy, a w ogóle to zaburza swoją energią jego strefę intymną. Ekstrawertycy mają specyficzną aurę. Pociągają ludzi, introwertyków też, tyle że wbrew ich woli, bo introwertyk wcale nie chce być wciągany w towarzystwo. Siedzenie na uboczu to nie jest hobby, które można zmienić we wspólne zainteresowanie. "Wspólne" oznacza, że już nie jest samotne, a introwertycy cenią sobie samotność.
Najgorsze jest zaś to, że ekstrawertyk próbuje wejść w świat introwertyka z dobrej woli, bo wydaje mu się, że nikt nie może być szczęśliwy bez towarzystwa.

Podstawowym błędem introwertyków zaś jest to, że takich rzeczy nie robią. Nie wyciągają ręki do drugiego człowieka nie dlatego, że nie widzą cierpienia. Oni są wrażliwi, ale wrażliwi nie tylko w tej kwestii, że dostrzegają potrzeby innych ludzi, ale też wrażliwi na to, by kogoś nie urazić pomocą. Wiecie, żeby ktoś nie poczuł się poniżony, bo jemu samemu wydawało się, że da sobie radę, a my mu wciskamy swoją pomoc, jakby był jakimś niedorozwojem.
Czekają, aż ten ktoś poprosi, bo nie wierzą, że może nie ma śmiałości poprosić introwertyka, zwłaszcza, że dla niektórych ludzi introwertycy to przerażone jeże.

Wsłuchuję się w całą głębię tego, co mam kradzione na Sansie, jak to szczęśliwy człowiek, próbuję zachwycać się muzyką. Jest na przykład przepięknie stuprocentowo vastowe "I'm dying", z najgorszym wokalistą ever, poważnie, Corgan ma lepszy głos, niż Crosby. Ale ten utwór jest wart wysłuchania.
Kiedy zaczyna się Sii "I'm in here", dociera do mnie z zewnątrz "Tamta dziewczyna" Sylwii Grzeszczak, tak, tamta dziewczyna jest tu, ale robię głośniej, nie chcę o tym słuchać, czuję że się zmieniam i nie wiem, jaką dziewczyną chciałabym być.
Robi się trochę lepiej.
Na szczęście potem jest "I'm not Jesus" Apocalyptica, to dodaje wigoru.

Dopiero, gdy z jakichś powodów tracę energię, czuję, jaką jestem szczęściarą, że ją zazwyczaj mam.

I'm ok.
Sorry za brak linków, nie mam siły nawet na to. W pracy jakaś lawina dziwnych poleceń.
18:06, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Komentarze (1) »
sobota, 28 stycznia 2017
Wczoraj jakoś tak się trafiło, że chcąc nie chcąc, w robocie, na szczycie, pod czujnym okiem kierownictwa, ale jednak nieopanowana, naszła mnie potrzeba napisania smsa do 3P. Kto nas nie zna, ten nie wie, że kontaktujemy się może rzadko, ale intensywnie, emocjonująco i zazwyczaj tak, że chodzę i śmieję się do telefonu, powietrza, tabletek, regałów i , co gorsza - nieświadomych niczego ludzi.
Ale tym razem było prawie serio, na temat literatury erotycznej, która staje się wtórnością Greya. Że jest bogaty facet z problemami, że jest ta piękna i dobra kobieta, która chce go naprawić.
I rozwinęła się nam rozmowa, że to się robi nieco głupie - jakby tylko takie fantazje rodziły się w głowach kobiet. Szukając tego powodu, doszłam do wniosku, że mogą się rodzić u kobiet, które nie miały udanego życia seksualnego. Kiedy się czuje dyskomfort w jakiejkolwiek strefie, szuka się tego przyczyn, najczęściej racjonalnych. Np: gdyby nasza sytuacja finansowa była lepsza, gdybym nie musiała pracować i nie była taka zmęczona. Gdyby mój facet bardziej o siebie dbał, gdyby on nie był przemęczony. Gdyby poszedł na siłownię, poćwiczył trochę.
Dowcip polega na tym, że szukanie racjonalnych przyczyn nieudanego życia seksualnego jest błędne. Emocji nie podporządkujemy pod dyktando rozumu. Prawda wygląda tak (i wiedzą to te kobiety, które miały/mają udane życie intymne), że do, za przeproszeniem, porządnego pieprzenia się nie potrzebna jest kasa. Potrzebna jest fantazja.

I mówię to z perspektywy zarówno ustabilizowanej finansowo, jak i bardzo ograniczonej pod tym względem.
11:48, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 stycznia 2017
Rozmowa z koleżanką na temat mojego młodego wyglądu (Boże, jak dawno nikt mi tego nie mówił!) zaowocowała myślą, że cholera, może by tak wmawiać wszystkim, że to od unikania papierosów, alkoholu, kawy i disco polo?
Oczywiście przyszło mi to do głowy, jak użyłam standardowej odpowiedzi, że jestem zbyt roztrzepana, żeby pamiętać jeszcze, że powinnam się starzeć.
Na dodatek przyszła druga myśl (sprowokowana przez Lee), że pierwsze osiemnaście lat mojego życia to było na próbę, teraz dopiero kończę te właściwe i jestem dorosła.

Czy zdałam egzamin dojrzałości?

Wkurza mnie gadanie, że wszyscy słuchają i tańczą do disco polo (zwłaszcza, jak popiją). Ja nie robię tego (zwłaszcza, jak popiję, wtedy całkiem nietolerancyjna się robię i nerwowa, co wyszło mocno na weselu Kazka, kiedy miałam naprawdę ochotę wtłuc lasce, która łaziła i truła dupę dj'owi o te wszystkie rude i alealealeksandry), to, że pamiętam teksty i byłabym w stanie je zaśpiewać, to tylko świadczy o ich prostocie, ale nie takie prostocie, którą się podziwia, ale takiej żałosnej, masowej produkcji.

Na demotach gra w "Musisz wybrać i zaśpiewać jedną piosenkę, jeśli się choć raz pomylisz, umierasz". Wybieram "Thirty three" lub "Only happy when it rains".

A tak naprawdę podśpiewywać lubię to, co sprawia trudność. Np: refren "Girl that you lost to cocaine" Sii. Nadal nie umiem. No, i na Boga, w tej chwili nawet piosenki z bajek są trudniejsze, np: "Mam tę moc", którą uwielbiam śpiewać z Janą. Wyć znaczy. Zawsze ze łzami w oczach, bo cały czas nie mogę się nadziwić, że mam tę moc.

No, mam nadzieję, że chociaż trochę nadrobiłam.
Aha, jeszcze kupiłam w Biedrze dwupak: "Dziwne losy Jane Eyre" i "Wichrowe wzgórza". Bo mi się śniły dzisiaj od siódmej rano do trzynastej.

A, nie. Jeszcze jedna rzecz. Kolorowanki pomagają mi nie przejmować się niesymetrycznością życia. Poważnie, kiedyś mogłam mieć wszędzie syf, ale jak coś było asymetryczne, to doznawałam wewnętrznego skurczu.
Zauważyłam, że koloruję już bez nerwów i bez napinki w tym kierunku. Jupi.
14:24, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 stycznia 2017
Właściwie to WSZYstkim chciałam życzyć dóbr WSZElakich.
Sylwester zaczął się solidnie, kiedy wychodząc do sklepu, ale również do pracy, musiałam odwszyć siebie i Janę. Ale to nic, bo po powrocie z pracy musiałam zrobić to drugi raz.
Potem trochę jedliśmy, trochę piliśmy z rodzicami, trochę przyszła Kat, trochę dużo tańczyłyśmy (Jana miała ubaw po pachy).
Hitem było, gdy na Polsacie poleciała "Wolność" jakiegoś zespołu disco polo. Mój tata nie zdzierżył. Przełączył na jakiś inny program. Fajnie, Maryla Rodowicz, stara, ale po promilach znośna, szczególnie, jeśli nie patrzy się na nią pod kątem estetyki.
I co rozpoczyna po "Ukrainie"?
Wystarczył podpis: "Wolność".
Uroczo.
Jeśli kiedykolwiek pomyślicie, że się skompromitowaliście, to pomyślcie również, że gdzieś na Świecie istnieje nagranie, na którym tańczę do disco polo.
I śpiewam z Michałem Wiśniewskim.

Ten Sylwester wrzucam do tych najbardziej udanych. Po nocy, kiedy przez kilka godzin dźwigałam Janę do półsiedzenia, żeby mniej kaszlała (i bolą mnie ręce jak cholera) nastąpiła noc, kiedy chyba nieco poskakałam. Jeszcze nie czuję tego w nogach, ale pamiętam, co myślałam.

Życzę Wam, żeby ten rok był satyf... statyf...sfatys... No, całkiem fajny.
:)
02:07, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
sobota, 31 grudnia 2016
Szłam przez cmentarz, niby Wszystkich Świętych, z jakimś członkiem dalekiej rodziny, rzecz działa się za granicą. Na tym cmentarzu były groby dwóch członków Incubusa (w tym jeden zmarły w tym roku) oraz któregoś gościa z Metallici. Ten mój wujek/kuzyn był strasznie podobny do Brandona Boyda i była z nami jego córka, taka troszkę starsza od Jany i bardzo do niej podobna. Przez przypadek znalazłam grób tego niedawno zmarłego z Incubusa, bo gdzie leży ten drugi i gość z Metallici, to wiedziałam, bo już kiedyś tam byłam. Jeszcze pytałam, czy George Michael też u nich leży, ale kuzyn/wujek odpowiedział: "E, nie, on to chyba w Warszawie".
Potem ta jego córka chciała, żebym zrobiła jej zdjęcie moim telefonem (w sumie mogłam ją wyśmiać, mam Hammera 2) nad jakimś grobem, ale ją opieprzyłam, że nie wypada.
A potem staliśmy nad wielkim jeziorem blisko tego cmentarza, z kaplicy dochodził głos Sheryl Crow, śpiewającej "Leaving Las Vegas", córka kuzyna/wujka chciała koniecznie zanurzyć stopę w wodzie, ale była w klapkach, w końcu stwierdziłam, że mam ją w nosie i niech się nawet utopi (jezioro, jak wszystkie w moich snach było bardzo głębokie).
Obudziłam się ze strachem, że się pochoruję, a dzisiaj idę do pracy i nie mogę nie iść :/.
08:16, dziewczynalenina , pamiętnik
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 52